Napisane przez: Maurycy Teo | 31 Styczeń 2010

Kobieta niebita psuje się od środka

Jak mawiał kiedyś mój bliski krewny, w żartach rzecz jasna, bo nie jest z tych, który by swą żonę uderzył. Takie żartobliwe zdanko, a przecież do niedawna wcale nie było w nim nic zabawnego. Nie tak dawno jeszcze kobieta mieszkająca pod jednym dachem z mężczyzną, który zarabiał na utrzymanie jej i dzieci, a po pracy jeszcze popijał z kumplami w karczmie, musiała być gotowa na to, że kiedy ten wróci z roboty, to będzie lał równo nie patrząc na wiek i płeć. Kobieta ta, wierna żona, nie mogła o mężu złego słowa powiedzieć, bo mogła za to oberwać jeszcze mocniej. Zresztą – komu miała mówić? Nie było psychologów, grup wsparcia, a wszystkie koleżanki obrywały od swoich ślubnych tak samo, tak samo ich zachwalając. I tak to się losy kobiety plotły – spod pasa ojca pod pas męża – wszak winna była posłuszeństwo.

O nie, bynajmniej nie tęskni mi się do tych “barbarzyńskich” czasów – jestem gorącym zwolennikiem równości płciowej jeśli chodzi o godność. Moje małżeństwo buduję na miłości, a nie na przemocy. Wspominam tylko to, co możemy dobrze znać z literatury, ponieważ właśnie dziś uważa się to za coś nienormalnego. Jeśli mężczyzna uderzy kobietę – to jest przemoc w rodzinie. Ona albo jest zahukana i nikomu nic nie powie, usprawiedliwiając męża, albo pójdzie na policję, albo zgłosi się do psychologa, poradni rodzinnej, albo zadzwoni na telefon zaufania. Wszystko dlatego, że dziś właśnie zachowanie męża polegające na biciu żony uważane jest za coś złego, moralnie niedopuszczalnego. Ja oczywiście zgadzam się z tym podejściem! Ruszyłem ten temat z zupełnie innego powodu…

Nie tak dawno moja żona napisała notkę w odpowiedzi na pewien wpis blogowy z Frondy. Autor wpisu, krótko mówiąc, argumentuje za karami cielesnymi w stosunku do dzieci. Opowiada się przeciwko bezstresowemu wychowaniu, które – jego zdaniem – jest synonimem braku bicia. Podając przykład Super Niani stara się ukazać, że zwolennicy bezstresowego wychowania stracili grunt pod nogami i muszą iść na ustępstwa, a więc wciąż nie biją, za to straszą, szantażują, terroryzują. A ja, podobnie jak moja żona, muszę krzyknąć głośne, kategoryczne “nie!”

Po pierwsze Super Niania (której wielkim fanem osobiście jestem – choć jej prywatnego życia nie popieram) nie jest, o ile mi wiadomo, zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie – dokładnie jak autor frondowego wpisu zauważył – opiera się na poglądach J.J.Rousseau, że ludzie są z natury dobrzy i trzeba pozwolić im się rozwijać swobodnie. Takie podejście prowadzi rzecz jasna do braku zasad, reguł postępowania, do ogólnego rozpasania – to już zostało udowodnione. Dziecko nie jest bowiem z natury dobre – wg. nauki chrześcijańskiej ma naturę skażoną grzechem – i nie jest w stanie samo się wychować. I dlatego też Dorota Zawadzka (Super Niania) jest i zawsze była absolutną przeciwniczką bezstresowego wychowania. Sama uczy o zasadach postępowania, o regulaminach, zakazach i nakazach, stanowczości i autorytecie rodziców. Uczy, moim zdaniem, bardzo mądrze – jednocześnie ucząc o wyciąganiu konsekwencji. Nazywa te konsekwencje tak jak się zwykło nazywać: a więc nagrody i kary. Ale zawsze używa kar adekwatnych do sytuacji. Dziecko przed popełnieniem błędu jest ostrzegane (a nie, jak twierdzi pan Autor, szantażowane), że jeśli go popełni, poniesie jego konsekwencje. Tak też jest przecież w świecie dorosłych: szef informuje pracownika, że jeśli jeszcze raz ukradnie coś z pracy, zostanie wywalony dyscyplinarnie. Nazwalibyście to szantażem? Sądzę, że szef, który po ukradnięciu czegoś przez pracownika daje mu ostrzeżenie, jest raczej zbyt pobłażliwy. Ostrzegania dziecka nie nazwałbym pobłażliwością – ale również nie szantażem.

Pani Zawadzka uczy też, że można użyć siły. Na przykład dla przytrzymania dziecka w ataku histerii. Nie po to jednak, by zrobić mu krzywdę – ale po to, by samo jej sobie nie zrobiło. Uczy też, by nie bić. Bicie nazywa aktem bezsilności. Rodzic, który nie może się opanować, podnosi rękę na istotę słabszą od siebie, wyładowując swój gniew. Dziecko jest istotą słabszą! Klaps (moim zdaniem niekoniecznie natychmiast karalny – ale można dać ostrzeżenie) jest dowodem słabości rodzica, który nie potrafi poradzić sobie ze swoimi uczuciami inaczej, niż przez wyładowanie złości na kimś słabszym (choć może rzeczywiście niegrzecznym lub złośliwym). Argumentem nie jest to, że dziecko uderzone szybciej się nauczy. Wierzę, że istnieje mnóstwo sposobów na nauczenie dziecka lepiej (nie w każdym wieku jest to tłumaczenie, ale sądzę, że prawidłowo stosowany “karny jeżyk” odniesie sukces).

Znam kilka koronnych argumentów zwolenników bicia. Jednym z nich jest to, że “moi rodzice mnie bili i jakoś mi się nic nie stało” lub nawet “i wyszło mi to na dobre”. Przytaczam TU felieton jednego księdza z (o dziwo!) katolickiego pisma “Idziemy”, w którym argumentuje, że jakoś nikt się nie skarży, iż był w dzieciństwie za mało bity – za to zdarza się, że skarżą się na słaby kontakt, brak rozmowy z rodzicami itp. Ja sam zaś mogę powiedzieć o sobie – zdarzało mi się dostać. Nie wspominam tego ani odrobinę dobrze. I tego samego nie zafunduję również swoim dzieciom.

Inny ważny argument wykorzystał mój znajomy w swojej notce dotyczącej innego tematu: “Jak można popierać aborcję, a z drugiej strony walczyć o to, żeby dziecku już narodzonemu nie można było dać nawet klapsa – wychowanie bezstresowe, prawa człowieka…” Rzeczywiście – często widzimy ludzi, którzy bronią dzieci przed biciem, a jednocześnie są za aborcją. We Frondzie (w wersji papierowej) wykorzystano w związku z tym ciekawie cykl reklam “kocham…” (“Kocham, nie biję”, “Kocham, reaguję” etc.) umieszczając na zdjęciu kobietę w ciąży i napis “Kocham, nie zabiję”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że ci drudzy mają ten sam argument, tylko odwrotnie? “Dla tego Kościoła ważne jest tylko żeby to dziecko się urodziło. Potem niech się z nim dzieje co chce, niech tatuśkowie alkoholicy się nad nim znęcają fizycznie”. Bunt? Ale przecież mają rację! Opowiadając się za biciem dzieci – opowiadamy się za takim obrazem Kościoła! Za obrazem Kościoła walczącego o życie nienarodzonych – ale narodzonych już wcale niekoniecznie.

Bicie dzieci to znęcanie się nad młodszymi i słabszymi od siebie. Tak samo niedopuszczalne, jak zabijanie nienarodzonych. A od przyzwolenia na klapsa do prywatnych egzekucji (“zostałeś osądzony i dostaniesz 10 pasów, klęknij przy łóżku”), a od egzekucji do regularnej przemocy domowej już naprawdę niedaleko.

Dziecko niebite psuje się od środka? Oby się Tobie kiedyś od kogoś nie dostało…

Napisane przez: Maurycy Teo | 23 Styczeń 2010

Krótki komentarz do chrześcijańskiej nadziei

Jakiś czas temu zdarzyło mi się otrzymać na uczelni zadanie skomentowania pewnego artykułu Jean’a Delumeau zatytułowanego “Chrześcijańska nadzieja”. Ponieważ z efektu mej pracy jestem dość zadowolony, zamieszczam mój komentarz jako notkę, by został zapamiętany przez przyszłe pokolenia. Artykuł możecie przeczytać w tym miejscu: LINK. Komentarz możecie przeczytać poniżej:

***

Komentarz do teksu „Chrześcijańska nadzieja” Jean’a Delumeau

Lektura tekstu Jean’a Delumeau wywołała we mnie skrajne uczucia – od zachwytu nad mądrością słów, poprzez kpiące powątpiewanie, aż po bunt i gniew. Myślę, że najlepszym komentarzem będzie analiza tekstu poprzez analizę kolejnych moich, przytoczonych powyżej, uczuć.

Najpierw był zachwyt. Autor potwierdził bowiem fakt, którego nie da się nie zauważyć, a który starają się podważać lub negować niektórzy znani mi biskupi, że chrześcijaństwo przeżywa obecnie dość poważny kryzys. Zaznaczył jednak przy tym, że kryzys nie jest na tyle poważny, by obawiać się najgorszego, tego, co nazywamy śmiercią Boga. Bo choć współcześnie różne naukowe poglądy doprowadzają wielu do zwątpienia, to jednak i one nie odnajdują (i, jak przekonuje autor, nigdy nie odnajdą) odpowiedzi na pytania ostateczne, takie jak pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem („Temu, kto przyznaje, że nie da się zobaczyć, co jest za zasłoną, nie wolno stwierdzić, że tam nic nie ma” – cytat za Hansem Küngiem). Innym pytaniem, na jakie nauka nie może znaleźć odpowiedzi, jest to, czy duch jest tylko objawem działania mózgu. I rzeczywiście, wielu stara się udowodnić, że myślenie, wolność, etc. wynikają jedynie z naturalnego działania dobrze rozwiniętego mózgu, że są efektem impulsów elektrycznych. Tymczasem Delumeau podkreśla, cytując Lichnerowicza: „Nie mylmy kabla telefonicznego z informacją, która przez niego przepływa”. Może mózg jest fizyczny, impuls elektryczny również, jednak z pewnością nie jest fizycznym słowo, a zwłaszcza treść w tym słowie zawarta.

Kpiące powątpiewanie obudziło się we mnie na kilku etapach lektury. Trochę już w tym samym momencie, kiedy odczuwałem zachwyt: gdy na przykład czytałem o tym, że nauka nie odkryje, co było przed Wielkim Wybuchem. Przypomniało mi się bowiem, że nie tak dawno czytałem książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, która napawała mnie nota bene jeszcze większym kpiącym powątpiewaniem. Otóż Dawkins, jako naukowiec-ateista, głosi teorię, że jeśli dziś nauka jest bezradna w tej czy innej kwestii, nie znaczy to, że już zawsze tak pozostanie. A co z tego wynika – twierdzi dalej – istnienie czy nieistnienie Boga jest również problemem naukowym i przyjdzie czas, kiedy nauka będzie w stanie postawić diagnozę. Rzecz jasna nie zgadzam się z Dawkinsem, ale zdaję sobie sprawę, że gdy ktoś jemu podobny przeczyta ten tekst, uśmiechnie się z politowaniem, i kręcąc głową powie: „Jak wy mało w nas wierzycie, religijni wariaci”. Wiem też, że ludzie pokroju Delumeau podobnie pomyślą o treściach głoszonych przez ateistów, ale wzajemne kpienie i kiwanie głowami nigdy nie rozwiąże sprawy. Stąd i kpiące powątpiewanie w moim przypadku – jestem w stanie wczuć się bowiem w sytuację ateisty, który w tym tekście nie znajdzie dla siebie odpowiedzi.

Lekkim powątpiewaniem owiał mnie również fragment tekstu, w którym autor skupił się na pochodzeniu zła, w pewien sposób może nie negując, lecz podważając katolicką naukę o grzechu pierworodnym. Odejmując tej nauce dużą część powagi. Jak pisze Delumeau: „Jezus nigdy nie mówił o grzechu pierworodnym i nie wypowiadał się na temat pochodzenia zła”. Owszem, może rzeczywiście na kartach Ewangelii nie zapisano żadnych słów Jezusa w tym temacie, ale po pierwsze to nie świadczy o tym, że Jezus nigdy o grzechu pierworodnym nie mówił, ani że nie znajdziemy podobnej nauki w Nowym Testamencie. Nauka o grzechu pierworodnym opiera się w dużej mierze na listach św. Pawła, a przecież my, katolicy, wierzymy, że te listy są w tym samym stopniu natchnione przez Ducha Świętego, co cała reszta Pisma Świętego.

Najmocniej jednak dały o sobie znać uczucia związane z buntem i gniewem, w pewnym sensie również z politowaniem. Mniej więcej w połowie artykułu autor daje nam poznać swoje prawdziwe oblicze. A oblicze to można określić jako katolika wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego. Choć ja określiłbym je jeszcze inaczej: wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego kogoś, kto uważa się za katolika. Już przy lekturze kwestii dotyczącej grzechu pierworodnego natknąłem się na wytłuszczony gdzie indziej, kategorycznie brzmiący tekst: „Wydaje mi się więc konieczne, by Kościoły chrześcijańskie dały tu klucz do lektury i w trzech punktach przeprowadziły w tej kwestii aggiornamento: 1) ogromu pierwszego grzechu; 2) skazania na śmierć; 3) dziedziczności winy.” W dalszym zaś ciągu autor przedstawia swoją wizję owego aggiornamento, które, można by przypuszczać, Kościół powinien przyjąć (a które w dużej mierze nie zgadza się z nauką Kościoła). Ten fragment można by było traktować wyłącznie jak wybryk autora, jednak już wkrótce napotykamy większość typowej dla liberałów, autorytarnej mowy, której w tekstach katolickiego autora być nie powinno. Mamy tu więc wypominanie papieżowi mianowania nowych biskupów i zdejmowania ekskomuniki z lefebrystów „bez konsultacji z episkopatem francuskim” (którą to konsultację, zdaniem autora, papież powinien uznać za konieczną). Mamy apel o decentralizację i demokratyzację („uważniejsze wysłuchiwanie głosu wiernych”) w Kościele. Mamy wołanie o większą kulturę dyskusji, powiązaną z odebraniem władzy hierarchii (cytat za kardynałem Danneelsem: „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja”). Mamy wreszcie propozycję głębszego, wspólnego zastanowienia się nad problemami takimi jak: celibat księży, kapłaństwo kobiet, antykoncepcja, czy status religijny osób, które po rozwodzie żyją w drugim związku małżeńskim. A wreszcie dochodzimy do fascynującej myśli autora, by ekumenizm międzyreligijny ograniczyć do ratowania planety, tj. do zapobiegania „wojnom, torturom i epidemiom (…) co nie przeszkodziłoby w niczym pogłębianiu przez każdego jego własnej religii”. W ostatniej kwestii Delumeau nie omieszkał podeprzeć się przykładem Jana Pawła II, którego nauczanie odczytuje jako dążące do wszelkiej wolności religijnej i dialogu.

Myślę, że moje oburzenie wymaga wyjaśnienia, bym nie wyszedł na katolickiego fundamentalistę. Otóż po pierwsze: nauka o dziedziczności winy za grzech pierworodny (który nie jest ani ogólną tendencją do grzeszenia, ani jakimś symbolicznym grzechem, lecz pierwszym grzechem pierwszych ludzi prawdziwie i rzeczywiście) jest potwierdzona przez Pismo Święte (może nie przez Ewangelię, ale z pewnością, jak już wspominałem, przez listy św. Pawła) i wiele wieków chrześcijańskiej tradycji. Ja sam zresztą rozumiem grzech pierworodny jako niezawinioną konsekwencję (jak obrażenia odniesione w wypadku, który spowodował ktoś inny), niż karę dziedziczną. Co się zaś tyczy ogromu pierwszego grzechu – to oczywiście był on ogromny, właśnie dlatego, że był pierwszym grzechem. A śmierć, jak rozumiemy, jest dla człowieka nie tylko biologiczną konsekwencją, lecz również jakimś końcem – a więc musi być rozumiana jako coś w rodzaju kary. Jeśli wierzymy, że Bóg da nam w Królestwie życie wieczne, to dlaczego nie wierzymy, że przed utraceniem Raju mógł nam je również dawać? Czy druga kwestia jest bardziej „mityczna” niż pierwsza? Po drugie: to, że żyjemy w czasach, gdy uznanym ogólnoświatowo ustrojem jest demokracja i że po to, by przetrwać, należy dostosowywać się do czasów, w jakich przyszło nam istnieć, nie oznacza, że Kościół ma obowiązek się zdemokratyzować. Wręcz przeciwnie – choć należy poszukiwać nowych metod ewangelizacyjnych, takich jak wykorzystanie internetu, telewizji, czasopism, należy również pozostać przy ustanowionym przez Jezusa prymacie Piotra nad całym Kościołem. Papież więc, jako głowa widocznego Kościoła na ziemi, nie ma żadnego obowiązku pytać kogokolwiek o zdanie dotyczące decyzji, które podejmuje. Czasem ma wręcz obowiązek zachować się zupełnie odwrotnie do tego, czego chcieliby wszyscy inni – to wynika z nadanej papieżowi przed wiekami władzy kluczy i nikt nie ma prawa się temu sprzeciwiać. Po trzecie: tak, jak nie wolno żądać odebrania władzy papieskiej papieżowi, tak nie wolno żądać odebrania decyzyjności hierarchii na rzecz ogółu. Cytat „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja” brzmi trochę jak skarżenie się, że w kraju, w którym mieszkamy decyzje podejmuje prezydent, premier lub rząd, kiedy akurat nie mamy wyborów albo referendum ogólnonarodowego. Naprawdę, ciężko byłoby żyć w Kościele, w którym każdy podejmowałby swoje własne, niezależne decyzje (bo zbieranie wszystkich biskupów w celu omawiania każdej sprawy z osobna byłoby niemożliwe), chyba, że założylibyśmy z góry, że dzielimy się oto na setki i tysiące małych kościółków, w których różnice nie sprawiają braku jedności – której to zresztą jedności nie konstytuuje nic, bo nie istnieje widzialna głowa Kościoła. Po czwarte: dyskusja w Kościele, dotycząca celibatu, kapłaństwa kobiet, antykoncepcji i rozwiedzionych trwa od lat, jest niezwykle burzliwa i nieprzyjemna, choć osobiście uważam, że zwolennicy zmian mogliby wreszcie uznać z pokorą kościelną hierarchię, jak również postarać się zrozumieć dlaczego są w błędzie (wyjątkiem są, moim zdaniem, zwolennicy zniesienia celibatu, choć krzycząc tak głośno, mają liche szanse na wskóranie czegokolwiek). Autor tekstu nawołuje zaś o dopuszczenie do dyskusji prawdopodobnie nie dlatego, że do dyskusji nie dopuszczono, lecz dlatego, że jest zwolennikiem radykalnych zmian (tj. radykalnej liberalizacji). A co za tym idzie – i co typowe jest dla liberalnego myślenia – nawoływanie o „dopuszczenie do dyskusji” jest tożsame z „wprowadzeniem zmian na naszą korzyść”. Ludzie tacy, jak Delumeau stwierdzą, że nareszcie pozwolono im zabrać głos dopiero wtedy, gdy celibat będzie zniesiony, kapłaństwo kobiet wprowadzone, antykoncepcja zatwierdzona, a cudzołożnicy przystąpią legalnie do stołu Pańskiego. A wtedy pewnie żachną się, że strasznie długo to trwało i każą przepraszać za „poważne błędy”. Po piąte wreszcie: to, że Kościół jest dziś zwolennikiem wolności religijnej i prawa wyboru nie oznacza, że jest również za równością wszelkich religii istniejących na świecie oraz ich współpracy dla dobra świata, bez wchodzenia we wzajemne rewiry. Należy podkreślić, że oprócz tolerancji religijnej Kościół stawia również na ewangelizację – czyli niesienie światu prawdy o Jezusie Chrystusie, o zbawieniu. Kościół ma obowiązek oddalić się od nowomodnej, new-age’owskiej doktryny „Wszyscy jesteśmy równi”, a trzymać się jak najbardziej Jezusowego nakazu „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Ekumenizm, co również przecież podkreślał Jan Paweł II (którego używa się jak afiszu tylko w kwestiach, w których jego nauka była dla nas korzystna), to nie tylko tolerancja dla wolności religijnej – lecz przede wszystkim dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w jednym, powszechnym i apostolskim, katolickim Kościele Jezusa Chrystusa.

Podsumowując – tekst miejscami robi wrażenie mądrego, lecz w głównej mierze rozjusza i denerwuje ludzi, którzy nie tylko czują się członkami Kościoła katolickiego, do czego autor tekstu również się przyznaje, ale także respektują panujące w nim zasady, czego Jean Delumeau kategorycznie odmawia. Tak czy inaczej – artykuł skłania do refleksji. Dzięki niemu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepszy Kościół niewielu wiernych Chrystusowi chrześcijan, niż „jedna owczarnia” tłumu, który z owczarnią ma często tyle wspólnego, że zje całą trawę, zostawi nienadający się do niczego nawóz i poprosi o więcej. I że papież powinien wreszcie zacząć częściej korzystać z przysługującej mu władzy ekskomuniki.

***

Dziękuję serdecznie za lekturę i bardzo proszę o wyrażanie własnych opinii. Jest to dla mnie dość ważne – i pozwala mi widzieć cel w moim pisaniu. Przy okazji dodam, że jestem w trakcie pisania kolejnej notki i mam nadzieję wkrótce ją zamieścić.

Napisane przez: Maurycy Teo | 5 Grudzień 2009

Zrodzony, a nie stworzony

Tak mówimy my, katolicy, w naszym Credo, czyli wyznaniu wiary. Ostatnie moje dyskusje (zwłaszcza ta dzisiejsza, prywatna) nakłoniły mnie do wyjaśnienia tego, zdawać by się mogło, prostego stwierdzenia. Skupmy się najpierw na kilku cytatach z Pisma Świętego:

- Kol 1, 15-17: On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie.
- Hbr 1, 5: Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek: Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził? I znowu: Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem.
- J 1, 18: Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył.

Te wersety mówią o zrodzeniu Słowa. I jeszcze kilka innych cytatów:

- J 8, 56-58: Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem».
- J 1, 1-3: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (Porównajmy z Rdz 1, 1: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.)
- Ap 3, 14: Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego.

Te wersety mówią o przeszłości Słowa, oraz o stworzeniu przez Nie.

Ludzie, z którymi dyskutuję biorą pierwszy przytoczony przeze mnie fragment i interpretują go tak: Pierworodny wobec każdego stworzenia oznacza, że stworzony jako pierwszy, najidealniejsze ze stworzeń. To, oczywiście, zupełny absurd, jeśli rozumie się znaczenie słów “zrodzony” tudzież “pierworodny” oraz “stworzony”. Tłumaczyłem to już, zdaje się, w poprzedniej notce, ale jeszcze raz wytłumaczę: kobieta może zrodzić dziecko. A stworzyć może na przykład dzbanek gliniany. Syn pierwszy z wielu będzie zaś pierworodnym, ale będzie również pierworodnym syn, który pozostanie jedynym. Zadano mi dziś pytanie: “Ale jak takie zradzanie wygląda u Boga”? Niestety, nie byłem w stanie wyjaśnić tego opisowo – bo Bóg to nie jest kobieta, ani starzec z brodą. Wiem tylko, że Ojciec mówi do Syna: “Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”. Bóg to byt duchowy. Jak rodzą byty duchowe – tego nie wiemy.

J 1, 18 (“Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył”) dostarcza nam jeszcze ciekawszych szczegółów. I nie mówię tu o nazywaniu Syna Bogiem – bo ktoś, kto chce przekręcić nauczanie Pisma zacznie twierdzić, że to jest bóg, to znaczy ktoś boski – lecz o mówieniu o Jednorodzonym jako o będącym w łonie Ojca. Wnioskować z tego możemy, że Syn pochodzi z Ojca, więcej: że On wciąż trwa w Ojcu. Dlatego my, katolicy, nauczamy, że Syn jest nie tyle zrodzony czasowo, zanim wszystko zostało stworzone, lecz że jest wiecznym zrodzeniem, lub zradzaniem: że bycie Synem oznacza bycie zrodzonym. Tak, jak bycie Ojcem oznacza bycie rodzącym.

Przejdźmy do kolejnych cytatów i zatrzymajmy się przy prologu Ewangelii św. Jana: “Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Prosiłem, by porównać te słowa z Rdz 1, 1-2: “Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami”. Wyraźnie rzuca się w oczy, że pierwszy werset Ewangelii Jana jest wzorowany na 1 wersecie księgi Rodzaju. Możemy wręcz twierdzić, że jest to działanie zamierzone. Wiemy więc, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię, a także, że na początku było Słowo. Mamy tu więc podobną konsekwencję, jak w J 8, 56-58: “Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem»”. Ten ostatni fragment już tłumaczyłem, ale w nawiązaniu tryknę go jeszcze raz.

Wiemy więc, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię, i że na początku było Słowo. Czy więc Słowo było stworzone? Czy Ono powstało w czasie? Kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, Słowo już tam było! Słusznie moje dzisiejsze rozmówczynie zwróciły uwagę na cytat: “A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!” (Rdz 1, 26) – stwierdzając, że Bóg mówi tu do Syna (o którego stworzeniu nie ma mowy w Rdz, choć możemy próbować wyjaśniać, że stworzył Go Bóg wraz ze stwarzaniem nieba). Ja posunąłbym się w tej interpretacji dalej: Bóg mówi w liczbie mnogiej, a więc jest Go więcej… Pamiętajmy – autor natchniony nie wiedział o istnieniu Syna. Księga Rodzaju jest jedną z najwcześniej napisanych ksiąg, autor rozpoczynał dopiero całą długą tradycję objawienia Bożego. Pisał to, co czuł – to, co podpowiadał mu Duch Święty. Możemy się więc w tym fragmencie dopatrzyć istnienia Boga, który mówi (a więc i jest) w więcej niż jednej osobie. Ale dziś nie główkuję nad Trójcą, lecz nad Synem niestworzonym… Wrócę więc do tematu.

Kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, Słowo już tam było. Słowo, czyli Syn, jest więc niestworzony (a że jest zrodzony, i że jest w łonie Ojca, to już wiemy z J 1, 18). Nie muszę chyba dodawać, że skoro “Bóg stworzył niebo i ziemię”, a “było Słowo”, to któż inny był na początku, przed wszelkim stworzeniem, jeśli nie Bóg? Ale to też, prawdopodobnie, kontrowersyjny dodatek… Wróciwszy zaś do Abrahama możemy połączyć te dwa wersety i uznać, że Chrystus jest – wiecznie i niezmiennie – zanim stworzony został Abraham – był bowiem na początku.

Wielu nieuzasadnionych kontrowersji dostarcza zaś werset J 1, 3: “Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Zwiastun tłumaczył nam to ostatnio w ten sposób: “wszystkie stworzone rzeczy, za wyjątkiem jego samego, ponieważ On jest jedyną istotą, bezpośrednio stworzoną przez Boga (Jan.1:14,18; 3:16,18; 1Jan.4:9), wszystkie rzeczy stały się przez Niego jako pomocnicze narzędzie nie będące jednak Źródłem działania, którym jest sam Ojciec. (…) Tutaj mamy pokazane, że nasz Pan jest głównym narzędziem Bożym w stwarzaniu, że oprócz Niego samego nic nie zostało stworzone bez Niego. Bez względu na to jakich pomocników miał On wśród aniołów w dziele stwarzania, wszystko co czynili, było w każdym szczególe pod Jego kontrolą.” Oczywiście, jeśli wychodzimy z założenia, że Słowo jest stworzone przez Boga, jesteśmy zmuszeni kombinować w ten sposób, przeinaczając całkowicie znaczenie słów Pisma Świętego. Zwracam szczególnie uwagę na niektóre słowa z wypowiedzi Zwiastuna, bynajmniej nie odosobnionego w swoim przeinaczaniu: “wszystkie stworzone rzeczy, za wyjątkiem jego samego” czy “oprócz Niego samego nic nie zostało stworzone bez Niego”. Oczywiście w żadnym razie i w żadnym miejscu Pismo Święte nie mówi: “Przez Nie wszystko, oprócz Niego się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało, oprócz Niego”. Nie! Jest napisane: Wszystko. Nie wymieniono żadnego wyjątku. Samo Słowo nie jest wyjątkiem – wszystko to, co zostało stworzone, zostało stworzone przez Słowo (bez “nie licząc samego Słowa”). Tak pisze o tym ks. Władysław Majka w książce “Czy tak uczy Pismo Święte?”: “Innymi słowy, wśród wszystkich stworzeń nie ma ani jednego, które nie byłoby stworzone przez Słowo: ani jednego. Pismo św. nie czyni żadnego wyjątku. Twierdzi bezwzględnie, że wszystko, co zostało stworzone, stworzone zostało przez Słowo. Stąd wniosek logiczny: samo Słowo nie zostało stworzone, nie jest stworzeniem. Jest więc Bogiem prawdziwym”. Dodawanie słów “oprócz Niego samego” jest, jak widzimy, absolutnie bezpodstawne i można je uzasadnić jedynie tym, że usiłuje się przemycić pewną teorię, która jest absolutnie sprzeczna z objawieniem Pisma Świętego – mianowicie to, że Syn jest stworzeniem, a nie zrodzeniem. Niestety, między tymi dwoma pojęciami nie da się postawić znaku równości.

Zwiastun, próbując udowodnić błędną teorię o stworzeniu Słowa, pisze jeszcze: “Jeśli o stworzeniu Logosa nie przekonują Cię wersety Ewangelii, zajrzyj do Księgi Przysłów 8:22-30. Jezus jest tam przedstawiony symbolicznie, jako stworzona i spłodzona na początku Mądrość: “Pan stworzył mnie jako pierwociny swojego stworzenia, na początku swych dzieł, z dawna (…)””, następnie zaś powołuje się na słowa św. Justyna, które miałyby być interpretacją tych konkretnych słów: “Słowo jasno wykazało, że Ojciec tę Latorośl zrodził przed wszystkiemi zgoła stworzeniami; a że zrodzony od rodziciela różni się co do liczby, przyzna chyba każdy”. Zacznę od tego, że Boża Mądrość (po gr. Sofia) z Księgi Przysłów nie może być nigdy utożsamiana ze Słowem, tudzież Rozumem (po gr. Logos) z Ewangelii św. Jana. Można stwierdzić, że to jest jakiś przedsmak, jakaś zapowiedź, jakieś pierwotne stadium objawienia o Logosie (Nie: o Jezusie! Jezus “stał się” ok. 0 roku naszej ery, a za czasów pisania Księgi Przysłów nikt nie wiedział, że “Słowo stanie się ciałem”), ale nie – że jest to objawiający się Logos, On bowiem objawił nam się w pełni dopiero w osobie Jezusa Chrystusa (A więc to Mądrość Boża z Prz. może być ewentualnie objawiona i wyjaśniona w Jezusie, a nie Jezus w Mądrości Bożej). Jak już bowiem tłumaczyłem w poprzedniej notce, Biblia to historia zbawienia, wypełniająca się w Jezusie Chrystusie – nie ma różnicy co do stopnia natchnienia poszczególnych ksiąg, jest zaś różnica co do stopnia otrzymanego objawienia.

Słowa św. Justyna zaś wyjaśniają wspaniale to, co ja wyjaśniam w całej tej notce, że mianowicie “Ojciec tę Latorośl zrodził przed wszystkiemi zgoła stworzeniami”. Jeśli jest to faktycznie interpretacja słów z Księgi Przysłów, to z wyraźnym zaznaczeniem, że “Słowo jasno wykazało” – a to Słowo objawiło się dopiero w osobie ziemskiego Jezusa z Nazaretu. Justyn nie udowadnia więc tego, że Słowo jest stworzone. Wręcz przeciwnie – że jest zrodzone zanim cokolwiek (bez “oprócz Niego”) zostało stworzone.

Przejdźmy nareszcie do Ap 3, 14: “Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego”. Moje rozmówczynie powołały się dziś na ten cytat, usiłując zmiażdżyć moje wywody o niestworzoności Syna. Bo skoro “Początek stworzenia Bożego”, to “stworzony jako pierwszy”. Nie! Początek stworzenia, to znaczy niekoniecznie “pierwszy stworzony”, lecz może również znaczyć “ten, który stworzeniu dał początek”. Bo czy nie zdarza nam się nazywać Boga początkiem stworzenia – czyli tym, który zapoczątkował stworzenie, dał stworzeniu początek? “Zależy od interpretacji” – usłyszałem i zgodziłem się z tym. Mogłem się nawet zgodzić z tym, że ta interpretacja wydaje się nieco naciągana. Ale nie wówczas, gdy zwrócimy uwagę na słowa Jezusa, które wymawia w Ap 22, 13: “Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec”. Oczywiście i w tym przypadku słowo “początek” niektórzy starają się utożsamiać z początkiem stworzenia, tak jak “pierwszy” miałoby oznaczać “pierwszy stworzony”. Zdają się jednak pomijać fragmenty Izajasza, odnoszące się przecież do Boga, w których sam o sobie mówi: “Kto zdziałał to i uczynił? Ten, co [z nicości] wywołuje od początku pokolenia, Ja, Pan, jestem pierwszy, z ostatnimi również Ja będę!” (Iz 41, 4), “Tak mówi Pan, Król Izraela i Odkupiciel jego, Pan Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja ostatni; i nie ma poza Mną boga” (Iz 44, 6), czy “Słuchaj mnie, Jakubie, Izraelu, którego wezwałem: Ja sam, Ja jestem pierwszy i Ja również ostatni” (Iz 48, 12). Czy Bóg mógłby powiedzieć o sobie “Jestem pierwszym wśród stworzonych”, “Jestem początkiem stworzenia”? Nie! Dlaczego więc autor Apokalipsy wkłada te słowa Boga Jedynego w usta Jezusa Chrystusa, który miałby być pierwszym pośród stworzenia, początkowym wśród stworzonych? Czy w tym wypadku mamy te słowa rozumieć inaczej?

Na koniec zaczerpnę jeszcze z mojej dzisiejszej dyskusji, pytając: Kogo Bóg zradza, jeśli udowodniliśmy (mam nadzieję, że udowodniliśmy), że Pismo Święte nie mówi nigdzie o Słowie (lub Synu) jako stworzonym? Wszyscy bowiem uznajemy Słowo za Syna Bożego – i katolicy, i Świadkowie Jehowy, i Epifaniści. Ci drudzy i trzeci jednak nie uznają faktu, że skoro Słowo jest Synem Bożym, to Pismo Święte konsekwentnie podkreśla zrodzenie tego Syna z Ojca. Zauważmy prostą rzecz: Ojciec nie miałby na imię Ojciec (a to jest właśnie imię, które Jezus objawił uczniom – imię YHWH było powszechnie znane, Jezus nie musiał więc go już objawiać – a nie pada ono ani razu w Nowym Testamencie), gdyby nie Syn; Syn zaś nie miałby na imię Syn, gdyby nie Ojciec. Kogo więc Bóg zradza? Moje rozmówczynie zgodziły się ze mną co do tego, że każdy zradza według rodzaju: człowiek zradza człowieka, kot zradza kota, żyrafa zradza żyrafę. Odważyłem się więc ostatecznie podkreślić, że Bóg zradza Boga – bo to wynika z “rodzaju”. Stąd wniosek, że Słowo było Bogiem. Panie poprawiły mnie, stwierdzając, że “Słowo było boskie, było jak Bóg”. Zapytałem więc: “Czy ja jestem innym człowiekiem, niż mój ojciec, który mnie zrodził?” “Tak, jest pan zupełnie innym człowiekiem!” – Odpowiedziały. “Ale czy jestem człowiekiem w mniejszym stopniu, niż mój ojciec? Czy jestem mniej ludzki? A może bardziej ludzki?” Nie, musiały zaprzeczyć – jestem tak samo człowiekiem, jak mój ojciec, choć różnię się od niego co do osoby. “Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam stosować zupełnie inne kryteria przy interpretowaniu Boga? Czy Syn zrodzony z Ojca może być w jakikolwiek sposób mniej boski, niż Ojciec?”

Na to pytanie niech każdy spróbuje odpowiedzieć sobie sam.

Napisane przez: Maurycy Teo | 28 Listopad 2009

Riposta trzecia – na siedem testów

Otrzymałem nie tak dawno komentarz, którego autor usiłuje na swoim blogu udowodnić, że Trójca Święta jest bujdą na resorach, tudzież doktryną spreparowaną przez diabła. Wygląda na to, że alternatywna doktryna, pod którą podpisuje się autor, ma wiele wspólnego ze Świadkami Jehowy lub też innym odłamem Badaczy Pisma. Muszę zaznaczyć, iż uznałem, że byłoby z mojej strony ignorancją nie spróbować odnieść się do przytoczonych zarzutów, tak samo jak za ignorancję uznaję brak podejmowania próby rzeczowej dyskusji z przedstawicielami Świadków co i raz odwiedzających moje mieszkanie. Byśmy mogli przejść do dalszej lektury moich rozważań, zapoznajmy się najpierw z podlinkowanym u mnie tekstem: CLICK.

Pierwsze co zdziwiło mnie przy zapoznawaniu się z tekstem było to, że od lat interesuję się teologią, interpretacją Pisma Świętego, jestem już na 4 roku Teologii Ogólnej, a dotychczas nie słyszałem o żadnych 7 podstawowych, biblijnych testach podawanych nauk. Wręcz przeciwnie, po lekturze całego artykułu doszedłem raczej do wniosku, że te testy nie są wcale ani podstawowe, ani biblijne, lecz jedynie wymyślone przez kogoś, kto usilnie starał się coś udowodnić. Postaram się pokrótce wyjaśnić, dlaczego tak uważam, odnosząc się po kolei do każdego z siedmiu testów.

Aby interpretacja wersetu biblijnego czy też doktryny była prawdziwa, musi ona być zgodna:

1. sama ze sobą
2. z każdym wersetem Biblii
3. każdą doktryną Biblii
4. Boskim charakterem
5. okupem – ofiarą złożoną przez Jezusa raz za wszystkich
6. faktami
7. celami Biblii – wielbieniem Boga jako Najwyższego, uznaniem Chrystusa jako Wykonawcy i Rzecznika Boga oraz przyczynianiem się do realizacji Boskiego planu wobec Kościoła i świata

Test 1

Doktryna powinna być zgodna z samą sobą – i w tej kwestii zgadzam się absolutnie. Niestety, pisarz, na którego twórczość powołuje się autor notki, ogranicza się w tym wypadku do stwierdzenia, że “przeczy sama sobie: 3×1=1, 1=3 a 3=1.” Nie wiem, skąd u przeciwników prawdy o Trójcy taka matematyka. Po pierwsze dlatego, że mamy tu do czynienia z 3 osobami i jedną istotą Boską – a osoba i istota nie są tym samym. Nie jest więc tak, że 1+1+1=1, bo nie jest tak, że dodajemy trzy osoby i wychodzi jedna osoba. Wychodzą trzy osoby, lecz jeden Bóg. Tak, jakbyśmy chcieli dodać osobę męża, osobę żony i osobę syna, i wyszłoby nam 1, ponieważ tworzą jedną rodzinę. Oczywiście, Bóg to nie jest żadna kumulacja, nie jest żadna rodzina, ale mój przykład pokazuje, że można dodać do siebie trzy jedynki i w dalszym ciągu otrzymać jeden, jeśli sumujemy inne jednostki, niż otrzymujemy w wyniku (jeszcze trochę skomplikowanej matematyki? Proszę: 200+300+500=1. Sumowałem metry, a wynik mam w kilometrach).

Po drugie zaś dlatego, że wciąż mówimy o Bogu. A chyba zapominamy, że matematyka, fizyka, chemia czy biologia nie określają Boga. To Bóg sam określa matematykę, fizykę i wszelkie inne nauki. Bóg, stwarzając świat, stworzył go z czasem, a zarazem stworzył go jako poznawalny intelektualnie. To absolutnie nie znaczy, że sam Bóg mieści się w jakimkolwiek równaniu matematycznym, co z niewiadomych przyczyn usiłuje nam przekazać pisarz.

Test 2

Doktryna powinna być zgodna z każdym wersetem Biblii. Chyba nie mogę się z tym, jako katolik, nie zgodzić, ale muszę najpierw przedstawić odpowiednie zasady. Otóż Biblia rzeczywiście nie jest wewnętrznie sprzeczna, ale tylko wówczas, gdy potraktuje się ją jako Księgę opiewającą Historię Zbawienia. Co to jest Historia Zbawienia? Są to dzieje świata od jego stworzenia, aż do końca (który opisuje Apokalipsa). W tej historii – to bardzo ważne – objawia się Bóg. Pojawiają się kolejne pewne fakty na Jego temat, kolejne Jego cechy, dowiadujemy się coraz to nowszych informacji o człowieku, o świecie, o życiu wiecznym. Objawienie Boże ma swój punkt kulminacyjny w Jezusie Chrystusie – a tego to Jezusa, jego nauczanie, życie i ofiarę, a także zmartwychwstanie, opisują cztery Ewangelie. Na przyjście tego Jezusa przygotowują nas Pisma i Prorocy. Ale ani Pisma, ani Prorocy nie mają w żadnym wypadku pełnej wiedzy ani o Zbawicielu, ani o Bogu, ani o innych kwestiach. Bo pełna wiedza dopiero staje się nam bliska dzięki wypełnieniu Pism i proroctw w jednej osobie, osobie Jezusa Chrystusa.

Tylko i wyłącznie przy podobnym założeniu możemy mieć pewność, że wszystkie wersety Biblii się ze sobą zgadzają – w innym nie. Bo trzeba zauważyć, że Abraham wierzył nie tyle w Boga jedynego, lecz w jednego z bogów, który był jego Bogiem (stąd m.in. późniejsze stwierdzenie “Bóg Abrahama” – dla odróżnienia od innych bogów). Wiele lat musiało upłynąć, nim objawienie dobrnęło do momentu, kiedy Izraelici zrozumieli, że jest tylko jeden Bóg, że innych nie ma – i że nie trzeba Go od nikogo odróżniać. Aż wreszcie nadszedł moment, kiedy przyszedł Chrystus i dopełnił objawienie, ukazując że rzeczywiście jest jeden Bóg, ale w trzech osobach. I właśnie za to Izraelici skazali go na śmierć – za to, że czynił się równym Bogu: „Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu” (J 5,18). Trójca była dla nich bowiem nie do pojęcia – skoro dopiero nauczyli się wierzyć, że Bóg jest tylko jeden…

Jeśli zaś nie przyjmiemy założenia, które jest zresztą prawdziwe, że Biblia to dzieje zbawienia, to niestety poszczególne wersety tej Księgi staną się ze sobą sprzeczne. Choćby klasyczna nauka Świadków Jehowy o braku piekła wywodzi się z księgi Hioba, gdzie dowiadujemy się, że Szeol to miejsce, gdzie nic nie ma, gdzie nie ma świadomości. Niestety, te wersety nie zgadzają się z Łk 12, 4-5: “Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!” lub z Mt 25, 41: “Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!”. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że za czasów tworzenia księgi Hioba nie otrzymano jeszcze pełni objawienia dotyczącego przyszłych czasów, wszystko stanie się zrozumiałe (i niesprzeczne). Tak też jest z nauką o Jedynym i o Trójcy.

W związku z przytoczonymi przez autora tekstu argumentami, które są całkiem słuszne, pominę omawianie przytoczonej interpolacji tekstu 1 J 5, 7-8. Skupię się natomiast krótko na J 10, 30, czyli znanym fragmencie “Ja i Ojciec jedno jesteśmy”, co w tekście autora brzmi tak: “Mój Ojciec i ja jesteśmy jednym”. Autor twierdzi, że nie może tu chodzić ani o bóstwo, ani o istotę, ponieważ mamy wyraźnie nie “jeden” (jak jeden Bóg), ani “jedna” (jak jedna natura) lecz jedno (jak jedno usposobienie). “Gdyby ten tekst był prawdziwy, w wersecie tym po hen musielibyśmy wprowadzić rzeczownik rodzaju nijakiego” – mowa jeszcze o poprzednim wersecie, ale z odniesieniem do omawianego. A mnie pojawia się w głowie pytanie: kto nam każe wstawiać po “jedno” jakikolwiek rzeczownik? Oczywiście, moglibyśmy kombinować, bo jak jedno, to może auto, auto jest rodzaju nijakiego, a samochód już nie. Więc “Ja i Ojciec jedno auto jesteśmy”. Albo krzesło? To złośliwe z mojej strony (zresztą nawet nie wiem, czy po grecku – i to jeszcze koine, w którym pisane było Pismo Święte – auto jest w rodzaju nijakim), ale jedynie podkreślam, że żaden autor biblijny, ani sam Jezus, nie każe nam wstawiać po “jedno” żadnego rzeczownika! Ma być “jedno” i już! A wówczas “jedno” nie znaczy “jedno usposobienie”, lecz raczej “jedno i to samo”. Bez różnicy. Właśnie użycie słowa “jedno”, a nie “jeden” zwraca naszą uwagę na to, że w tym miejscu Jezus chce powiedzieć coś ważnego. “Ja i Ojciec jedno jesteśmy” oznacza “Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Ni mniej, ni więcej. A jeśli więcej, to tylko kontekst: “I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga” (J 10, 31-33).

Odnośnie podpunktu c) mam do powiedzenia dwie rzeczy. Po pierwsze oczywiście, że “imię Boga – Jehowa [właściwie Jahwe - przyp. Maurycy] – stosowane jest w Biblii wyłącznie do Ojca i nigdy nie jest używane jako osobiste imię Syna, który wielokrotnie w wielu wersetach pokazywany jest w kontraście jako nie będący Jehową.” Nie jest używane w stosunku do Syna, bo Syn nie jest tą samą osobą, co Ojciec, a Ojciec nie jest tą samą osobą, co Syn. Dlatego raczej nie zdarza się, by Jezus i Jahwe byli naprzemiennie nazywani tymi imionami. Ale! Po drugie zastanówmy się nad znaczeniem słowa “Jahwe”, które tłumaczymy jako “Jestem, który jestem”, czasem skracając do “Jestem”: “Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: JESTEM, KTÓRY JESTEM. I dodał: Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was” (Wj 3, 14). Oczywiście ma znaczenie, że w starożytnym przekładzie greckim, z którego korzystali Ewangeliści, jest ono tłumaczone na “Ego eimi” – czyli “Ja jestem”. Przypatrzmy się, w związku z tym, niektórym słowom wypowiedzianym przez samego Jezusa Chrystusa: “Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem” (J 8, 57-58). Albo to: “Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24). Skupmy się na pierwszym przytoczonym przeze mnie cytacie i zastanówmy się, czemu Jezus nie powiedział “Ja byłem”? Mógł powiedzieć “Zanim Abraham stał się, ja byłem”. Ale tak nie powiedział. Mówiąc “Ja jestem” po pierwsze podkreślił swoją odwieczność. Nie powiedział “Ja byłem przed Abrahamem”, lecz o Abrahamie powiedział, że się stał kiedyś, a o sobie, że jest – niezależnie od czasu. Po drugie mówiąc to zaznaczył swe niestworzenie. Abraham bowiem “stał się”, Jezus zaś jest. Nie stał się (czyli został stworzony) jak Abraham, lecz jest bez stworzenia. Po trzecie zaś – i na tym chciałem się skupić najbardziej – mówiąc słowa “Ja jestem” użył wobec siebie imienia Boga, z Bogiem się utożsamiając! Nie wiemy wprawdzie, czy w rzeczywistości (po hebrajsku) użył słowa Jahwe (na pewno nie użył słowa “Jehowa”), ale wiemy, że Ewangelista ujął to dokładnie w takie słowa, w jakie ujęte było imię Boga w Septuagincie. A ten argument nie pozostawia cienia wątpliwości.

W związku z powyższymi argumentami nie będę się już skupiał na przytaczanych przez autora tekstu cytatach ze Starego Testamentu, mających zaznaczyć różnicę między Jahwe a Jezusem (co jest zupełnie nieuzasadnione – Prorocy oczekiwali bowiem Mesjasza, nie zaś Jezusa – i nie mieli pojęcia, że Mesjasz tak właśnie będzie miał na imię; jak również nie wiedzieli, że będzie to sam Bóg – dlatego nie dziwmy się, że w ST odróżnia się to, co w NT jest już nieodróżniane). Przejdę wreszcie do punktu 3.

Test 3

Doktryna powinna być zbieżna z każdą doktryną Biblii. Słuszna uwaga. I nie przeczy. Oczywiście autor tekstu uważa odwrotnie, ale powołuje się albo na doktryny, które w Biblii w ogóle nie występują, albo za swym twierdzeniem używa argumentów, które nie mają racji bytu. “Zauważyliśmy już to w odniesieniu do doktryny (…) podporządkowania Syna Bogu, ponieważ doktryna ta uczy o Jego równości z Ojcem” – pisze autor. A przecież zna fragment z listu do Filipian, który głosi, że “On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (Flp 2, 6-9). Syn więc, jak czytamy, istniał w postaci Bożej, po czym przyjął postać sługi – uniżył się i stał się posłuszny! Potem umarł, zmartwychwstał i został wywyższony. Syn stał się więc człowiekiem, a więc podporządkował się, choć wcześniej “nie skorzystał ze sposobności, by na równi być z Bogiem” “istniejąc w postaci Bożej”. Na początku istniał w postaci Bożej – a to wcale nie oznacza, że gdy się uniżył, przestał w tej postaci istnieć. Ten jeden cytat odpowiada na wszystkie pytania o równość i jednoczesne uniżenie, podporządkowanie. Ale autor, jak już wspomniałem, też zna ten fragment, dlatego jeszcze do niego wrócimy.

Póki co zajmijmy się następną doktryną. “Zaprzecza ona także doktrynie o tym, że Chrystus jest pierworodnym ze wszystkich Boskich stworzeń”. Doktryna o Trójcy w tym wypadku niczemu nie zaprzecza, za to zdanie autora zaprzecza samemu sobie. “Chrystus jest pierworodnym ze wszystkich Boskich stworzeń” – stwierdza autor, zakładając, że “pierworodny” znaczy tyle co “stworzony”. Nie muszę chyba skupiać się na znaczeniu tych dwóch słów. Ale podajmy choćby przykład: Moja żona jest matką pierworodnego – G.M. Jednak go nie stworzyła (czy raczej utworzyła) – stworzyła za to np. wpis na blogu. G.M. nie jest pierworodnym ze wszystkich wpisów na blogu – on jest zrodzony, a one są stworzone. “On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia” (Kol 1, 15) oznacza więc, że Syn jest zrodzonym ZANIM wszystko zostało stworzone. Ta doktryna znajduje potwierdzenie w ulubionym przez Badaczy wstępie do Ewangelii Jana: “Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało” (J 1, 3). Czyli – wszystko przez Nie zostało stworzone, a bez Niego nic nie zostało stworzone z tego, co zostało. Gdyby Syn był stworzony (a nie tak, jak mówi Pismo, zrodzony), to musiałby się stworzyć sam przez siebie. Oczywiście – jeśli był Bogiem – jest to możliwe. Ale jeśli miałby być stworzony – to nie byłby Bogiem. Całe więc szczęście, że Syn jest “pierworodnym wobec każdego stworzenia”.

Wróćmy teraz do omawianego fragmentu z listu do Filipian. Autor powołując się nań argumentuje: “W rezultacie zaprzecza ona [doktryna] biblijnej nauce, że Jego przedludzka natura była niższa od Boskiej, czego dowodem jest między innymi fakt, że wyniszczył [zrezygnował] Siebie, rezygnując z przedludzkiej natury (Fil.2:7). Nie mógłby tego dokonać, gdyby posiadał Boską naturę, ponieważ Boska natura nie podlega zmianie w inną”. Tu właśnie mamy przykład “biblijnej nauki”, która wcale nie jest biblijna – próbuje zaś sprowadzić Boga do pozycji czysto ludzkiej. Oczywiście, jak już pokazałem, z przytoczonego wersetu biblijnego wynika właśnie, że Jego (Syna) przedludzka natura była równa Boskiej (“istniejąc w postaci Bożej”). Co zaś miałoby świadczyć przeciwko takiej interpretacji? “Nie mógłby tego dokonać, gdyby posiadał Boską naturę, ponieważ Boska natura nie podlega zmianie w inną”. To takie logiczne: “Gdyby był Bogiem, to nie mógłby…” Ludzkie myślenie potrafi tak łatwo sprowadzić na manowce! Bóg nie mógłby. Czy istnieje cokolwiek, czego nie mógłby Bóg?! Oczywiście, że nie! Oczywiście, że Bóg mógłby zrobić wszystko! Bo jest Bogiem, Wszechmogącym! Oczywiście – Boska natura nie podlega zmianie w inną – i Bóg pozostałby Bogiem nawet stając się człowiekiem. Co się zresztą stało. A, jak już podkreślałem wcześniej, słowa “istniejąc w postaci Bożej” nie mówią, że “wcześniej istniał w postaci Bożej, a potem już nie”. Można posunąć się wręcz do interpretacji: “Zawsze istniejąc w postaci Bożej”, czy “Nieprzerwanie istniejąc”. Jest mowa o uniżeniu, o nie skorzystaniu ze sposobności, by na równi być z Bogiem – ale nie ma mowy o zaprzestaniu istnienia w postaci Bożej! To jest bardzo ważne i należy zwracać na takie fragmenty uwagę!

“Zaprzecza ona biblijnej doktrynie, że pozbywając się Swej przedludzkiej natury, Chrystus stał się ciałem, tzn. przeczy doktrynie karnacji Chrystusa” – niby dlaczego? I skąd twierdzenie, zapytam ponownie, że Syn pozbył się Swej przedludzkiej natury? I kolejne zdanie wyrwę z kontekstu: “Przeczy ona okupowi także z innego punktu widzenia: członek trójcy nie mógłby umrzeć, a zatem nie mógłby dostarczyć okupu. Istota taka jako druga osoba trójcy nie mogłaby też dostarczyć dokładnego odpowiednika długu Adama, ponieważ istota Boska nie odpowiada wartością doskonałej istocie ludzkiej” – A istota anielska (Michał Anioł?) odpowiada “doskonałej” istocie ludzkiej? Kim w ogóle jest doskonała istota ludzka? Czy my wszyscy, jako stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, nie jesteśmy idealni mimo naszego grzechu? Jeśli Adam był idealny – to dlaczego zgrzeszył? Rozumiemy, że ja, jak i Ty, jak i Adam, nie istnieliśmy w postaci przedludzkiej. Jezus zaś istniał, o czym świadczy Biblia. Czy więc jest On tylko “idealną istotą ludzką”? Zakładamy, że istniał jako anioł. Czy był więc tylko “idealną istotą ludzką”? Nie! I teoria Trójcy nie przeczy doktrynie okupu – właśnie dlatego, że nie wystarczyła śmierć zwykłego człowieka, by odkupić winę Adama (a także winę każdego innego człowieka!). Nie było na świecie i we wszechświecie takiej istoty, która byłaby w stanie odkupić grzech i pokonać śmierć – tak wielki był ten grzech i tak groźna była ta śmierć. Dlatego też Bóg, w swej wielkiej miłości do człowieka, sam stał się człowiekiem, by oddać jedyny okup, który byłby w stanie cokolwiek odkupić. By własne życie oddać – a potem prawdziwie zmartwychwstać i tym samym dać nadzieję na zmartwychwstanie! Mnie się to z niczym nie kłóci. Dla mnie jest to wręcz jedyne możliwe wytłumaczenie.

Czyli, jak widzimy, doktryna o Trójcy Świętej nie kłóci się z żadną doktryną biblijną. Kłóci się za to z doktrynami, na które powołuje się autor komentowanego tekstu, a które z Biblią nie mają za wiele wspólnego.

A ponieważ piszę tę notkę już kilka tygodni i nie mam siły dłużej, kolejne “biblijne testy” już sobie daruję… Przynajmniej na razie :). Oczywiście – jeśli pojawi się potrzeba omówienia ich i zdementowania – nie zawaham się, tyle że w innym czasie. Póki co dziękuję za lekturę (mam nadzieję, że owocną) i proszę o jak najbardziej zjadliwe… teges… rzeczowe komentarze :).

Napisane przez: Maurycy Teo | 13 Listopad 2009

Pozbawieni podstawowych praw

Przeczytałem ostatnio felieton w Wysokich Obcasach, napisany przez Kingę Dunin, i chciałbym skupić się dziś na omówieniu i skomentowaniu kilku kwestii w nim zawartych. Zacznę od tego, co w tytule notki, czyli od nieszczęsnej Karty Praw Podstawowych. A może najpierw od samego Traktatu Lizbońskiego. Jak pamiętamy, pierwsza wersja dokumentu, zwąca się bodaj Konstytucją Europejską, została swego czasu odrzucona przez Francuzów i Holendrów, jeśli dobrze pamiętam, w referendum. Ten stan rzeczy bardzo zdziwił tych, którzy starali się dokument przeforsować, został on więc wycofany i oddany do przeróbki. Trafił na nasze stoły jako Traktat Lizboński, z dołączoną doń Kartą Praw Podstawowych.

Traktat Lizboński nie został już jednak poddany pod referendum ani we Francji, ani w Holandii. Widocznie uznano zdanie ludu za wysoce ryzykowny czynnik zagrażający ewentualności wejścia Traktatu w życie. Referendum, jak pamiętamy, zostało za to przeprowadzone w Irlandii, gdzie traktat został również odrzucony. Nie do końca rozumiem co spowodowało, że nie postanowiono go w związku z powyższym przeforsować w inny sposób. Grunt, że wykorzystując kryzys panujący na świecie (nie insynuuję, że kryzys został wywołany umyślnie) dano Irlandczykom drugą szansę, nieco ponad rok później. Tym razem Irlandczycy, zmieniwszy zdanie, w większości zagłosowali za. Bardzo ciekawe, czy gdyby ponownie zagłosowali przeciw, to powtórzono by referendum za rok? A skoro zagłosowali za – to czy to wyklucza powtórkę z rozrywki?

To są, oczywiście, pytania retoryczne. Traktat musiał przejść, więc powtarzali referendum. Jeśliby nie przeszedł, pewnie powtórzyliby jeszcze raz, za jakiś czas. W pozostałych krajach referendów nie planowano, czekano więc cierpliwie na decyzje państw. Nasz prezydent Lech Kaczyński, jak i prezydent Czech, ostatecznie traktat podpisali. Gdyby Kaczyński się nie wywiązał, poczekano by. Przecież niedługo u nas wybory prezydenckie. Choć, niestety, nie wszystko poszło tak, jak powinno pójść.

“Wśród dość powszechnej radości zapomniano, że wciąż nie jesteśmy gotowi na przyjęcie Karty Praw Podstawowych. (…) Chcemy integrować się energetycznie, godzimy się na wspólną politykę międzynarodową, ale prawa człowieka? Co to, to nie.” – Martwi się Kinga Dunin w felietonie. No rzeczywiście. Prezydent odmówił podpisania Karty Praw Podstawowych. Czyli, jak sama nazwa dokumentu wskazuje – odmawia nam, Polakom, przysługujących nam, podstawowych praw! Elementarnych, fundamentalnych praw, które należą się każdemu człowiekowi! Wszyscy, z panią Dunin na czele, zdajemy sobie sprawę, że bez tej karty praw nadal będziemy musieli pracować po 18 godzin na dobę w kamieniołomach, otrzymując tylko jeden posiłek dziennie, nie mogąc decydować o losach naszego kraju, ba, nawet naszego życia – do tego mając jedną łazienkę na piętro w bloku! Wszystkie nasze prawa, podstawowe prawa, zostały odrzucone, bo prezydent nie był gotów by dać nam odrobinę wolności!

Cóż za ironiczna, wredna i myląca nazwa dokumentu, przez który musielibyśmy zliberalizować prawo dotyczące in-vitro, aborcji, związków homoseksualnych. Czyli – jednym słowem, udzielić ludziom ich podstawowych praw…

Dalej pani Kinga wywnętrza się na temat tego, jak wyglądałby kraj, gdyby to był jej kraj, a nie kraj pana prezydenta. “W moim kraju byłoby miejsce i na małżeństwa sakramentalne, i na związki partnerskie, w ich – jest miejsce na tylko jeden typ związków. W moim kobiety, które chcą usunąć ciążę, usunęłyby ją, a te, którym moralność tego zabrania, nie robiłyby tego. Mój kraj nie miałby nic przeciwko Karcie Praw, oni uważają, że to nadmiar wolności, który skazi polską specyfikę”. Hola hola, pani Kingo! Od kiedy w naszym (“ich”) kraju jest miejsce jedynie na związki sakramentalne? Owszem, nie ma legalizacji związków partnerskich, które z natury są nietrwałe, bo nie opierają się na niczym konkretnym, ale jak duży jest odsetek legalnych w świetle prawa małżeństw, które nie przyjęły sakramentu, nie złożyły sobie przed Bogiem przysięgi? To, że w “ich” kraju nie ma miejsca (miejmy nadzieję, że nie na razie) na partnerskie związki przedstawicieli zarówno różnych, jak i tych samych płci (oraz adopcji przez tych drugich dzieci – o co też ubiega się pani w końcowym akapicie swego felietonu, namawiając do czytania kilkuletnim dzieciom książeczek o pingwinkach – gejach), nie znaczy, że jest jedynie miejsce na pary złączone sakramentalnym węzłem małżeńskim (w niektórych momentach chciałoby się rzec “szkoda”).

Ale najbardziej przeraża mnie pani argument o usuwaniu ciąży i moralności. “Te, którym moralność tego zabrania, nie robiłyby tego”. Tak felernej, ogromnej pomyłki słów dawno nie widziałem. Przecież usuwanie czy nieusuwanie ciąży to nie jest kwestia moralności tej czy innej kobiety. Bo to nie jest tak, że jednej moralność nie pozwala – więc to, co nosi pod sercem jest człowiekiem, a innej pozwala – więc to, co nosi pod sercem, człowiekiem nie jest. Nie! Coś (ktoś) albo jest, albo nie jest człowiekiem bez względu na moralność! Idąc w ślad za pani rozumowaniem, używając pani słownictwa sam mógłbym napisać, że “w moim kraju ten, kto chciałby wybić szybę sąsiadowi, mógłby to zrobić, a ten, któremu sumienie by to wyrzucało, by tego nie zrobił”. Albo “mój kraj byłby otwarty na ludzi, którzy chcieliby komuś coś ukraść, a także na tych, którzy by nie chcieli”. Mógłbym wymieniać dalej. W moim kraju kto chciałby pobić żonę, zakatować psa, zabić teściową, ten mógłby to zrobić. A komu moralność by nie pozwalała, ten by tego nie zrobił. I nie mówmy, że to wszystko nie to samo. Bo oczywiście teściowa to teściowa, niezależnie od moralności. Pies to pies, żona to żona, kradzież to kradzież – niezależnie od moralności. Szyba to szyba, a płód ludzki to płód ludzki. Jest takim samym płodem ludzkim bez względu na czyjąkolwiek moralność.

Odpowiecie, że płód ludzki nie jest jak teściowa, bo nie jest człowiekiem. Jak łatwo jest wam, w waszym państwie, wyrokować o czymś, na co nie macie żadnych dowodów. Nie jest człowiekiem, bo co? Nie ma rączek i nóżek? Oglądałem świadectwo jednego pana, który również nie ma rączek i nóżek, a chyba jest człowiekiem. Bo nie ma w pełni rozwiniętego układu nerwowego, nie myśli racjonalnie? Sam mam 5-miesięczne dziecko, które nie myśli racjonalnie, a w kościele co niedzielę widuję dziewczynkę niepełnosprawną, która z pewnością nie ma prawidłowo rozwiniętego układu nerwowego. Oboje oni są ludźmi. A może płód ludzki wygląda raczej jak glut (wcale nie wygląda jak glut) albo przypomina płód kota? Odpowiedzmy sobie na pytanie: co się z niego rozwinie, jeśli tacy jak pani, w pani państwie, nie zechcą go zabić? Glutoneria? A może dorosły kot? Nie. Raczej dorosły człowiek – i to w jakieś 18 lat od momentu, w którym jesteście w stanie stwierdzić, że już go nie można zabić, bo już jest człowiekiem. Choć to, że niby miałby się czymś różnić po wyjściu z łona matki od tego sprzed, również jest żadnym argumentem.

Tak więc Kinga Dunin sieje zamęt, myli pojęcia (jak zresztą i Unia Europejska, mówiąc o prawach podstawowych) i jeszcze opowiada coś o “jej” kraju, innym niż “ich” kraj. To nasuwa na myśl pytanie, czy ta kobieta nie planuje czasem startować w wyborach prezydenckich. Mam nadzieję, że z tymi poglądami, nie ma zbyt wielkich szans na sukces…

Napisane przez: Maurycy Teo | 18 Październik 2009

Tupot płaskich stóp

Z żoną połączyło mnie kilka kwestii. Z pewnością przede wszystkim Bóg. A więc bardzo poważne podejście do naszej wiary z jednej strony, z drugiej zaś nieustająca łaska Stwórcy. Z pewnością również miłość. Ktoś mógłby powiedzieć, że wymieniając Boga, wymieniłem też miłość. Ale to nie do końca jest tak. Bo Bóg jest miłością, ale miłość nie jest Bogiem. Tak, jak kwadrat jest prostokątem, lecz nie każdy prostokąt jest kwadratem. Czyli miłość – jako obustronna, może trochę wariacka, decyzja podjęta na całe życie. Połączyły nas wspólne zainteresowania, pasje, marzenia. Połączyło nas też zamiłowanie do wyłapywania, wyszukiwania w świecie fałszu, kłamstwa, zła i obłudy, ukrywających się pod powłoczką poprawności politycznej, demokracji i równouprawnienia.

W zasadzie nie jestem do końca przekonany, czy we mnie to pierwotnie nie tkwiło mocniej. Ale ja wtedy, gdy żonę poznałem, sam przeżywałem kryzys. Więc może nie było tak, że to ja to w niej zaszczepiłem, może było to w nas i wybudziliśmy to w sobie dzięki sobie nawzajem? Tak czy inaczej hobbystycznie oglądamy TVN (oraz TVN Style), czytujemy Gazetę Wyborczą (zwłaszcza Wysokie Obcasy), zaglądamy na nasz ulubiony Pardon, wertujemy książki (“Bóg nie jest wielki”, “Kod Leonarda da Vinci”), by trochę się powkurzać, po czym sięgnąć do kontr-źródeł i odeprzeć atak. Częstokroć media głoszą tak ewidentne głupoty, że bez zastanowienia wpadamy na argumenty przeciw nim. Nie osiadamy jednak na laurach i z dnia na dzień wzbogacamy swą bibliotekę o nowe książki (lub czasopisma) mogące umocnić nasze stanowisko, pomóc nam odnaleźć drogę między przeszkodami (polecam szczególnie książki Josha McDowella, ale są też inne znakomite pozycje, jak “Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci” Carla E. Olsona i Sandry Miesel). Staramy się oczywiście przy okazji nie zaniedbywać modlitwy, by w chwilach intensywnych poszukiwań nie zapominać o Tym, który sam nas do prawdy poprowadzi. I od początku próbujemy dać przykład własnej wiary malutkiemu synkowi, by i on w przyszłości potrafił bez problemu wybrać właściwą drogę.

Ona nosiła się z zamiarem założenia tego bloga od dość dawna. Wreszcie wspólnie zdecydowaliśmy, że będzie to już dobry moment na rozpoczęcie pisania. I tak oto moja żona postanowiła założyć blog, który ma na celu rozpoczęcie polemiki ze wszelkimi bardzo liberalnymi i postępowymi mediami, z którymi się nie zgadzamy. Adres bloga “Tupot płaskich stóp” powstał na zasadzie przeciwieństwa do nazwy “Wysokie Obcasy”. Najbardziej radykalnego przeciwieństwa, jakie udało nam się wymyślić. Tytuł “…punkt widzenia kury domowej” ma zaś podkreślać fakt, że moja żona ma podejście absolutnie antyfeministyczne (w nowoczesnym tego słowa znaczeniu). Niniejszym kończę wreszcie ten nieciekawy wywód i najserdeczniej zapraszam do odwiedzenia strony z twórczością Inki. Link znajdziecie również gdzieś tam, po prawej stronie. Życzę jak najprzyjemniejszej lektury!

Napisane przez: Maurycy Teo | 3 Październik 2009

W kwestii Gościa Niedzielnego

Tak jest, w kwestii Gościa Niedzielnego napisano i wypowiedziano się wiele razy. Wiele osób postanowiło umieścić w różnych miejscach napisy, że aborcja jest jak holokaust, że powinniśmy zostać wszyscy pozwani, że opowiadają się po stronie redaktora naczelnego, ks. Gancarczyka. I nikogo chyba nie zdziwi, że ja również myślę podobnie jak oni. Choć wątpię, by kogoś takiego, jak ja, ktokolwiek chciał oskarżać i wodzić po sądach.

Ksiądz Gancarczyk w artykule (słowo wstępne do wydania Gościa Niedzielnego) z października 2007 roku napisał, że “pani Tysiąc otrzyma 25 tys. euro odszkodowania, plus koszty postępowania, za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Mówiąc inaczej, żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono”. Pośrednio porównał również sędziów wydających wyrok do hitlerowskich oprawców – pisząc, że “Zapewne na weekendy jeżdżą w różne urokliwe miejsca”, tak, jak robili to wyżej wspomniani oprawcy. Zaznaczył przy tym, i należy to podkreślić, że dziś jest “Inaczej, ale równie strasznie”. To znaczy – sędziowie trybunału to nie to samo co słudzy Hitlera. O co zaś ksiądz Gancarczyk został oskarżony (i za co, de facto, został skazany)? Za porównywanie pani Alicji Tysiąc do hitlerowców i za wielokrotne pomówienia, jakoby chciała zabić swoje dziecko. Miała to być, wg słów prokuratora, nie tyle mowa nienawiści, ile “przemowa nienawiści”.

Podkreślę jeszcze raz, że to nie pani Tysiąc została porównana w ten mocny sposób, lecz sędziowie w Strasburgu. I to pośrednio, z zaznaczeniem, że to jednak nie to samo. A co do odszkodowania za chęć zabicia dziecka, na co jej nie pozwolono – jak inaczej można by to nazwać? Kim jest (poruszanie tego wątku jest, rzecz jasna, przekleństwem dla takich jak ks. Gancarczyk, a nie dla Alicji Tysiąc) dziewięcioletnia córka kobiety, jeśli nie dzieckiem, którego nie udało się usunąć? Za co pani Alicja raz po raz zgarnia kasę, jeśli nie za to, że jej córka żyje i ma się dobrze? Oczywiście można utrzymywać, że się to dziecko bardzo kocha i że jest bardzo chciane, że tu chodziło tylko o wzrok matki. Ale naprawdę nie wiemy – i pewnie się nigdy nie dowiemy – jak całą tę sprawę odbiera dziewczynka. Jak czuje się z tym, że mama ciągle się bogaci tylko dlatego, że ona żyje – a raczej przez to, że ona żyje.

I naprawdę nie przeszkadza mi w tym wszystkim stwierdzenie z mowy końcowej, że “wszystko to w imię fundamentalistycznego światopoglądu, nakazującego zrównać aborcję z zabójstwem a ubieganie się o realizację standardów demokratycznego państwa za równe sprzedawaniu Żydów z Getta czy uprawianie ludobójstwa – to jest mowa nienawiści”. Ponieważ próba zrównania aborcji z zabójstwem to nie jest fundamentalistyczne działanie, lecz dążenie do zrównania w prawach wszystkich ludzi – a czyjś fundamentalistyczny światopogląd nakazuje nam, katolikom i nie tylko, wierzyć w to, że płód ludzki nie jest jeszcze człowiekiem, choć wszelkie argumenty metafizyczne za tym przemawiają. I nie mogę się doczekać pytań: “Przepraszam, jakie argumenty…?”

Bo gdyby aborcja nie była zabójstwem, to jak nazwalibyśmy istotę, która przeżyła tylko dlatego, że kilku trzeźwych Polaków odmówiło dokonania aborcji na jej embrionie? Kiedy córka Alicji Tysiąc przestała być zlepkiem komórek, a stała się córką Alicji Tysiąc? I czym, jeśli chodzi o budowę DNA, potencjał rozwojowy i nieprzewidzianą przyszłość różni się dziś od owego zlepka, którego nie udało się usunąć, oprócz tego, że jest trochę starsza?

A mówienie o realizacji standardów demokratycznego państwa przypomina mi panią minister Ewę Kopacz, która jest katoliczką, ale swój światopogląd pozostawia za drzwiami urzędu. To nie jest śmieszne. To tragiczne. Nad tym trzeba płakać.

W tym samym czasie toczy się proces mojej ulubionej, od czasów wydania wraz z Terlikowskim “Agaty…”, autorki – Joanny Najfeld. Wszystkiego można się dowiedzieć z założonej przez nią strony. Po wyroku skazującym ks. Gancarczyka rosną obawy, że wyrok w tej sprawie również będzie niepomyślny. Szkoda, że mówienie prawdy może spotkać się z takim złym odbiorem… Pani Joannie należy się wsparcie, nawet od tak niewiele znaczących ludzi jak ja. A po wydaniu wyroku, jeśli będzie niepomyślny, również wsparcie finansowe (tak, jak Gancarczykowi, na zapłacenie 30 tysięcy). A zdawać się może, że to dopiero początek. Że teraz bezkarna, liberalna antykultura może poczuć, że jej czas właśnie się rozkręca. I to nie będzie ostatni wyrok sądowy.

Zdziwię się, jeśli ktoś za tą wypowiedź zaprowadzi mnie do sądu, bo póki co biorą się za tych sławniejszych. Jeśli jednak – mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze wsparcie…

A tak przy okazji – ciekaw jestem, czy ks. Gancarczyk wywiąże się z 2 części wyroku i przeprosi panią Tysiąc na łamach swego pisma za coś, czego nie zrobił (czyli za porównanie jej do nazistów). Chyba zacznę prenumerować Gościa Niedzielnego…

Napisane przez: Maurycy Teo | 15 Wrzesień 2009

Rzecz o kapłaństwie kobiet

Przez poważne kłopoty z komputerem niestety na jakiś czas wyleciałem z obszaru blogowego i raczej jeszcze przez trochę nie będę zbyt często zaglądał. Z drugiej strony jednak dawno nie korzystałem z kafejki postanowiłem przypomnieć sobie jak to jest :).

Postanowiłem wypowiedzieć się na temat, który wydaje mi się dość ważny, a który został poruszony aż w dwóch komentarzach. Mam na myśli kwestię kapłaństwa kobiet. Dwoje spośród moich czytelników zdaje się sugerować, że dyskusja związana z tym tematem nie jest w Kościele wykluczona. Wszak, w rzeczy samej, czasy się zmieniają, mamy XXI wiek, kobiety pełnią poważne funkcje państwowe i społeczne. Nie tak, jak za czasów Jezusa Chrystusa. Ja jednak pragnę zaznaczyć, że tu nie chodzi tak naprawdę o ‘nowe czasy’, lecz o zupełnie inne sprawy.

Po pierwsze – Jezus Chrystus otaczał się nie tylko mężczyznami. Kobiety szły za nim, słuchały go, służyły nie mniej (i nie bardziej) niż mężczyźni, były uzdrawiane, rozgrzeszane, wywyższane. A jednak – to naprawdę nie jest bez znaczenia – do grona 12 Apostołów należeli wyłącznie mężczyźni. Nie było wśród nich Maryi, matki Jezusa. Nie było Marii Magdaleny. Byli za to Jan, Piotr, Mateusz i 9 innych, płci męskiej. Ci też przekazali swą władzę swoim uczniom, a uczniowie swoim uczniom – i to nazywamy sukcesją apostolską. Każdy kapłan na świecie ma święcenia wywodzące się w linii prostej od Apostołów. A co za tym idzie – również i od Jezusa. Zauważmy, że nie było wśród nich żadnej kobiety. Przez prawie 2000 lat. Ale przede wszystkim nie było jej za czasów Jezusa – bo Jezus nie chciał, by była tam kobieta.

Takie czasy były, można powiedzieć, kobiety były mniej ważne, pomiatane, były sługami. Nie wypadało powoływać kobiet. Ale dziś ich sytuacja się zmieniła. Dziś, po emancypacji, należy pomyśleć o kapłaństwie kobiet. I znów nie jest to prawda.

Jezus bowiem, co już wcześniej wspomniałem, wyniósł kobiety do niezwykłej godności. Godności, o jaką np. wśród narodu Żydowskiego do dziś trudno. Otaczał czcią własną matkę, bronił jawnogrzesznic przed atakami wskazując ich wyższość nad faryzeuszami, przyjaźnił się z kobietami. Jego zachowanie wobec kobiet było więc tak kontrowersyjne, że niewiele by zmienił, gdyby jeszcze uczynił je kapłankami (dołączył do grona Apostołów). Nie zrobił tego nie dlatego, że nie wypadało, ale z zupełnie innego, niezwykle logicznego powodu.

Dlatego, że kobieta jest kobietą.

To naprawdę bardzo proste, wynikające z natury, z biologii, z Bożego stworzenia. Mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta. I oczywiście, są rzeczy, które kobiety mogą wykonywać równie dobrze jak mężczyźni – a mężczyźni jak kobiety. Ale w dalszym ciągu to mężczyzna pozostaje ojcem, a kobieta matką. Aby zaś opiekować się trzodą Chrystusową, aby nauczać i ochraniać wiernych tak, jak robił to Jezus, trzeba być ojcem. Kapłaństwo jest robotą dla mężczyzn – bez ubliżania kobietom. Jest przecież również wiele rzeczy, których faceci nie zrobią, a zrobią je kobiety. Jezus też dobrze to wiedział – i dlatego nie mianował żadnej kobiety apostołką.

Napisaliście, że nie zdziwilibyście się, gdyby za kilka lat dopuszczono kapłaństwo kobiet. Pewnie część anglikanów też tak mówiło. A część się zdziwiło. I niektórzy kapłani anglikańscy pewnego dnia postanowili się nawrócić i przeszli na katolicyzm. Papież przyjął ich z żonami, choć pozostali księżmi. Bo rozumiał ich sytuację. Jeśli kiedyś Kościół katolicki dopuści święcenia kobiet – dokąd pójdziemy?

Napisane przez: Maurycy Teo | 20 Sierpień 2009

My, protestancka wiara

Żyjemy w kraju, w którym podobno ponad 90% ludności deklaruje się jako katolicy. Jednocześnie podobno ok. 80% ludzi używa prezerwatyw lub innych środków antykoncepcyjnych i nie widzi w tym nic złego. Spora część tych osób, wzruszając się źródłami pisanymi (Gazeta Wyborcza) albo telewizyjnymi (TVN) opowiada się za aborcją czy eutanazją w szczególnych sytuacjach (których to sytuacji zasięg staje się coraz szerszy), albo za legalizacją związków homoseksualnych. Ostatnio zaś rozmawiałem z jedną osobą, która jest praktykującą katoliczką, a która zgromiła mnie za to, że twierdzę, jakoby masturbacja była grzechem. Wszak robi to zdecydowana większość mężczyzn (i coraz więcej kobiet), jest to naturalny sposób na rozładowanie napięcia i przygotowanie się do małżeństwa. Ta osoba nie jest jedyna. Inni jej podobni zresztą opowiadają się za seksem przedmałżeńskim, lub choćby za poważnymi erotycznymi pieszczotami, takimi jak petting czy seks oralny. Stadko katolików niewierzących w Tradycję tu, stadko wypowiadających się za kapłaństwem kobiet tam, tutaj i tutaj kilkoro niewidzących nic pozytywnego w celibacie. Ci ludzie wciąż mówią o sobie “katolicy”, nawet jeśli nie chodzą do kościoła od wielu lat (“wierzący, ale niepraktykujący”), a gdy mówię im, że właściwie to nie mają prawa nazywać siebie katolikami, wyrażają oburzenie i argumentują za pomocą belek w oku i tych słynnych “nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

Ale to nie tylko w Polsce przecież. Na całym świecie pojawiają się katolickie organizacje żonatych księży, katolików za wyborem (a nie “za aborcją”), katolickich lesbijek czy gejów. Katolickie feministki walczą o kapłaństwo kobiet, katoliccy geje o legalizację sakramentalnych (!) małżeństw dla siebie, katoliccy liberałowie o zezwolenie na antykoncepcję i zniesienie dogmatów. Katoliccy publicyści krytykują papieża za nieżyciowość i nienowoczesność, katolickie parafie za wypowiedzi w Afryce, katoliccy biskupi… To wszystko to jakaś jedna wielka paranoja.

A mnie przyszło do głowy, że w rzeczywistości wszyscy ci wyżej wymienieni katolicy to swego rodzaju protestanci. Protestantyzm wybudował się na proteście przeciw katolicyzmowi – i ten też się w ten sposób buduje. “Kościół powinien to, papież powinien tamto”. Myślę, że dla tych wszystkich ludzi znalazłoby się miejsce, jeśli nie w tym, to w tamtym Kościele protestanckim. Jest taki wybór, że każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Problem tkwi w tym, że oni nie chcą. Oni byli, są i będą katolikami – choćby Kościół katolicki myślał inaczej. To nie oni mają się dostosowywać do Kościoła, ew. szukać sobie innego. To Kościół ma dostosować się do nich. Wszak oni są ludem Kościoła – a przecież żyjemy w czasach demokracji! Ten Kościół jest w związku z tym strasznie zacofany. Oni nie rozumieją chyba, że to bardzo dobrze…

Poniżej zamieszczam ankietę, którą naprędce przygotowałem i uprzejmie proszę o wypełnienie jej dla zbadania stanu polskiego (i, być może, nie tylko) katolicyzmu.

Wypełnij!

(Aby otworzyć w nowym oknie/karcie i dzięki temu nie wyłączać notki – kliknij prawym i wybierz odpowiednią opcję :).

Napisane przez: Maurycy Teo | 14 Sierpień 2009

Dogmatix

Dobra znajoma zapytała mnie niedawno jak to jest w katolicyzmie z dogmatami. Wszak część z nich oparta jest na tradycji, a nie ma pokrycia w Piśmie Świętym. Trudno więc uwierzyć, a Kościół podaje jako obowiązujące do wierzenia – co można więc zrobić? Do tych problemów dołączę, dla pełnego obrazu, jeszcze jeden. Otóż niektóre środowiska (zarówno te poszukujące, jak i antykościelne) widzą problem z dogmatami w tym, że stwierdza się je prawie 2000 lat po napisaniu Biblii (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny – 1950 rok). W tej sytuacji, jak uważają, Kościół autorytatywnie stwierdza sobie jakąś wydumaną nowość i nakazuje swoim owieczkom wiarę w tę nowość. Aby odpowiedzieć na ten problem trzeba najpierw mniej-więcej wytłumaczyć pojęcia, które we współczesnym, ponowoczesnym świecie, są błędnie rozumiane.

Dogmat nie jest, wbrew powszechnej opinii, autorytatywnie ogłoszonym przez papieża, nieopartym na dowodzeniu twierdzeniem, niepodlegającym dyskusji i – co wielekroć się podkreśla – popartym autorytetem św. Piotra i dogmatem (ogłoszonym w 1870 roku) o nieomylności papieża. Katolicy, wierzący w taki dogmat i Kościół opierający się na takim dogmacie, mogliby być w rzeczy samej oskarżeni, całkiem podstawnie, o fanatyzm. Dogmat jest jednak w samej rzeczy twierdzeniem opartym na Piśmie Świętym, jego stwierdzenie poprzedzają lata studiów nad lepszym rozumieniem Biblii oraz rozwinięta Tradycja, a poza tym wszystkim częstokroć jeszcze potwierdzona wiara Kościoła (którym są wszyscy Jego wierni). Ogłoszenie dogmatu poprzedzają więc wieki, w ciągu których Kościół, opierając się na Piśmie Świętym i Świętej Tradycji tenże dogmat, bez ogłoszenia go oficjalnie, wyznawał.

Tradycja zaś, co należy podkreślić ze szczególnym naciskiem, nie jest tym, co my pod tym słowem dziś rozumiemy – tj. zbiorem wierzeń i przyzwyczajeń wyrobionych w ciągu wieków w jakiejś grupie społecznej (najczęściej wiejskiej); przykładem może być tradycja wigilii, tj. choinka, 12 potraw, etc. Jednak nie na tej tradycji opiera się wiara Kościoła, nie na niej opierają się dogmaty. Tradycja, w znaczeniu kościelnym (pisana z dużej litery) oznacza przede wszystkim to, na czym opiera się Pismo Święte i to, co poza Pismo Święte wykracza. Żeby to zrozumieć, należy uświadomić sobie, że pierwsze pismo Nowego Testamentu powstało ok. 20 lat po śmierci Chrystusa. Ewangelie zaczęły powstawać jeszcze później. W związku z tym nielogiczni ateiści czy odstępcy kościelni twierdzą, że to św. Paweł wymyślił chrześcijaństwo, albo że opiera się ono na religii egipskiej. Tymczasem, gdyby to było prawdą, chrześcijaństwo nigdy nie zdobyłoby takiej popularności. Bo listy św. Pawła czy Ewangelie trafiały nie tylko do ludzi, którzy dzięki temu po raz pierwszy słyszeli o Jezusie. Czytali je również ci, którzy znali Jezusa osobiście (20-50 lat to jednak nie tak wiele, by całe pokolenie wyginęło) i doskonale pamiętali fenomen pustego grobu (o czym pisze Mateusz w Mt 28, 15) i nauczanie Mistrza. Ci zaś, gdyby historia Jezusa w rzeczywistości nie miała miejsca, bez wątpienia odrzuciliby bzdurne teksty i tym samym obalili chrześcijaństwo w zalążku. Apostołowie też pamiętali i zapisali to, co pamiętali, a także to, co pamiętali ludzie, z którymi toczyli rozmowy, co pamiętała Matka Boska, etc. Czasem napisali coś, co, można powiedzieć, uznali za słuszne do napisania, by coś podkreślić, a co my uważamy za natchnione z Ducha Świętego. Pismo Święte Nowego Testamentu, ale przecież również i Starego Testamentu, powstało więc na Tradycji, czyli czymś, co pamiętano i przekazywano ustnie, a z czego nie wszystko zostało spisane. Tradycja Święta jest więc, co można łatwo zrozumieć, szersza w treści niż cała Biblia – i dlatego część dogmatów opiera się w większym stopniu na Tradycji, niż na Piśmie Świętym.

Ale oczywiście nie jest prawdą, że jakikolwiek dogmat nie ma żadnego oparcia w Piśmie Świętym. Bardzo popularnym fragmentem, na którym bazuje dogmat o Wniebowzięciu jest 12 rozdział Apokalipsy, gdzie Niewiasta rodzi Syna, który zostaje porwany do Boga, ona zaś najpierw otrzymuje od Boga miejsce na pustyni, następnie zaś odlatuje na skrzydłach niby orlich „do swojego miejsca, gdzie jest żywiona przez czas i czasy, i połowę czasu, z dala od Węża”. Jest teoria, która dominuje, a która mówi, że to obraz Matki – Kościoła. Ale oczywiście nasuwa się również myśl, że chodzi o Matkę Boską i że fragment ten powstał nie tylko jako zapowiedź apokaliptyczna, jako proroctwo, ale jest oparty na jakimś autentycznym wydarzeniu z życia Apostoła Jana, który Apokalipsę napisał. Pamiętamy, że Jan został przez Jezusa mianowany synem Maryi i miał się nią zaopiekować po śmierci Mistrza. Prawdopodobnie więc był on również świadkiem… no właśnie – czego? Są dwie teorie – że Matka Boska zmarła, po czym została z ciałem i duszą wzięta do nieba, albo została wzięta bez umierania. Tak czy inaczej Jan mógł być tego świadkiem i zdarzenie to mogło wywrzeć na niego taki wpływ, że zamieścił je w swym prorockim dziele.

Ten fragment jest jednak jedynie przesłanką, a dogmat rzeczywiście opiera się głównie na Tradycji. Ale, jak już wyjaśniłem, Tradycja przekazuje nam te prawdy o Bogu, Jezusie czy Maryi, których nie zanotowano w księgach Nowego Testamentu, w które jednak pierwotny Kościół wierzył i wiarę rozwijał. Na tej zasadzie czcimy np. św. Annę i św. Joachima, rodziców Maryi – których imiona zanotowano w pewnym powstałym później apokryfie. Autor tego apokryfu pragnął podkreślić świętość Maryi i dlatego napisał, że i ona, jak później jej Syn, poczęła się z Ducha Świętego. Oczywiście jest to zagadnienie uznane przez Kościół za nieprawdziwe, ale nie było podstaw, by nie uwierzyć w brzmienie imion dziadków Jezusa – pierwotny Kościół prawdopodobnie bowiem je znał i mógł przekazać na piśmie. Tak też wygląda sprawa wniebowzięcia. W IV wieku pojawiły się pierwsze pisma opiewające to zdarzenie, a już w VII wieku była to prawda oficjalnie uznana, posiadająca własne święto. Kościół wschodni od wieków czci to wydarzenie, Kościół zachodni miał pewne problemy – choćby właśnie takie, że było na ten temat zbyt mało materiału w Piśmie Świętym. Dlatego dopiero w 1950 roku papież ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, po wielowiekowych dochodzeniach, dzięki silnie ugruntowanej od najwcześniejszych lat Tradycji, za zgodą całego Kościoła. Dogmat ogłoszony przez papieża był tylko potwierdzeniem tego, w co niewątpliwie (wierzymy, że z natchnienia Ducha Świętego) wierzył Kościół przez stulecia. Oficjalnym potwierdzeniem prawdziwości.

My dziś mamy problemy z tym dogmatem oraz z innymi dogmatami. Tak jak częstokroć mamy problemy z Kościołem samym w sobie. By jednak lepiej zrozumieć, musimy nie patrzyć z perspektywy ponowoczesnej młodzieży, która uważa prawdę za względną, a Kościół za wypaczenie, ale z perspektywy wieków kształtujących wiarę Kościoła – całego Kościoła, a nie tylko hierarchów. A na koniec odsyłam jeszcze do pewnej strony internetowej, na której kilku księży na swój sposób tłumaczy dogmat o Wniebowzięciu: LINK. Nie z każdą ich teorią się zgadzam, ale ogólnie uważam tekst za godny przeczytania przez ludzi zainteresowanych tematem. Chciałbym jeszcze po cichu poprosić Panią E. Wiater o mały komentarz – bo jednak przyda się odezwa istoty nieco lepiej orientującej się w zawiłościach teologii ode mnie. Z góry serdecznie dziękuję.

Niniejszym życzę wszystkim uroczystego i radosnego świętowania dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny w dniu jutrzejszym. Muszę przyznać, że nie planowałem tej notki w związku z okazją, a z tego powodu muszę podziękować Bogu, że zechciał mnie w tym czasie natchnąć.

A pierwsza osoba, która zgadnie, co dosłownie znaczy słowo „Dogmatix”, zamieszczone w tytule notki, dostanie ode mnie kość. Dostanie karuzelę kości! No dobrze, obiecuję, że dostanie batonik :).

Starsze wpisy »

Kategorie