Opiekun na całe życie

Chrzest święty jest uważany przez wielu za najważniejszy sakrament, ponieważ to on włącza nas do życia Bożego i otwiera drogę do zbawienia. Chrzcząc własne dzieci wybieramy dla nich dwa rodzaje duchowych opiekunów. W pierwszej kolejności jest to wybór rodziców chrzestnych – tych, którzy będą odpowiedzialni za prowadzenie swoich chrześniaków w wierze i pomoc w budowaniu jej, również wtedy, kiedy rodzice nie podołają temu zadaniu. Trzeba pamiętać jednak, że chrzestni są tylko ludźmi, śmiertelnikami, i nawet wybór najświętszego ze swoich znajomych może w przyszłości okazać się utrudnieniem dla budowania wiary. Człowiek bowiem może wybrać w swoim życiu dowolną drogę i osoba, która wydawała się nam idealnym katolikiem w pewnym momencie może skręcić w zupełnie inną stronę. Na szczęście chrzcząc wybieramy jeszcze innych opiekunów – są nimi święci patronowie.

Należy przyznać, że często nie myśli się o tym tak, jak o doborze chrzestnych. Ale prawdą jest, że istnieje obcowanie świętych, a więc osoby, które przeżyły swoje życie w świętości, w przyjaźni z Bogiem, a teraz są już zbawione, przebywają także wśród nas i troszczą się o nas. Są naszymi orędownikami u Boga. A nadając dziecku konkretne imię wybieramy mu też konkretnego patrona. Oczywiście – nie zawsze. Czasem podoba się nam imię, które nie należało nigdy do żadnego świętego. Wtedy też możemy znaleźć patrona dla swojego dziecka, choć nie będzie ono nosiło jego imienia. My jednak od pierwszego momentu, kiedy postanowiliśmy być ze sobą, zdecydowaliśmy się na nadawanie naszym dzieciom imion, które pociągają za sobą obecność świętych orędowników w ich życiu. I za każdym razem są to dwa imiona, żeby można było się zwracać o pomoc od razu do dwójki świętych.

Nasz najstarszy syn, Gabriel Michał, nosi imiona nawet nie świętych Pańskich, lecz potężnych Bożych archaniołów. Kiedyś, kiedy byłem młodszy, chciałem mieć trzech synów noszących imiona trzech archaniołów. Ostatecznie po dyskusji z żoną zdecydowaliśmy się na nadanie jednemu synowi dwóch z tych imion. Gabriel znany jest jako posłaniec, który przekazywał dobrą nowinę Maryi, ostrzegał Józefa przed Herodem czy spotykał się z Zachariaszem. Michał to książę Bożych zastępów, ten który w ostatecznej walce zgniata szatana. Oczywiście u Boga nie jest tak, że aniołowie są więksi od Jego świętych. Dlatego to nie powoduje, że nasz najstarszy syn ma w jakiś sposób lepszych patronów niż jego rodzeństwo.

Nasza pierwsza córka nosi imiona Natalia Agnieszka. Zdarzyło mi się słyszeć, że jako jedyna z naszych dzieci nie nosi imienia bezpośrednio kojarzącego się w sposób święty. Rzeczywiście – jej patronki nie są wspominane w Piśmie Świętym, ponieważ żyły już później, niż Jezus i Jego bezpośredni uczniowie. Nie znaczy to jednak, że nie są one dobrane w sposób jak najbardziej przemyślany. Święta Natalia z Kordoby, wspominana 27 lipca, nie jest tak znana jak jej imienniczka, święta Natalia z Nikomedii. Żyła ze swoim mężem Aureliuszem w Hiszpanii IX wieku, kiedy to tamten teren opanowany był przez muzułmanów. Oboje byli chrześcijanami, ale w obawie przed Arabami udawali muzułmanów. W pewnym momencie jednak Aureliusz przeżył przemianę, gdy ujrzał swojego współwyznawcę biczowanego za to, że ten przyznał się do swojej wiary. Od tamtej pory Natalia i Aureliusz zaczęli głośno wyznawać swoją wiarę, wyrzekając się islamu, za co zostali ostatecznie skazani na śmierć. Święta Agnieszka Rzymianka jest bardziej znana od Natalii. Zginęła jako ok. czternastoletnia dziewczyna w Rzymie, po tym, jak odmówiła wyjścia za polecanego jej mężczyznę, gdyż – jak miała mówić – była zaręczona „z innym, który jest o wiele bogatszy” – czyli oddała swoje życie Chrystusowi. Została za to zamordowana i stała się wzorem dla młodych kobiet oddających się Bogu.

Drugi syn ma na imię Piotr Łukasz. Oba te imiona i obaj patroni opisani są w Piśmie Świętym. Święty Piotr to najważniejszy z uczniów Chrystusa, ten, który się Go zaparł, ale i wyznał miłość. Który wziął na siebie przywództwo Kościoła i przyjął klucze Królestwa Niebieskiego. I który ostatecznie został – jak przekazuje tradycja – pierwszym papieżem, czyli biskupem Rzymu. Święty Łukasz to z kolei jeden z ewangelistów. Choć nie należał do grona dwunastu apostołów, był jednym z najwierniejszych uczniów świętego Pawła, a oprócz ewangelii spisał też jej kontynuację – Dzieje Apostolskie.

Wreszcie nasza najmłodsza – jak do tej pory – latorośl, Maria Magdalena. Wspominam z uśmiechem moment, kiedy urodził się nasz pierwszy syn i powiedziałem znajomej ze studiów teologicznych, że będzie miał na imię Gabriel Michał. Ta roześmiała się i zażartowała, że jak będę miał córkę, to pewnie nazwę ją Maria Magdalena. Mnie też to rozbawiło – bo taki właśnie miałem plan. Łatwo jest zinterpretować źródło tych imion. Święta Maria Magdalena (uproszczona wersja właściwego imienia i miejsca pochodzenia: „Maria z Magdalii”) była jedną z najbliższych współpracownic Jezusa Chrystusa podczas Jego ziemskiego pielgrzymowania. Utożsamia się ją często z postacią jawnogrzesznicy, która – uratowana przed kamienowaniem – ruszyła za Chrystusem, więcej nie grzesząc. Ona też miała obmyć Jego nogi wonnym olejkiem. Jako pierwsza miała ujrzeć Chrystusa żywego po zmartwychwstaniu. Choć nie było kobiet wśród dwunastu apostołów – Maria Magdalena byłaby pierwsza, gdyby było to możliwe.

Ale byłby ze mnie wyrodny ojciec, gdybym wszystkie swoje dzieci obdarzył orędownictwem dwójki świętych patronów, a najmłodszą córkę tylko jedną – choćby nie wiem jak wspaniałą. Dlatego Postanowiłem odszukać jeszcze kogoś, kto mógłby wstawiać się u Boga za naszą córką. I tak, obok świętej Marii Magdaleny, Marysia dostała za patronkę świętą Magdalenę z Nagasaki. Wybór tej świętej był dla mnie wielką radością, ponieważ sam kiedyś przeżywałem fascynację Japonią i pragnąłem jechać tam jako misjonarz. Magdalena była Japonką urodzoną w Nagasaki, wywodzącą się z rodziny chrześcijańskiej. Po przybyciu augustiańskich misjonarzy do Japonii sama wdziała ich habit i służyła przy kilku ojcach misjonarzach. Wszyscy oni zginęli w Nagasaki śmiercią męczeńską. Ona sama, po tym jak opowiedziała się przed lokalnymi władzami jako chrześcijanka, była torturowana i ostatecznie zginęła na narzędziu tsurushi. Zmarła w 1634 roku.

Wspomniałem o kluczu doboru imion w naszej rodzinie. Zawsze pamiętamy, by przed pojawieniem się dziecka „po tej stronie brzucha” odpowiednio przemyśleć wybór świętych, którzy będą czuwać nad jego życiem. Wiem, że to bardzo ważne, by można było się zwrócić do konkretnej osoby, którą rodzice wybrali na patrona – lub którą sami sobie wybraliśmy przy bierzmowaniu. A teraz, w Noc Wszystkich Świętych, warto tym bardziej przypomnieć sobie o swoich świętych patronach, spojrzeć na nich jako na wzór wiary i podziękować Bogu, że postawił ich na naszej drodze.

____________________________________

We wpisie wykorzystano obraz świętej Magdaleny z Nagasaki pochodzące ze Wikipedii, za:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_z_Nagasaki
http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cevang/pont_soc/pospa/documents/rc_pospa_doc_20020415_pms-directory-asia_it.html

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Konflikt interesów po brytyjsku

Jak bardzo można zagubić się, kiedy chce się żyć, ale tworzy się i propaguje w swoim środowisku cywilizację śmieci? Przekonali się o tym w ostatnim czasie Brytyjczycy. Ci, którzy chwalą się z dumą tym, że aborcja jest w ich kraju legalna do 24 tygodnia ciąży, właściwie bez podawania jakiejkolwiek przyczyny. A ostatnio, pod koniec sierpnia, wprowadzili nawet rozporządzenie, że kobieta chcąca dokonać wczesnej aborcji może zrobić to (zażywając tabletkę wczesnoporonną) w domu, w ogóle nie wybierając się do kliniki – ale w razie potrzeby może poprosić, by personel medyczny towarzyszył jej i w domu. W tym samym czasie ci sami Brytyjczycy przyjmują w swoich miastach i wioskach setki i tysiące muzułmańskich przybyszów, często błędnie nazywanych uchodźcami. Podczas gdy w Polsce osób tak bardzo obcych nam kulturowo jest wciąż niewiele, w Wielkiej Brytanii część mniejszych społeczności jest już przejęta przez rodziny muzułmańskie, a w Londynie przybyszów (nie Polaków) jest tak wielu, że wybrano sobie muzułmanina na burmistrza. Zatem Wielka Brytania – kraj o tak bogatej kulturze i historii – a teraz także Irlandia (do niedawna kraj ultrakatolicki) nie tylko chwali się dostępnością aborcji, ale i akceptacją dla przybyszów z krajów odległych kulturowo.

A jednak sama Gazeta Wyborcza podniosła ostatnio alarm. Otóż, jak piszą w swoim artykule o aborcji w Wielkiej Brytanii: „W tradycyjnych społecznościach imigrantów wiele kobiet przerywa ciążę, jeśli badania prenatalne wykażą, że ma się urodzić dziewczynka”. Otóż „tradycyjne społeczności imigrantów”, czyli napływowa ludność z bliskiego wschodu i Afryki, wykorzystują wczesne testy z krwi, mające stwierdzić czy dziecko nie jest chore na jakąś chorobę genetyczną. Jednak „kobiety z rodzin imigrantów, szczególnie pochodzących z Pakistanu, Afganistanu i Bangladeszu” – jak podkreśla Gazeta Wyborcza – wykorzystują dostępność tych testów do sprawdzenia, jakiej dziecko jest płci. I decydują się na aborcję, kiedy okazuje się, że to dziewczynka. Właśnie dlatego, że w tychże tradycyjnych społecznościach imigrantów tradycją jest to, że kobieta jest nieopłacalna, niewartościowa i przynosi rodzinie wstyd. Kiedy ma się syna, można go drogo sprzedać do ożenku. Kiedy ma się córkę, oznacza to duże dopłaty. A ponieważ teraz imigranci mieszkają w Wielkiej Brytanii, gdzie testy prenatalne i aborcja są ogólnie dostępne, mogą wykorzystać to do posiadania synów, a nieposiadania córek.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii staje się więc niezwykle gęsta, nawet eksperci biją na alarm. Bo przecież jednocześnie Brytyjczycy starają się być społeczeństwem profeministycznym, co oznacza pozwolenie na aborcję praktycznie bez powodu; jednocześnie próbują być otwarci na inność i na przybyszów z zewnątrz, w tym także w całości na ich kulturę; ale jednocześnie zorientowali się, że przez połączenie tych dwóch tolerancji stanęli w pozycji patowej. Bo jak bronić feminizmu, jeśli w wyniku aborcji giną głównie kobiety – i to właśnie dlatego, że są kobietami? W sprawie protestuje minister ds. kobiet i równości w brytyjskim gabinecie cieni Naz Shah (sama będąca Brytyjką pochodzenia arabskiego, która część swojego życia spędziła w Pakistanie). Twierdzi ona, że rząd brytyjski musi natychmiast wprowadzić ograniczenia w prawodawstwie, by nie była legalna aborcja ze względu na płeć dziecka. Podkreślić jednak należy, że jeśli aborcja może być dokonana równie dobrze przez wzgląd na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka, to dlaczego miałaby być nielegalna ze względu na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka płci żeńskiej?

Wielka Brytania jest w kropce. Ale do tej kropki sama się doprowadziła przez swoją edukację seksualną, dostępność aborcji i otwartość na imigrantów (w tym także na Polaków, ale to nie oni stanowią w tym przypadku największy problem). Ma prawdziwy konflikt interesów: pozwolić na aborcję i na kultywowanie własnych tradycji przez imigrantów, a przez to żyć w świadomości wybijania osób płci żeńskiej, czy zakazać aborcji (w pewnych warunkach), a tym samym ograniczyć możliwość kultywowania tradycji, ale przynajmniej żyć z czystym sumieniem, myśląc że aborcja w tym samym stopniu dotyczy mężczyzn i kobiet?

Należy tylko mieć nadzieję, że w Polsce nigdy nie będziemy musieli stanąć przed podobnym dylematem. Że zarówno aborcja, jak i napływ imigrantów z krajów obcych nam kulturowo będą jak najmocniej ograniczane. A za Wielką Brytanię – kraj piękny i godny podziwu – należy się po prostu modlić.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/budka-telefoniczna-czerwony-londyn-768610/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Skończmy z hipokryzją

W Kościele katolickim jest naprawdę bardzo wielu ludzi. W Polsce podobno ponad 90% osób przynależy do tej instytucji. Są wśród nich oczywiście tacy, którzy nie kryją swojego oburzenia, że zostali wciągnięci do Kościoła przez chrzest, przy czym nikt nie zapytał ich o zdanie, a teraz tkwią w nim i w statystykach właśnie. Ogromna jednak grupa osób nigdy nie powie, że to źle, że zostali wprowadzeni do Kościoła. Ci bowiem czują się katolikami i są z tego nawet dumni, ponieważ jest to element naszej narodowej tradycji. Z jednym zastrzeżeniem: są wierzący, ale niepraktykujący. Albo jeszcze inaczej – czasami są nawet praktykujący, skoro taka jest tradycja, często już jednak niewierzący.

Wśród tych osób jakże wiele jest takich, które należały do gorliwej części Kościoła na jakimś etapie swojego życia. Wspólnoty, oazowe wyjazdy, spotkania na Lednicy czy pielgrzymki – to była część ich życia. A potem, chcąc nie chcąc, zaczynają działać trochę niedojrzale i postanawiają wziąć ślub. Oczywiście kościelny, katolicki – choć np. jeszcze przed ślubem zachodzą w ciążę. Tak oto podejmują decyzję o małżeństwie pod wpływem ciąży. Co samo w sobie nie musi jeszcze przecież oznaczać, że małżeństwo jest nieważne. Przecież można podjąć prawdziwą decyzję o miłości nawet kiedy coś nad nami wisi. Można to zrobić właśnie dlatego, że sytuacja tego wymaga – i może być to szczere. Ale skupmy się przez moment na jednym z elementów przysięgi składanej w czasie katolickiego ślubu. Ksiądz pyta: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, a zawierający sakramentalny związek małżeński odpowiadają: „Chcemy”. Czy jednak, powiedzmy sobie szczerze, nie znacie ani jednego małżeństwa, które – wziąwszy ślub będąc w ciąży – nie miało już nigdy potem ani jednego dziecka? „Nie oceniaj” – możecie mi powiedzieć, i macie rację, bo czasem może być przecież tak, że po urodzeniu pierwszego dziecka kobieta nie była w stanie zajść w ciążę po raz drugi. Co oznacza, że Bóg w oczywisty sposób nie obdarzył ich potomstwem, zatem przysięga została spełniona. Ale nie jest tak w każdym przypadku. Co za tym idzie – małżonkowie, którzy z premedytacją unikają zajścia w ciążę po raz drugi, łamią przysięgę małżeńską. Są hipokrytami. A jeśli szli do ślubu z założeniem, że „wpadkowe” dziecko jest ich ostatnim, to również ich małżeństwo jest nieważne i nigdy nie zostało zawarte.

Ale weźmy pod uwagę inny przypadek. Małżonkowie doczekują się potomstwa. Wcześniej wzięli ślub i złożyli tę samą przysięgę – że swoje dzieci wychowają po katolicku. Czyli w zgodzie z katolicką wiarą, przekazując odpowiednie wartości. W związku z tym (a może jednak nadal z wielowiekową tradycją) zanoszą to potomstwo do chrztu. Wybierają mu chrzestnych i – zgodnie z procedurą, która pozwala na chrzest niemowląt – biorą na siebie obowiązek wychowania dziecka w wierze, bo to oni – i chrzestni – mają pomóc dziecku, by w momencie dojścia do świadomości miało wystarczająco silną wiarę. Ci rodzice jednak, nie dość że dobierają chrzestnych często z przypadku, z rodziny i przyjaciół, ale nie z osób wierzących, to jeszcze później całkowicie odpuszczają sobie przysięgany na ślubie i obiecywany na chrzcie obowiązek wychowania dziecka w wierze. Do kościoła nie chodzą w ogóle – tak jak nie chodzili do niego przed ślubem. Z tym że teraz również nie zabierają tam swojego dziecka, którego wychowanie w katolickiej wierze przysięgali przy dwóch sakramentach! Czasem, zapytani przez wierzących znajomych, czy pójdą z nimi na mszę, odpowiadają, że nie chcą być hipokrytami. Ale przecież jest zupełnie odwrotnie! Stają się hipokrytami poprzez odcinanie swojego dziecka – co do którego wychowania się zobowiązali – od liturgii i wiary w Boga. Jedynie idąc na mszę i zabierając ze sobą dziecko przestaliby być hipokrytami. Tymczasem oczywiście ich dziecko przez 7-8 kolejnych lat kościoła nie zobaczy, ale potem – zgodnie z tradycją – na 90% pójdzie przecież do pierwszej komunii. Przygotuje je do tego ksiądz katecheta, rodzice trochę ponarzekają, kupią wraz z chrzestnymi jakieś bajerzaste prezenty, a potem będą mogli znowu odpuścić chodzenie do kościoła, bo przecież w sumie są niewierzący i to byłaby hipokryzja…

Są też tacy, których prosi się na chrzestnych w dobrej wierze. Bo oni sami są wierzący, praktykujący – i prosząc ich, podkreśla się specjalnie zadania, jakie musi pełnić chrzestny. W czasach pierwszych chrześcijan chrzestni pełnili rolę ważniejszą, niż rodzice chrzczonego wiernego. Dlaczego? Ponieważ katechumen nie musiał mieć wierzących rodziców. Sam jednak powinien mieć przewodników w wierze – i do tego zadania wyznaczało się chrzestnych. Taki rodzic chrzestny musiał być człowiekiem o niezachwianej wierze, ponieważ jego zadaniem było doprowadzenie do Boga człowieka, który został mu powierzony. W dzisiejszych czasach wielokrotnie aktualna staje się sytuacja dawniej niewyobrażalna, w której chrzestny czy chrzestna odrzucają swoją dotychczasową wiarę na rzecz innych filozofii, które wydają się im bardziej pociągające. Ale w ten sposób odrzucają też bardzo poważne zobowiązanie, któremu przecież dobrowolnie się poddali – pomoc w wychowaniu w wierze swojego chrześniaka. Danie mu nieskazitelnego świadectwa swojej wiary. Takie osoby często powtarzają przy tym, że muszą być zgodne same ze sobą, nie mogą trwać przy czymś, w co już nie wierzą, nie mogą żyć w hipokryzji. Ale – znowu – jest zupełnie odwrotnie. Stają się właśnie hipokrytami poprzez odrzucenie odpowiedzialności za drugiego człowieka, którą sami podjęli. Popadają właśnie w hipokryzję, tak jak małżonkowie przysięgający katolickie wychowanie, ale nie chodzący do kościoła. I rodzice muszą uczyć swoje dzieci, że teraz żyjemy w czasach, w których to raczej chrześniak powinien pamiętać w modlitwie o swoich zagubionych chrzestnych, niż chrzestny o nich. Oby te dzieci miały wierzących rodziców, a nie takich hipokrytów jak we wcześniejszych przykładach…

Oczywiście, że i mnie można zarzucić hipokryzję w różnych kwestiach – z niektórymi pewnie musiałbym się nawet zgodzić. Oczywiście że mogą paść argumenty „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, albo „widzisz źdźbło w oku swojego bliźniego, a belki w swoim nie zauważasz” (o nie, właśnie wytrąciłem dwa najważniejsze argumenty „z Pisma”). Nikogo nie osądzam. Ale od lat obserwuję dzieci, których rodzice przysięgali, których chrzestni podejmowali zobowiązania – a teraz ich wiara zostawiona jest samym sobie, bo tamci nie chcą być hipokrytami. Kochani! Przecież obiecaliście! Tu chodzi o zbawienie Waszych pociech!

Obyś był zimny albo gorący…

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/krzy%C5%BC-%C5%9Bwi%C4%99ty-ksi%C4%85%C5%BCka-biblia-2598303/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Stać nas na bezkompromisowość

Sierpień to w polskim Kościele od wielu lat tzw. miesiąc trzeźwości. Biskupi rok w rok apelują o to, by w obliczu narodowego uzależnienia od alkoholu w tym jednym miesiącu przejść na ascetyczny tryb życia i wyrzec się picia napojów alkoholowych. Staram się wierzyć w Boga z całych moich sił, ale – w pewnych szczególnych aspektach – wiara w ludzi słabo mi wychodzi. To znaczy nie wątpię w ich dobrą wolę, szlachetne zamiary i jeśli mam komuś zaufać – ufam w większości przypadków. Ale apele tego typu kwituję uśmiechem, ponieważ sierpień to miesiąc wczasów, wakacji i urlopów – i niejednokrotnie w najbliższym otoczeniu spotkałem się z ludźmi, dla których list przeczytany w kościele był niewiele znaczącym świstkiem, bo w lodówce już wcześniej chłodziło się piwo przygotowane na wieczorną grę w karty.

Tym bardziej zadziwił mnie tegoroczny apel biskupów, którzy zawołali nie o miesiąc, lecz o 100 dni pozostawania w trzeźwości – aby uczcić stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Ja, osoba niepijąca alkoholu od 16 lat, uśmiechnąłem się do pomysłu nakłonienia mniej lub bardziej katolickich katolików do odrzucenia alkoholu na ponad trzy miesiące. Pomyślałem jednak jednocześnie: a może ktoś się na to zdecyduje? Ktoś poczuje potrzebę wyrzeczenia się czegoś, co jest dla niego ważne, nawet na dłużej niż miesiąc. W głębi moich wątpliwości zawsze mieści się odrobina wiary. Dziś jednak trafiłem na Twitterze na wpis Rafała A. Ziemkiewicza, w którym zadeklarował się podjęcia wyzwania – pod dwoma zasadniczymi warunkami.

Dołączę się do tej akcji jeśli pod tym tłitem to samo zadeklaruje jeszcze 99 osób. Drobna wariacja – zaczynam 1.08 żeby po drodze zrobić 2 krótkie przerwy bo wypadają mi i imieniny, i urodziny. W każdym razie deklaruję pełną stówę. Jeśli staniecie na wysokości zadania.

Zatem pierwszy warunek postawiony przez Ziemkiewicza jest taki, że nie będzie pił tylko wtedy, kiedy kolejnych 99 osób jemu osobiście zadeklaruje to samo. Drugi warunek jest jednak o wiele ciekawszy. Nie będzie pił przez 100 dni, ale z przerwą na urodziny i imieniny.

Proszę mi powiedzieć w takim razie: jaki jest sens podobnego wyrzeczenia? Niepicie przez 100 dni ma być swego rodzaju świadectwem, ma pokazać ludziom wokół nas, że da się bez alkoholu. Da się bawić bez alkoholu, wypoczywać i świętować bez niego. Przez sto dni da się przyzwyczaić nawet do tego, że alkohol nie jest nam potrzebny do życia i możemy go odrzucić jeśli nie na zawsze, to na pewno na dłużej. Ale robienie sobie w ciągu tych stu dni dwóch przerw na urodziny i imieniny nie tylko nagina całą sprawę, ale tak naprawdę burzy ją przy fundamencie. Bo cóż to jest tak naprawdę za wyrzeczenie, gdy nie pije się we wszystkie dni, kiedy i tak można byłoby nie pić, ale kolegów których zaprasza się na swoje święto trzeba poczęstować – nie ma wyjścia. Proszę mi powiedzieć, jakie to jest świadectwo, kiedy nie piję tylko wtedy, kiedy nikt mnie nie widzi, ale jak jest okazja, to „ze mną się nie napijesz”?

Przedstawiłem swoje wątpliwości na profilu pana Ziemkiewicza i dostałem za to od pewnej pani, która – jak ja – jest w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, ale wspiera redaktora w jego staraniach. „Jeżeli da Pan radę w inny sposób, to proszę tak zadeklarować i się podjąć, a nie po faryzejsku pouczać kogoś, kto chce się podjąć pewnego wyrzeczenia na swoją miarę, że nie jest od razu bardziej wyćwiczony w ascezie… To właśnie Pana słowa są małodusznym krytykanctwem” – napisała do mnie. To nie pierwszy raz zresztą, gdy – krytykując czyjąś postawę – jestem porównywany do faryzeusza. Ale przecież Jezus, krytykując faryzeuszy, nie miał na myśli ludzi, którzy wskazują innym drogę i ganią ich za ich błędy. On krytykował tych, którzy, pouczając innych w drobnych rzeczach, sami wykazywali negatywne zachowania. Nie zabraniał jednak nauczać i ukazywać drogę – wręcz nakazywał to. Nie mówił „Niech każdy zmienia się według własnej miary” i nie chwalił nikogo za czyny połowicznie dobre, za akcje udane w 90%. Wybaczał błędy, odpuszczał grzechy, ale jednocześnie ukazywał, że trzeba być w całości zadeklarowanym, a nie z przerwą na imieniny i urodziny.

Co Jezus powiedział do jawnogrzesznicy, gdy uratował ją z ręki faryzeuszy? „I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11). Jak powinniśmy Jego zdaniem postępować i jak mówić? „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). W jaki sposób miał się zachowywać jeden z Kościołów, do których kierowane są listy w Apokalipsie? „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16). A święty Paweł pisał w swoich listach: „Gdyby komuś przydarzył się jakiś upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę” (Ga 6,1). Kiedy zaś bogaty młodzieniec chciał stać się świętym i zapytał Jezusa o radę, ten odpowiedział mu: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mk 10,21). Każdy z tych fragmentów zachęca do zrobienia jednej z dwóch rzeczy: do całkowitego oddania się Chrystusowi, bezkompromisowego rzucenia wszystkiego na jedną szalę, oraz do pomagania bliźnim w robieniu tego samego. Nigdzie zaś Chrystus i Jego ludzie nie przekonywali, by zachęcać do robienia tego po kawałku, na raty, w 90 procentach. Można być albo zimnym, albo gorącym.

Chcesz oddać 100 dni Panu Bogu, odrzucając alkohol (lub inną rzecz, której trudno Ci się pozbyć) na ten czas? Zrób to. Ale „obyś był zimny albo gorący”. Chcesz – zrób to na 100 dni, wliczając w to urodziny, imieniny, przyjemności plażowania i wesele siostry. Albo nie rób tego wcale. Potrzebujesz, jak Rafał Ziemkiewicz, dwóch krótkich przerw? W ogóle w to nie wchodź. Bóg stworzył nas bowiem tak, że stać nas na bezkompromisowość. Na nieugiętość. I w ten sposób tylko damy świadectwo o Nim – i o sobie samych. Poprzez oddanie wszystkiego, bez krótkich przerw. A osoby, które są w krucjacie, podobnie jak ja, niech zamiast krytykować upominających, pomogą chętnym zrobić ten ostatni, najtrudniejszy krok, zamiast chwalić za podjęcie się wyzwania, ale nie całkiem.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: Photo by Karrierebibel.de on Trend hype / CC BY-ND

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Co nam daje zbawienie, a co go nie daje?

Nasz najstarszy syn 27 maja 2018 roku po raz pierwszy przyjął komunię świętą i mógł w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Później kilka razy byliśmy też na mszy w białym tygodniu, i we wtorek ksiądz powiedział kazanie o świętej Małgorzacie Marii Alacoque oraz o tym, jak Bóg obiecał, że przez odprawienie nabożeństwa pierwszych dziewięciu piątków miesiąca z pewnością będziemy zbawieni. Dzieci dostały nawet specjalne karteczki, na których mają zebrać dziewięć podpisów od kapłanów i dzięki temu mieć dowód, że to nabożeństwo mają już „z głowy”.

W związku z powyższym, po raz kolejny w ostatnich miesiącach, zapaliła mi się czerwona lampka. Bowiem jakie my, jako katolicy, mamy prawo do ustalania, co nam da zbawienie w stu procentach, a co nie? Nabożeństwa takie, jak właśnie pierwsze piątki, odmawianie koronki do Bożego Miłosierdzia nad umierającym, czy nowenna pompejańska, stały się fetyszem u wielu wierzących, oraz często przesłaniają prawdziwą istotę wiary. Przebłagalna spowiedź i – przede wszystkim – komunia święta w pierwszy piątek miesiąca, która ma ogromną wartość dla rozwoju wiary, dla wielu stała się pewną ścieżką do zbawienia. Owszem – zamierzam sam zadbać o to, by mój dziewięciolatek również co miesiąc uczestniczył we mszy świętej i przyjmował komunię. Ale sam pęd do tego, wysyłanie maluchów po pierwszej komunii i liczenie wszystkiego skrupulatnie (u mnie wszystkich wnuków pilnowała babcia), żeby potem mieć już „z głowy”, stał się prawdziwą paranoją, do tego mocno wspieraną przez kościelnych hierarchów.

Nie jest zła spowiedź comiesięczna – wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra i często potrzebna. Sam staram się praktykować zasadę comiesięcznej spowiedzi. Nie ma nic złego w uczestnictwie we mszy świętej w każdy pierwszy piątek. Nie odwodzę nikogo od sakramentów. Nie odwodzę od modlitwy – sam odmawiam koronkę, a nowennę pompejańską skończyłem bodaj cztery czy pięć razy. Odwodzę tylko od naiwnej, zabobonnej i niezgodnej z katolicyzmem wiary, że jeśli „odbębniłem” jako dziewięciolatek dziewięć pierwszych piątków (a mam to na piśmie), to nic więcej już nie muszę, bo Bóg przecież obiecał zbawienie i teraz już nie ma wyjścia. Próbuję pokazać, że zbawienie naszego umierającego bliskiego nie leży w tym, czy odmawia się nad nim koronkę do Bożego miłosierdzia. A odmawianie nowenny pompejańskiej nie spowoduje, że teraz Bóg już będzie musiał spełnić naszą prośbę, niezależnie od tego, o co prosimy. Nie zaczarujemy Boga pierwszymi piątkami, ani nowenną. Bóg nie jest zdeterminowany przez nas.

Zbawienie daje nam wiara i nieustanne podążanie drogą Chrystusa, bo „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Zbawienie jest łaską, ponieważ nikt nie jest do końca godny, by zbawienie osiągnąć. Zatem łaska, bez której nie da się być zbawionym, oraz wiara, by tę łaskę przyjąć. Bóg łaskę każdemu daje darmo – i zawsze tak wiele, by wystarczyło każdemu. Co innego jeśli chodzi o przyjęcie tej łaski – możemy, poprzez wiarę, łaskę przyjąć, albo odrzucić ją jeśli nie chcemy wierzyć Bogu. I to jest wszystko. Każdy czyn, każdy „dobry uczynek”, który wielu uważa za drogę do zbawienia, jest tylko czystą konsekwencją naszej wiary i łaski Bożej (bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, a „beze Mnie nic nie możecie uczynić”). Odprawianie nabożeństw pierwszopiątkowych i odmawianie nowenn wynika z wiary, która jest wcześniejsza. Dlatego też mam duże wątpliwości, czy ja – jako dziewięciolatek – miałem wystarczająco dużą wiarę, by rzeczywiście ofiarować tę komunię dziewięć razy na przebłaganie za grzechy nasze. Z pewnością byłem na tyle młody, by ulegać osobom z mojego otoczenia, które uważały, że powinienem szybko to zakończyć, by później nie martwić się o zbawienie.

Nie jestem protestantem i nie sięgam do protestantyzmu. Jestem katolikiem, który jest przekonany, że nasze zbawienie wynika z wiary i łaski, a nie z odprawienia jakichkolwiek rytuałów, mającym nam to zbawienie zapewnić. Wiara w Boga, a nie pierwsze piątki, da nam zbawienie. I, co jeszcze warto zaznaczyć, zarówno nabożeństwo pierwszych piątków, koronka do Bożego miłosierdzia, jak i nowenna pompejańska, zostały przedstawione poszczególnym osobom w objawieniach prywatnych. Pierwsze piątki – świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Koronka do Bożego miłosierdzia – świętej s. Faustynie Kowalskiej. Nowenna pompejańska – Fortunatinie Agrelli z Neapolu. A Kościół katolicki nie zobowiązuje do wierzenia w żadne prywatne objawienia, nawet te, które są przezeń zatwierdzone. A to oznacza, że możemy być zbawieni opierając się tylko na Piśmie Świętym i na wierze, oraz – oczywiście – na kroczeniu drogą wskazywaną nam przez Kościół. A wszelkie pobożne rytuały, często zmieniające się w bałwochwalcze fetysze, możemy sobie darować.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: EpiskopatNews on Foter.com / CC BY-NC-SA

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Próbna spowiedź? A co to jest w ogóle?

Ogromnymi krokami zbliżamy się do maja, który jest miesiącem pierwszych komunii. Już dziś mój blog przeszukują głównie ludzie, którzy zastanawiają się nad tym, jak się do komunii przygotować albo jakie prezenty kupić. I ja, jako nauczyciel w klasach trzecich (i ojciec trzecioklasisty) obserwuję sytuację na rynku komunijnym. Niestety, moje odczucia to głównie zdziwienie i zażenowanie.

CZYTAJ TAKŻE: Co powinien chrzestny na komunii?

Pisałem już o próbach pierwszej komunii, które dzieci muszą przeżywać popołudniami przez miesiąc do dwóch przed samą uroczystością. „W życiu czasem trzeba wiedzieć kiedy stać a kiedy siedzieć” – jak śpiewali sławni T-Raperzy znad Wisły i na tym właśnie te próby polegają. Jak wejść do kościoła, kto z kim ma usiąść, kto mówi wierszyk, kto czyta czytanie, kto śpiewa psalm, kto spędza pół godziny dziękując księżom i katechetom za piękne przygotowanie, kto komu i dlaczego daje kwiaty. Jednej rzeczy (a właściwie Osoby) w tym wszystkim nie ma: Jezusa Chrystusa. No nie ma, to jasne, bo pierwsza komunia święta to taki moment, w którym On dopiero pierwszy raz przychodzi, kiedy przyjmuje się Go po raz pierwszy. Pytanie tylko, jakie On ma znaczenie przy tych wszystkich próbach, sprawdzianach, odpowiedziach, wierszykach? Ale dzieci chodzą na próby, przez co nagle mają zajęte popołudnia, w czasie których mieli inne zajęcia (np. dodatkowy angielski) i trzeba je odwoływać. Jestem przekonany, że u większości dzieci Pan Jezus zajmuje jedno z ostatnich miejsc w całym tym przygotowaniu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Top 10 prezentów na pierwszą komunię.

Nie jest to jednak wszystko. Ostatnio pojawił się w mojej świadomości temat próbnej spowiedzi świętej. Wiadomo, czym jest spowiedź – wyznaniem grzechów, ukorzeniem się przed Bogiem i prośbą o wybaczenie. Ale nie, przecież nie o to chodzi. Dzieci przed pierwszą spowiedzią muszą nauczyć się na pamięć odpowiedniej formułki. I tę formułkę zapamiętać (często w ogóle bez zrozumienia) po to, żeby powiedzieć ją w konfesjonale. I tak dzieci w nerwach uczą się formułki na pamięć, powtarzają ją w głowach i na głos, a – co jeszcze ciekawsze – „próbują” się w spowiadaniu z księdzem w czasie lekcji religii. Nie, to jeszcze nie wszystko. Są parafie, które organizują również próbne spowiedzi w kościele, przy konfesjonale. Wszystko jak trzeba, tylko bez wyznania grzechów. Bo co tu jest najważniejsze? Najważniejsze jest, by dobrze klęknąć, dobrze pozdrowić księdza i powiedzieć, że się więcej grzechów nie pamięta i się za nie żałuje. Ale grzechy? Nie, one nie są najważniejsze. One pojawią się dopiero na właściwej spowiedzi. Z tym, że przecież całkowicie nie o to chodzi ani w pierwszej spowiedzi, ani w pierwszej komunii świętej.

W obu tych sakramentach najważniejszy musi być Jezus Chrystus. W pierwszym – bo jest miłosierny, otwarty na nas i wybacza nam nasze grzechy. Które znamy i których żałujemy, do czego ani odrobinę nie jest nam potrzebna żadna formułka spowiedzi, choćby sam Jan Paweł II ją napisał. W drugim istotą sakramentu jest prawdziwy, żywy Chrystus przychodzący do nas w swoim Ciele i Krwi. Nie wierszyki, czytania (których w ogóle dzieci w trzeciej klasie nie powinny tykać) i kwiaty. W próbie spowiedzi próbuje się wszystko, poza spowiedzią. W próbie komunii próbuje się wszystko, poza komunią.

Ostatnio jedna z grup moich uczniów w trzeciej klasie miała zagwozdkę. Byli u spowiedzi, choć pierwsza komunia jest u nich dopiero za kilka tygodni. I dziewczynki dyskutowały z chłopcami: czy to była próba, czy prawdziwa spowiedź. Chłopcy twierdzili uparcie, że to była próba. Dziewczynki – że to była pierwsza właściwa spowiedź, a drugą mają mieć dzień przed komunią. Dziewczynki za swoim stwierdzeniem podały argument, że przecież dostali dyplom z napisem „Pamiątka pierwszej spowiedzi”, co znaczy, że to była prawdziwa spowiedź. Ale jakie to jest przygotowanie dziecka do pierwszego przyjęcia sakramentów, skoro oni nawet nie są pewni, czy już byli u pierwszej spowiedzi, czy tylko na (kolejnej) próbie…?

Jeszcze jedna anegdota. Dzieci z czwartych klas przygotowują się do rocznicy pierwszej komunii świętej… Tak, również chodzą na próby. Co ciekawsze, jeden z moich uczniów miesiąc w miesiąc chodzi do kościoła w pierwszy piątek, bo katechetka powiedziała, że jak nie odprawią pierwszych piątków, to ich… nie dopuści do rocznicy. Do czego ich nie dopuści? Do rocznicy? Jak oni już od roku (mam nadzieję) chodzą co niedziela do kościoła i przyjmują Ciało Chrystusa. Zatem jakie ma niby znaczenie to, czy ktoś ich dopuści czy nie dopuści do rocznicy? Czym w ogóle jest ta rocznica i dlaczego nie obchodzi się jej co roku? Czemu ma służyć, skoro nie wnosi zupełnie nic nowego do życia dzieci, chyba że powinno się liczyć kolejne próby, kolejne wierszyki i kolejne kwiaty.

CZYTAJ DALEJ: Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków.

Próby komunii i próby spowiedzi to rzeczy w ogóle nie potrzebne. Nie powinny mieć miejsca w czasie przygotowania dzieci do przyjęcia sakramentów. Są niezwykle sztucznym tworem służącym do odwrócenia uwagi dziecka od tego, co tak naprawdę jest ważne. Dziecko nie zapamięta łaski sakramentu, nie zapamięta ulgi po wyznaniu grzechów, nie zapamięta momentu przyjęcia Jezusa do serca. Zapamięta regułki, wierszyki i ustawienie w ławce. A przygotowanie do pierwszej komunii i spowiedzi powinno wyglądać inaczej. Dzieci muszą rozumieć istotę sakramentów i wzbudzić w sobie pragnienie serca, by do tych sakramentów dążyć. Muszą rozumieć, czym jest żal za grzechy i czym jest moment otrzymania Chleba do ust. To może dokonać się w każdym momencie, w czasie każdej przeciętnej mszy świętej. I choć zrozumiała jest potrzeba celebrowania sakramentu, nie może ona przesłonić tej istoty. A to niestety zdarza się nagminnie – i to wcale nie koniecznie z winy rodziców. Najbardziej winni są katecheci, księża i nie wiadomo skąd biorące się potrzeby, by wszystko pięćset razy przećwiczyć.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: Isidr☼ Cea on Foter.com / CC BY-NC-ND

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nauczanie to powołanie

Jestem nauczycielem od siedmiu lat. Na początku wspomagałem kilka szkół językowych, nauczając w Warszawie i okolicach. Potem przez 5 lat uczyłem angielskiego – i trochę religii – w szkole specjalnej w Wołominie. Po kilku perturbacjach zrezygnowałem i poszedłem w prywatę – ale i wówczas trafił się kawałek etatu w szkole podstawowej.

Co jakiś czas nieśmiało myślę o zmianie kariery. Nawet przez chwilę próbowałem – znajdując dość niespodziewanie zatrudnienie w portalu wPolityce.pl. Jednak trzy fascynujące miesiące pracy w dziennikarstwie nie wystarczyły, bym na dobre opuścił szkołę. Myślałem już później, że to ostatni rok. Potem może pójdę w politykę? Muszę jednak przyznać, że kiedy już naprawdę myślę o rezygnacji, Pan Bóg podpowiada mi, że to może nie być najlepszy pomysł.

W tym roku pracowałem tylko w prywatnej firmie, dzięki czemu zaczynałem zajęcia od południa i mogłem rano się wyspać, pisać książkę (najbardziej marzę o byciu pisarzem) czy iść na siłownię. Jednak okazało się, że liczne okoliczne szkoły poszukują nauczycieli języka angielskiego na etat. I ostatecznie wyhaczyła mnie dyrekcja jednej ze szkół, w których miałem zajęcia pozalekcyjne. Przyjąłem pracę od stycznia – w klasach 1-3, kilku czwartych i w zerówce. I tak oto ja, który pragnąłem już powoli wycofywać się z nauczania, stałem się ponownie „ulubionym” nauczycielem.

Liczba informacji zwrotnych – głównie pozytywnych – jakie otrzymałem od początku nauczania, wywołuje u mnie poczucie dumy. To, co robię, ma sens. Uwielbiam pierwszoklasistów, którzy przybiegają do mnie, żeby się przytulić, rysują mi serduszka, obrazki i mówią mi, jak bardzo tęsknią za mną, kiedy nie ma angielskiego. Kocham zawsze chętnych do pracy zerówkowiczów, którzy – na początku bardzo rozbrykani – szybko wdrożyli się w regularną pracę. Zawsze cieszę się z pracy z ambitnymi czwartoklasistami, którzy z rozmarzeniem patrzą na mnie, wspominając poprzednią nauczycielkę, która „siedziała z nogami na biurku i czekała, aż się uspokoją”. I tych kilka czwartoklasistek, które – choć ciche i wyraźnie introwertyczne – otworzyły się na pracę w grupie pod wpływem moich zachęt.

Wzruszyła mnie jedna z sytuacji w ostatnim czasie. Dwie dziewczynki z trzeciej klasy, które generalnie nie radzą sobie najlepiej. Poprosiłem, by podeszły do tablicy, by zrobić zadanie. Zachowywały się, jakby przyrosły do krzeseł. Tak się zestresowały, że w końcu im odpuściłem. Byłem przekonany, że następnego dnia z nerwów nie przyjdą do szkoły. A one przyszły, zrobiły bezbłędnie dość trudne zadanie i z niewielkim tylko wahaniem podeszły do tablicy, by powtórzyć to przed klasą. „Uczyłyśmy się cały wieczór” – powiedziała jedna z nich, kiedy wracały na swoje miejsca. A ja pękałem z dumy!

Rodzice dzieci też przychodzą do mnie. Większość z nich dziękuje za moją obecność i pyta, czy zostanę z nimi na dłużej. I zastanawiam się – czy zmieniać jednak karierę, czy zostać i pomóc tym istotom, których dotychczasowa nauczycielka właściwie nic z nimi nie robiła. I to potwierdza, że nauczanie to rzeczywiście jest powołanie. Dobry nauczyciel musi to czuć, musi kochać dzieci i chcieć z nimi pracować. Od stycznia znów przychodzę do pracy z radością i chcę robić to, co robię. Mimo godzin nocnych spędzanych na sprawdzaniu klasówek i projektów.

Jest niestety jeden, ale znaczący problem. Nauczyciel pracujący w szkole, w której uczy się dużo dzieci, nie jest wystarczająco dobrze wynagradzany. Ja pracuję na dwa etaty (jeden publiczny, drugi prywatny), przez co kończę pracę czasem o 19, czasem o 20. Mimo tego mało jest takich miesięcy, w których zarabiam z nadwyżką. Mam na utrzymaniu rodzinę i chciałbym, by moja praca pozwalała nam dobrze spędzać życie. Tymczasem nauczyciel nie zarabia dość dużo, by swobodnie sobie radzić. To był i nadal jest mankament. A przecież nauczyciele są naprawdę potrzebni. Dlatego muszę jeszcze raz przyznać, że nauczanie jest formą powołania, zwłaszcza kiedy zauważy się, że nie przynosi ono wystarczających korzyści finansowych. I wiem, że niektórzy chcieliby, żeby funkcje publiczne pełnić za darmo, w ramach wolontariatu. To miałoby doprowadzić do tego, że nauczaliby sami pasjonaci. To jednak nieprawda. Pasjonaci są w szkołach potrzebni. Ale i oni powinni mieć za co żyć.

Tego życzę sobie i innym nauczycielom z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/student-profesor-uni-ksi%C4%85%C5%BCki-2052868/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wiara, modlitwa i łaska Boża to nie są żadne magiczne sztuczki

Mój poprzedni artykuł wywołał pewne poruszenie, ponieważ skrytykowałem w nim modlitwę pacierzową, jako odmawianie serii pozbawionych znaczenia regułek i przeciwieństwo modlitwy. Warto w związku z powyższym wytłumaczyć, że nie krytykuję pacierza jako takiego – samego w sobie. Moja krytyka dotyka tylko bezmyślnego odklepywania wyuczonych wierszyków, bo ktoś pomógł nam tak bardzo uwierzyć w konieczność tego procederu, że – nawet pozbawieni wiary – nie moglibyśmy zasnąć bez odmówienia pacierza.

Sama „modlitwa pacierzowa” ma swoje mocne zakorzenienie w Piśmie Świętym i w nauczaniu Chrystusa. „Ojcze nasz” to modlitwa, której swoich uczniów nauczył sam Jezus. Jej wartość jest nieoceniona. „Zdrowaś Mario” to w połowie słowa, którymi archanioł Gabriel powitał Marię z Nazaretu, gdy przybył, aby poinformować ją o tym, że będzie matką Boga. Każda z tych modlitw, podobnie jak „Aniele Boży”, czy „Wierzę w Boga” posiada nieocenioną wartość i – dobrze zrozumiana – przybliża prawdy wiary i wyjaśnia nasze umiejscowienie w świecie. Dlatego nigdy i nikogo nie chcę odwodzić od uczenia dzieci modlitw pacierzowych, od tłumaczenia im ich, wyjaśniania zawartych w nich słów. Argument, że dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, które są w domu nauczone modlitw, mają łatwiej z zaliczaniem ich – jest jak najbardziej zasadny. Kiedyś sam byłem w pewnym sensie przeciwnikiem obowiązku zaliczania wszystkich modlitw przed komunią – stawiałem na osobistą, prawdziwą wiarę danego dziecka bardziej, niż na wyuczenie się regułek. Dziś wiem, że te regułki – tylko kiedy są dobrze wyjaśnione – stanowią podstawy wiary tychże dzieci. Ale – znowu – tylko wtedy, kiedy zaliczanie ich nie opiera się na starym mechanizmie 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć), lecz wprowadza dzieci w prawdy wiary o Chrystusie.

Pacierz jest formą modlitwy, nie gorszą od modlitwy spontanicznej. Choć nie wyobrażam sobie – jako członek Domowego Kościoła – powiedzieć na dzieleniu się zobowiązaniami, że wprawdzie nie robiłem namiotu spotkania (osobista rozmowa z Bogiem na wzór Mojżesza), ale za to odmawiałem codzienne różaniec albo koronkę do miłosierdzia, a w czasie namiotu spotkania odmawiałem pacierz. Różaniec jest dla mnie cenną modlitwą, ale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odmówić go w skupieniu. Kilka razy odprawiałem nowennę pompejańską – ale traktowanie jej jako magicznej formuły, która sprawi, że na 100% spełni się intencja w której się modliłem, jest mieszaniem wiary z czarodziejskim podejściem do niej.

Wiele osób, które argumentują za odmawianiem pacierza, za nowenną pompejańską, za wczesną komunią świętą, wydaje się mieć niesamowicie magiczne podejście do łaski Bożej. Odmawianie pacierza traktuje jako element zaczepienia z Panem Bogiem, nawet gdy wszystkie inne elementy wiary już zniknęły. Tymczasem dla wielu jest to element przyzwyczajenia, który – być może – wywoła w pewnym momencie refleksję nad własną wiarą, ale jako seria odklepywanych po wielokroć modlitw nie sprawi, że będziemy bliżej Boga. Podobnie ma się sprawa z pierwszą komunią, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Nie jestem przeciwnikiem wczesnej komunii. Jest ona dla mnie wspaniałą możliwością, jeśli dziecko przeżywa ogromną tęsknotę za Bogiem, popartą prawdziwą wiarą. Czy taka wiara może dotyczyć dziecka pięcioletniego? Sądzę, że może. Ale niech to będzie właśnie wiara, a nie podejście rodziców do Ciała Chrystusa jako do magicznego amuletu, który ochroni ich dziecko przed wszelkimi nieszczęściami, a już na pewno przed grzechem ciężkim. Nie, tak nie będzie. Również dziecko, które przyjęło komunię na wczesnym etapie, będzie grzeszyć. Ważne, by jego osobista świadomość pozwalała mu na szybki powrót do Boga.

Znajoma przypomniała mi ostatnio znakomity cytat z filmu „Evan Wszechmogący”. Są to słowa postaci Boga z tegoż filmu: „Jeśli ktoś modli się o cierpliwość, czy Bóg mu ją daje, czy raczej daje szansę na bycie cierpliwym? Jeśli ktoś modli się o odwagę, Bóg daje mu odwagę, czy szansę na to, by był odważny? A jeśli ktoś modli się o to, by rodzina się ze sobą zbliżyła, czy Bóg daje ciepłe uczucia, czy szansę by się pokochali?”. Cytat ten znakomicie oddaje to, co próbuję przekazać w niniejszym artykule. Że łaska Boża to nie jest magiczna moc, która w cudowny sposób uzdalnia nas do wielkich czynów. Jest to raczej stawianie nam na drodze wielu sposobności, byśmy mogli tych czynów dokonywać. Bóg daje nam talenty – owszem. Ale to od nas zależy jak i do czego te talenty wykorzystamy. Owszem, jeśli nasza wiara byłaby choćby wielkości ziarna gorczycy, moglibyśmy góry przenosić. Ale to nie oznacza, że otoczymy cudowną opieką nasze dzieci przez to, że poniekąd zmusimy je do wcześniejszej komunii, wyślemy na serię pierwszych piątków miesiąca i wyuczymy je serii modlitw pacierzowych, których im nie wyjaśnimy.

Wiara to podstawa naszego zbawienia. Co do tego mamy pewność. Nasza wiara nie daje w magiczny sposób pewności zbawienia naszym dzieciom. Ich zbawienie zależy od ich osobistej wiary. Dlatego „Ojcze nasz” odmawiane z wiarą i komunia święta przyjmowana z wiarą obdarzają łaskami, których nie jesteśmy w stanie ocenić. Bez wiary jednak to wszystko jest perłami rzucanymi przed wieprze. I żadna magia tego nie zmieni.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz