Tagi
Super Niania przytoczyła dziś na swoim FaceBookowym profilu artykuł z Wysokich Obcasów, noszący tytuł Dziecko po szwedzku. Artykuł opisuje istotę szwedzkiego raju dla dzieci. Szwecja jest krajem, w którym wolność (rozumiana także jako swoboda) dla dzieci jest oceniana jako jedna z najwyższych na świecie. To, o czym się najgłośniej mówi w świecie to fakt, że bicie dzieci (także dawanie klapsów) jest w Szwecji rozumiane jako przestępstwo i grożą za to surowe kary. Jest jednak o wiele więcej swobód, nie tylko prawnych, ale i zwyczajowych, jak choćby to, że każde dziecko w Szwecji ma prawo i zwykło mówić do każdego dorosłego na “ty”. Artykuł wspomina także o ogromnych centrach handlowo-rozrywkowych przewidzianych dla rodziców z dziećmi.
Jest kilka kwestii wymienionych w artykule w Wysokich Obcasach, które Polska mogłaby wziąć za wzór. Przykładem może być długość urlopu wychowawczego, płatnego po części w wysokości 80% pensji danego pracownika przebywającego na urlopie, przez ostatnich 90 dni zaś w wysokości podstawowej – 180 koron dziennie (czyli 87,28zł, co w przeliczeniu miesięcznym na nasze daje 2618,40zł). Urlop wychowawczy można podzielić po równo między rodziców, co pozwala na otrzymanie dodatkowej nagrody od państwa za równouprawnienie w wychowaniu dzieci. Dodatkowo na każde dziecko do 16 roku życia przypada zasiłek w wysokości 1050 koron miesięcznie (czyli 509,14zł). To nie wydaje się bardzo dużo, ale w Polsce przez jakiś czas otrzymywałem zasiłek dla najuboższych ze względu na wychowanie dziecka i wynosił on 64 złote miesięcznie… W Szwecji zaś owe 1050 koron dostają najubożsi i najbogatsi (wliczając w to rodzinę królewską). Wygląda więc na to, że Szwecja jest rzeczywiście państwem bardzo prorodzinnym. Niestety są też ciemne strony tej sytuacji…
Nie mówię tu o karaniu za bicie. Choć oczywiście nie jestem zdania, jakoby należało wsadzać kogokolwiek do więzienia za danie klapsa dziecku. Jestem gorącym przeciwnikiem kar cielesnych, a jak widzę na ulicy tatusia czy mamusię, którzy karcą dziecko klapsem, to mam ochotę sam podejść i dać takiemu rodzicowi w twarz. Jednak do więzienia bym za to nie wsadzał i praw rodzicielskich bym nie odbierał. Są jednak inne problemy. Może właśnie w tym widzę największy, że dzieci mają wyjątkowo wysoki poziom “róbta co chceta”. Dzieci mogą prawie wszystko, a rodzice prawie za wszystko mogą ponieść karę (łącznie z podnoszeniem głosu – jest powszechnie obowiązujący nakaz, by schylali się, gdy chcą coś dziecku powiedzieć). Co więcej – chyba to jeszcze gorsze – nie rozróżnia się u dzieci płci w wychowaniu (panuje słowo “gender”, które jest lepsze i nie szufladkuje). Nie widzę problemu w tym, że chłopcy bawią się lalkami (mój syn też lubi się bawić lalkami), ale w tym, że dąży się do całkowitego zniwelowania różnic między mężczyznami, a kobietami, co jest nierealne i prowadzi do prawdziwego pomieszania z poplątaniem. Szczytem jest moim zdaniem podejście, w którym nie mówi się dziecku jakiej jest płci, tak by samo w przyszłości mogło podjąć decyzję. Kiedyś to był pojedynczy przypadek uderzający o newsy na Pudelkach, dziś to już moda i rosnąca tendencja.
Dodatkowo w wychowaniu panuje zasada “przytulić, pocieszyć, wytłumaczyć”. Kiedy ktoś kogoś uderzy, przytulamy go, odprowadzamy na bok, a potem przy wszystkich wyjaśniamy, że ktoś, kogo się uderzy, cierpi i jest nieszczęśliwy. Bez wskazywania na to kto kogo uderzył. Dobrze, że nie ma kar publicznych, jest tylko publiczne tłumaczenie. Źle, że zakłada się, jakoby dziecko w każdym wieku potrafiło zrozumieć, że coś jest dobre bo jest dobre, a coś inne złe, bo jest złe. Do dzieci w różnym wieku docierają różne argumenty. Kary i nagrody na pewnym etapie są wręcz konieczne, choć nie powinny to być klapsy i krzyki. O tym zaś szczególnie powinna wiedzieć polecająca artykuł Super Niania, propagatorka metody oddalenia na Polskę (czyli tzw. karny jeżyk).
Ogólnie porównałbym tendencje panujące w szwedzkim wychowaniu do współczesnego kołchozu. Wszystko z zewnątrz cudnie i pięknie, możecie robić co się wam podoba (zwłaszcza gdy macie naście lat), ale jak wyjdziecie przed szereg, to w mordę. Dostajecie pieniądze na wychowanie swoich dzieci, rzeczywiście duże pieniądze (też bym tak chciał), ale jak będziecie wychowywać według innych niż nasze kryteriów, to w mordę.
Polka, która mieszka od niedawna w Szwecji, udziela odpowiedzi na kilka pytań odnośnie ingerencji w wychowanie. Choć w większości ma pozytywne odczucia, bo ludzie rozumieją problemy dzieci i się nad nimi pochylają, to stwierdza również: “Minusy? Odczuwam lekką ingerencję państwa w moje decyzje dotyczące wychowania dzieci. Nie umiem powiedzieć, na czym to polega. Moja koleżanka poprosiła niedawno nauczycielkę o to, żeby córka nie brała prysznica po wuefie, bo była chora. Wezwano ją do szkoły na rozmowę, żeby sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem wymówka do ukrywania śladów po biciu.”
Niestety, ja nie nazwałbym tego lekką ingerencją w decyzje dotyczące wychowania. Jeśli nie życzę sobie, by moje dziecko brało prysznic po wuefie (bo przykładowo nie chcę, by oglądało i było oglądane nago przez inne dzieci), to nie muszę być sprawdzany, czy biję moje dziecko, czy jednak nie.
Podsumowując: wkład pieniężny państwa w wychowanie dzieci jest czymś wspaniałym i bardzo atrakcyjnym. Sami planujemy wielodzietną rodzinę, ale o ileż ciekawsze byłyby to plany, gdyby zamiast tysięcznego becikowego państwo dawało nam pięćset miesięcznie? Jednak z drugiej strony stopień ingerencji państwa w wychowanie dzieci jest przytłaczający. Wolę dostawać skromne 64 złote (a przy braku dostarczonych dokumentów o zarobkach nie dostawać ich wcale), niż być wsadzonym do więzienia za to, że czasami podniosę głos na moje własne dziecko. Choć oczywiście podnoszenia głosu nie polecam.
Aberracja. Inaczej nie mogę określić modelu wychowania preferowanego przez państwo Szwedzkie.
Ech, Teologu, Ciebie też dotknęła politpoprawność.
Klaps to taki sam środek wychowawczy jak każdy inny – stokroć lepszy od wyrafinowanego znęcania psychicznego.
Każdy nieuprzedzony fachowiec powie (no, w dzisiejsych czasach po cichu…) że im młodsze dziecko tym większa komponenta tresury, im starsze – większa komponenta dialogu.
Oczywiście, im młodsze dziecko tym i kary cielesne bardziej symboliczne – w skali od skrzywienia ust matki dla 3-6 miesięczniaka, przez delikatne uderzenie w pupę dla roczniaka (nie wszystkie dzieci tego ptrzebują, ale należy to zrobić zawsze, gdy dziecko w sposób wyraźny przejmuje kontrolę – polecam książki Dobsona), po skrajnie rzadkie, ale niekiedy niezbędne porządne lanie dla 10-latka.
14 latka bić nie ma sensu, chyba że w sytuacjach skrajnych.
Jak mówiłem, bywają dzieci w stosunku do których ten rodzaj kary nie jest niezbędny – ale z całą pewnością niezbędne jest ZAGROŻENIE możliwością takiej kary.
Dalej: narzekasz na Szwecję. A u nas ?
Rodzice nie mają NIC do powiedzenia w kwestii kształcenia dzieci – tego co będzie się im wciskać (niestety, szkoła nie edukuje lecz wciska).
Nie byłoby problemów z krzyżem w klasie, gdyby była wolność kształcenia – rodzice posłaliby dziecko tam, gdzie chcą (w tej chwili za taką przyjemność muszą płacić dodatkowo, mimo że przecież zwalniają miejsce w opłaconej w swoich podatkach szkole.
Państwo chce zachować monopol – w przeciwnym razie dawno zgodziłoby się na bon oswiatowy (o wartości nauki w szkole – przychodze z tm bonem o szkoły do której chcę – ewentualnie dopłacając – a szkoła zamienia bon na równowartość nauki w szkole państwowej.
Dalej – czemu służą kuratoria ? Polepszeniu wykształcenia ? Figa z makiem.
Służą wyłącznie utrzymaniu monopolu państwa na kształcenie dzieci – czyli przejmowaniu uprawnień rodziców (no, oprócz tego służą do wydawania naszych pieniędzy…)
Zmniejszenie różnorodności wykształcenia nie służy ani rynkowi pracy ani innowacyjności – jedyne czemu służy to JEDNAKOWOŚĆ. Usiłuje się przerobić wszystkich na jednakowe egzemplarze przysłowiowego leminga (i nie mówię tu o potocznym określeniu wyborcy PO, tylko o formacji “intelektualnej”).
Uff, napisałem się, a to tylko czubek gory loowej.
pozdrawim
Jam jest tylko skromny pedagog, nawet jeszcze nie do końca tytułowany, ale się wypowiem jednak… Tylko odnośnie bicia. Bo generalnie to zarzucanie politycznej poprawności jest głównym argumentem tych co są za biciem dzieci, a ja nie wiem co w tym politycznie poprawnego, zwłaszcza w Polsce, gdzie nadal jakieś bodajże 70% osób uważa, że klaps jest super i absolutnie niezbędny w wychowaniu.
Całkiem na pewno mogę stwierdzić, że ŻADNE dziecko nie rodzi się takie, żeby wymagało bicia. Jeśli w wieku roku czy dwu pojawią się sytuacje, w których stwierdzisz, że trzeba dać klapsa, to pamiętaj, że to dziecko już od tego roku czy dwóch podlega jakimś wpływom.
I oczywiście, że im młodsze dziecko tym więcej “tresury”, jak to określiłeś, ale tresura za pomocą bicia nie jest skuteczna nawet w przypadku zwierząt. A co dopiero ludzi. Jasne, że takie dziecko mniej rozumie i z pewnością wykłady umoralniające nie podziałają, ale bicie też – wbrew pozorom – nie podziała. I nie trzeba bić, ja przynajmniej takiej sytuacji jeszcze nie spotkałam, choć czasem zdarza mi się nawet z naszym stosunkowo spokojnym synem, że mi nerwy puszczają. Ale to MI nerwy puszczają, a nie on jest taki straszliwy, że się nie da inaczej. Szczerze mówiąc myślę, że nawet przy jakimś wybitnie nasilonym “buncie dwulatka” czy innych tego typu momentach krytycznych, każde dziecko da się opanować. A na podstawie regularnych obserwacji kilku zaprzyjaźnionych rodzin z małymi dziećmi mogę jeszcze dodać, że dzieci niezwykle nasiąkają tym, jacy są rodzice. I jeśli dziecko dostaje klapsy, to jest – paradoksalnie – bardziej nerwowe i częściej zdaje się “wymagać” tego klapsa. Ot, taka dziwaczna prawidłowość.
A już paranoją największą jest klaps za to, że dziecko kogoś uderzyło. Co się zdarza niezwykle często.
Porządne lanie dla dziesięciolatka? Hm, nie wiem po co bić człowieka, który jest już dość rozwinięty, żeby zrozumieć 100% tego, co się do niego mówi. Owszem, inne metody z pewnością wymagają więcej wysiłku. Ale bicie jest po prostu kompletnie bezsensowne jak dla mnie. I nie świadczy nijak o tym, że dziecko jest bardzo niegrzeczne, tylko o tym, że rodzice wybierają proste sposoby. Dziecko nie jest moją własnością, żebym je mogła bić, bo jest moje to mi wolno. Czy tak samo uważasz, że żona czasem wymaga klapsa?
Wybacz, że CI nie odpowiem, ale… nie przedstawiłaś żadnych argumentów prócz kilku wyświechtanych i nieprawdziwych “kalek” w stylu “paradoksalnie dziecko bite jest bardziej nerwowe”.
To twierdzenie byłoby może prawdziwe w przypadku masakrowania dziecka, w żadnym wypadku nie w przypadku karcenia klapsem.
Co do 10-latka to jest wiek w którym młody człowiek może powiedzieć “i co mi zrobisz” jeśli nie ma ŻADNEJ możliwości ukarania (no bo jaka ? Wykład pani pedagog ?).
A faktyczna skuteczność tych rad jest widoczna w szkołach, gdzie nauczyciele nie mają żadnych OSOBISTYCH sankcji (bo że ktoś dostanie 1 z zachowania to mu przysłowiowo wisi).
Równie dobrze można-by dywagować jak to policja nie potrzebuje mieć uprawnień do przemocy – tymczasem SAMO POSIADANIE uprawnień powoduje iż trzyma niesformych w ryzach (i nie piszę tu bynajmniej o bandytach).
Nic nie poczyniło takich szkód w pedagogice (i psychologii) jak ideologia. Mniej więcej od lat 50-60 XX wieku to przestały być nauki, gdyż cokolwiek ścisłego zastąpiono rojeniami ludzi typu Spock.
Dziecko – jeżeli tego wymaga proces wychowawczy (a niemal u każdego dziecka czasem wymaga) – masz OBOWIĄZEK karcić w sposób adekwatny. Właśnie dlatego że nie jest “Twoje” tylko Ty za jego wychowanie odpowiadasz.
Jeżeli z durnych powodów rezygnujesz z jednego z (rzadko zresztą stosowanych, ale dla większości dzieci niezbędnych) środków, to po prostu krzywdzisz dzieciaka.
Nie zdziw się że od bezradnych rodziców większym autorytetem będą dla niego koledzy.i jeżeli w pewnym wieku przestanie się liczyć z tym co mówisz.
Jedno zastrzeżenie: jeżeli ktoś ma najmniejszą skłonność do maltretowania innych, niech zrezygnuje z bicia. Trudno, z dwojga złego lepsze zaniechanie niz maltretowanie.
Muszę powiedzieć że bulwersuje mnie to co mówisz- bo jeśli “argumentujesz” że “nie bij bo nie jest Twoją własnością” albo “nie bij, bo to pójście na łatwiznę” to wygląda na to że karcisz (niekoniecznie cieleśnie) swoje dzieci z niewłaściwych powodów – z wygodnictwa, ze złości lub czegoś podobnego.
Mam nadzieję że te słowa nie oddają rzeczywistości – bo jeżeli by tak było, świadczyłoby to że oszukujesz się nie bijąc dzieci , bo karcisz je z niewłaściwych powodów.
Moje dzieci są już duże (za duże by je bić, chyba że w sytuacjach ekstremalnych, które jednak raczej nie zdarzają się w warunkach codziennych kiedy należy uderzyć także człowieka dorosłego – mam nadzieję że nigdy do tego nie dojdzie), jednak gdybym miał maluchy, to po wprowadzeniu zakazu “klapsa” rozważałbym wyjazd z kraju.
pozdrawiam
Mnie natomiast nie do końca podoba się ton Pańskiej wypowiedzi, jakim zwraca się Pan do kobiety. Podała argumenty, jakie zna nie tylko z ideologii, ale też z własnego doświadczenia. Tymczasem jedyne, czego Pan dokonał, było naubliżanie mojej żonie, choćby poprzez zarzucenie jej ideologizacji dziedziny nauki, którą studiuje.
O biciu już kiedyś pisałem, dwukrotnie nawet. Wystarczy wybrać tag “kara” i znajdzie Pan moje w tym temacie wypowiedzi. Jeszcze pewnie się wypowiem, bo mam sporo do powiedzenia, jednak nie teraz mi pisać notkę na ten temat.
Podam tylko kilka argumentów z własnego doświadczenia. Sam bywałem w dzieciństwie bity. Nie pamiętam za co. Pamiętam natomiast sam fakt i z pewnością nie był on tym, co upiększało szczególnie moje dzieciństwo. Czy kara cielesna sprawiła, że przestałem robić to, co robiłem i dzięki temu wyrosłem na dobrego człowieka? Być może. Czy nie dało się tego osiągnąć innymi sposobami? Wątpię.
Pisałem w jednej notce o tym, jak mój syn uderzył swoją matkę w twarz (miał wówczas niespełna półtora roku). Zrobił to wkrótce po tym, jak sam dostał w podobny sposób od rówieśnicy i przypuszczam, że wówczas właśnie tego się nauczył. Może należało dać klapsa, ale jedyne co zrobiliśmy, to odstawiliśmy go do wózka i wyjaśniliśmy, że nie wolno nikogo bić (wcześniej ostrzegliśmy, że jeśli jeszcze raz uderzy, będzie miał karę – wówczas ponowił cios). Kiedy wreszcie, po długim czasie się uspokoił, doskonale wiedział co należało zrobić. Bardzo nieśmiało i niechętnie zbliżył się do mamy i przeprosił, co wywołało ogólne wzruszenie. Od tamtej pory nasz syn nie bije. Zdarzyło mu się szturchnąć koleżankę, ale upomniany przepraszał i godzili się. Od momentu, gdy uderzył mamę minął ponad rok.
Koleżanka, która wówczas go uderzyła, nadal bywa agresywna i zdarza się jej bić nieraz bez powodu. Tata koleżanki, skądinąd mój serdeczny znajomy, wchodził ze mną w dyskusje na temat karcenia dzieci jeszcze niedługo przed urodzeniem naszych pociech, gdy nasze małżonki nosiły się z brzuszkami. Rzecz jasna uważał, że bicie nie jest koniecznością, ale są sytuacje, w których nic innego nie skutkuje. Dziwne dla mnie jest to, że jeśli ma się takie podejście, to zawsze się takie sytuacje znajdą. Nie mam wątpliwości, że sam nauczył swoją córkę bicia (o czym wspomniałem w notce “Bici biją”).
Kiedy znajomi zaczęli sadzać córkę na “karnego jeżyka” po kolejnej z nami dyskusji, dziewczynka zaczęła się uspokajać…
Ja zaś pracuję w szkole specjalnej. Rzeczywiście mam uczniów, których trudno utrzymać w ryzach. Jednak większość z nich pochodzi z rodzin patologicznych. W domu już dostali za swoje. Ocena niedostateczna ze sprawowania nie działa. A czy kolejny klaps zadziałałby? Sądzę raczej, że potrzebują ciepła ojcowskiej miłości. Choć wątpię, czy jestem w stanie im taką dać.
Bicie, które nie jest zimną egzekucją, wynika zawsze z nerwów rodzica. Klaps dla rocznego dziecka i lanie dla dziesięciolatka. Bo wydaje mi się, że kiedy taki dziesięciolatek powie do mnie “Bo co mi zrobisz?” to właśnie prowokuje sytuację i sprawdza, czy ojcu nie pójdą nerwy. Pójdą? Niestety, przegrałeś walkę. Jeśli wiesz, że twoje dziecko może cię w ten sposób prowokować, miej gotowy jakiś argument. Albo inną dotkliwą karę, której będziesz się trzymał. Która pokaże dziecku, że jesteś silny, a nie – że siadają ci nerwy.
Jeszcze jeden argument, również już przytaczany – ludzi się nie bije. Chyba, że to konieczność, o jakiej Pan mówił – najczęściej jest to samoobrona. Ale w przypadku dzieci, słabszych od nas zarówno fizycznie, jak i psychicznie, taka konieczność nie zachodzi nigdy. Chyba, że zaatakuje cię z nożem…
Gdyby karano za dawanie klapsów, nie wyjechałbym z kraju. Chociaż nie popieram.
Ciekaw jestem też jakie są niewłaściwe, a jakie właściwe powody karcenia dzieci…
1.Nikomu nie ubliżałem – ideologizacja psychologii i pedagogiki jest faktem.
2.Dał Pan wyraz swojemu przekonaniu (+ czysto ideologiczny… nie powiem co, bo znowu będzie że komuś “uliżam”) – nie stanowi to jednak żadnego dowodu
3. Co do doświadczeń, wygląda na to że mam większe.
4. rzykro mi, ze dla Pana karcenie (nieważne jakie) kojarzy się albo z nerwami, albo z egzekucją. Być może wynika to z tego jak (JAK, a nie CZY) bito Pana w dzieciństwie, ale to tym bardziej dowodzi że nie ma Pan właściwejperspektywy do mówienia o tych sprawach.
pozdrawiam i zyczę mniej nerwów, więcej merytoryki.
Nie zaistniała żadna ideologizacja pedagogiki, istnieją w niej różne teorie, tak samo jak istniały zawsze. Kiedyś teorią dominującą była pedagogika pochwalająca bicie. Teraz dominujące są tendencje, które bicia nie pochwalają, co nie znaczy, że inne nie istnieją. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Poza tym nazywanie ideologią (w znaczeniu negatywnym oczywiście) poglądów, z którymi się po prostu nie zgadzamy jest równie irracjonalne jak to co robi “strona przeciwna” – osoby o poglądzie lewicowym nazwą pedagogikę personalistyczną ideologią. I tak sobie możemy wrzucać, a jedno i drugie jest tylko jedną z teorii.
Jest pan starszy i ma pan inne doświadczenie. Wychował pan swoje dzieci, my mamy dopiero jednego malucha, ale z racji wykonywanej pracy mamy do czynienia z dużą grupą dzieci i to bardzo różnych – na tej podstawie można by się jednak wykłócać kto ma większe doświadczenie.
A jak dziesięciolatek mówi “i co mi zrobisz” to bicie jest najgłupszym co można zrobić, co zresztą już zostało napisane. W tym momencie właśnie kończy się autorytet. I oczywiście może pan mówić inaczej, ale to jest pana widzenie z punktu patrzenia rodzica, któremu się wydaje, że jak ma siłę to jest poważany. A jest wręcz przeciwnie. Ja mam również wspomnienia z dzieciństwa z tego jak byłam karcona (klapsami czy też krzykiem) i są to te momenty, które kojarzą mi się tylko z tym, że moi rodzice są słabymi ludźmi, którzy nie potrafią zapanować nad dzieckiem, że zamiast być podporą to tracą nerwy i wrzeszczą. Przykro mi, nie wiem, jak można bić tak, żeby dziecko odczuło autorytet. Chyba że autorytet siły. Nie wiem, jak pan to widzi, ale ja jestem przekonana o tym, że lepiej z dziesięciolatkiem porozmawiać i można więcej osiągnąć niż dając klapsa.
Z tym, że taka dyskusja może się toczyć i toczyć w nieskończoność, i może mi pan zarzucać że nie przytaczam żadnych argumentów (co mam podać, wyniki badań, pozycje książkowe? przecież dla pana to wszystko zideologizowane.) Jeśli jestem tylko siksą studiującą zideologizowany kierunek to w istocie żadna dyskusja nie ma sensu.
Rzeczywiście, jezeli była Pani bita w chwilach bezradności wrzeszczacych rodziców(choć podniesiony głos też ma swoją rolę w karceniu) to może Pani tak to postrzegać.
Dowodów na ideologizację psychologii i pedagogiki (to zresztą jest i dla mnie jeden z wyuczonych zawodów, choć w szkole uczyłem już baaardzo dawno) jest mnóstwo – a zacząć trzeba-by było od podstaw, które w dużej mierze opierają się właśnie na obmyślonej za biurkiem ideologii, a nie na faktach (wystarczy wspomnieć o Freudzie, na którym – mimi iż udowodniono mu hucpę – nadal wzoruje się cała gałąź psychologii.
Tylko ze te nowe trendy w obu dziedzinach falsyfikuje jedno – ZNACZNIE pogorszone wyniki wychowania, zwłaszcza w kwestii stosunku do Rzeczywistości i ponoszenia odpowiedzialności..
Ciekawe jest to, że my oboje odbieramy nasze cielesne kary z dzieciństwa podobnie. Może właśnie dlatego jesteśmy razem i wspólnie nie zgadzamy się na bicie dzieci? Pytanie moje odnośnie Pańskiej teorii tylko brzmi: Jeśli nie bijemy w nerwach i bezradności, to w jakich sytuacjach? Jak wygląda sytuacja bicia bez nerwów i czy reagując laniem na “co mi zrobisz?” nie działamy w nerwach? Niech mi Pan odpowie tylko na to jedno pytanie (czy serię pytań), a chyba sobie odpuszczę ;).
Co do Freuda – ciekawy przykład. Jestem jednak zwolennikiem psychologii personalistycznej, która Freuda nie popiera. I ja go również nie popieram. Jak widać, są to dwa różne kierunki psychologii, a nie jedna ideologia.
Odnośnie Pana pytania (odpowiadam, bo zakładam dobrą wiarę, tj. że rzeczywiście Pan pyta): każda kara (nie tylko cielesna) jest potrzebna jedynie w jednej sytuacji: w momencie kiedy grozi utrata kontroli.
Dziecko (choć to brzmi paranoicznie) nieustannie testuje szczelność władzy rodziców. Inaczej robi to dwulatek, inaczej siedemnastolkatek – ale wzór jest ten sam.
Sytuacją katastrofalną jest moment, w którym dziecko uświadamia sobie że nic co mu mogą potencjalnie zrobić rodzice włąściwie go “nie rusza” – przy czym słowo “mogą” należy rozumieć to co realnie mogą zrobić (jeżeli teoretycznie mogą np. zabronić korzystać z komputera na tydzień, a nigdy tego nie zrobią, to znaczy że NIE MOGĄ tego zrobić).
Dlatego KAŻDA kara musi przekonywać karanego o tym co MOŻE mu zrobić karający. Tak jest wychowaniu dzieci, tak jest przy wymuszaniu kontroli biletów, przy kodeksie karnym i przy nakazie płacenia abonamentu za TV – zjawisko jest identyczne.
Oczywiście potrzeba wyuszania zachowań nie istnieje w sytuacjach gdy zachowanie jest dostatecznie wpojone od strony moralności i wychowywany ma dość siły woli by podążać za tym wpojonym przekonaniem; jednak zakładanie że dzieje się tak we wszystkich sprawach jest założeniem idealistycznym (nieprawdziwym).
Co do ideologii: oczywiście, ideologii jest kilka, nie jedna.
Zapewne te gdzieś egzystuje, zapomniana i wyśmiewana, “prawdziwa” pedagogika (prawdziwej psychologii jest więcej, bo ma niszę w obszarach komercyjnych – tam nikomu ideologia nie jest potrzebna, bo tam to co się robi MUSI się sprawdzić – i można to policzyć w złotówkach czy działa, czy nie.
Na koniec Państwa zaszokuję – jestem zwolennikiem kar chłosty w Kodeksie Karnym.
Oczywiście rozumiem, że karę należy zastosować wówczas, gdy następuje zagrożenie utratą kontroli. Jednak w dalszym ciągu nie wiem kiedy właśnie należy zastosować akurat karę cielesną i dlaczego nie można zastąpić jej inną karą, może nieco bardziej pracochłonną, ale dającą do myślenia, a niekoniecznie bolesną. Przy okazji mogę powiedzieć, że często lanie może mniej ruszać dziecko niż choćby rzeczony zakaz komputera.
Dziękuję za ciekawą dyskusję.
Myślę że sam Pan częściowo odpowiedział na to pytanie; wówczas gdy własnie taka kara jest niezbędna do zachowania kontroli. Kara cielesna nie ma tu jakichś nadzwyczajnych zalet – po prostu zwykle skutkuje gdy nic innego już nie skutkuje. Ale jeśli coś innego skutkuje lepiej (a nie jest okrutne ani nie warunkuje negatywnie, jak np. karanie nauką) to lepiej zrobić “co innego”. Rzeczywiście często tak bywa jak Pan mówi – np. zakaz komputera może ruszać bardziej (inna rzecz czy to już nie jest zły objaw z dziedziny uzależnień… nadto komputer jest nie tylko do zabawy, ale i do nauki czy do… treningów – oczywiście osobom w moim wieku źle się kojarzy cybersport, ale nie można zamykać oczu na to że istnieje).
Oczywiście rozumiem, że karę należy zastosować wówczas, gdy następuje