Napisane przez: Maurycy Teo | 18 październik 2009

Tupot płaskich stóp

Z żoną połączyło mnie kilka kwestii. Z pewnością przede wszystkim Bóg. A więc bardzo poważne podejście do naszej wiary z jednej strony, z drugiej zaś nieustająca łaska Stwórcy. Z pewnością również miłość. Ktoś mógłby powiedzieć, że wymieniając Boga, wymieniłem też miłość. Ale to nie do końca jest tak. Bo Bóg jest miłością, ale miłość nie jest Bogiem. Tak, jak kwadrat jest prostokątem, lecz nie każdy prostokąt jest kwadratem. Czyli miłość – jako obustronna, może trochę wariacka, decyzja podjęta na całe życie. Połączyły nas wspólne zainteresowania, pasje, marzenia. Połączyło nas też zamiłowanie do wyłapywania, wyszukiwania w świecie fałszu, kłamstwa, zła i obłudy, ukrywających się pod powłoczką poprawności politycznej, demokracji i równouprawnienia.

W zasadzie nie jestem do końca przekonany, czy we mnie to pierwotnie nie tkwiło mocniej. Ale ja wtedy, gdy żonę poznałem, sam przeżywałem kryzys. Więc może nie było tak, że to ja to w niej zaszczepiłem, może było to w nas i wybudziliśmy to w sobie dzięki sobie nawzajem? Tak czy inaczej hobbystycznie oglądamy TVN (oraz TVN Style), czytujemy Gazetę Wyborczą (zwłaszcza Wysokie Obcasy), zaglądamy na nasz ulubiony Pardon, wertujemy książki (“Bóg nie jest wielki”, “Kod Leonarda da Vinci”), by trochę się powkurzać, po czym sięgnąć do kontr-źródeł i odeprzeć atak. Częstokroć media głoszą tak ewidentne głupoty, że bez zastanowienia wpadamy na argumenty przeciw nim. Nie osiadamy jednak na laurach i z dnia na dzień wzbogacamy swą bibliotekę o nowe książki (lub czasopisma) mogące umocnić nasze stanowisko, pomóc nam odnaleźć drogę między przeszkodami (polecam szczególnie książki Josha McDowella, ale są też inne znakomite pozycje, jak “Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci” Carla E. Olsona i Sandry Miesel). Staramy się oczywiście przy okazji nie zaniedbywać modlitwy, by w chwilach intensywnych poszukiwań nie zapominać o Tym, który sam nas do prawdy poprowadzi. I od początku próbujemy dać przykład własnej wiary malutkiemu synkowi, by i on w przyszłości potrafił bez problemu wybrać właściwą drogę.

Ona nosiła się z zamiarem założenia tego bloga od dość dawna. Wreszcie wspólnie zdecydowaliśmy, że będzie to już dobry moment na rozpoczęcie pisania. I tak oto moja żona postanowiła założyć blog, który ma na celu rozpoczęcie polemiki ze wszelkimi bardzo liberalnymi i postępowymi mediami, z którymi się nie zgadzamy. Adres bloga “Tupot płaskich stóp” powstał na zasadzie przeciwieństwa do nazwy “Wysokie Obcasy”. Najbardziej radykalnego przeciwieństwa, jakie udało nam się wymyślić. Tytuł “…punkt widzenia kury domowej” ma zaś podkreślać fakt, że moja żona ma podejście absolutnie antyfeministyczne (w nowoczesnym tego słowa znaczeniu). Niniejszym kończę wreszcie ten nieciekawy wywód i najserdeczniej zapraszam do odwiedzenia strony z twórczością Inki. Link znajdziecie również gdzieś tam, po prawej stronie. Życzę jak najprzyjemniejszej lektury!

Napisane przez: Maurycy Teo | 3 październik 2009

W kwestii Gościa Niedzielnego

Tak jest, w kwestii Gościa Niedzielnego napisano i wypowiedziano się wiele razy. Wiele osób postanowiło umieścić w różnych miejscach napisy, że aborcja jest jak holokaust, że powinniśmy zostać wszyscy pozwani, że opowiadają się po stronie redaktora naczelnego, ks. Gancarczyka. I nikogo chyba nie zdziwi, że ja również myślę podobnie jak oni. Choć wątpię, by kogoś takiego, jak ja, ktokolwiek chciał oskarżać i wodzić po sądach.

Ksiądz Gancarczyk w artykule (słowo wstępne do wydania Gościa Niedzielnego) z października 2007 roku napisał, że “pani Tysiąc otrzyma 25 tys. euro odszkodowania, plus koszty postępowania, za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Mówiąc inaczej, żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono”. Pośrednio porównał również sędziów wydających wyrok do hitlerowskich oprawców – pisząc, że “Zapewne na weekendy jeżdżą w różne urokliwe miejsca”, tak, jak robili to wyżej wspomniani oprawcy. Zaznaczył przy tym, i należy to podkreślić, że dziś jest “Inaczej, ale równie strasznie”. To znaczy – sędziowie trybunału to nie to samo co słudzy Hitlera. O co zaś ksiądz Gancarczyk został oskarżony (i za co, de facto, został skazany)? Za porównywanie pani Alicji Tysiąc do hitlerowców i za wielokrotne pomówienia, jakoby chciała zabić swoje dziecko. Miała to być, wg słów prokuratora, nie tyle mowa nienawiści, ile “przemowa nienawiści”.

Podkreślę jeszcze raz, że to nie pani Tysiąc została porównana w ten mocny sposób, lecz sędziowie w Strasburgu. I to pośrednio, z zaznaczeniem, że to jednak nie to samo. A co do odszkodowania za chęć zabicia dziecka, na co jej nie pozwolono – jak inaczej można by to nazwać? Kim jest (poruszanie tego wątku jest, rzecz jasna, przekleństwem dla takich jak ks. Gancarczyk, a nie dla Alicji Tysiąc) dziewięcioletnia córka kobiety, jeśli nie dzieckiem, którego nie udało się usunąć? Za co pani Alicja raz po raz zgarnia kasę, jeśli nie za to, że jej córka żyje i ma się dobrze? Oczywiście można utrzymywać, że się to dziecko bardzo kocha i że jest bardzo chciane, że tu chodziło tylko o wzrok matki. Ale naprawdę nie wiemy – i pewnie się nigdy nie dowiemy – jak całą tę sprawę odbiera dziewczynka. Jak czuje się z tym, że mama ciągle się bogaci tylko dlatego, że ona żyje – a raczej przez to, że ona żyje.

I naprawdę nie przeszkadza mi w tym wszystkim stwierdzenie z mowy końcowej, że “wszystko to w imię fundamentalistycznego światopoglądu, nakazującego zrównać aborcję z zabójstwem a ubieganie się o realizację standardów demokratycznego państwa za równe sprzedawaniu Żydów z Getta czy uprawianie ludobójstwa – to jest mowa nienawiści”. Ponieważ próba zrównania aborcji z zabójstwem to nie jest fundamentalistyczne działanie, lecz dążenie do zrównania w prawach wszystkich ludzi – a czyjś fundamentalistyczny światopogląd nakazuje nam, katolikom i nie tylko, wierzyć w to, że płód ludzki nie jest jeszcze człowiekiem, choć wszelkie argumenty metafizyczne za tym przemawiają. I nie mogę się doczekać pytań: “Przepraszam, jakie argumenty…?”

Bo gdyby aborcja nie była zabójstwem, to jak nazwalibyśmy istotę, która przeżyła tylko dlatego, że kilku trzeźwych Polaków odmówiło dokonania aborcji na jej embrionie? Kiedy córka Alicji Tysiąc przestała być zlepkiem komórek, a stała się córką Alicji Tysiąc? I czym, jeśli chodzi o budowę DNA, potencjał rozwojowy i nieprzewidzianą przyszłość różni się dziś od owego zlepka, którego nie udało się usunąć, oprócz tego, że jest trochę starsza?

A mówienie o realizacji standardów demokratycznego państwa przypomina mi panią minister Ewę Kopacz, która jest katoliczką, ale swój światopogląd pozostawia za drzwiami urzędu. To nie jest śmieszne. To tragiczne. Nad tym trzeba płakać.

W tym samym czasie toczy się proces mojej ulubionej, od czasów wydania wraz z Terlikowskim “Agaty…”, autorki – Joanny Najfeld. Wszystkiego można się dowiedzieć z założonej przez nią strony. Po wyroku skazującym ks. Gancarczyka rosną obawy, że wyrok w tej sprawie również będzie niepomyślny. Szkoda, że mówienie prawdy może spotkać się z takim złym odbiorem… Pani Joannie należy się wsparcie, nawet od tak niewiele znaczących ludzi jak ja. A po wydaniu wyroku, jeśli będzie niepomyślny, również wsparcie finansowe (tak, jak Gancarczykowi, na zapłacenie 30 tysięcy). A zdawać się może, że to dopiero początek. Że teraz bezkarna, liberalna antykultura może poczuć, że jej czas właśnie się rozkręca. I to nie będzie ostatni wyrok sądowy.

Zdziwię się, jeśli ktoś za tą wypowiedź zaprowadzi mnie do sądu, bo póki co biorą się za tych sławniejszych. Jeśli jednak – mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze wsparcie…

A tak przy okazji – ciekaw jestem, czy ks. Gancarczyk wywiąże się z 2 części wyroku i przeprosi panią Tysiąc na łamach swego pisma za coś, czego nie zrobił (czyli za porównanie jej do nazistów). Chyba zacznę prenumerować Gościa Niedzielnego…

Napisane przez: Maurycy Teo | 15 wrzesień 2009

Rzecz o kapłaństwie kobiet

Przez poważne kłopoty z komputerem niestety na jakiś czas wyleciałem z obszaru blogowego i raczej jeszcze przez trochę nie będę zbyt często zaglądał. Z drugiej strony jednak dawno nie korzystałem z kafejki postanowiłem przypomnieć sobie jak to jest :).

Postanowiłem wypowiedzieć się na temat, który wydaje mi się dość ważny, a który został poruszony aż w dwóch komentarzach. Mam na myśli kwestię kapłaństwa kobiet. Dwoje spośród moich czytelników zdaje się sugerować, że dyskusja związana z tym tematem nie jest w Kościele wykluczona. Wszak, w rzeczy samej, czasy się zmieniają, mamy XXI wiek, kobiety pełnią poważne funkcje państwowe i społeczne. Nie tak, jak za czasów Jezusa Chrystusa. Ja jednak pragnę zaznaczyć, że tu nie chodzi tak naprawdę o ‘nowe czasy’, lecz o zupełnie inne sprawy.

Po pierwsze – Jezus Chrystus otaczał się nie tylko mężczyznami. Kobiety szły za nim, słuchały go, służyły nie mniej (i nie bardziej) niż mężczyźni, były uzdrawiane, rozgrzeszane, wywyższane. A jednak – to naprawdę nie jest bez znaczenia – do grona 12 Apostołów należeli wyłącznie mężczyźni. Nie było wśród nich Maryi, matki Jezusa. Nie było Marii Magdaleny. Byli za to Jan, Piotr, Mateusz i 9 innych, płci męskiej. Ci też przekazali swą władzę swoim uczniom, a uczniowie swoim uczniom – i to nazywamy sukcesją apostolską. Każdy kapłan na świecie ma święcenia wywodzące się w linii prostej od Apostołów. A co za tym idzie – również i od Jezusa. Zauważmy, że nie było wśród nich żadnej kobiety. Przez prawie 2000 lat. Ale przede wszystkim nie było jej za czasów Jezusa – bo Jezus nie chciał, by była tam kobieta.

Takie czasy były, można powiedzieć, kobiety były mniej ważne, pomiatane, były sługami. Nie wypadało powoływać kobiet. Ale dziś ich sytuacja się zmieniła. Dziś, po emancypacji, należy pomyśleć o kapłaństwie kobiet. I znów nie jest to prawda.

Jezus bowiem, co już wcześniej wspomniałem, wyniósł kobiety do niezwykłej godności. Godności, o jaką np. wśród narodu Żydowskiego do dziś trudno. Otaczał czcią własną matkę, bronił jawnogrzesznic przed atakami wskazując ich wyższość nad faryzeuszami, przyjaźnił się z kobietami. Jego zachowanie wobec kobiet było więc tak kontrowersyjne, że niewiele by zmienił, gdyby jeszcze uczynił je kapłankami (dołączył do grona Apostołów). Nie zrobił tego nie dlatego, że nie wypadało, ale z zupełnie innego, niezwykle logicznego powodu.

Dlatego, że kobieta jest kobietą.

To naprawdę bardzo proste, wynikające z natury, z biologii, z Bożego stworzenia. Mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta. I oczywiście, są rzeczy, które kobiety mogą wykonywać równie dobrze jak mężczyźni – a mężczyźni jak kobiety. Ale w dalszym ciągu to mężczyzna pozostaje ojcem, a kobieta matką. Aby zaś opiekować się trzodą Chrystusową, aby nauczać i ochraniać wiernych tak, jak robił to Jezus, trzeba być ojcem. Kapłaństwo jest robotą dla mężczyzn – bez ubliżania kobietom. Jest przecież również wiele rzeczy, których faceci nie zrobią, a zrobią je kobiety. Jezus też dobrze to wiedział – i dlatego nie mianował żadnej kobiety apostołką.

Napisaliście, że nie zdziwilibyście się, gdyby za kilka lat dopuszczono kapłaństwo kobiet. Pewnie część anglikanów też tak mówiło. A część się zdziwiło. I niektórzy kapłani anglikańscy pewnego dnia postanowili się nawrócić i przeszli na katolicyzm. Papież przyjął ich z żonami, choć pozostali księżmi. Bo rozumiał ich sytuację. Jeśli kiedyś Kościół katolicki dopuści święcenia kobiet – dokąd pójdziemy?

Napisane przez: Maurycy Teo | 20 sierpień 2009

My, protestancka wiara

Żyjemy w kraju, w którym podobno ponad 90% ludności deklaruje się jako katolicy. Jednocześnie podobno ok. 80% ludzi używa prezerwatyw lub innych środków antykoncepcyjnych i nie widzi w tym nic złego. Spora część tych osób, wzruszając się źródłami pisanymi (Gazeta Wyborcza) albo telewizyjnymi (TVN) opowiada się za aborcją czy eutanazją w szczególnych sytuacjach (których to sytuacji zasięg staje się coraz szerszy), albo za legalizacją związków homoseksualnych. Ostatnio zaś rozmawiałem z jedną osobą, która jest praktykującą katoliczką, a która zgromiła mnie za to, że twierdzę, jakoby masturbacja była grzechem. Wszak robi to zdecydowana większość mężczyzn (i coraz więcej kobiet), jest to naturalny sposób na rozładowanie napięcia i przygotowanie się do małżeństwa. Ta osoba nie jest jedyna. Inni jej podobni zresztą opowiadają się za seksem przedmałżeńskim, lub choćby za poważnymi erotycznymi pieszczotami, takimi jak petting czy seks oralny. Stadko katolików niewierzących w Tradycję tu, stadko wypowiadających się za kapłaństwem kobiet tam, tutaj i tutaj kilkoro niewidzących nic pozytywnego w celibacie. Ci ludzie wciąż mówią o sobie “katolicy”, nawet jeśli nie chodzą do kościoła od wielu lat (“wierzący, ale niepraktykujący”), a gdy mówię im, że właściwie to nie mają prawa nazywać siebie katolikami, wyrażają oburzenie i argumentują za pomocą belek w oku i tych słynnych “nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

Ale to nie tylko w Polsce przecież. Na całym świecie pojawiają się katolickie organizacje żonatych księży, katolików za wyborem (a nie “za aborcją”), katolickich lesbijek czy gejów. Katolickie feministki walczą o kapłaństwo kobiet, katoliccy geje o legalizację sakramentalnych (!) małżeństw dla siebie, katoliccy liberałowie o zezwolenie na antykoncepcję i zniesienie dogmatów. Katoliccy publicyści krytykują papieża za nieżyciowość i nienowoczesność, katolickie parafie za wypowiedzi w Afryce, katoliccy biskupi… To wszystko to jakaś jedna wielka paranoja.

A mnie przyszło do głowy, że w rzeczywistości wszyscy ci wyżej wymienieni katolicy to swego rodzaju protestanci. Protestantyzm wybudował się na proteście przeciw katolicyzmowi – i ten też się w ten sposób buduje. “Kościół powinien to, papież powinien tamto”. Myślę, że dla tych wszystkich ludzi znalazłoby się miejsce, jeśli nie w tym, to w tamtym Kościele protestanckim. Jest taki wybór, że każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Problem tkwi w tym, że oni nie chcą. Oni byli, są i będą katolikami – choćby Kościół katolicki myślał inaczej. To nie oni mają się dostosowywać do Kościoła, ew. szukać sobie innego. To Kościół ma dostosować się do nich. Wszak oni są ludem Kościoła – a przecież żyjemy w czasach demokracji! Ten Kościół jest w związku z tym strasznie zacofany. Oni nie rozumieją chyba, że to bardzo dobrze…

Poniżej zamieszczam ankietę, którą naprędce przygotowałem i uprzejmie proszę o wypełnienie jej dla zbadania stanu polskiego (i, być może, nie tylko) katolicyzmu.

Wypełnij!

(Aby otworzyć w nowym oknie/karcie i dzięki temu nie wyłączać notki – kliknij prawym i wybierz odpowiednią opcję :).

Napisane przez: Maurycy Teo | 14 sierpień 2009

Dogmatix

Dobra znajoma zapytała mnie niedawno jak to jest w katolicyzmie z dogmatami. Wszak część z nich oparta jest na tradycji, a nie ma pokrycia w Piśmie Świętym. Trudno więc uwierzyć, a Kościół podaje jako obowiązujące do wierzenia – co można więc zrobić? Do tych problemów dołączę, dla pełnego obrazu, jeszcze jeden. Otóż niektóre środowiska (zarówno te poszukujące, jak i antykościelne) widzą problem z dogmatami w tym, że stwierdza się je prawie 2000 lat po napisaniu Biblii (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny – 1950 rok). W tej sytuacji, jak uważają, Kościół autorytatywnie stwierdza sobie jakąś wydumaną nowość i nakazuje swoim owieczkom wiarę w tę nowość. Aby odpowiedzieć na ten problem trzeba najpierw mniej-więcej wytłumaczyć pojęcia, które we współczesnym, ponowoczesnym świecie, są błędnie rozumiane.

Dogmat nie jest, wbrew powszechnej opinii, autorytatywnie ogłoszonym przez papieża, nieopartym na dowodzeniu twierdzeniem, niepodlegającym dyskusji i – co wielekroć się podkreśla – popartym autorytetem św. Piotra i dogmatem (ogłoszonym w 1870 roku) o nieomylności papieża. Katolicy, wierzący w taki dogmat i Kościół opierający się na takim dogmacie, mogliby być w rzeczy samej oskarżeni, całkiem podstawnie, o fanatyzm. Dogmat jest jednak w samej rzeczy twierdzeniem opartym na Piśmie Świętym, jego stwierdzenie poprzedzają lata studiów nad lepszym rozumieniem Biblii oraz rozwinięta Tradycja, a poza tym wszystkim częstokroć jeszcze potwierdzona wiara Kościoła (którym są wszyscy Jego wierni). Ogłoszenie dogmatu poprzedzają więc wieki, w ciągu których Kościół, opierając się na Piśmie Świętym i Świętej Tradycji tenże dogmat, bez ogłoszenia go oficjalnie, wyznawał.

Tradycja zaś, co należy podkreślić ze szczególnym naciskiem, nie jest tym, co my pod tym słowem dziś rozumiemy – tj. zbiorem wierzeń i przyzwyczajeń wyrobionych w ciągu wieków w jakiejś grupie społecznej (najczęściej wiejskiej); przykładem może być tradycja wigilii, tj. choinka, 12 potraw, etc. Jednak nie na tej tradycji opiera się wiara Kościoła, nie na niej opierają się dogmaty. Tradycja, w znaczeniu kościelnym (pisana z dużej litery) oznacza przede wszystkim to, na czym opiera się Pismo Święte i to, co poza Pismo Święte wykracza. Żeby to zrozumieć, należy uświadomić sobie, że pierwsze pismo Nowego Testamentu powstało ok. 20 lat po śmierci Chrystusa. Ewangelie zaczęły powstawać jeszcze później. W związku z tym nielogiczni ateiści czy odstępcy kościelni twierdzą, że to św. Paweł wymyślił chrześcijaństwo, albo że opiera się ono na religii egipskiej. Tymczasem, gdyby to było prawdą, chrześcijaństwo nigdy nie zdobyłoby takiej popularności. Bo listy św. Pawła czy Ewangelie trafiały nie tylko do ludzi, którzy dzięki temu po raz pierwszy słyszeli o Jezusie. Czytali je również ci, którzy znali Jezusa osobiście (20-50 lat to jednak nie tak wiele, by całe pokolenie wyginęło) i doskonale pamiętali fenomen pustego grobu (o czym pisze Mateusz w Mt 28, 15) i nauczanie Mistrza. Ci zaś, gdyby historia Jezusa w rzeczywistości nie miała miejsca, bez wątpienia odrzuciliby bzdurne teksty i tym samym obalili chrześcijaństwo w zalążku. Apostołowie też pamiętali i zapisali to, co pamiętali, a także to, co pamiętali ludzie, z którymi toczyli rozmowy, co pamiętała Matka Boska, etc. Czasem napisali coś, co, można powiedzieć, uznali za słuszne do napisania, by coś podkreślić, a co my uważamy za natchnione z Ducha Świętego. Pismo Święte Nowego Testamentu, ale przecież również i Starego Testamentu, powstało więc na Tradycji, czyli czymś, co pamiętano i przekazywano ustnie, a z czego nie wszystko zostało spisane. Tradycja Święta jest więc, co można łatwo zrozumieć, szersza w treści niż cała Biblia – i dlatego część dogmatów opiera się w większym stopniu na Tradycji, niż na Piśmie Świętym.

Ale oczywiście nie jest prawdą, że jakikolwiek dogmat nie ma żadnego oparcia w Piśmie Świętym. Bardzo popularnym fragmentem, na którym bazuje dogmat o Wniebowzięciu jest 12 rozdział Apokalipsy, gdzie Niewiasta rodzi Syna, który zostaje porwany do Boga, ona zaś najpierw otrzymuje od Boga miejsce na pustyni, następnie zaś odlatuje na skrzydłach niby orlich „do swojego miejsca, gdzie jest żywiona przez czas i czasy, i połowę czasu, z dala od Węża”. Jest teoria, która dominuje, a która mówi, że to obraz Matki – Kościoła. Ale oczywiście nasuwa się również myśl, że chodzi o Matkę Boską i że fragment ten powstał nie tylko jako zapowiedź apokaliptyczna, jako proroctwo, ale jest oparty na jakimś autentycznym wydarzeniu z życia Apostoła Jana, który Apokalipsę napisał. Pamiętamy, że Jan został przez Jezusa mianowany synem Maryi i miał się nią zaopiekować po śmierci Mistrza. Prawdopodobnie więc był on również świadkiem… no właśnie – czego? Są dwie teorie – że Matka Boska zmarła, po czym została z ciałem i duszą wzięta do nieba, albo została wzięta bez umierania. Tak czy inaczej Jan mógł być tego świadkiem i zdarzenie to mogło wywrzeć na niego taki wpływ, że zamieścił je w swym prorockim dziele.

Ten fragment jest jednak jedynie przesłanką, a dogmat rzeczywiście opiera się głównie na Tradycji. Ale, jak już wyjaśniłem, Tradycja przekazuje nam te prawdy o Bogu, Jezusie czy Maryi, których nie zanotowano w księgach Nowego Testamentu, w które jednak pierwotny Kościół wierzył i wiarę rozwijał. Na tej zasadzie czcimy np. św. Annę i św. Joachima, rodziców Maryi – których imiona zanotowano w pewnym powstałym później apokryfie. Autor tego apokryfu pragnął podkreślić świętość Maryi i dlatego napisał, że i ona, jak później jej Syn, poczęła się z Ducha Świętego. Oczywiście jest to zagadnienie uznane przez Kościół za nieprawdziwe, ale nie było podstaw, by nie uwierzyć w brzmienie imion dziadków Jezusa – pierwotny Kościół prawdopodobnie bowiem je znał i mógł przekazać na piśmie. Tak też wygląda sprawa wniebowzięcia. W IV wieku pojawiły się pierwsze pisma opiewające to zdarzenie, a już w VII wieku była to prawda oficjalnie uznana, posiadająca własne święto. Kościół wschodni od wieków czci to wydarzenie, Kościół zachodni miał pewne problemy – choćby właśnie takie, że było na ten temat zbyt mało materiału w Piśmie Świętym. Dlatego dopiero w 1950 roku papież ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, po wielowiekowych dochodzeniach, dzięki silnie ugruntowanej od najwcześniejszych lat Tradycji, za zgodą całego Kościoła. Dogmat ogłoszony przez papieża był tylko potwierdzeniem tego, w co niewątpliwie (wierzymy, że z natchnienia Ducha Świętego) wierzył Kościół przez stulecia. Oficjalnym potwierdzeniem prawdziwości.

My dziś mamy problemy z tym dogmatem oraz z innymi dogmatami. Tak jak częstokroć mamy problemy z Kościołem samym w sobie. By jednak lepiej zrozumieć, musimy nie patrzyć z perspektywy ponowoczesnej młodzieży, która uważa prawdę za względną, a Kościół za wypaczenie, ale z perspektywy wieków kształtujących wiarę Kościoła – całego Kościoła, a nie tylko hierarchów. A na koniec odsyłam jeszcze do pewnej strony internetowej, na której kilku księży na swój sposób tłumaczy dogmat o Wniebowzięciu: LINK. Nie z każdą ich teorią się zgadzam, ale ogólnie uważam tekst za godny przeczytania przez ludzi zainteresowanych tematem. Chciałbym jeszcze po cichu poprosić Panią E. Wiater o mały komentarz – bo jednak przyda się odezwa istoty nieco lepiej orientującej się w zawiłościach teologii ode mnie. Z góry serdecznie dziękuję.

Niniejszym życzę wszystkim uroczystego i radosnego świętowania dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny w dniu jutrzejszym. Muszę przyznać, że nie planowałem tej notki w związku z okazją, a z tego powodu muszę podziękować Bogu, że zechciał mnie w tym czasie natchnąć.

A pierwsza osoba, która zgadnie, co dosłownie znaczy słowo „Dogmatix”, zamieszczone w tytule notki, dostanie ode mnie kość. Dostanie karuzelę kości! No dobrze, obiecuję, że dostanie batonik :).

Napisane przez: Maurycy Teo | 28 lipiec 2009

Samonakładająca się ekskomunika

Przy okazji prac nad pewną rzeczą, o której mam nadzieję pewnego dnia Was poinformować (póki co nie chcę zapeszać ;) zainteresowałem się kwestią 9-letniej dziewczynki z Brazylii, która, zgwałcona przez ojczyma, zaszła w bliźniaczą ciążę, po czym w czwartym miesiącu tę ciążę usunęła (czy może raczej powinienem napisać: usunięto). Sprawa zrobiła się głośna w marcu i nie wiem jakim cudem udało mi się aż do przed chwilą uniknąć z nią spotkania. Tak czy inaczej sprawa zrobiła się głośna, ponieważ biskup tamtego miejsca, po dokonaniu aborcji, ogłosił, że na matce dziewczynki, jak również na lekarzach wykonujących zabieg, zaciążyła ekskomunika. Podobno watykański periodyk L’Osservatore Romano pierwotnie skrytykował te słowa, ostatecznie jednak Watykan zechciał w specjalnym dokumencie potwierdzić istnienie tejże ekskomuniki. Z tego co przy okazji przeczytałem wynikało, że lekarze srodze wyśmiali słowa biskupa i stwierdzili, że nadal będą korzystać z życia sakramentalnego.

Największy rumor podniósł się wokół tego, jak niby biskup może tak szastać ekskomunikami, dlaczego w związku z tym nie objął ekskomuniką ojczyma-gwałciciela, a do tego niektóre media (np. internetowy portal Dziennika) atakowali biskupa, który niby to miał objąć ekskomuniką również samą dziewięciolatkę (na szczęście na TVN24 przeczytałem, że “wbrew wcześniejszym doniesieniom” dziewczynka nie będzie ekskomunikowana ze względu na swój młody wiek. Pragnę przy okazji zadać pytanie kto był taki mądry i wcześniej donosił?). Podobnie się przecież sprawa miała z Lefebrystami, na których to niby Jan Paweł II nałożył ekskomunikę, a Benedykt XVI miał podważyć decyzję poprzednika poprzez zdjęcie tejże. No i oczywiście kwestia naszej rodzimej Agaty i związanej z nią domniemanej ekskomuniki pani minister Ewy Kopacz (na nałożenie której, zdaniem pewnych mediów, miały nalegać niektóre środowiska skrajnie katolickie).

Otóż rozwiązanie sprawy okazuje się dużo prostsze, niż ktokolwiek by przypuszczał: zgodnie z obecnie obowiązującym prawem kanonicznym ekskomunika w powyższych przypadkach… nakłada się sama. Choć nie do końca – bo raczej polega to na tym, że człowiek dokonujący pewnych określonych czynów zaciąga ekskomunikę sam na siebie – czyli sam decyduje o wycofaniu się z sakramentalnego życia Kościoła!

Kan. 1398 – Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa.

Kanony 1313 – 1330 wyjaśniają kto podlega, a kto nie podlega sankcjom karnym, i tak np. we fragmencie kanonu 1323 czytamy, że “Nie podlega karze, kto w chwili przekraczania ustawy lub nakazu nie ukończył szesnastego roku życia”. I tyle nam wystarczy. Dzięki temu jesteśmy w stanie zrozumieć, że biskup nie nałożył żadnej ekskomuniki na nikogo, przynajmniej nie w tym wypadku. Biskup jedynie oficjalnie ogłosił, że matka dziewczynki oraz lekarze, są pod wpływem ekskomuniki, bo zaciągnęli na siebie tę ekskomunikę “mocą samego prawa”. Dziewczynka natomiast nie naciągnęła na siebie ekskomuniki, ponieważ ma dziewięć, a nie szesnaście lub więcej lat. Biskup nikomu nie darował, bo nie miał jak – mógłby jedynie w ramach wybaczenia (przy skrusze ekskomunikowanych) zdjąć z nich tę ekskomunikę. W tej sytuacji również zachowanie lekarzy musi wydać się zabawne: ot, dobrowolnie zrzekli się przywilejów wynikających z sakramentalnego i czynnego życia w Kościele, ale negują swoją decyzję i wbrew sobie nadal zamierzają w życiu Kościoła uczestniczyć.

Lefebryści natomiast wyświęcili biskupów bez wiedzy i zgody papieża. “Kan. 1382 – Biskup, który bez papieskiego mandatu konsekruje kogoś na biskupa, a także ten, kto od niego konsekrację przyjmuje, podlegają ekskomunice wiążącej mocą samego prawa, zastrzeżonej Stolicy Apostolskiej”. Tak więc jak widzimy Lefebryści sami sobie zaciągnęli ekskomunikę, jeszcze za Jana Pawła II, ale tylko papież mógł tę ekskomunikę zdjąć. I tak też zrobił Benedykt XVI. Nie zanegował więc ani decyzji swego poprzednika, ani tym bardziej dogmatu o nieomylności papieża, jak twierdzili niektórzy. Teraz zresztą podobno Lefebryści ponownie wyświęcili – tym razem jednak tylko prezbiterów, dlatego też podlegają pod 1383 kanon KPK i nie są ponownie ekskomunikowani.

No i wreszcie Agata i pani minister. Rozumiemy już chyba z powyższych rozważań, że nikt z “ultrakatolików” nie usiłował namówić biskupa do rzucenia ekskomuniki. Oni jedynie pytali, w oficjalnym liście, czy naciągnięcie ekskomuniki przez katolicką panią minister, która była dumna z powodu wskazania “potrzebującym” szpitala, w którym miała się odbyć aborcja, miało rzeczywiście miejsce. Odpowiedzi nie dostali. Nie wiem, czy to dobrze, że wszyscy wraz z panią minister żyjemy w niepewności. Chyba, że jej akurat ktoś powiedział…

Ciekawe wyjaśnienie wszystkich kwestii prawnych związanych z ekskomuniką za aborcje znalazłem w jednej z depesz kai: LINK – została ona napisana przy rozpatrywaniu sprawy Pani Kopacz. Niestety, dowiadujemy się z niego jedynie, że “popełnienie przestępstwa aborcji jest wielce skomplikowane i nie należy zbyt pochopnie wydawać osądów”. Nie wiemy wciąż jednak, czy pani minister ekskomunikę zaciągnęła, czy nie. Niemniej polecam serdecznie – niezwykle ciekawy tekst.

Napisane przez: Maurycy Teo | 14 lipiec 2009

Ojciec chrzestny

Kan. 872 – Przyjmujący chrzest powinien mieć, jeśli to możliwe, chrzestnego. Ma on dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki.

Kan. 873 – Należy wybrać jednego tylko chrzestnego lub chrzestną, albo dwoje chrzestnych.

Kan. 874 – § 1. Do przyjęcia zadania chrzestnego może być dopuszczony ten, kto:
1. jest wyznaczony przez przyjmującego chrzest albo przez jego rodziców, albo przez tego, kto ich zastępuje, a gdy tych nie ma, przez proboszcza lub szafarza chrztu, i posiada wymagane do tego kwalifikacje oraz intencję pełnienia tego zadania;
2. ukończył szesnaście lat, chyba że biskup diecezjalny określił inny wiek albo proboszcz lub szafarz jest zdania, że słuszna przyczyna zaleca dopuszczenie wyjątku;
3. jest katolikiem, bierzmowanym i przyjął już sakrament Najświętszej Eucharystii oraz prowadzi życie zgodne z wiarą i odpowiadające funkcji, jaką ma pełnić;
4. jest wolny od jakiejkolwiek kary kanonicznej, zgodnie z prawem wymierzonej lub deklarowanej;
5. nie jest ojcem lub matką przyjmującego chrzest.
§ 2. Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.

Te punkty z Kodeksu Prawa Kanonicznego określają kto może być ojcem chrzestnym w naszej katolickiej czarnej mafii. Są to wymogi trudne do spełnienia, ale przecież by zostać przełożonym mafii nie można sobie zwyczajnie przyjść, powiedzieć „chcę być bossem” i zostać przez Sycylijczyków przyjętym.

Nie no, może niezupełnie. Tak naprawdę z niewiadomych przyczyn słowa „ojciec chrzestny” mają dla nas zupełnie inne znaczenie. Wróżek chrzestnych też nie posiadamy – jedynie chrzestne matki. Ale mimo wszystko zainteresował mnie ostatnio ten fragment obowiązującego KPK. Pragnę się skupić zwłaszcza na 3 kwestii z paragrafu pierwszego kanonu 874. Chrzestnym może być więc ten, kto „jest katolikiem, bierzmowanym i przyjął już sakrament Najświętszej Eucharystii oraz prowadzi życie zgodne z wiarą i odpowiadające funkcji, jaką ma pełnić”. Bierzmowani jesteśmy niemal wszyscy, seryjnie, jak leci, bo tak. Komunię Świętą przyjęliśmy jeszcze wcześniej, stadko białych, nieświadomych owiec w albach (za moich czasów jeszcze w garniturach, ja byłem owcą kremową), z których nieliczni zostali dobrze przygotowani, nie przez katechetów, a przez rodziców, a reszta szła bo tak. Ale nie na bierzmowaniu czy komunii tylko opiera się zdolność do bycia chrzestnym. Chrzestnym powinien być katolik (wiem, ponad 90% Polaków to katolicy), ale katolik żyjący zgodnie z wiarą, a jego życie ma odpowiadać funkcji, którą ma pełnić. Oczywistym wydaje się więc, że człowiek, który pojawia się w kościele na wielkie święto, spowiada się maksymalnie raz do roku, od dłuższego czasu żyje w związku niesakramentalnym nie planując ślubu w najbliższej przyszłości, czy choćby wychowujący własne dzieci w duchu dalekim od katolickiego, nie zważając na złożoną przy ślubie przysięgę, nie może być niczyim chrzestnym. Albo wspomnę np. o małżeństwach stosujących antykoncepcję, która tak niewielu wydaje się złem mimo wyraźnej nauki Kościoła Katolickiego (ale proszę mi nie zaglądać pod kołdrę, czarna mafio). Ci ludzie, nie żyjący zgodnie z katolicką wiarą, choć z niewiadomych dla mnie przyczyn deklarują się częstokroć jako katolicy (i niech śmiem im tylko powiedzieć, że nimi nie są), nie mogą w żadnym wypadku zostać niczyimi chrzestnymi.

Życie chrzestnego, zgodne z wiarą, ma odpowiadać funkcji, którą chrzestny ma pełnić. A tę funkcję poznajemy z kanonu 872. „Ma on dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki”. Chrzestny odpowiada więc za chrześcijańskie wychowanie dziecka lub współpracowanie z dorosłym w rozwoju wiary. Myślę wręcz, że jeśli rodzic nie jest praktykującym katolikiem i nie zamierza wychować dziecka w wierze, to chrzestni mają obowiązek zrobić to za niego. Mają obowiązek skupić swoją uwagę na walce o wiarę chrześniaków, a w razie oporu rodziców przypominać, że oni sami im taką rolę nadali i nikt ich nie zmuszał. Takie warunki powinien spełniać chrzestny.

W naszym ultrakatolickim czarno-mafijnym polskim społeczeństwie Boże Narodzenie, ślub kościelny, Pierwsza Komunia i chrzest należą do areligijnej, świeckiej tradycji wypranej z podstaw Ewangelii. Na Gwiazdkę jest wyżerka, prezenty i nocny tłok w kościele (Pasterka jest często tradycyjnie jedną z dwóch, obok Rezurekcji, mszą w której wielu z nas w ciągu roku uczestniczy). Do ślubu biała suknia i wesele z oczepinami, do Komunii rower, laptop, a dziś często limuzyna, a chrzest to chrzest – dzieci się chrzci przecież. Bo tak. A w tym wszystkim rodzice niepamiętający o złożonej w białej sukni przysiędze, że wychowają potomstwo po katolicku, proszą na chrzestnych przyjaciół, rodzeństwo czy znajomych z pracy, którzy zupełnie na chrzestnych się nie nadają. Muszę oddać sprawiedliwość, że najczęściej ani rodzice nie znają warunków (bo wcale nie chcą ich poznać), ani nie znają ich przyszli chrzestni, a proboszcz często daje zgodę (zaświadczenie o katolickim życiu) na ładne oczy. Choć kilkakrotnie już słyszałem, na całe szczęście, o księżach, którzy odsyłają petentów z kwitkiem, ale nie tym zezwalającym na bycie chrzestnym.

Chrzest pozostaje ważny nawet, gdy chrzestny jest niepraktykujący. Nawet, gdy jest antyklerykałem czy ateistą. Ale o ile piękniej byłoby dać naszym dzieciom szansę na pełny rozwój łask sakramentalnych, do którego potrzebne jest logiczne dobranie chrzestnych. I oczywiście jest bardzo przykre to, że na obecną chwilę nie mogę poprosić na chrzestnego mojego najlepszego przyjaciela. Być może przyjdzie moment kiedy będę musiał przeżyć starcie z niektórymi członkami rodziny, bo nie każdy przedstawiciel naszego rodzeństwa stopnia drugiego linii bocznej spełnia warunki wiernego katolickiego, a przecież wypada, żeby chrzestnym był, bo to w końcu siostra/brat. Jest wiele przeszkód, ale, jak zaznaczył Terlikowski, „kompromis nie jest imieniem Boga”. Dlatego chrzestnych będziemy dobierać racjonalnie, zgodnie z jedynym Boskim sumieniem.

G.M. został ochrzczony w czasie uroczystej mszy świętej 5 lipca 2009 roku w Centrum Zdrowia Dziecka w warszawskim Międzylesiu. Niedługo zdrowi opuścimy szpital. Wszystkim serdecznie dziękuję za modlitwę i wsparcie.

Napisane przez: Maurycy Teo | 29 czerwiec 2009

The truth is out there

Taka dziwna ostatnio moda, choć początki swe ma bardzo dawno temu, że obiektywna prawda nie istnieje. Usłyszałem tę opinię między innymi od pewnego bliskiego znajomego gdy starałem mu się wytłumaczyć, że to, co ja mówię, jest prawdą. „Prawda jest subiektywna” rzekł wówczas, a gdy starałem się wykłócać, że wcale nie, on tylko odpowiedział uśmiechem. Względność prawdy była zresztą jego głównym argumentem by nie wtrącać się w sprzeczkę, którą prowadziłem równolegle z inną osobą. Ta sytuacja spowodowała, że przeprowadziłem w swej głowie dowodzenie sokratejskie, a potem zaatakowałem nim znajomego. „A więc twierdzisz, że prawda jest subiektywna” – zagadnąłem. „Owszem” – odpowiedział. „A więc twoją prawdą jest, że prawda jest subiektywna?” – kontynuowałem. „Zgadza się” – odparł. „A moją prawdą jest, że jest obiektywna?” – „Oczywiście”. „Skoro jednak twierdzisz, że prawda jest subiektywna i każdy ma swoją prawdę, musisz się więc ze mną zgodzić, że przy twoich założeniach ja mam rację, tak jak ma ją każdy” – „Zgadza się”. „Przyznasz mi więc rację, że skoro prawda jest subiektywna, to ten, kto twierdzi, że jest obiektywna ma rację?” – „Jasne, że tak”. Na co ja odpowiedziałem, że ja nie mogę przyznać jemu racji, że prawda jest subiektywna – a to oznacza, że on przyznał mi rację co do bezwzględności prawdy, a ja jemu nie. Znajomy nie zrozumiał logiczności mojego wywodu i uznał, że to nie umniejsza jego poglądów co do względności prawdy. Dodał na koniec, że „twój punkt widzenia nie powinien ci przesłaniać innych poglądów”. Jeśli chcesz się z kimś sprzeczać, musisz uznać, że twoje poglądy (a nie „stwierdzenia o faktach”) są równe wszelkim poglądom i nie możesz starać się komukolwiek czegokolwiek przekazać, bo to zakładałoby że znasz jakąś prawdę, której ten ktoś nie zna. A przecież prawda nie istnieje, istnieją tylko poglądy. Taka moda.

Tymczasem moje dowodzenie było logiczne aż do bólu. Prawda jest. I sama się obroni. Genialnie ujął to Peter Kreeft w przeczytanej przeze mnie ostatnio książce „Aborcja? Trzy punkty widzenia”. Napisał on, że sceptycyzm, choć jest poglądem niezwykle popularnym, jest też poglądem niezwykle nielogicznym – wykluczającym nawet sam siebie. Pisał tak: „Wszystkie formy ogólnego sceptycyzmu są sprzeczne same w sobie, jakkolwiek by się wykręcać, lawirować i uchylać. Czy wiesz, że nie wiesz? Czy jesteś pewien, że nie można być pewnym? Czy to fakt obiektywny, że nie ma faktów obiektywnych? Czy to tylko pozór, że poznajemy tylko pozory? Czy jest prawdą absolutną, że nie możemy poznać prawdy absolutnej? Czy jest prawdą uniwersalną, że nie możemy znać prawdy uniwersalnej? Czy to niezmienna prawda, że prawda jest zmienna? Czy to tylko twoja prywatna opinia, że nikt nie może nic wiedzieć, można mieć tylko prywatne opinie? Czy to tylko prawdopodobne, że wszystko jest tylko prawdopodobne? Czy fakt, że prawda jest uwarunkowana kulturowo, jest uwarunkowany kulturowo? Czy powinniśmy uznać za dogmat, że nie można być dogmatycznym? Czy powinniśmy pouczać: ‘Ojczulku, nie pouczaj’? Ile czasu musi upłynąć, nim niedorostki udające filozofów znudzą się tą zabawą?”

Tyle powinno wystarczyć. Z tym, że sceptycy mówiący o względności prawdy książki Kreefta do ręki nie wezmą, a jak wezmą – to wyśmieją i wyrzucą. Dalej pokazując, że każdy, kto twierdzi że istnieje prawda, jest głupi, egoistyczny i „wszechwiedzący”. I jasne wydaje mi się, że istnieje coś takiego jak własna opinia, albo subiektywne spojrzenie. Dwie osoby inaczej ocenią jasność pomieszczenia, albo w zupełnie inny sposób spojrzą na coś, co się zdarzyło. Na jakąś obiektywną prawdę spojrzą w subiektywny sposób. Ale to nie wyklucza, że jest ogólnie znane co znaczy słowo „opinia”, słowo „subiektywny” również posiada obiektywne znaczenie i przełożenie na rzeczywistość, a metafizyka świata sprawia, że możemy się spierać na temat jasności pomieszczenia, a nie mówić niezrozumiałych słów o czymś, co każdy z nas ma za coś innego. Możemy wierzyć lub nie, że to świat Boga, że Bóg Prawdziwy nadał mu prawdziwość. Ale musimy stwierdzić, że człowiek w obiektywny sposób jest człowiekiem, dom domem, a pomieszczenie pomieszczeniem. I że zdarzenie, które miało miejsce, zdarzyło się w jeden sposób, który być może każdy z nas widział trochę inaczej. Prawdą jest, że prawda istnieje – jestem sceptyczny wobec sceptycyzmu. Szkoda, że dziś tak wielu nie potrafi tego pojąć…

Napisane przez: Maurycy Teo | 8 czerwiec 2009

Nowe dziecię już na świecie – Home edition

Obawy się pojawiały, ja nie mówię. Było ich całkiem sporo – ale świetnie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić. Mówią, że chodzi o nastawienie. I o to, czy dziecko jest chciane, czy niechciane. To było bardzo chciane, niezwykle ukochane do istnienia. Kiedyś polemizowałem z doktorantem teologii, którego teoria mówi, że dzieci się biorą z pożądania, a nie z miłości – i że jego córka tylko dlatego jest ukochana, że Bóg przebił się ze swoją miłością przez jego i żony pożądanie. Spoko, ładna teoria. Na szczęście sprawdzalność w praktyce nie jest stuprocentowa. Gdy pytano mnie na egzaminie z laikatu w duszpasterstwie skąd się biorą dzieci, automatycznie wiedziałem jak odpowiedzieć – z miłości. Tak, to dziecko było niezwykle ukochane, choć Bóg znając życie i tak musiał się z własną miłością przebijać przez ogromne warstwy grzechów i egoizmu.

Poród wyglądał tak, jakby go nie było. Baliśmy się, że będzie trudno urodzić – bo te skurcze jakieś bezbolesne, to pewnie jakaś ściema. Żona wspierała się na mnie, ale mnie też nie było ciężko (nie tak, jak mojemu koledze, którego żona rodziła miesiąc wcześniej). W czasie skurczu normalnie oddychała, a jak się skupiała na rozmowie, to nawet zapominała o skurczach. O 16, tj. nieco wcześniej, weszliśmy na porodówkę, bo silniejsze skurcze zaczęły się nad ranem, ale pani położna zbadała i wysłała do domu, żeby wywoływać poród domowymi sposobami. Zabrałem się za to z ochotą :). Wróciliśmy o 1 w nocy – skurcze były nieco silniejsze, ale baliśmy się, że nic nie zdziałaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu mieliśmy już 5 centymetrów. Trochę chodzenia po sali, trochę kręcenia na piłce, trochę podpierania drabinek – i badanko. 8 centymetrów. “To gdzie jest ten kryzys przy siedmiu?” spytała moja żona. Przy siedmiu podobno zazwyczaj już nie podają znieczulenia, już jest za późno. “Jakiego znieczulenia?” – spytała moja żona. Potem próbowaliśmy wejść do wody – było całkiem miło. Tylko po półgodzinie wciąż było 8. KTG, a potem położna postanowiła przebić worek. Był naprawdę twardy. I okazało się, że blokował poród, bo natychmiast po jego przebiciu zaczęły się parte. Dwa, silne, bolesne. Ale to trwało chwilkę. Potem już były słabsze, kontrolowalne. Żonka pociągnęła, główka się wychyliła. Raz dwa – i już Bobek był na wierzchu.

Przyznam, że bardziej się upociłem z nerwów niż Ona. Potem mieliśmy jeszcze małą skrobankę – bo worek owodniowy rzeczywiście nam się twardy uprodukował i nie chciał zejść. A potem to już było wszystko dobrze.

Ostatecznie poród dokończyliśmy w pozycji leżącej, ale to nie miało większego znaczenia. I ja, jako tatuś i mąż, muszę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie (jak i nigdy sobie nie wyobrażałem), bym nie mógł być przy nich w tym momencie. Zaszliśmy w ciążę razem, byliśmy więc w ciąży razem – rodziliśmy też razem. I to ja, jeszcze w okresie przednarzeczeńskim, optowałem za tą formą. Żona szybko dała się przekonać. I słusznie. Nie zemdlałem. Nie było mi nawet słabo. Nie umierałem ze strachu. Nie nabrałem obrzydzenia. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. I pamiętajcie, naiwne kobiety, które mówicie “Jak chce być przy porodzie, to dlaczego ma nie być, przecież i tak stoi przy głowie i patrzy ci w oczy”: bardzo się mylicie. Chyba, że tak jest we wszystkich szpitalach poza św. Zofią. W Zofii jest zupełnie inaczej. I wbrew pozorom – jeśli oczywiście kochacie swoich mężów tak bardzo, że potraficie być na nich do końca otwarte – dużo lepiej.

Po co ja to wszystko piszę? Tak, wiem, rodzinne porody to świetny pomysł na napisanie notki. Ale może skupię się na tym kiedy indziej. Teraz czas zakończyć newsa.

Nasz pierworodny Syn G.M. urodził się w Uroczystość Świętej Trójcy, w dniu wyborów do Parlamentu Europejskiego, w niedzielę 7 czerwca 2009 roku, o godzinie 4.55. Jest piękny i zdrowy.

Dziękuję wszystkim za modlitwę! :)

A, i proszę o wyrozumiałość, bo mam zawalenie głowy. Ale ja to wszystko napiszę, obiecuję ;).

Napisane przez: Maurycy Teo | 6 czerwiec 2009

Czego się boimy?

Aborcja jest jednym z głównych obszarów mego zainteresowania – jak pewnie zainteresowania niemal każdego katolickiego ortodoksa. Siedzę, rozmyślam, czytam i zastanawiam się jakich argumentów użyć, jak kogokolwiek przekonać. I przy tym wszystkim dochodzę do wniosku, że ktoś, kto chce zabić i tak zabije. Bo nie dotrą logiczne argumenty. Temu komuś nie chodzi o zrozumienie. Temu komuś chodzi o pozbycie się problemu.

Pewnego dnia argumentowałem, za Rosą Alberoni, że dla tych samych ludzi to samo będzie dwiema różnymi rzeczami w dwóch różnych sytuacjach – bo jeśli chcą się “cieszyć życiem”, korzystać, to ciąża będzie dla nich zlepkiem komórek, które trzeba wyskrobać, jeśli jednak akurat zechcą mieć dziecko, to od momentu poczęcia będą je dzieckiem nazywać, troszcząc się o nie, a jeśliby samoistnie zmarło, pociągnęłoby za sobą rozpacz rodziców. Odpowiedziano mi wówczas w zadziwiający sposób: “Ty zakładasz, że istnieje Bóg, a ja zakładam, że nie istnieje. Nie ma szans na porozumienie między nami”. Jak zauważyliście – powołałem się tylko na argument z relatywizmu, a nie na Boga. Ale dla tej osoby to naprawdę nie miało znaczenia.

Zlepek komórek, którego się można pozbyć. Bo to jeszcze nie człowiek, jeszcze nie ma a) rączek i nóżek (nie wygląda jak człowiek), b) rozwiniętego układu nerwowego (nie czuje jak człowiek), czy może c) świadomości (nie myśli jak człowiek). Zalegalizujmy aborcję na życzenie, dajmy ludziom wolny wybór, kobietom oddajmy władzę nad swoim ciałem. Wszak nie zabijamy człowieka – usuwamy tylko kilka komórek, zygotę, embrion, zarodek. W kilku źródłach już czytałem, że w sumie te kilka komórek może się zmienić w człowieka, albo i nie – bo może też obumrzeć, nie ma więc zła moralnego w ich usunięciu. Ja pytam w takiej sytuacji: Skoro mają obumrzeć, to po co je usuwać? W końcu same zemrą śmiercią naturalną. A jeśli nie obumrą, to co usuwamy?

Odpowiedzą mi: usuwamy kilka komórek, zlepek, embrion. Coś, co jeszcze nie jest człowiekiem. A ja kilka dni temu rozmawiałem z koleżanką. I ta koleżanka powiedziała mi, co na ten temat pisała Półtawska. Zapytała: Czego się boimy? Boimy się kilku komórek? Czegoś, co jeszcze nie jest człowiekiem? Skoro nie jest człowiekiem, a nie wiadomo zresztą, czy kiedykolwiek się człowiekiem stanie, to czemu to usuwamy? Po co chcemy to zabić? Nie! Tak naprawdę my wiemy doskonale, że to jest człowiek, nawet jeśli tylko potencjalny (oczywiście potencjalny człowiek to komórka jajowa i plemnik, nie połączone ze sobą, ale niektórzy lubią zacierać pojęcia). Doskonale wiemy, że zabijamy człowieka, dziecko, którym prawdopodobnie ten zlepek już jest, a być może dopiero się w niego “przeistoczy”. Ale nie zabijamy żyjącego i rozwijającego się, ale nie myślącego (a czasem, bardzo wcześnie, jeszcze nie czującego) zlepka komórek. Bo zlepek komórek, który nie jest człowiekiem w żaden sposób nam nie zagraża. Nie jest nowotworem, który się w nas rozwija, lecz czymś co znalazło się tam w zupełnie naturalny sposób. Zagraża nam dziecko. Zabijamy odpowiedzialność, zabijamy człowieka, który kiedyś by się urodził, który zrobiłby pierwszy krok, który poszedłby do szkoły, kiedyś może by się ożenił, sam miałby dzieci i dylematy moralne. Niestety.

Niestety, nie boimy się zlepka komórek. Nie boimy się embrionów, które “jeszcze nie”. Bo skoro “jeszcze nie”, to “po co”? Boimy się dzieci. I właśnie dzieci zabijamy.

Starsze wpisy »

Kategorie