Demoniczne Pokemony

229houndoomWe wrześniu uczestniczyłem w konferencji „W trosce o dobro dziecka, małżeństwa i rodziny” w szkole Animus w Kobyłce. Udało mi się wówczas odsłuchać wykładu pani mgr Małgorzaty Więczkowskiej na temat zagrożeń duchowych w mediach. Pani prelegentka dotknęła kilku wrażliwych tematów, jak na przykład kłopotów z odbiorem trzeciej części filmu o Minionkach, czy problemu związanego z demoniczną bajką Monster High (choć jej powiązania z Hello Kitty nie do końca rozumiem). Dużo czasu poświęciła jednak również tematyce Pokemonów, wskazując na płynące z tego filmu zagrożenia, ale szukając ich w zupełnie dziwnych miejscach. Stwierdziła, że cały problem z zagrożeniami duchowymi zaczął się dwadzieścia lat temu poprzez pojawienie się Pokemonów, i zamyka się klamrą przez Pokemon GO. Przy okazji zaznaczyła jednak jedynie, że franczyza po 20 latach ma się jak najlepiej, biznes się kręci, a ze 150 stworków na początku doszliśmy do ponad 700. By zademonstrować jak bardzo zgubne jest zjawisko Pokemon, pani Więczkowska wyciągnęła kilka tazosów wydobytych dawno temu z paczek chipsów i przedstawiła, jak ewoluowały one, by ujarzmić umysł dziecka. Otóż najpierw były zwyczajne, potem zmieniały wygląd podczas patrzenia pod innym kątem (tzw. Duo Tazo), a w końcu klikały jak kapselki wydając dźwięk (Metal Tazo)! Tak, rzeczywiście – jest to jakaś metoda na zwrócenie uwagi i rozpropagowanie marki. Ale co jest demonicznego w kawałku klikającego kapselka?

Postanowiłem zatem odnieść się do tematu, ponieważ zdaję sobie sprawę, że o Pokemonach da się powiedzieć sporo złych rzeczy, czego z jakichś powodów pani prelegentka postanowiła nie zrobić – skupiając się na czepianiu się strony marketingowej.

  1. Idea walki.
    To, co może się wydawać niepokojące już na pierwszy rzut oka jest to, że trenerzy Pokemon hodują i wychowują stworki głównie po to, by toczyły one między sobą walki. Owszem, przyjaźnią się z nimi, opiekują się nimi i przemierzają świat w ich towarzystwie, ale najczęściej jednak wystawiają je do walki z innymi trenerami. Można usprawiedliwić to tym, że serial animowany powstał na podstawie gry video, a w tych czymś oczywistym jest potrzeba rywalizacji. Czy jednak uczenie dzieci od najmłodszego bycia agresywnym i wykorzystywania swoich „zwierząt” do pojedynków jest konieczne? Dziś można powiedzieć, że bez tego się nie obejdziemy. Pokemon nie jest najbardziej agresywną bajką dla dzieci – w tym temacie zdecydowanie wyprzedza go Ben 10, a nawet filmy z – do niedawna wolnymi od przemocy – klockami Lego. Zatem niewątpliwie warto zaznaczyć, że nacisk na walkę mógłby prowadzić do duchowych zakłóceń.
  2. Niektóre typy stworków.
    Pokemony dzielą się na 18 typów (z czego niektóre kieszonkowe potworki mają po dwa typy). Część z tych typów posiada moce żywiołów (zarówno tych zachodnich: ogień, ziemia, woda, jak i wschodnich: roślina, metal), inne dotykają magii i manipulacji psychiką. Typ „wróżka” na przykład opiera się na działaniach magicznych. Większość Pokemonów-wróżek jest różowa, wygląda dość dziewczęco i posiada zdolność do czarowania. Typ psychiczny natomiast zadaje ciosy hipnotyczne, wprowadza w trans przeciwnika. Najbardziej podejrzanym typem jest jednak tym „ciemność”, w japońskim oryginale nazywający się raczej „zło”. Większość stworków tego typu posiada ciemne zabarwienie i charakteryzuje się, może nie czystym złem, lecz pewną dozą złośliwości i wyrachowania. Należy przy tym wspomnieć na przykład o Pokemonie Houndoom, wyglądem przypominającego coś w rodzaju piekielnego ogara.
  3. Wpływ filmów na psychikę dzieci.
    Nie chciałbym w tym miejscu wspominać o kłopotach z grą Pokemon GO – to, że ludzie giną wpadając pod samochód, bo próbowali złapać Pokemona, to najczęściej wynik ich własnej głupoty. Podobno były też historie osób, które pod wpływem obejrzanego serialu skakały z okien – ale takie opowieści słyszy się również przy okazji mówienia o Króliku Buggsie (bo on wyskoczył i się nie zabił) czy Batmanie. Bywają jednak niepokojące sytuacje, jak ta, która wystąpiła w Japonii po puszczeniu odcinka z Porygonem. Wówczas szybko powtarzająca się sekwencja kolorów czerwonego i niebieskiego doprowadziła do ataku epilepsji u kilkuset widzów jednocześnie. Nie doprowadziło to wprawdzie do głębszych zmian w psychice ofiar, a twórcy serialu nie puścili tego odcinka w dalszy obieg (choć można go obejrzeć w internecie), ale tego typu sytuacje związane z bajką dla dzieci mogą budzić podejrzenia.

Piszę to wszystko jako fan i do pewnego stopnia znawca Pokemonów. Jako dziecko oglądałem serial, zbierałem tazosy, a teraz na bieżąco śledzę pojawiające się nowości (dziś, po wyjściu gier VII generacji, są już oficjalnie 802 Pokemony) i obserwuję na YouTubie kanał człowieka, który postanowił narysować wszystkie Pokemony (i wszystkie ich formy). Piszę to i nie przestrzegam przed niebezpieczeństwem tylko dlatego, że nie uważam, by warto było szukać diabła wszędzie, gdzie się tylko da. Owszem, stworki walczą między sobą, również z pomocą ciosów magicznych, psychicznych i mrocznych, ale wszystko to sprowadza się do jakiegoś typu konwencji zamkniętej w osobnym świecie, i nie musi wpływać bezpośrednio na nas.

Piszę to jednak także by pokazać, że jeśli ktoś włoży trochę pracy, bez problemu będzie w stanie przestrzec innych przed zagrożeniami duchowymi płynącymi z serialu Pokemon. Sprawa wcale nie jest trudna, a argumenty leżą niemal na wierzchu. Dlatego – jeśli chce się udowodnić komuś problem płynący z filmu dla dzieci – warto poszukać czegoś więcej, niż tylko pykających metalicznie kapselków z podobizną 700 postaci.

____________________________________

We wpisie zastosowano oficjalny wizerunek Pokemona Houndoom. Źródło: http://bulbapedia.bulbagarden.net/wiki/.

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | Dodaj komentarz

Czarny marsz i kompromis

Odkąd tylko PiS wygrał wybory i mógł dostąpić samodzielnej władzy, bardzo dużo się mówiło o nadchodzących projektach społecznych mających proponować całkowity zakaz aborcji. Co więcej, część posłów PiS mających twarde poglądy moralne (jak np. Piotr Uściński, który wcześniej wprowadził całkowity zakaz aborcji w szpitalu w Wołominie) była przekonana, że jak tylko projekt wpłynie, natychmiast zostanie przegłosowany. Wśród katolików na portalach społecznościowych krążyły hasztagi w stylu #mojepokoleniepokonaaborcję i wielu liczyło, że skoro już rządzą „nasi”, to teraz zrobią po naszemu.

Propozycja ustawy zakazującej aborcji została oczywiście odrzucona. Nastąpiło to z pobudek politycznych, co wcale nie dziwi – przynajmniej mnie – ponieważ babranie się prawicowej partii, która ledwo wygrała wybory, w tak kontrowersyjnych tematach może skutkować zmianami, które doprowadzą do zwrócenia władzy tym „nie naszym”. Oczywiście wielu, zwłaszcza katolickich, publicystów oburzyło się, wskazując, że PiS zawiódł oczekiwania wyborców, że jest za śmiercią itp. Inni słusznie przypominali, że PiS wygrał wybory, ponieważ dawał nadzieję na rozliczenie układu III RP na czele z Platformą Obywatelską, oraz obiecywał takie nagrody, jak choćby 500+. Nie zaś dlatego, że obiecywał zniesienie aborcji. Ten temat nie był poruszany w kampanii wyborczej, PiS nic podobnego nie obiecywał, a oczekiwania z tym związane wynikały z przekonania części wyborców o „swojości” PiSu bardziej niż z jakichkolwiek deklaracji.

Choć sejm bardzo szybko uciął wszelkie spekulacje na temat wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej, protesty dotyczące tej kwestii trwają do dzisiaj. Setki kobiet biorą udział w czarnych protestach, krzycząc że należy wyzwolić ich macice. Z kolei inni, którzy zdecydowani są opowiedzieć się za całkowitym zakazem aborcji, stają okoniem wobec propozycji karania kobiet za dokonanie aborcji. To dotyczy także biskupów, którzy twierdzą, jakoby miejscem odpowiednim do pokonania problemu dokonanej aborcji jest konfesjonał, a nie więzienie. PiS, ze względów politycznych, usiłuje uciąć kontrowersyjny temat i pozostać przy słabym kompromisie aborcyjnym – przynajmniej na razie. Ale konflikt, sztucznie podtrzymywany, toczy się mimo tego.

nataliamadziaNapisałem, że biskupi są przeciw aborcji, ale i przeciw karaniu kobiet. Tę opinię podziela wielu znanych mi katolickich publicystów. Traktują aborcję jako zabójstwo człowieka, ale i jako wielki dramat matki, która przeżywa potem syndrom postaborcyjny i nie powinna jeszcze do tego siedzieć w więzieniu. Z czego wynika ta dziwna dysharmonia? Moim zdaniem z tego, że w naszej świadomości utkwiło poczucie, że aborcja to jest – faktycznie – zabójstwo, ale nie takie zwyczajne zabójstwo. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że kobietę, która zabija swoje półroczne (patrz: Mama Madzi), a nawet kilkudniowe dziecko, należy ukarać za zamordowanie człowieka. Jednocześnie tę samą kobietę, która dokonałaby – nawet nielegalnej – aborcji należałoby wysłać do spowiedzi albo do psychologa, ale z pewnością nie do więzienia.

Temat aborcji, kompromisu, konfliktu aborcyjnego i czarnych protestów towarzyszy naszej codzienności od tak dawna, że daliśmy sobie wmówić, że aborcja nie jest jak każde zabójstwo. Owszem, mordujemy w ten sposób człowieka – powie wielu – ale to wielki osobisty dramat. Nie jest wielkim osobistym dramatem zabicie teściowej, męża albo pięcioletniego dziecka. To morderstwo – oczywiście nie zawsze opatrzone tym samym poziomem winy (bo do każdego morderstwa można zostać przymuszonym lub sprowokowanym). Ale aborcja jest osobistym dramatem i nie powinna podlegać karze. Pozwoliliśmy się dać przekonać zwolennikom „wyboru” i uczestnikom czarnych marszów, że zabicie własnego dziecka przed porodem jest obarczone niższą winą niż zabicie go po porodzie.

Ustawa społeczna zakazująca aborcji zakładała karanie kobiet z możliwością ew. odstąpienia od wymierzenia kary. O ten konkretny zapis wszystko się rozbiło, przynajmniej z perspektywy biskupów i części publicystów. Ale przecież jeśli czymś naturalnym jest zakazanie zabijania nienarodzonych w przypadku choroby, gwałtu i zagrożenia zdrowia matki, to dlaczego nie jest czymś naturalnym karanie za złamanie tego zakazu? Logika zakłada co innego. Zabójstwo podlega karze. Aborcja jest zabójstwem. Zatem aborcja podlega karze.

Dopóki nie dopuścimy do naszej katolickiej świadomości, że aborcja nie jest jakimś innym rodzajem zabójstwa, za który nie powinno się karać, dopóty kobiety takie jak Natalia Przybysz będą chwalić się w mediach bezkarnym zabijaniem własnych dzieci. Bo gdyby zabiła którekolwiek z pozostałych swoich dzieci, czekałaby na długą odsiadkę. Ale że zabiła to, które jeszcze się nie urodziło, nawet nie przychodzi nam do głowy, że miejsce w więzieniu byłoby dla niej czymś najzupełniej naturalnym.

Jednak czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A przynajmniej żal nieco mniej.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie zestawiające przypadek mamy Madzi i Natalii Przybysz. Źródło: wykop.pl.

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 1 komentarz

Smoleńsk to tylko preludium

tusk-putinObejrzałem w kinie film „Smoleńsk”, bo jakże mogłem go nie oglądać? Nie będę pisał recenzji, bo wiele ich powstało. Sam na facebooku zapisałem, że jest to film sprawiający dualistyczne wrażenie. Pozytywne opinie o nim wydadzą ci, którzy uważają, że prawdy należy szukać głębiej niż dotychczas szukano. Negatywne ci, którzy sądzą, że film jest propagandą, ponieważ na temat katastrofy smoleńskiej wszystko już zostało powiedziane. Poszczególne recenzje będą natomiast podawać dalej na facebooku ludzie podzielający daną opinię. W ten sposób będą myśleć, że komuś coś udowadniają – tak naprawdę jednak potwierdzają tylko, że myślą tak jak myślą.

Co ciekawe jednak – nie spotkałem ani jednej recenzji, która mówiłaby, że film Krauzego jest genialny. Pozytywne opinie uwypuklają mankamenty, których jest sporo. Nieidealna gra aktorska, kilka niepotrzebnych, nic niewnoszących wątków. Te negatywne zaś pełne są pogardy, ironii i śmiechu. Ciekawa różnica. Pozytywne komentarze o filmie potwierdzają, że nie był to film zachwycający. Podkreślają jednak, że był to film potrzebny.

Mamy do czynienia z realną, nieporywającą fabułą, w którą owinięte jest coś o wiele ważniejszego. Zainteresowani mogą bowiem z filmu wyczytać większość informacji związanych z wątpliwościami dotyczącymi wypadku i śledztwa. Ponieważ dzielimy społeczeństwo na tych, którzy wierzą, że komisja Millera odnalazła prawdziwą przyczynę śmierci 96 osób z pokładu Tupolewa, i na tych, którzy mają wątpliwości, film prezentuje zestawienie wątpliwości tych drugich. Czyli łączy w całość wszystko, co do tej pory było rozproszone. Czego można się było dowiedzieć z rozmów z przedstawicielami „sekty smoleńskiej” albo z konferencji zespołu parlamentarnego Macierewicza. Do tego dochodzi wątek serii samobójstw i nieszczęśliwych wypadków ludzi związanych w jakiś sposób ze sprawą smoleńską. Film zatem nie jest tylko prostą fabułą ze średnią grą aktorską, ale jest autentycznym, dobrym źródłem poznania części faktów zagłuszanych wcześniej przez media mainstreamowe i partie rządzące, oraz sposobu myślenia tych, którzy wybuchu na pokładzie Tupolewa nie wykluczają.

Krauze powiedział, że chciałby, aby jego film łączył ludzi i zakończył konflikt między Polakami. Nie wiem, czy taka była jego prawdziwa intencja, jednak z pewnością się tak nie stanie. Przeciwnicy brania w ogóle pod uwagę możliwości zamachu świetnie się sprawdzają w atakowaniu samego filmu, jego reżysera, scenarzystów, aktorów i w ogóle „sekty smoleńskiej”. Ale to dobrze. Dlaczego dobrze? Bo Smoleńsk jest tylko preludium. Film będący zestawieniem nieuwypuklanych faktów i wątpliwości jest wstępem do tego, co teraz nastąpi. Proszę zwrócić uwagę na to, że w niecały tydzień po kinowej premierze filmu „Smoleńsk” po raz pierwszy wystąpiła sejmowa podkomisja Berczyńskiego, przedstawiając nowe ustalenia dotyczące smoleńskiego śledztwa.

Wejście filmu do kin podgrzało atmosferę. Ci, którzy go widzieli, jak i ci, którzy tylko słyszeli lub czytali o nim, otrzymali odgrzaną potrawę, która od dawna leżała zimna i zapomniana. Nagle o katastrofie smoleńskiej zrobiło się ponownie głośno. Co więcej – wszyscy dostali jako wstępniak kumulację wszystkiego, czego dotychczas się domyślano. Teraz wreszcie społeczeństwo jest gotowe, by wysłuchać, co podkomisja ma nowego do powiedzenia. Gdyby nie „Smoleńsk”, zainteresowanie tematem byłoby znikome. A tak, można mieć nadzieję, że więcej ludzi zechce słuchać.

Podkomisja Berczyńskiego przyniosła ciekawe informacje. Odczytano dotychczas nieosiągalne ostatnie sekundy nagrań czarnych skrzynek, udowodniono z całą pewnością, że generała Błasika nie było w kokpicie i dowiedziano się, że pan Miller, w konsultacji z Donaldem Tuskiem, próbował doprowadzić do jak największej spójności w ustaleniach własnej komisji z ustaleniami Rosjan. Te informacje są oczywiście wyśmiewane i komentowane jako nieważne, a przedstawiciele Platformy Obywatelskiej jednogłośnie twierdzą, że to wszystko cyrk i podkomisję należy zamknąć. Ale gdyby nie „Smoleńsk”, miałyby szansę przejść w ogóle bez komentarza. Tymczasem mamy rozwój sytuacji. Napięcie rośnie.

Film „Smoleńsk” jeszcze się wcale nie skończył. Za chwilę ekshumacja zwłok ofiar katastrofy. A kto wie co przyniesie przyszłość. Ja, przedstawiciel „sekty smoleńskiej”, patrzę na to z ciekawością. I jestem przekonany, że dzięki „Smoleńskowi” również ci z drugiej strony spojrzą z ciekawością.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające Donalda Tuska i Wladimira Putina po katastrofie w Smoleńsku. Źródło zdjęcia: http://kurzastopa.blog.onet.pl/tag/wladimir-putin/.

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | Dodaj komentarz

Pokaż mi swoje piersi, a powiem ci „o rety!”

karmienie-0To nie jest pierwsza i zapewne nie ostatnia afera związana z odwiecznym problemem noworodków i niemowląt: byciem głodnym w miejscu publicznym. Niektóre z dzieci, które nie ukończyły jeszcze roku, a czasem nawet i starsze, mają dziwną tendencję do płakania kiedy zgłodnieją, zamiast poczekać aż wrócą do domu. Część z tych dzieci ciamka butlę, innym mama daje do jedzenia bardziej naturalny pokarm – produkowane specjalnie na tę okazję mleko. Takie mleko tworzy się w kobiecych piersiach, a połączenie wszystkich aspektów zawartych w wywodzie powyżej sprawia, że kobieta taka, by nakarmić dziecko w miejscu publicznym, jest zmuszona się obnażyć.

Jak każda afera, tak i ta działa na zasadzie starcia dwóch armii. Przedstawiciele jednej z nich to ci, którym nie podobają się sytuacje, w których kobieta, aby nakarmić dziecko płaczące w restauracji, w autobusie czy w kościele, wydobywa pierś z biustonosza i poi malucha przy wszystkich. Przedstawiciele (a właściwie przedstawicielki, głównie przedstawicielki) drugiej armii to kobiety – i niekiedy ich wspierający partnerzy – które twierdzą, że karmienie piersią jest naturalną sprawą, wynikającą z potrzeby zaspokojenia głodu niemowlęcia. Przy czym pamiętać należy, że małe dzieci, będąc głodne, czują strach i ból przypominające umieranie – to mój dopisek. Zatem głód dziecka należy zaspokoić niezwłocznie (to nie ulega większej wątpliwości), a przy tym wypiąć się na tych, którym to przeszkadza.

Bardzo brakuje mi trzeciej armii, tej środkowej, choć mogę się założyć, że jeśli stoi ona rzeczywiście po środku, to dostaje bęcki z obu stron.

Nie mogę znieść głosu mężczyzn, ale także niektórych kobiet, którzy twierdzą, że karmienie piersią jest podobną czynnością fizjologiczną jak oddawanie moczu, a przyjęło się nie robić tego publicznie. Po pierwsze – karmienie głodnego niemowlęcia nie jest równoznaczne z opróżnianiem pęcherza, a po drugie – kiedy nie ma naprawdę nigdzie publicznej toalety, to również w kwestii sikania w nosie mam co się przyjęło (i – nie oszukujmy się – kobiety nie mogą być w tych kwestiach gorzej uprawnione). Nie cierpię, kiedy ktoś mówi o „wkładaniu cycków do jego talerza” w restauracji albo o publicznym obnażaniu się.

Nie mogę jednocześnie znieść kobiet, które w czasie spotkania towarzyskiego lub religijnego, siedząc ze znajomymi przy stole, wyciągają pierś, przystawiają do niej dziecko, które raz po raz się odrywa (odsłaniając brodawkę), a one prowadzą konwersację tak, jakby wszystko było okej. Albo tych, które – aby coś udowodnić lub komuś coś pokazać – wrzucają do internetu swoje zdjęcia z odsłoniętymi piersiami w czasie karmienia, promując akcję „cyce na tablice” czy nową: „piersi w górę”.

Szanowni Panowie i Panie zgorszeni i zgorszone, chroniący swoje talerze i poczucie estetyki! Karmienie piersią od zawsze jest naturalną czynnością zapewniającą dziecku wymagane przez nie pożywienie. Dziecko przez pierwsze sześć miesięcy nie potrzebuje nawet pić dodatkowej wody, bo mleko matki zaspokaja jego zapotrzebowanie na płyny! Tak to już niestety jest, że kiedy niemowlę chce jeść, to powinno to jedzenie dostać w trybie jak najszybszym. Dlatego święte oburzenie na widok karmiącej publicznie kobiety jest kompletnie zbyteczne. Zdecydowanie lepiej jest odwrócić wzrok, jeżeli sytuacja Was krępuje, i pozwolić dziecku normalnie zjeść to, czego potrzebuje.

Panie ostentacyjnie karmiące i Panowie mężowie, dzielnie je w tym wspierający! Sam jestem ojcem trójki dzieci i mężem matki trzykrotnie karmiącej. Nigdy nie odmówiłbym mojemu dziecku, ani jednemu z nich, prawa do zjedzenia porcji mleka własnej matki, przynajmniej do momentu, do którego nie mogłoby zamiast tego dostać słoiczka jabłuszek. Nie znaczy to jednak, że pochwalałbym robienie zdjęć podczas tej czynności i wrzucanie ich na fejsa. Albo ostentacyjne wystawianie „cycków” po to, by pokazać naturalność tego działania i całkowity brak krępacji. Nakarmić dziecko publicznie – owszem! Nawet niekoniecznie walczyć z szalikiem, chustą albo pieluchą, żeby zasłonić wszystko, przy okazji podduszając dziecko. Ale zrobić to tak, żeby ten, komu to przeszkadza, nie musiał zwracać na to specjalnej uwagi, żeby mógł spokojnie odwrócić wzrok. Siąść bokiem, na skraju ławki, zasłonić akt karmienia własnym ciałem odwracając się tyłem czy bokiem do tłumów. I skupić się na karmieniu, a nie na demonstrowaniu karmienia.

W czasie całej dyskusji padły słowa, które mnie zadziwiły. Otóż zdaniem niektórych kobiecy biust nie jest z natury stworzony do erotycznego zadowolenia mężczyzny, lecz do wykarmienia potomstwa – i to przez dużą seksualizację przestrzeni publicznej tkwi w nas przekonanie, że jest odwrotnie. Jednakże to nieprawa. Prawdą jest natomiast to, że funkcja erotyczna piersi wynika z funkcji karmicielskiej, tak jak funkcja erotyczna bioder/pupy/miednicy wynika z funkcji rozrodczej. Jak to prosto wytłumaczyć? Mężczyznom fizycznie podobają się kobiety o dużym biuście i biodrach szerokich w stosunku do talii, ponieważ podświadomie widzą w nich potencjalne matki swoich dzieci. Takie, które będą w stanie łatwiej dzieci urodzić i wydajnie je wykarmić. Kobiece ciało – wyłączając poza nawias wszelkie walory duchowe i psychiczne – pociąga facetów seksualnie, ponieważ seks prowadzi do zapłodnienia, a zapłodnienie do porodu, a poród do laktacji. Tak skonstruowany jest człowiek, stąd też wynika – abstrahując od tematu – całkowita nienaturalność antykoncepcji. To, że kobiecy biust (w tym także sutki) w naturalny sposób wywołuje skojarzenie z seksem nie wynika więc ze zerotyzowania społeczeństwa, lecz z natury ludzkiej, natury mężczyzn i kobiet.

Jest więc oczywiste, że mężczyznom podobają się nagie piersi kobiet. Konkursy miss mokrego podkoszulka czy zdobywanie korali na festiwalu Mardi Gras poprzez podnoszenie koszulek – oba zwyczaje o wątpliwych walorach etycznych – są niewątpliwie skierowane ku wywołaniu erotycznej podniety w wyniku odsłonięcia biustu. Co zatem miałoby sprawić, że mężczyźni, którym w normalnych warunkach podoba się biust kobiety, w przypadku karmienia piersią mieliby potraktować to jako „naturalny element życia matki”? Kiedy widzę obcą kobietę karmiącą piersią, stwierdzam, że to piękne wydarzenie, ale jednocześnie odwracam wzrok, ponieważ czuję skrępowanie – widzę coś, czego nie powinienem widzieć, widzę coś, co w naturalnych warunkach mogłoby mnie pociągać. Kiedy widzę obcą kobietę ostentacyjnie wyjmującą pierś w miejscu publicznym albo na towarzyskim spotkaniu, bez odwrócenia się, bez próby odwrócenia od siebie uwagi ogółu, czuję ogromne skrępowanie i problem z odnalezieniem się. Podobnie czuję się, kiedy oglądam zdjęcia kobiet karmiących wrzucane na portale społecznościowe po to, żeby się pokazać. Żeby pokazać, że to naturalne, fizjologiczne, utrzymujące dziecko przy życiu, ale nie erotyczne.

matkaTak! To jest naturalne, fizjologiczne i utrzymujące dziecko przy życiu. Ale piersi kobiet są także erotyczne i mają się facetom podobać. Dlatego nie ma się co dziwić, że nie wszyscy wspierają akcję „cyce na tablice”. Bo mogą czuć się zwyczajnie niekomfortowo.

PS. Owszem, Matka Boża też karmiła Jezusa, przynajmniej taki przekaz dostarcza nam znany wizerunek Matki Bożej Karmiącej. Nie może to jednak być usprawiedliwieniem tego, by obnosić się wszędzie ze swoim atrakcyjnym biustem.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Karmienie piersią, za: http://allefajne.pl/displayimage-111-2581.html
2. Matka Boska Karmiąca, za: http://dewocjonalia-roza.pl/matka-boza-karmicielka-rodzicielka-p-603.html

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 3 komentarzy

Obronić demokrację

dudapapiezOd wyborów prezydenckich w maju 2015 roku, a już na pewno od październikowych wyborów parlamentarnych, druga połowa Polski żyje w ciągłym strachu przed kończącą się demokracją. Prawo i Sprawiedliwość, partia która jako pierwsza wygrała wybory taką większością głosów, która pozwala jej na samodzielne rządy, jest oskarżana o zamach na demokrację, na konstytucję, na Trybunał Konstytucyjny. Wystarczyło naprawdę niewiele czasu, by utworzył się tzw. Komitet Obrony Demokracji, mający na celu bronienie Polski przed złymi rządami – rządami PiSu właśnie, choć rządy PO też nie należały przecież do najlepszych. Ale to nieważne, bo w pochodach KODu chodzą również szefowie partii rządzących wcześniej Polską, a także pierwszy bankier Rzeczpospolitej, który nie umiał nawet dobrze policzyć pieniędzy własnej partii – pan Ryszard Petru. Oczywiście bywa tam też były prezydent Bronisław Komorowski, były prezydent Lech Wałęsa i były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy ogromnie zatroskani o upadającą właśnie w Polsce demokrację. Głos dziennikarzy Gazety Wyborczej (której szef Adam Michnik także chodzi na pochody) dociera do szerokiej publiki w Niemczech, w USA, a ostatnio nawet w Rosji („Przepraszamy, nie wiedzieliśmy…”), tak że cały świat już wie, że w Polsce panuje dyktatura. Młodzież z Niemiec i z Ameryki Południowej, przyjeżdżając na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa, przywozi ze sobą własną żywność, ponieważ w Polsce rządzi dyktator, wojsko chodzi po ulicach, a w sklepach nie ma jedzenia. Możemy wyobrazić sobie ich zdziwienie, kiedy dowiadują się, że to nieprawda. I zdziwienie mieszkańców Krakowa, kiedy słyszą, co tamci uważali.

Zdziwienie musi być naprawdę duże także dla słyszących te zagadkowe informacje zwolenników KODu. Przecież – owszem – w kraju upadają instytucje demokratyczne, a Kaczyński rządzi niepodzielnie, siejąc zamęt i strach, ale dlaczego niby miałoby to oznaczać wojsko na ulicach i brak jedzenia w sklepach…? Dlaczego? Bo tak właśnie wyglądają kraje, w których panuje dyktatura i nie ma demokracji – tak widzą je wierzący młodzi ludzie z zagranicy i tak wyobrażają sobie naszą Polskę.

Tymczasem…

  1. W Polsce rządzi jedna partia, która samodzielnie utworzyła rząd, ponieważ demokratyczne procedury obowiązujące w naszym kraju doprowadziły do tego, że przy odpowiednim rozłożeniu głosów ta właśnie partia dostała samodzielną większość.
  2. W Polsce stanowisko prezydenta zajmuje Andrzej Duda, niegdyś reprezentant tej samej partii, z pewnością współpracujący i dogadujący się nadal z szefem partii Jarosławem Kaczyńskim, premierem kraju panią Beatą Szydło i innymi ministrami – ponieważ dzięki panującym w Polsce demokratycznym procedurom w drugiej turze wyborów pokonał ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego i uzyskał wystarczającą liczbę głosów.
  3. W Polsce, dzięki demokratycznym procedurom i prawu do wolności wypowiedzi, odbywają się pochody KOD i chodzą w nich protestujące przeciw rządom demokratycznie wybranej partii osoby, które są gotowe mówić (na razie tylko mówić) nawet o rozpoczynaniu Majdanu, byle tylko obalić rząd partii, na którą oni nie głosowali.
  4. W Polsce, również dzięki wolności słowa, Gazeta Wyborcza, TVN i wszelkie inne media wspierające PO, Nowoczesną, KOD i inne potencjalne ugrupowania stworzone po to, by rządzić, mogą gnoić i niszczyć wybraną przez ludzi partię, wysunięty z tej partii rząd, prezydenta i jego małżonkę (Super Niania: „Pierwszą stewardessę”).
  5. W Polsce nie ma wojska na ulicach, chyba że chroni akurat Papieża i świętującą na Światowych Dniach Młodzieży młodzież przed potencjalnymi zamachami, które są mało prawdopodobne, ponieważ nie zgodzono się na przyjęcie tych miłych, uprzejmych mężczyzn, którzy gdzieś po drodze zgubili paszporty.
  6. W Polsce można też kupić jedzenie w sklepach, czego nie można było zrobić w – tak często dziś przypominanym przez obrońców demokracji – PRLu.

I choć rzeczywiście przyjeżdża do nas Komisja Wenecka i bada sprawę Trybunału Konstytucyjnego, pochyla się nad nim także Parlament Europejski, a prezydent Barack Obama osobiście wyraża o niego troskę, to 3/4 Polaków może spokojnie powiedzieć: Po co nam jest w ogóle ten Trybunał Konstytucyjny?

Ale żeby nie poprzestać tylko na rozpisaniu się nad Polską, przytoczę przykłady kilku innych państw, z bliskiego nam kręgu kulturowego, co do których występują niejakie problemy z zachowaniem demokracji, a o których się zazwyczaj nie mówi…

  1. obamaStany Zjednoczone Ameryki Północnej. Zbliżają się wybory prezydenckie, prezydent Barack Obama prawdopodobnie odstąpi swoje stanowisko przeciwnikowi politycznemu Donaldowi Trumpowi (choć cały amerykański mainstream popiera Hillary Clinton, która właśnie „rozbiła szklany sufit”, stając się pierwszą kobietą-kandydatką na stanowisko prezydenta z jednej z dwóch największych amerykańskich partii). W Senacie już rządzą Republikanie i czekają na swojego prezydenta. W tym czasie umiera sędzia Sądu Najwyższego, a stanowisko to piastowane jest dożywotnio, i prezydent Barack Obama chce obsadzić wakat swoim kandydatem. Ma do tego prawo, ale senat musi zatwierdzić jego wybór – a Senat nie chce, by przeważająca liczba sędziów wybranych przez Demokratów blokowała ich działania. Trwa więc konflikt o Sąd Najwyższy, w którym Barack Obama bierze czynny udział, i który może nie zakończyć się przed końcem jego kadencji. Sytuacja podobna do naszej, polskiej? Podobna. Ale w związku z tym jakie moralne prawo ma Barack Obama i sprzyjająca mu amerykańska prasa, by pochylać się nad naszym Trybunałem Konstytucyjnym?
  2. erdoganTurcja. Kraj dążący do jak największego zbliżenia do Europy, kandydat na członka Unii Europejskiej, członek Rady Europy. Ostatnio także sprzymierzeniec Europy w radzeniu sobie z falą „uchodźców” z bliskiego wschodu – za odpowiednią opłatą Turcja miała zatrzymać migrantów u siebie. Nagle wybucha pucz o nie do końca jasnym pochodzeniu (mógł być równie dobrze ustawiony przez samego prezydenta). Prezydent Erdogan gasi go szybko, aresztuje wojskowych, dziennikarzy, a nawet sędziów ichniego Trybunału Konstytucyjnego. Możemy go pochwalić, bo jest demokratycznie wybranym prezydentem, ale aresztowanie dziennikarzy czy sędziów niestety dotyka już niebezpiecznej sfery dyktatu. Co ciekawe – Komisja Wenecka, troszcząca się bardzo o nasz Trybunał Konstytucyjny, jest przedstawicielem Rady Europy. Do Rady Europy Turcja należy od 9 sierpnia 1949 roku – to o 42 lata dłużej niż Polska. Kwestią aresztowania sędziów TK Turcji powinna się natychmiast zająć Komisja Wenecka. Może już się zajęła? W mediach jakoś o tym cisza…
  3. burmistrzNiemcy, Francja, Belgia, Wielka Brytania, kraje skandynawskie. Demokratycznie zdecydowano w nich o przyjęciu niezliczonych rzesz migrantów. Z tym „demokratycznie” to raczej taki żart, nikt nie robił referendum w sprawie „Czy chcesz przyjąć muzułmańskich migrantów?”. Ale oni tam są, zarabiają pieniądze (na przykład sprzedając miniatury Wieży Eiffle’a pod Wieżą Eiffle’a za „One Euro, one Euro”) i wysyłają je swoim rodzinom w Afryce (na przykład), budując większość PKB danego kraju. Ale to nie wszystko, molestują bowiem również kobiety w parkach, na koncertach i na basenach, atakują je nożem, tasakiem lub maczetą za zbyt skąpy – ich zdaniem – ubiór, strzelają, rozjeżdżają ludzi ciężarówkami i wysadzają się w powietrze. Są miejsca w tych wielce demokratycznych krajach, w których demokracja nie obowiązuje. Dzielnice opanowane przez muzułmanów, do których policja boi się wchodzić i nie przyjmuje płynących z nich zgłoszeń. Wreszcie wybory na burmistrza stolicy Wielkiej Brytanii wygrywa muzułmanin pochodzący z Pakistanu – ponieważ demokratyczne wybory wygrywają już nie rdzenni Europejczycy, lecz przybywający z zewnątrz imigranci. Którzy niekoniecznie w przyszłości będą walczyć o demokrację.
  4. hiszpaniaHiszpania. Wybory w grudniu 2015 roku nie przyniosły rozstrzygnięcia, gdyż żadna partia nie osiągnęła samodzielnej większości głosów. Żadna partia nie chciała również pójść na ugodę koalicyjną, mimo kilku miesięcy rozmów. Ogłoszono więc przyspieszone wybory – doprowadził do tego król Hiszpanii Filip VI – które odbyły się 26 czerwca tego roku. Wyniki zmieniły się jedynie nieznacznie w stosunku do tego, co wykazały w 2015 roku. Od tego czasu minął miesiąc, Hiszpania nadal nie ma rządu, partie – co oczywiste – nadal nie chcą iść na ugodę, koalicji nie ma, nie wiadomo co dalej, ponieważ nie wiadomo, czy kolejne wybory przyniosą jakąkolwiek zmianę. Przypomnę, że dokładnie to samo mówiło się w Polsce przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Media sprzyjające poprzedniemu rządowi (zwłaszcza Gazeta Wyborcza) naciskały, by głosować na jedną z pięciu partii: PO, PSL, Nowoczesną, SLD-Zjednoczoną Lewicę lub na Partię Razem. Należało zdobyć wynik, który nie pozwoli PiSowi na utworzenie samodzielnego rządu – lub na wejście w ewentualną koalicję z Kukizem i Korwinem. Prasa prawicowa mówiła zaś, że albo PiS zdobędzie większość na jesieni, albo trzeba będzie powtórzyć wybory i poprawić wynik na wiosnę – bo innej możliwości stabilizacji nie będzie, przy niemożności utworzenia koalicji (ani Kukiz, ani Korwin nie mieli takiego zamiaru). Należy jednak zaznaczyć, że w Polsce udało się PiSowi zdobyć samodzielną większość, dzięki czemu demokratycznie wybrana partia utworzyła rząd i nie ma żadnego zagrożenia dla ciągłości rządów – miejmy nadzieję, że mądrych rządów. Tymczasem w Hiszpanii się nie udało i rządu nie ma już od pół roku…
  5. austriaAustria. Piszę tę notkę z wakacyjnego wyjazdu do kraju, w którym Trybunał Konstytucyjny postanowił powtórzyć wybory prezydenckie. Austria wstąpiła do Unii Europejskiej w 1995 roku, przyjęła Euro na samym początku, w 2002 roku. Należy więc do krajów „Starej Unii”, wielkich obrońców demokracji i praworządności. Ale to właśnie tu, w drugiej turze wyborów, spotkał się „właściwy” przedstawiciel partii Zielonych i „antydemokratyczny”, młody przedstawiciel partii prawicowo-populistycznej. Wszelkie wskaźniki poparcia dawały zwycięstwo prawicowemu Norbertowi Hoferowi i jego było też zwycięstwo do ostatniej chwili, dopóki nie policzono głosów korespondencyjnych. Nagle okazało się, że wygrywa jednak Alexander Van der Bellen z Zielonych. Hofer na początku uznał, że tak działa demokracja, ale ponieważ były powody, by twierdzić, że coś było nie tak z liczeniem głosów, jego partia złożyła wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. I Trybunał Konstytucyjny właśnie uznał, iż liczenie głosów zostało zmanipulowane i nie dało właściwego wyniku. Z tego powodu powinno się powtórzyć wybory. O czym to świadczy? Nie tylko o tym, że wybory można zmanipulować nawet w „demokratycznym państwie prawa”, o tym, że można je uznać za zmanipulowane (przypomnijmy sobie śmiechy prezydenta Bronisława Komorowskiego, kiedy okazało się, że w wyborach samorządowych w Polsce niespodziewanie góruje PSL). Świadczy też o tym, że można je zmanipulować po to, by wygrał odpowiedni człowiek, ten, który „będzie się troszczył o demokrację i pilnował prawa”, czyli kandydat swój, pochodzący ze sprawdzonej partii. Ten precedens wskazuje na to, że podobnie mogło być w naszych wyborach samorządowych w 2014 roku i dobrze, że nie było w wyborach prezydenckich w 2015. Nie było – bo nie wygrał sprawdzony, swój kandydat, tylko ten drugi – przeciwnik demokracji.

Porównajmy tych 5 sytuacji z sytuacją w Polsce. Zastanówmy się nad tym, dlaczego tak usilnie broni się u nas demokracji, która nie jest zagrożona. Dlaczego pochylają się nad nami kraje i instytucje, które omijają problemy w innych miejscach? Może powinniśmy przestać martwić się o naszą demokrację – ponieważ nie jest ona ani trochę zagrożona. A jeśli tak – to co na to wskazuje?

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Prezydent Andrzej Duda i Papież Franciszek, spotkanie z okazji Światowych Dni Młodzieży 2016, zdjęcie za: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/sdm-2016-papiez-franciszek-i-historia-macieja-szymona-ciesli/lvg85g
2. Prezydent Barack Obama mianuje Merricka Garlanda na sędziego Sądu Najwyższego, za: http://newsinnewyorkcity.com/president-obama-nominates-merrick-garland-for-supreme-court/
3. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, za: https://www.rt.com/news/339281-erdogan-poem-insult-complaint/
4. Nowy burmistrz Londynu Sadiq Khan, za: http://polishdiaspora.com/nowy-burmistrz-londynu-nowe-obietnice/
5. Wybory parlamentarne w Hiszpanii, za: http://mediumpubliczne.pl/2016/06/hiszpania-przyspieszonymi-wyborami-uda-sie-utworzyc-nowy-rzad/
6. Wybory prezydenckie w Austrii, za: http://www.newsweek.pl/swiat/wybory-prezydenckie-austria-2016-kto-wygral,artykuly,386169,1.html

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 4 komentarzy

Po co w ogóle brać ślub?

W obliczu ostatnich rewelacji głoszonych przez papieża Franciszka, który wpisuje się w narrację promowaną przez Tygodnik Powszechny, Deon, czy wyzwolonych współczesnych nieokreślonych w wierze, ale na pewno nie przez Kościół katolicki, warto zadać sobie pytanie o sens sakramentalnego małżeństwa w ogóle. Otóż Franciszek stwierdził, że zdecydowana większość małżeństw sakramentalnych jest nieważna (co potem mu ocenzurowano, zmieniając na „jakaś część”), oraz że ludzie żyjący w konkubinatach posiadają łaskę właściwą małżeństwu (czego już nie ocenzurowano). Problemem nie jest tak naprawdę sama cenzura – która wydaje się koniecznością odkąd Franciszek jest na tronie piotrowym, bo to chyba pierwszy papież, który często gada co mu ślina na język przyniesie – lecz to, co się cenzuruje. Ocenzurowano domniemaną liczbę nieważnych małżeństw – a przecież to nie pierwszy raz kiedy papież w tym kontekście mówi o większości – ale już nie porównanie małżeństwa do konkubinatu. A to stwierdzenie papieża było wyjątkowo niekatolickie.

EN_01091425_0130

bezslubu440Jeśli nawet papież mówi, że znane mu konkubinaty wykazują „dużo wierności”, przez co „mają one łaskę właściwą małżeństwu”, to może ostatecznie nie warto się żenić lub za mąż wychodzić? Może powinniśmy, my katolicy, pójść za narracją tych wszystkich, którym wydaje się, że małżeństwo to jest papierek, a oni nie potrzebują papierka żeby się nawzajem kochać? Skoro głowa naszego Kościoła popiera takie rozumowanie… Z tym że „dużo wierności”, miłości czy uczciwości (nie „całkowita wierność” zauważmy, lecz „dużo wierności”) nie jest istotą małżeństwa i nie daje już łaski małżeńskiej, o której mówi Franciszek. Łaski właściwej małżeństwu nie otrzymuje się ze względu na zachowywaną wierność. Oczywiście wierność nie jest rzeczą właściwą wyłącznie katolickiemu małżeństwu. Z pewnością istnieje wiele związków, w których osoby dochowują sobie wierności. Są takie konkubinaty, małżeństwa niesakramentalne i idę o zakład, że również niejeden związek homoseksualny. Czy ta wierność doprowadza do pojawienia się łaski małżeństwa? Nie, bo to nie wierność ani żadna inna rzecz, którą przysięga się na ślubie, jest rozdawcą łaski. Rozdawcą łaski jest Bóg, a łaska małżeńska pochodzi od Niego i wynika tylko i wyłącznie z sakramentu małżeństwa. Miłość, wierność i uczciwość małżeńska, postanowienie pozostawania przy sobie aż do śmierci, a także przyjęcia i wychowania po katolicku potomstwa nie według własnego widzimisię, lecz w zgodzie z wolą Boga, to decyzje wynikające z wstąpienia w związek małżeński. Nie one dają nam łaskę, lecz łaska jest potrzebna do dochowania ich. Łaska nie wynika z wierności, ale wierność wynika z łaski. Co więcej, jeśli małżonkowie nie pozostają sobie w stu procentach wierni, lub w jakiś inny sposób łamią przysięgę małżeńską, nie oznacza to zerwania łaski sakramentalnej. Łaska wynikająca z wstąpienia w związek małżeński jest potrzebna by powrócić na właściwe tory, na tory wierności i uczciwości.

Nie jest zatem tak, że wierność daje łaskę małżeńską. Łaskę daje Bóg, a łaska pomaga zachować wierność. Wierność nie jest niemożliwa bez łaski, ale łaska nie potrzebuje wierności, tylko woli Boga i – w przypadku małżeństwa – dwójki ludzi biorących ślub. Po co więc wstępować w związek małżeński? Właśnie po to, by swoją wspólną miłość i chęć budowania razem życia złożyć na ręce kogoś więcej niż tylko ułomnych ludzi. Zakochany chłopak i dziewczyna są pełni ideałów, ale ich ideały nie są w stanie zapewnić im tego, co da Boża opieka. Właśnie dlatego warto stanąć wobec siebie nawzajem i powiedzieć, że sami możemy wiele, ale wszystko możemy w Bogu. Jeśli kochamy się, chcemy spędzić razem życie, to jak najszybciej powinniśmy pełni nadziei i wiary stanąć przed Bogiem i wobec niego złożyć przysięgę małżeńską. Bo prawdziwa łaska wypływa tylko z Niego i On uzdalnia nas do spełniania przysięgi.

Nie do końca rozumiem sposób działania papieża Franciszka. Pisałem o tym dłuższe wpisy nie jeden raz. Rozumiem natomiast samo sedno sakramentu małżeństwa. I wiem, że mówiąc o łasce małżeństwa w konkubinacie papież nie ma racji. Łaska nie działa bowiem na tych, którzy ją odrzucają. A kto odrzuca Boga w sakramencie, ten odrzuca również łaskę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Papież Franciszek, za: http://www.se.pl/wiadomosci/swiat/papiez-franciszek-ma-dzis-urodziny-konczy-77-lat_371569.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.wp.pl/konkubina-partnerka-bez-praw-5982707498411137a

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 2 komentarzy

Top 10 prezentów na pierwszą komunię

Maj to miesiąc pierwszokomunijny, a jeśli pierwszokomunijny – to również prezentowy. W dawnych czasach hitem było kupienie roweru lub pegasusa, dziś królują quady, skutery czy Xboxy. Sklepy komputerowe reklamują się, twierdząc, że kupowanie u nich elektroniki z okazji komunii jest największą oczywistością. A z kopert wylewają się grube pieniądze. Wszystko wskazuje na to, że jedno z najważniejszych duchowych przeżyć młodego człowieka już dawno zmieniło się w pościg komercji i maszynkę do robienia pieniędzy. A jednak warto pamiętać o tym, że pierwsza komunia to przede wszystkim wejście dziecka w głęboką, dożywotnią więź z Jezusem Chrystusem, wtajemniczenie w kolejne obrzędy Kościoła katolickiego.

Czy to oznacza, że przyjęcie w ogóle nie powinno się odbyć, a prezentów komunijnych należy unikać? Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego myślenia. Komunia ma być głębokim duchowym przeżyciem i warto w odpowiedni sposób ją świętować. Dlatego przygotowałem własną propozycję listy prezentów, które nie zabiją wrażenia tego dnia i nie odciągną dziecka od Jezusa Chrystusa. Na liście znajdują się dwie kategorie prezentów: bezpośrednio związane z wiarą oraz te bardziej neutralne, nie wciągające dziecka w świat komercji i elektroniki. Niektóre z nich znacie, inne mogą Was zaskoczyć. Warto zastanowić się, czy jako chrzestni, rodzice, dziadkowie nie powinniśmy znaleźć dla dziecka czegoś, co na zawsze w nim/z nim pozostanie.

 

10. Zegarek

zegarekm

Zegarek męski, źródło: www.otozegarki.pl

Zegarek damski, źródło: www.otozegarki.pl

Zegarek damski, źródło: www.otozegarki.pl

Klasyczny podarek od lat towarzyszący dzieciom przystępującym do pierwszej komunii. Nie musi to jednak być przykład źle dobranego, tandetnego prezentu. Zamiast kolorowych, fikuśnych plastikowych gadżetów można rozejrzeć się za czymś droższym, ale doroślejszym. Potraktowanie dziecka jako kogoś poważnego może procentować pewnością siebie, a dowartościowanie go „dorosłym” prezentem pomoże mu zrozumieć powagę dnia. Zamiast więc setki elektronicznych gadżetów na cyfrowym wyświetlaczu warto wybrać wskazówkowy klasyk z cyferkami – zwłaszcza gdy maluch dopiero uczy się odczytywać godziny (podobno umiejętność ta w czasach elektroniki zanika).

Dziś podobno na topie, obok tabletów i smartfonów, są również smartwatche – elektroniczne zegarki z funkcjami podobnymi do nowoczesnych telefonów. Ze względu jednak na powagę dnia i potrzebę odejścia od komercjalizacji i odwracania uwagi warto zrezygnować z podobnego bajeru.

 

9. Biżuteria

bransoletka

Bransoletka, źródło: aniakruk.pl

Kolejny klasyk, zwłaszcza dla dziewczynek. Owszem, zakup idącej do komunii panience biżuterii może pomóc jej doświadczyć tego, jak bardzo jest już dojrzała, a jednocześnie nie przyćmi tego, co w tym dniu najważniejsze. Warto jednak skupić swoją uwagę na czymś oryginalnym. Bransoletka – niekoniecznie naszpikowana diamentami – czy ładny pierścionek powinny przypaść do gustu czekającej na dorosłość dziewczynce. Oprócz tego z pewnością dobrym wyborem będzie delikatny wisiorek z małym kamyczkiem. Szkoda byłoby jednak, gdyby miał zastąpić medalik, który wszystkie dzieci otrzymują już przed uroczystością pierwszej komunii.

Warto natomiast pięć razy zastanowić się nad zakupem kolczyków. Wielu osobom ten prezent wydaje się oczywistym wyborem, przez co dziewczynki dostają po dziesięć par – i ta od Was zniknie w tłumie innych. Problem staje się jeszcze większy dla rodziców, jeśli ich córka przed dniem pierwszej komunii nie miała przebitych uszu. Być może dotychczas skutecznie się bronili przed modyfikacją ciała swej latorośli – a pojawienie się „n” par kolczyków w rękach pierwszokomunistki utrudni to działanie i może zmusić do podejmowania decyzji wbrew sobie.

Należy też przemyśleć dokładnie, jeśli chcemy kupić element biżuterii chłopcu. Naprawdę rzadko zdarza się, by złoty łańcuch czy sygnet wyglądały gustownie.

 

8. Dewocjonalia

tryptyk

Tryptyk „Święta Rodzina”, źródło: dewocjonalia-roza.pl

Pierwszy proponowany przeze mnie prezent związany z wiarą znajduje się dość wysoko na liście. Związane jest to przede wszystkim z tym, że czasem trudno jest kupić taki prezent religijny, który przypadnie do gustu lub nie okaże się mało wartościowy. Dlatego też medalik z Matką Boską czy „świecąca Maryjka” nie muszą należeć do prezentów otrzymywanych przez najbliższych. Medaliki czy krzyżyki warto polecić już jako prezent na chrzest święty, zaś kiczowate gadżety w ogóle nie pasują, jedynie bowiem ośmieszają sacrum.

Z dewocjonaliów wartość mają natomiast ładne (niekoniecznie bardzo drogie) ikony – mogą być pisane, ale mogą też być drukowane w gustowny sposób. Dużym zainteresowaniem cieszyć się będzie krzyż na ścianę – ale nie prosty i mały nad drzwi, lecz większy, masywniejszy, rzeźbiony. Ciekawą propozycją może się też okazać np. aspersorium, czyli pojemnik na wodę święconą, który można powiesić przy drzwiach i korzystać przy wychodzeniu lub wchodzeniu do domu.

 

7. Carcassonne z kompletem dodatków

Czrcassonne, źródło: empik.com

Carcassonne, źródło: empik.com

Koncept, źródło: empik.com

Koncept, źródło: empik.com

Pozycja podpowiedziana przez kolegę – fana gier planszowych. Sam też jestem fanem, nieco mniej zaangażowanym, i o Carcassonne wpis już zamieszczałem. W tym przypadku chodzi jednak o szersze zjawisko współcześnie popularnych planszówek, dla którego Carcassonne jest po prostu przykładem idealnym. Do podobnych przyjemności zaliczyć można Dixit (także z dodatkami), Scrabble albo Monopoly. Ostatnio, dzięki kuzynowi, pokochaliśmy też Koncept – i nasze dzieci także uwielbiają w to grać.

Gry planszowe rozwijają wyobraźnię, koncentrację, wpływają na myślenie i ćwiczą inteligencję. Nie zamykają dzieci w wirtualnym świecie, jak często dzieje się to w przypadku gier komputerowych, lecz otwierają na współpracę z innymi albo na mądrą rywalizację. Do tego należy przypomnieć, że współczesne gry planszowe to już nie proste i nieco nudne kartony z polami, po których należy poruszać się pionkami po uprzednim rzucie kostką. Teraz młodzież wraz z rodzicami ma naprawdę wielki wybór technik rozgrywki, wliczając w to zapamiętywanie, układanie puzzli czy rozpoznawanie szczegółów. Poza tym często piękne ilustracje przyciągną uwagę dzieciaków na dłużej.

 

6. Teleskop

Teleskop Celestron Travel, źródło: teleskopy.pl

Teleskop Celestron Travel, źródło: teleskopy.pl

Stolik szachowy, źródło: sklep.caissa.pl

Stolik szachowy, źródło: sklep.caissa.pl

Jeśli już kupować komunijnemu dziecku coś drogiego, czego zazdrościć będą koledzy i koleżanki, to niech to nie będzie komputer czy skuter, lecz coś naprawdę rozsądnego. Coś, co spełni oczekiwania młodzieży, ponieważ wpłynie na rozwój jej zainteresowań. A że są to zainteresowania związane z nauką? Co w tym złego. Każde przeciętnie inteligentne dziecko ma jakąś dziedzinę nauki, która szczególnie je fascynuje. Może to zatem być teleskop do oglądania gwiazd, stylowy model samolotu lub oprawiona w ramki mapa historyczna dla fascynatów historii albo piękny drewniany stolik szachowy dla młodego mistrza szachowego. Zestaw młodego chemika dla kogoś, kto lubi eksperymenty? A może wielki globus dla geografa? Dlaczego nie? Wystarczy znać zainteresowania naszego pierwszokomunisty i nie ograniczyć się do tych jedynie wirtualnych. A jeśli dziewczynka z pasją tworzy rysunki, łatwo znaleźć zestaw plastyczny z wieloma kredkami (największa kolekcja jaką znam to 500 kolorów) albo sztalugę i farby. Powodzenia!

 

5. Srebrne łyżeczki

Łyżeczki platerowane srebrem, źródło: sztucce.hefra.pl

Łyżeczki platerowane srebrem, źródło: sztucce.hefra.pl

Moja żona wspomina komplet srebrnych łyżeczek jako prezent, który na jej komunii zrobił na niej najlepsze wrażenie, mimo że dostała rower, rolki i wiele par kolczyków. Ten prezent był jednak oryginalny i dotykał przyszłej dorosłości – miał służyć, kiedy będzie się miało własny dom, a tym samym wprawiał pierwszokomunistkę w poczucie dorosłości. Oprócz kompletu sztućców świetnie się w tej kategorii sprawdzi wieczne pióro (albo cały zestaw do kaligrafii), filiżanki z chińskiej porcelany (mogą być z japońskiej, jak na chińską nas nie stać), a nawet parasol z wyższej półki. Choć chłopcy, tak jak mężczyźni, nie przepadają za „jeszcze jedną koszulą” albo „kolejnym krawatem”, to zakup eleganckiej sukni dla dziewięciolatki może okazać się strzałem w dziesiątkę!

 

4. Książka o patronie

Święci na każdy dzień, źródło: gloria24.pl

Święci na każdy dzień, źródło: gloria24.pl

Święty Tomasz z Akwinu, źródło: gloria24.pl

Święty Tomasz z Akwinu, źródło: gloria24.pl

Prezent idealny od świadka na bierzmowanie, ponieważ wówczas sam bierzmowany wybiera sobie patrona, ale dlaczego nie na komunię? Wszak i dziewięciolatek nosi jakieś imię – czasem dwa imiona – i ma jakiegoś świętego patrona, który oręduje za nim u Boga. Ten święty miał swoją historię i często jest tak, że ktoś tę historię spisał. Albo sfilmował. Dlatego też płyta DVD albo pozycja książkowa traktująca o dziecięcym patronie będzie doskonałym podarkiem od chrzestnego czy dziadka, który dba o rozwój duchowy podopiecznego. Jeśli nie będzie to książka czy film, może być obraz, ikona przedstawiająca świętego patrona. Większość świętych, nawet tych mniej znanych, ma swój oficjalny wizerunek. Dlatego nie należy się wahać przed profesjonalnym umieszczeniem go na drewnie czy płótnie i wręczeniem dziecku przystępującemu do pierwszej komunii świętej.

 

3. Pismo Święte

Biblia jubileuszowa, źródło: sanctus.com.pl

Biblia jubileuszowa, źródło: sanctus.com.pl

Biblia ilustrowana, źródło: sklep.digest.com.pl

Biblia ilustrowana, źródło: sklep.digest.com.pl

Uniwersalny prezent od kogoś, komu zależy na świętowaniu z dzieckiem tego, co w dniu pierwszej komunii najważniejsze – a więc jego więzi z Bogiem. Dlatego też można mieć obawę, czy podobnego prezentu nie wręczy już ktoś inny. Ale ryzyko zawsze warto podjąć, żeby potem nie żałować, że się nie ryzykowało – na przykład kiedy okaże się, że nikt Pisma Świętego nie kupił. Ja mojej pierwszej chrześnicy wręczyłem dużą, ilustrowaną Biblię z okazji chrztu świętego. Ale i komunia, i bierzmowanie są do tego dobrymi okazjami. Pewien znajomy zażartował, że idealnie byłoby gdyby wręczone z okazji pierwszej komunii Pismo Święte było przed bierzmowaniem już tak sczytane, by można było wręczyć następne z kolejnej okazji.

Na rynku dostępnych jest wiele wydań Biblii (Biblia Tysiąclecia, Warszawsko-Praska, Poznańska) i wiele szat graficznych. Dobrze jest kupić duży, ilustrowany i zdobiony egzemplarz, który będzie się pięknie prezentował i przypominał ten ważny dzień. Z drugiej strony nie jest też złym pomysłem po prostu wręczenie większego formatu jednego z klasycznych wydań, który będzie stanowił doskonałe źródło poznania Bożego objawienia.

 

2. Wycieczka do Ziemi Świętej

Wycieczka do Rzymu, źródło: www.patrontravel.pl

Wycieczka do Rzymu, źródło: www.patrontravel.pl

Taka wycieczka to już duża inwestycja, ale zamiast tego można wybrać inne miejsce związane z kultem katolickim. Na przykład Rzym, Lourdes czy Fatimę. Znajoma zaproponowała także wycieczkę do miejsca ważnego dla patrona dziecka. Na przykład do Asyżu, jeśli patronem jest święty Franciszek, albo do Padwy, jeśli to Antoni. Znalezienie miejsc charakterystycznych dla patronek dziewczęcych też nie powinno nastręczać problemów.

Kto miałby pojechać na taką wycieczkę/pielgrzymkę? Mógłby to być chrzestny z chrześniakiem – tylko we dwoje. Taka podróż, dobrze przygotowana, z pewnością zbliżyłaby znacznie chrzestnego czy chrzestną do swojego duchowego dziecka. Można rozważać także oczywiście wyjazd w większej grupie, na przykład całymi rodzinami (chrzestny, chrzestna, dziecko z rodzeństwem i rodzicami). Wszystko zależy od zakładanego celu i posiadanych funduszy. Tego typu pielgrzymka zdecydowanie przyczyni się do duchowego przeżycia uroczystości pierwszej komunii świętej.

 

1. Komiks „Biblia”

Komiks Biblia + Zaczyna się bitwa, źródło: www.smyk.com

Komiks Biblia + Zaczyna się bitwa, źródło: www.smyk.com

Biblia audio, źródło: wspieram.to/bibliaaudio

Biblia audio, źródło: wspieram.to/bibliaaudio

Znajoma chrzestna potwierdziła, że podarowała swojemu chrześniakowi na pierwszą komunię właśnie Biblię w formie komiksu. Piękne wydanie przedstawia Boga trochę jak superbohatera, rysował je zresztą Sergio Cariello, człowiek związany wcześniej zarówno z Marvelem, jak i z DC Comics. Prezent zrobił furorę i mimo tego, że chłopak dostał także mnóstwo elektroniki, to właśnie od Jezusa z komiksu zaproszeni na przyjęcie kuzyni nie mogli się oderwać.

Tego typu prezenty trafiają w gusta dziewięcioletnich dzieci, które uwielbiają historie obrazkowe, ale jednocześnie dotykają tego, co najważniejsze – zjednoczenia z Chrystusem. Nie odrywają pierwszokomunistów od istoty dnia, wręcz przeciwnie – zbliżają ich jeszcze bardziej do Boga. Przy okazji fascynują też innych dookoła. Jeśli warto mieć prezent, którego koledzy będą zazdrościć, to niech to będzie coś jak najbliżej związane z wiarą. Podobne przykłady? Właśnie tworzy się wielkie przedsięwzięcie: Biblia w wersji audiobooka. Pomysłodawcą jest znany aktor Krzysztof Czeczot, a współtwórcami liczni aktorzy i „statyści” podkładający głos tłumów. Kiedy Nowy Testament wyjdzie w formie płyty, warto zastanowić się nad zakupem go dla swojego podopiecznego.

 

Oto lista dziesięciu, moim zdaniem, najbardziej odpowiednich prezentów (czy szerzej, ich typów). Naprawdę dobrze zrobimy, jeśli idąc na pierwszą komunię świętą dziecka, wręczymy mu taki dar, który zapamięta na długo, ale też taki, który wpłynie na jego rozwój intelektualny i przede wszystkim duchowy. A może uważacie, że coś powinienem na tej liście zmienić? Swoje propozycje zamieszczajcie śmiało w komentarzach.

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 3 komentarzy

Kontrowersje z edukacją integracyjną

integracjaGruchnęła wiadomość: PiS chce izolować dzieci niepełnosprawne! To wywoła brak szacunku innych osób do niepełnosprawnych i utrudniony start tych drugich w dorosłe, zawodowe życie! Wiadomość rozpowszechniła Gazeta Wyborcza, po tym, jak wiceminister edukacji narodowej Teresa Wargocka stwierdziła, że pojawiają się różne pomysły rozwiązań dotyczących uczniów z niepełnosprawnością i jednym z nich – proponowanym przez rodziców – jest utworzenie w szkołach masowych osobnych klas dla osób niepełnosprawnych.

Nie zamierzam dementować legendy, która od wczoraj narosła wokół tej neutralnej wypowiedzi, ponieważ naprawdę szkoda skupiać się na poziomie manipulacji uskutecznianej przez media pokrewne Gazecie Wyborczej. Sądzę raczej, że należy zastanowić się, czy rozwiązanie poddane pod rozwagę przez panią wiceminister jest aż tak bardzo pozbawione sensu.

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie mówi się tu raczej o osobach sprawnych intelektualnie, ale np. jeżdżących na wózku inwalidzkim. Albo nawet o wybitnych intelektualnie autystykach – a są i tacy. Mowa jest o osobach z niepełnosprawnością intelektualną (która do niedawna nazywana była upośledzeniem, ale zmieniono nazewnictwo, by jeszcze bardziej „nie oceniać” i „dawać równe szanse”). Mamy człowieka – lub grupę ludzi – którzy posiadają niższe niż przeciętne zdolności uczenia się oraz rozumienia kwestii, które mają poznać. Często występują przy tym różnorakie wyniesione z domu lub wywołane samą chorobą zaburzenia zachowania. Niepełnosprawność intelektualną dzieli się na cztery kategorie: lekka, umiarkowana, znaczna i głęboka. Wylicza się ją za pomocą testów IQ, ale i rozpoznaje na podstawie ogólnego poziomu funkcjonowania. I nawet jeśli mamy do czynienia tylko z niepełnosprawnością w stopniu lekkim – takie dzieci mają tę samą podstawę programową i takie same przedmioty w szkole – to i tak rozbieżności między uczniami są ogromne. Jeden będzie „prawie w normie”, a dugi – „prawie umiarkowany”.

Od pięciu lat uczę w szkole specjalnej. Jestem nauczycielem języka angielskiego – dlatego nauczam w klasach z lekką niepełnosprawnością. Miewałem też religię w klasach z głębszą niepełnosprawnością intelektualną (umiarkowana i znaczna). W naszej szkole są wszystkie typy uczniów: od tych z zespołem Downa czy z porażeniem mózgowym, poprzez autystyków słabo funkcjonujących, autystyków funkcjonujących na wysokim poziomie, aż po dzieci z rodzin patologicznych. Uczniowie prezentują całe spektrum niepełnosprawności, sprzężeń i trudnych zachowań. Uczenie w klasie tylko czteroosobowej (angielski, tu mam szczęście, jest dzielony na grupy), w której jeden uczeń jest bardzo zdolny, drugi przeciętny, a dwoje prezentuje poziom bliski zeru, to orka na ugorze. Obowiązek skupienia się indywidualnie na każdym uczniu przynosi kolejne problemy, bo ci zdolniejsi mają pretensje, że mniej się wymaga od słabszych, a słabsi – że częściej się ich odpytuje i bardziej przyciska do pracy. A jeśli klasy są za małe, organ nadzorujący każe nam łączyć oddziały. To oznacza, że np. klasa II i III gimnazjum stanowią jeden oddział i większość nauczycieli (nie licząc mnie) musi przez 45 minut przeprowadzić dwa tematy, skupiając się przy tym indywidualnie na każdym uczniu. Jednocześnie dać „równe szanse” każdemu i jednocześnie zrealizować podstawę programową, przygotowując wszystkich do egzaminu gimnazjalnego (na dostosowanym poziomie).

Przy tym – oprócz deficytów intelektualnych – pojawiają się najróżniejsze trudne zachowania. Wulgaryzmy, ataki na kolegów, bicie, poniżanie, często zaczepianie nauczycieli. Oczywiście takie zachowania są normą również w innych szkołach. Ale połączenie tego z niepełnosprawnością intelektualną wzmacnia efekt, nawet jeśli klasy są mniejsze. Nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy i dyrektor muszą sobie z tym radzić, co jest oczywiście możliwe, choć często nie można na przykład liczyć na pomoc rodziców.

A teraz wyobraźmy sobie klasę integracyjną. Piętnaścioro dzieci w normie intelektualnej plus do pięciorga z niepełnosprawnością. Nawet jeśli w takiej klasie pojawia się nauczyciel wspomagający, opiekujący się szczególnie dziećmi niepełnosprawnymi, to lekcja automatycznie jest utrudniona. Nauczyciel musi zrealizować temat z uczniami w normie, z których również część wykazuje szczególne zdolności, a część albo słabuje, albo im się nie chce. I tu też trzeba zwrócić szczególną uwagę na każdego ucznia. A do tego kilkoro uczniów, którzy tego, co jest tłumaczone ich kolegom, nie są w stanie zrozumieć w stopniu nawet minimalnym. Dlatego z uczniami o obniżonym ilorazie inteligencji trzeba przeprowadzić osobny temat – wszystko to mieszcząc w 45 minutach lekcji. Słyszałem opinie kilkorga nauczycieli z klas integracyjnych i twierdzą oni, że to naprawdę bardzo trudne zadanie. Często wątpią w zasadność istnienia takich klas. Podobnie jak rodzice, których opinię przytoczyła wiceminister Wargocka.

Opinia publiczna i wiele innych osób kontestujących „dobrą zmianę” PiS krzyczy, że takie wydzielanie osobnych klas dla uczniów niepełnosprawnych to uderzenie w ich godność, narażenie na poniżenie i nierówny start w życiu. Rzeczywistość jest odwrotna. Godność uczniów, którzy mogą mieć zajęcia skierowane szczególnie do siebie, na właściwym sobie poziomie, na których to, co na tablicy, nie jest czarną magią, znacznie się zwiększa. Uczniowie niepełnosprawni narażeni są na poniżenia zarówno w klasie, w której uczą się tylko oni (ze strony tych „lepszych” kolegów, którzy nie wiedzą, czemu są w tej klasie), jak i w klasie integracyjnej (bo i w takich spotyka się „lepszych” uczniów). Faktu narażenia na poniżenie ze strony zarówno osób w normie intelektualnej, jak i tych z obniżonym IQ, nie zmieni to, że przeniesiemy chore dziecko do klasy integracyjnej. I wreszcie postulat równego startu. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną nie mają żadnej szansy na równy start w życiu. Skupiając na nich szczególną uwagę jesteśmy w stanie zapewnić im optymalny start, taki, na jaki pozwala ich poziom intelektualny. Ale posadzenie ich w ławce z kolegą w normie i zapisanie im na tablicy wzoru tworzenia zdań w czasie past perfect continuous nie sprawi, że w jakiś magiczny sposób nauczą się mówić po angielsku i w przyszłości zostaną profesorami anglistyki. Zamiast więc trzymać ich w sali na lekcji z całek, lepiej byłoby skupić się na nauczeniu ich tego, czemu intelektualnie podołają. Fizyka kwantowa nie przyda się osobie, która ma trudności z czytaniem i pisaniem, ale podstawy wykonywania różnych zadań manualnych już tak. A tego się w klasie integracyjnej nie osiągnie.

Kiedy mam nauczyć angielskiego kilka osób z niepełnosprawnością intelektualną, nie skupiam się na większych zawiłościach gramatycznych. Moi uczniowie pod koniec gimnazjum znają cztery angielskie czasy (present simple, present continuous, past simple i future simple), choć zazwyczaj jest to znajomość bardzo powierzchowna. Kiedy naciskam na moich uczniów, by włożyli więcej pracy w poznanie języka, to nie widzę ich jako wybitnych anglistów albo zdających certyfikaty. Widzę ich jako pracowników McDonalda na saksach w Wielkiej Brytanii, w miejscu gdzie wielu znajomych zarabia więcej niż ja jako nauczyciel. I nie wyobrażam sobie, że łatwiej by mi było przekazać im wiedzę na podstawowym poziomie, gdybym musiał się w tym samym czasie skupić na piętnastce uczniów, którzy wymagają i potrzebują więcej.

A teraz wyobraźmy sobie, że nasze dziecko poszło do szkoły. I w klasie jest taki jeden chłopak, który głośno krzyczy, ciągle histeryzuje, zaczepia i bije, wyzywa kolegów, rozbiera się nagle do naga albo sika pod tablicą. Czy my, bardzo tolerancyjni i wspierający różnorodność rodzice, nie zażądalibyśmy przeniesienia tego ucznia, by nie narażać naszego własnego dziecka na szwank? Niektórzy uczniowie z niepełnosprawnością intelektualną tak właśnie mają. To są ich zachowania, nad którymi da się zapanować w małej klasie albo na zajęciach indywidualnych. Ale trudno się skupić na blokowaniu podobnych akcji w czasie, kiedy wybitne intelektualnie jednostki czekają na wlewanie im wiedzy do głowy.

Nie jestem przeciwnikiem klas integracyjnych. Niepełnosprawność ruchowa, niewielkie zaburzenia słuchu i wzroku, czasem ADHD – to są takie niepełnosprawności, które da się łatwiej lub trudniej zintegrować z dziećmi zdrowymi. Ale zaburzenia zachowania czy obniżony iloraz inteligencji to przypadłości, których łączenie z dziećmi w normie najczęściej działa na niekorzyść zarówno osób niepełnosprawnych, jak i pełnosprawnych. I nadal nie pochwalam słów, których Janusz Korwin-Mikke użył na określenie klas integracyjnych – których tu nie przytoczę – ale jednocześnie rozumiem istotę jego myśli. Dla uczniów z obniżonym ilorazem inteligencji jest lepiej, gdy mają własną, dostosowaną do nich placówkę. Podobnie jak dla tych z IQ w normie.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację „Integracja”. Źródło ilustracji: http://sp3.gryfice.eu/

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | Dodaj komentarz

Ile dni trwa Wielki Post?

wielkipostWielki Post trwa czterdzieści dni. To powszechnie wiadomo. Zaczyna się w Środę Popielcową – to też wszyscy wiedzą. A kończy się… No właśnie. Kiedy się kończy? Jeśli zaczyna się w Środę Popielcową, a trwa 40 dni, to jego koniec wypada w Niedzielę Palmową. Jednak pościć należy do Wigilii Paschalnej (Msza święta wieczorem w sobotę), do tego momentu nie śpiewa się też „alleluja”, lecz „chwała Tobie, Słowo Boże” lub „chwała Tobie, Królu Wieków”. Pojawiła się więc opinia – i jeśli przejrzymy podpowiedzi po wpisaniu w google słów „Ile trwa Wielki Post”, to okaże się ona dominująca – że do liczby 40 dni nie wlicza się 6 niedziel, które mają rangę uroczystości i z tego powodu są radosne.

Usłyszałem podobne twierdzenie z ust księdza w czasie mszy świętej, którą celebrował głównie dla dzieci. Usprawiedliwiał tym twierdzeniem fakt, że msza dla dzieci w jego wykonaniu była niezwykle skoczna, rozśpiewana i roztańczona. Można tańczyć i szaleć – mówił – ponieważ niedziele nie wliczają się do Wielkiego Postu. Jeśliby policzyć w ten sposób, Wielki Post rozpoczynałby się w Środę Popielcową, a kończył w Wielką Sobotę. Teza ta ma jednak pewne znaczące ograniczenia.

Po pierwsze: w żadną niedzielę wypadającą w czasie trwania Wielkiego Postu nie śpiewa się „alleluja”. Po drugie: w większość – poza czwartą i ostatnią – niedziel nie zakłada się szat liturgicznych w kolorze innym niż fioletowy. Do tego kolor różowy zakładany w czwartą niedzielę – Laetare – jest „radośniejszą” obocznością fioletu, zaś czerwień Niedzieli Palmowej symbolizuje mękę Pana Jezusa. Fiolet oznacza okres postu i nie odchodzi się od niego przez wzgląd na uroczysty charakter niedzieli, nawet czwartej – tej radośniejszej. Po trzecie: we wszelkich lekcjonarzach i kościelnych dokumentach niedziele nazywane są pierwszą, drugą, trzecią, czwartą, piątą i szóstą niedzielą Wielkiego Postu. Nie zaś niedzielami niewchodzącymi w skład Wielkiego Postu. Po czwarte wreszcie: Wielki Czwartek, Piątek i Sobota nie są już z całą pewnością dniami Wielkiego Postu, należą bowiem do Triduum Paschalnego, które jest osobnym okresem liturgicznym.

Teza, powszechnie lansowana, o niewchodzeniu niedziel w skład Wielkiego Postu musi zatem upaść. W efekcie wychodzi na to, że Wielki Post trwa 43 dni i tym razem pada teza o tym, że ma trwać 40. Zatem niektórzy podają, że Wielki Post trwa ok. 40 dni. To błąd, który ma zamaskować trudności w dookreśleniu. Nie ma tu bowiem żadnego „około”, czas między Środą Popielcową a Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego jest zawsze taki sam, a nie przybliżony.

Żeby znaleźć prawdziwą odpowiedź na pytanie, kiedy kończy się Wielki Post, wystarczy sięgnąć do lekcjonarza mszalnego, lub spojrzeć na dowolną stronę prezentującą czytania liturgiczne. Poniedziałek po Niedzieli Palmowej jest w lekcjonarzach nazwany Wielkim Poniedziałkiem, wtorek – Wielkim Wtorkiem, a środa – Wielką Środą. Wszystkie te dni, łącznie ze świętym Triduum Paschalnym, wchodzą w skład Wielkiego Tygodnia, bezpośrednio poprzedzającego uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego.

Należy zatem stwierdzić, że Wielki Post rzeczywiście trwa czterdzieści dni, zaczyna się w Środę Popielcową, a kończy w Niedzielę Palmową, która zamyka okres Wielkiego Postu i rozpoczyna Wielki Tydzień, będący jego bezpośrednim przedłużeniem. Cały ten czas kończy się w Wigilię Paschalną, a więc w sobotę, ale po zachodzie słońca.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie ze strony http://parafiarudnawielka.pl/nabozenstwa-wp/. Autorem zdjęcia jest Jakub Szymczuk. Adres autora: http://www.silaobrazu.pl/

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 4 komentarzy

Sprawa Bolka

BolekTemat, który poruszył opinię publiczną w ostatnim czasie, to temat Lecha Wałęsy, który miał współpracować ze służbami bezpieczeństwa w latach 1970-1976, o czym świadczą dokumenty odnalezione w tzw. szafie Kiszczaka. Wdowa po peerelowskim generale z jakichś powodów postanowiła pozbyć się papierów i zgłosiła się z nimi do IPNu, gdzie potwierdzono obecność teczki TW Bolka z własnoręcznie złożonym przez Wałęsę podpisem. Sam były prezydent, przywódca Solidarności i laureat pokojowej nagrody Nobla twierdzi, że to wszystko nieprawdziwe, spreparowane dokumenty, a Newsweek, TVN i generalnie cały mainstream (poza którym znalazło się już TVP) mu wierzy, dodając do opisu dokumentów niepozorne słówko „rzekome”.

Generalnie opinii jest wiele, warto przytoczyć choćby te, z których dowiadujemy się, że nawet jeśli Wałęsa był Bolkiem i współpracował, to później odszedł od tej współpracy, stanął na czele ruchu Solidarności i obalił komunizm (jak o sobie mówi: „sam obalił komunizm”). Padają też pytania, w sumie logiczne, dlaczego człowiek który donosił miałby przyczynić się do obalenia systemu ludzi, którym donosił? Wydaje się jednak, że warto spojrzeć na to szerzej.

Wiemy, że Lech Wałęsa, gdy został prezydentem, wypożyczył z IPN dokumenty dotyczące TW Bolka – między innymi jego spisane donosy. Wiadomo też, że te teczki do IPNu nie wróciły po zakończeniu prezydentury Wałęsy – sprawa została zgłoszona już kiedy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Historycy, którzy zajęli się zbadaniem peerelowskiej historii Lecha Wałęsy, Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, przejrzeli tysiące dokumentów i znaleźli wśród nich nie dość dokładnie pousuwane wpisy dotyczące TW Bolka. Wiemy również, że kiedy Wałęsa był prezydentem, doprowadził do natychmiastowego obalenia rządu Jana Olszewskiego, ponieważ osoby działające w tym rządzie (m.in. ten „psychicznie chory” Antoni Macierewicz) przeprowadzały ekspresową lustrację, upubliczniając dokumenty dotyczące poszczególnych, będących u władzy osób. Czegoś musiał obawiać się prezydent Lech Wałęsa, że obalił pierwszy i do czasów PiS ostatni rząd, który chciał odciąć się od polityki grubej kreski. Te rzeczy wiemy z dwóch doskonałych filmów wyświetlanych niedawno w już nie mainstreamowej Telewizji Polskiej: „TW Bolek” oraz „Nocna zmiana”.

Wiemy też, że po wszystkich strajkach i stawianiu warunków przez Solidarność nastąpił Okrągły Stół i przygoda z Magdalenką. Okrągły Stół i Magdalenka to nie był moment, w którym obalono stary reżim tak, by od tej pory panowały rządy demokratyczne. To był moment, w którym opozycjoniści dogadali się z władzą komunistyczną, w którym doszli do porozumienia nad dalszym kształtem Polski, w której wszyscy będą mogli szczęśliwie współrządzić. Nigdy nie doszło do obalenia komunistycznego systemu, w Polsce nikt nie burzył muru jak w Berlinie. U nas doszło do porozumienia i tak naprawdę nie wiadomo do końca, jaki dokładnie kształt miało to porozumienie. Wiadomo za to, że sugestie opozycji (w tym chyba przede wszystkim Michnika) dotyczyły kształtu wspólnie sprawowanej władzy („Wasz prezydent, nasz premier”), że przeszłość odkreślono – za sprawą premiera Mazowieckiego – grubą linią. On sam brał podobno pod uwagę to, że ta kreska może zostać zrozumiana inaczej, niż tylko brak odpowiedzialności nowej władzy za stare rządy. I znowu Michnik potwierdził, że wprawdzie nie jest kryptokomunistą, ale uważa, że Polacy powinni się pojednać, że Kaczyński powinien podać rękę Kwaśniewskiemu.

Rząd Olszewskiego, chcący wprowadzić zmiany, został obalony w ciągu jednej nocy przez prezydenta, który bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Kolejna szansa na dojście do prawdy pojawiła się w 2005 roku. Rząd Prawa i Sprawiedliwości został doprowadzony do samorozwiązania po 2 latach. Minęło 8 lat i teraz pojawiła się szansa na zmianę, ponieważ rządu, który ma samodzielną większość w sejmie, nie będzie tak łatwo obalić. I w tym wszystkim pojawia się sprawa Wałęsy vel. Bolka. Przypominamy sobie też pogrzeb generała Jaruzelskiego z honorami, na Powązkach. Pogrzeb Kiszczaka już nie tak uroczysty, ale emeryturę generalską dostawał – ktoś, kto był zbrodniarzem za czasów PRL. Teraz wychodzą papiery, które miał i trzymał na różnych ludzi, między innymi na dawnego przywódcę Solidarności. I trzeba sobie zadać kilka pytań.

Pytanie najważniejsze: czy komunizm został obalony? Czy ktokolwiek kiedykolwiek w Polsce doprowadził do obalenia starego systemu? Doszło do porozumienia między opozycją, a władzami dawnego systemu. Do porozumienia, którego szczegółów nie znamy. Bo nie mamy pojęcia, kto przez te wszystkie lata trzymał na kogo papiery w piwnicach i szafach. Dziś możemy powiedzieć, że jakieś papiery są i że przez lata mogły służyć do szantażowania osób, z którymi pozornie doszło się do porozumienia. Przez lata Lech Wałęsa mógł pozostawać w politycznym szachu – zresztą prawdopodobnie pozostawał, skoro jego teczka ujrzała światło dzienne tak szybko po śmierci Kiszczaka. Z jakichś powodów komunistyczni generałowie byli zawsze zbyt chorzy, by móc zostać osądzeni. Z jakichś powodów dostawali emerytury większe niż osoby, które torturowali podczas stanu wojennego. Z jakichś powodów Kwaśniewski i Miller mogli spokojnie dojść do władzy i rządzić, mimo że w państwie, w którym obalono reżim, powinni zostać osądzeni za swoją działalność w owym reżimie. To wszystko świadczy o tym, że komunistyczny reżim nigdy nie został obalony – podobnie, jak Związek Radziecki, zmieniając się w Rosję, nie przestał istnieć. Demokratyczna Rosja wybiera Władimira Putina, a opozycja jest niszczona. W Polsce usiłowano zniszczyć PiS (próbował to zrobić między innymi wcześniej wspominany kolaborant Michnik), ale na szczęście nie jesteśmy Rosją.

Komunizm w Polsce nigdy nie został obalony. Solidarnościowcy doszli do porozumienia z władzą PRL tak, żeby wilk był syty i owca cała. Przez co co jakiś czas do władzy dochodzą byli działacze PZPR, a szafy zgarniający śmietankę generałów wypełnione są hakami na tych, z którymi się dogadali. Anna Walentynowicz – która zginęła pod Smoleńskiem – pytała Lecha Wałęsę w liście otwartym: „Dlaczego okłamałeś wszystkich mówiąc o przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajk 14.08.1980r. zostałeś dowieziony motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej z Gdyni?”. Ten temat nie bywa podejmowany w „poważnych” mediach, ale pora zapytać – skoro pytała o to Anna Walentynowicz – czy rzeczywiście Lech Wałęsa przeskoczył płot? I gdzie dokładnie jest ten płot? Jeśli Walentynowicz miała rację, to Ktoś Wałęsę do tej stoczni w 1980 przywiózł motorówką. Mówi się, że byli to ci sami ludzie, z którymi współpracował w latach siedemdziesiątych. Jeśli tak, to czy Wałęsa rzeczywiście zakończył współpracę w 1976, czy później wciąż współpracował, może mniej oficjalnie? Czy – podobnie jak część opozycji – dogadał się z komunistami już wcześniej, przed okrągłym stołem? Pytania można mnożyć, ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że sugerowanie, jakoby Wałęsa coś tam podpisał i na kogoś tam donosił, ale potem zerwał ze wszystkim, został przywódcą opozycji i obalił komunizm, jest zwykłą naiwnością. Nie mamy pojęcia, czy rzeczywiście odszedł od współpracy, a jego działania dotyczące niszczenia papierów i obalania rządu Olszewskiego sugerują raczej, że nie kierował się tylko zwykłym tchórzostwem, które nie pozwoliło mu się przyznać do współpracy w latach siedemdziesiątych. Jeśli logicznie pytamy, dlaczego Wałęsa miałby donosić władzy, którą potem obalił, możemy logicznie odpowiedzieć: Wałęsa nigdy nie obalił tej władzy. Porozumiewając się z Kiszczakiem stał się częścią systemu, podobnie jak broniący układu z Magdalenki Adam Michnik. I jeśli teraz Wałęsa wpada, to bronienie go przez Michnika jest dość śmieszne. To trochę jakby złodziej bronił złodzieja, że wcale nie ukradł. Bo jeśli wpada Wałęsa, to wpada i Michnik, i cała reszta ludzi którym wydaje się, że nadal rządzą, choć to PiS wygrało wybory.

A nadal nie wiemy na kogo jeszcze są papiery w teczce Kiszczaka.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację ze strony https://www.facebook.com/mieso.wyborcze/photos/a.665287236883901.1073741826.664710256941599/970735063005782/

Filmy o których wspomniano we wpisie:

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 2 komentarzy