Tagi

, , , ,

Super Niania przytoczyła dziś na swoim FaceBookowym profilu artykuł z Wysokich Obcasów, noszący tytuł Dziecko po szwedzku. Artykuł opisuje istotę szwedzkiego raju dla dzieci. Szwecja jest krajem, w którym wolność (rozumiana także jako swoboda) dla dzieci jest oceniana jako jedna z najwyższych na świecie. To, o czym się najgłośniej mówi w świecie to fakt, że bicie dzieci (także dawanie klapsów) jest w Szwecji rozumiane jako przestępstwo i grożą za to surowe kary. Jest jednak o wiele więcej swobód, nie tylko prawnych, ale i zwyczajowych, jak choćby to, że każde dziecko w Szwecji ma prawo i zwykło mówić do każdego dorosłego na “ty”. Artykuł wspomina także o ogromnych centrach handlowo-rozrywkowych przewidzianych dla rodziców z dziećmi.

Jest kilka kwestii wymienionych w artykule w Wysokich Obcasach, które Polska mogłaby wziąć za wzór. Przykładem może być długość urlopu wychowawczego, płatnego po części w wysokości 80% pensji danego pracownika przebywającego na urlopie, przez ostatnich 90 dni zaś w wysokości podstawowej – 180 koron dziennie (czyli 87,28zł, co w przeliczeniu miesięcznym na nasze daje 2618,40zł). Urlop wychowawczy można podzielić po równo między rodziców, co pozwala na otrzymanie dodatkowej nagrody od państwa za równouprawnienie w wychowaniu dzieci. Dodatkowo na każde dziecko do 16 roku życia przypada zasiłek w wysokości 1050 koron miesięcznie (czyli 509,14zł). To nie wydaje się bardzo dużo, ale w Polsce przez jakiś czas otrzymywałem zasiłek dla najuboższych ze względu na wychowanie dziecka i wynosił on 64 złote miesięcznie… W Szwecji zaś owe 1050 koron dostają najubożsi i najbogatsi (wliczając w to rodzinę królewską). Wygląda więc na to, że Szwecja jest rzeczywiście państwem bardzo prorodzinnym. Niestety są też ciemne strony tej sytuacji…

Nie mówię tu o karaniu za bicie. Choć oczywiście nie jestem zdania, jakoby należało wsadzać kogokolwiek do więzienia za danie klapsa dziecku. Jestem gorącym przeciwnikiem kar cielesnych, a jak widzę na ulicy tatusia czy mamusię, którzy karcą dziecko klapsem, to mam ochotę sam podejść i dać takiemu rodzicowi w twarz. Jednak do więzienia bym za to nie wsadzał i praw rodzicielskich bym nie odbierał. Są jednak inne problemy. Może właśnie w tym widzę największy, że dzieci mają wyjątkowo wysoki poziom “róbta co chceta”. Dzieci mogą prawie wszystko, a rodzice prawie za wszystko mogą ponieść karę (łącznie z podnoszeniem głosu – jest powszechnie obowiązujący nakaz, by schylali się, gdy chcą coś dziecku powiedzieć). Co więcej – chyba to jeszcze gorsze – nie rozróżnia się u dzieci płci w wychowaniu (panuje słowo “gender”, które jest lepsze i nie szufladkuje). Nie widzę problemu w tym, że chłopcy bawią się lalkami (mój syn też lubi się bawić lalkami), ale w tym, że dąży się do całkowitego zniwelowania różnic między mężczyznami, a kobietami, co jest nierealne i prowadzi do prawdziwego pomieszania z poplątaniem. Szczytem jest moim zdaniem podejście, w którym nie mówi się dziecku jakiej jest płci, tak by samo w przyszłości mogło podjąć decyzję. Kiedyś to był pojedynczy przypadek uderzający o newsy na Pudelkach, dziś to już moda i rosnąca tendencja.

Dodatkowo w wychowaniu panuje zasada “przytulić, pocieszyć, wytłumaczyć”. Kiedy ktoś kogoś uderzy, przytulamy go, odprowadzamy na bok, a potem przy wszystkich wyjaśniamy, że ktoś, kogo się uderzy, cierpi i jest nieszczęśliwy. Bez wskazywania na to kto kogo uderzył. Dobrze, że nie ma kar publicznych, jest tylko publiczne tłumaczenie. Źle, że zakłada się, jakoby dziecko w każdym wieku potrafiło zrozumieć, że coś jest dobre bo jest dobre, a coś inne złe, bo jest złe. Do dzieci w różnym wieku docierają różne argumenty. Kary i nagrody na pewnym etapie są wręcz konieczne, choć nie powinny to być klapsy i krzyki. O tym zaś szczególnie powinna wiedzieć polecająca artykuł Super Niania, propagatorka metody oddalenia na Polskę (czyli tzw. karny jeżyk).

Ogólnie porównałbym tendencje panujące w szwedzkim wychowaniu do współczesnego kołchozu. Wszystko z zewnątrz cudnie i pięknie, możecie robić co się wam podoba (zwłaszcza gdy macie naście lat), ale jak wyjdziecie przed szereg, to w mordę. Dostajecie pieniądze na wychowanie swoich dzieci, rzeczywiście duże pieniądze (też bym tak chciał), ale jak będziecie wychowywać według innych niż nasze kryteriów, to w mordę.

Polka, która mieszka od niedawna w Szwecji, udziela odpowiedzi na kilka pytań odnośnie ingerencji w wychowanie. Choć w większości ma pozytywne odczucia, bo ludzie rozumieją problemy dzieci i się nad nimi pochylają, to stwierdza również: “Minusy? Odczuwam lekką ingerencję państwa w moje decyzje dotyczące wychowania dzieci. Nie umiem powiedzieć, na czym to polega. Moja koleżanka poprosiła niedawno nauczycielkę o to, żeby córka nie brała prysznica po wuefie, bo była chora. Wezwano ją do szkoły na rozmowę, żeby sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem wymówka do ukrywania śladów po biciu.”

Niestety, ja nie nazwałbym tego lekką ingerencją w decyzje dotyczące wychowania. Jeśli nie życzę sobie, by moje dziecko brało prysznic po wuefie (bo przykładowo nie chcę, by oglądało i było oglądane nago przez inne dzieci), to nie muszę być sprawdzany, czy biję moje dziecko, czy jednak nie.

Podsumowując: wkład pieniężny państwa w wychowanie dzieci jest czymś wspaniałym i bardzo atrakcyjnym. Sami planujemy wielodzietną rodzinę, ale o ileż ciekawsze byłyby to plany, gdyby zamiast tysięcznego becikowego państwo dawało nam pięćset miesięcznie? Jednak z drugiej strony stopień ingerencji państwa w wychowanie dzieci jest przytłaczający. Wolę dostawać skromne 64 złote (a przy braku dostarczonych dokumentów o zarobkach nie dostawać ich wcale), niż być wsadzonym do więzienia za to, że czasami podniosę głos na moje własne dziecko. Choć oczywiście podnoszenia głosu nie polecam.