W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Pierwsza komunia: komercja, duchowość czy prawdziwy show?

Właśnie teraz trzecioklasiści intensywnie przygotowują się do przystąpienia do pierwszej komunii świętej. Odczuwam to jako lektor języka angielskiego, kiedy okazuje się, że grupa trzecioklasistów nie będzie mogła przychodzić w maju na zajęcia, ponieważ akurat we wtorki i czwartki mają próby do komunii… W szkole to czas intensywnego zakuwania i zaliczania modlitw. Po szkole – czas przymierzania alb, ćwiczenia wierszyków i czytań mszalnych, a przede wszystkim ustawiania się równo, w szeregach, próbowania się we wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.

W sercach wielu dzieci to czas oczekiwania. Niecierpliwego, nerwowego oczekiwania na to, co ma nastąpić. Pierwszy smartfon, pierwszy tablet, a może nawet pierwszy laptop? Zegarek, rower. Własne pieniądze (czasem nawet całe tysiące), za które będzie można pojechać do Disneylandu albo chociaż kupić najnowszą konsolę do gier. Impreza niemal weselna. Niektórzy będą mieli to szczęście i przejadą się w towarzystwie kolegów czy koleżanek prawdziwą limuzyną!

Tak oto dzieci, zatapiając się w marzeniach o elektronice i pieniądzach, jakoś próbują się przemęczyć przez te wszystkie ciągnące się próby prostego wchodzenia, prostego stania i prostego siadania. Warto się przemęczyć, jeśli na koniec dostanie się tak wielką nagrodę! Dla wielu z nich liczą się prezenty – przecież niektórzy w normalnych warunkach nawet nie chodzą do kościoła. Dla rodziców, a chyba jeszcze częściej dla księży i katechetów, liczy się teatr. Wszystko ma być podniosłe, uroczyste i dopracowane w najmniejszym szczególe. Dziecko, które czyta najlepiej, musi idealnie przeczytać czytanie z lekcjonarza. Dziewczynki muszą pięknie zaśpiewać psalm. Każdy musi powiedzieć jakiś wierszyk, choć nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w liturgii było miejsce na wierszyki. A na koniec, przy ogłoszeniach, dzieci muszą jeszcze bardzo spontanicznie podziękować wszystkim księżom i katechetom, którzy przyczynili się do zaistnienia tego wspaniałego święta.

Tak łatwo przy tym wszystkim gubi się istotę dnia pierwszej komunii świętej. Fakt, że jest to pierwszy dzień, w którym trzecioklasiści będą mogli po raz pierwszy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. W pełni, to znaczy: wraz z przyjęciem Ciała Chrystusa. I od tej pory już zawsze będą mogli Ciało Chrystusa przyjmować. To jest dzień, w którym młodzi ludzie mogą po raz pierwszy doskonale odczuć, co znaczyły słowa Jezusa: „Oto ja jestem z wami, aż do skończenia świata”. Bo właśnie wtedy mogą oni skupić się na tej Chrystusowej obecności. To niestety musi zginąć w fali składającej się z dwóch pozostałych elementów: komercji i teatru.

Jedna z sieci sklepów sprzedających sprzęt RTV i AGD kilka lat temu reklamowała się plakatami z hasłem „KOMUnijne prezenty?”. Doskonale wiedziała, w czyje gusta może w ten sposób trafić. Z kolei rok temu antenę radiową podbijała inna reklama, w której dzieci śmiały się z rodziców, bo ci kłócili się o to, kto pierwszy wpadł na pomysł, by prezenty na komunię kupić w tym konkretnym sklepie. Głowy dzieci ma zaprzątnąć żądza prezentów – a rodzice, krewni i znajomi królika też mają pamiętać, gdzie trzeba się w związku z tą uroczystością wyposażyć. Ten pęd materialny dałoby się przyhamować, gdyby nie to, że osoby odpowiedzialne za duchowe przygotowanie dzieci do komunii wymagają częściej znajomości pięciu kościelnych przykazań, niż posiadania żywej wiary. Potrzebują, by dzieci wiedziały, jak mają stanąć i jak powiedzieć wierszyk, a nie by rozumiały istotę mającego nastąpić wydarzenia.

A wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! Owszem, pierwsza komunia święta jest podniosłą uroczystością. Niczym złym nie jest ani przyjęcie pokomunijne, ani nawet odpowiednio dobrane do tej okazji prezenty (nie laptopy jednak, nie konsole i nie telefony). Ale dziecko powinno wiedzieć i rozumieć, że ta uroczystość ma miejsce dlatego, że ono po raz pierwszy przytuli się całym sobą do Jezusa Chrystusa. I dlatego wcale nie powinno być tak istotne, w co dzieci będą ubrane i kto za kim będzie stał. Próby do pierwszej komunii nie muszą przecież wcale odbywać się przez okrągły miesiąc. Dałoby się wręcz zrobić tak, że do liturgii służyliby rodzice dzieci pierwszokomunijnych (którzy lepiej rozumieją to, co czytają z lekcjonarza), a poszczególne osoby przystępowałyby po raz pierwszy do stołu Pańskiego wraz ze swoją rodziną – tak, jak będzie to wyglądało w codzienności – a nie w klasowym ustawieniu „pod linijkę”.

Nie należy także zapominać, że mogą istnieć – i z pewnością istnieją – dzieci, które w trzeciej klasie nie są jeszcze duchowo gotowe, by przyjąć Pana Jezusa. Nie należy się w takich przypadkach wahać przed odroczeniem tychże dzieci na kolejny termin. Komunia święta nie jest obowiązkowa, nie jest bezwzględnie potrzebna do zbawienia. A już na pewno nie musi być przyjmowana w trzeciej klasie, w idealnym dwuszeregu i po kilku tygodniach ćwiczeń.

____________________________________

Artykuł ukazał się na portalu wRodzinie.pl
W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony http://www.finanse.egospodarka.pl/80554,Pierwsza-Komunia-skromna-oferta-bankow,1,48,1.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Jak powinna wyglądać Wigilia Paschalna?

Już po mszy świętej Wigilii Paschalnej, pierwszej mszy świętej wielkanocnej. Poświęcono ogień i wodę, zaśpiewano uroczyste Alleluja, można na nowo cieszyć się życiem ze Zmartwychwstałym. Wróciłem wieczorem z tej najbardziej uroczystej mszy roku i postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami na temat tego, co powinno mieć miejsce – a czego często nie ma – w czasie Wigilii Paschalnej. Na początek jeszcze zaznaczę, że Wigilia Paschalna jest pierwszą mszą świętą wielkanocnej niedzieli, w związku z czym nie ma już obowiązku uczestnictwa w kolejnej mszy w ciągu dnia. Przejdźmy jednak do tych najbardziej kontrowersyjnych punktów największej z liturgii.

1. Na zewnątrz ma panować ciemność.

Podstawowym błędem bardzo często popełnianym przez kapłanów sprawujących mszę wigilijną jest fakt, że godzina rozpoczęcia nie gra dla nich roli. Zaczynają sprawowanie Wigilii Paschalnej o 18, czyli jak zwykle. Czasem o 19 – to już nieco lepiej. Rzadko kiedy spoglądają jednak do kalendarza, by dowiedzieć się o której godzinie zajdzie słońce. A to ma znaczenie, ponieważ według kościelnej tradycji, zaczerpniętej jeszcze od starożytnych Izraelitów, nowy dzień rozpoczyna się po zmroku. Skoro zaś Chrystus zmartwychwstał w nocy z soboty na niedzielę (wg rachuby Żydów już w niedzielę), to nie wolno rozpoczynać świętowania przed zachodem słońca. Jeśli komuś bardzo się spieszy, niech się zastanowi, czy warto. Jeśli tradycyjna msza pasterska w Boże Narodzenie może zaczynać się o północy, jaki jest problem z podobnym rozpoczęciem Wigilii Paschalnej? Wydaje mi się, że znam przeszkodę – są nią tzw. Rezurekcje o świcie. Ale to nie powinno być dla nikogo usprawiedliwieniem.

2. W kościele również ma panować ciemność.

Liturgia światła polega na tym, że wnoszony jest do kościoła zapalony od ogniska paschał. Kapłan wchodzi i śpiewa „Światło Chrystusa”, a lud odpowiada „Bogu niech będą dzięki”. Wówczas to wspólnota ma być pogrążona w całkowitej ciemności (ciemno na zewnątrz, ciemno w środku), a jedynym źródłem światła powinien być płomień paschału. Nie może być tak, że lektor czyta komentarz, w którym jest mowa o całkowitym mroku, a kościelny wcale nie wyłącza lamp, tylko co najwyżej przygasza je. Cały symbol i istota wnoszenia światła do świątyni przestaje istnieć.

3. Szaty liturgiczne mają być białe.

Kolor szat oddaje nastrój panujący w Kościele. Biel oznacza radość zmartwychwstania i czystość sług Bożych. Żaden inny kolor – ani złoty, ani srebrny – nie oddadzą tej czystości, która ma nam przypominać Chrystusa przemienionego na Górze Tabor, ale i przemieniającego się wobec nas.

4. Paschał ma być zrobiony z pszczelego wosku.

Paschał, który wnosi się na początku liturgii do kościoła, i który ma służyć wspólnocie przez następny rok, musi być wykonany z pszczelego, najlepiej białego wosku. Nie może być tak, że proboszcz dla wygody stosuje plastikowy zastępnik, na którym tylko przekleja cyferki, by zmienić datację tuby. Niezwykle zabawnie, ale i nieszczerze, brzmią słowa Exsultetu śpiewanego na początku mszy: „W tę noc pełną łaski przyjmij, Ojcze Święty, wieczorną ofiarę uwielbienia, którą Ci składa Kościół święty, uroczyście ofiarując przez ręce swoich sług tę świecę, owoc pracy pszczelego roju. Znamy już wymowę tej woskowej kolumny, którą na chwałę Boga zapalił jasny płomień. Chociaż dzieli się on użyczając światła, nie doznaje jednak uszczerbku, żywi się bowiem strugami wosku, który dla utworzenia tej cennej pochodni wydała pracowita pszczoła”, kiedy okazuje się, że świeca jest plastikowa…

5. Msza Wigilii Paschalnej ma być koncelebrowana.

Ogólny Wstęp do Mszału Rzymskiego, podstawowe narzędzie liturgiczne tłumaczące sposób celebrowania Eucharystii, podkreśla wyraźnie, że „Każdemu kapłanowi wolno sprawować Eucharystię pojedynczo, jednakże nie w tym samym czasie i nie w tym samym kościele lub kaplicy, gdzie odbywa się koncelebracja. W Wielki Czwartek oraz w Wigilię Paschalną nie wolno celebrować indywidualnie” (OWMR 199). W związku z powyższym nie może być tak, że – zwłaszcza przy obecności większej liczby księży w parafii – mszę świętą Wigilii Paschalnej celebruje jeden kapłan. Sam niestety byłem świadkiem sytuacji, w której wszyscy księża uczestniczą w uroczystym wejściu do kościoła, jednak potem rozchodzą się do konfesjonałów (w Wigilię Paschalną, kiedy każdy wierny powinien już dawno zadbać o czystość swojej duszy!) czy do zbierania tacy, a przy ołtarzu zostaje jeden kapłan. W Wigilię Paschalną taka sytuacja jest niedopuszczalna! Najlepiej, aby wszyscy parafialni kapłani koncelebrowali tę mszę.

6. Jezus nie wraca na noc do grobu!

Niesamowicie frustrujące jest, kiedy po zakończeniu pierwszej uroczystej wielkanocnej mszy świętej, słyszy się od kapłana słowa, że tego samego dnia i jutro od 5.00 będzie można jeszcze adorować Ciało Pana Jezusa – a potem celebrans chowa Hostię do monstrancji i odnosi ją ponownie, do grobu Pańskiego. Zdarzyło mi się słyszeć z ust kapłana słowa: „Zaśpiewaliśmy uroczyste Alleluja, ale Jezus pozostaje jeszcze w grobie do Rezurekcji. Zapraszamy na mszę świętą o szóstej rano”. To wierutna bzdura! Msza Wigilii Paschalnej jest pierwszą mszą niedzielną i pierwszą mszą zmartwychwstania. Po tym wydarzeniu Chrystus jest już zmartwychwstały, nie kładzie się jeszcze do grobu na parę godzin drzemki. Nie adoruje się Go w grobie, bo „taka jest tradycja”. Tradycja w tym wypadu jest zła. A Chrystusa adorujemy – owszem – ale zmartwychwstałego!

7. Nie ma obowiązku zrywania się bladym świtem.

Tak naprawdę nie ma obowiązku zrywania się w ogóle. Właśnie dlatego, że msza święta Wigilii Paschalnej jest już mszą niedzielną – i kto weźmie w niej udział, obowiązek uczestnictwa we mszy w Wielkanoc ma już zaliczony. Kolejną frustrującą rzeczą jest przyspieszanie i skracanie Wigilii Paschalnej, by móc się zerwać z łóżka i popędzić na Rezurekcje. Owszem, można to zrobić, a tradycja uczestnictwa w kolejnej mszy świętej jest akurat naprawdę chwalebna. Jednak nie ma takiego obowiązku, a już na pewno nie ma sensu przymuszać kogokolwiek, by wstawał z samego rana, tym samym przykładając mniejszą wagę do tej najważniejszej Eucharystii.

Oczywiście liturgia Wigilii Paschalnej składa się jeszcze z wielu innych elementów (np. z dużej liczby czytań). To są jednak te rzeczy, które przykuły moją największą uwagę, ponieważ bardzo łatwo, w pewnej nieświadomości, popełnić w tych przypadkach szereg błędów. Co naprawdę często możemy obserwować w naszych parafiach. Wam jednak życzę jak najlepszego przeżywania liturgii wielkanocnych i radosnych świąt Wielkanocy, czyli zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację przedstawiającą liturgię Wigilii Paschalnej za: http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?s=opoka&id=37167

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kiedy odciąć pępowinę?

przedszkoleOdcinanie pępowiny jest nie tylko medyczną procedurą polegającą na cielesnym odseparowaniu dziecka od matki wkrótce po porodzie. Potocznie określa się w ten sposób także odrywanie potomstwa od rodziców w sensie psycho-społecznym, a proces ten może trwać przez całe życie.

Każdy człowiek jest osobnym organizmem, posiada oddzielne ciało i duszę. W zgodności z planem, który Bóg wyznaczył człowiekowi, może się on związać z drugą osobą „stając się jednym ciałem”. Tę decyzję nazywamy małżeństwem, a w chrześcijaństwie mamy nawet błogosławiony przez Chrystusa sakrament małżeństwa. Małżeństwo zaś ma za zadanie rozmnażać się – współpracować z Bogiem w stwarzaniu potomstwa. W ten sposób przemienia się w rodzinę – ale nie przestaje być małżeństwem. I choć rodzice skupiają się na wychowaniu swoich dzieci, to wciąż pozostają ze sobą związani sakramentem, który nie łączy ich z potomstwem. A to z kolei oznacza tyle, że w pewnym momencie dzieci opuszczą ich rodzinne gniazdo, a oni – o ile wówczas oboje będą jeszcze żyli – pozostaną we dwoje, wciąż związani tym samym sakramentem.

Rodzice wychowują dzieci dla nich samych i dla świata, ale nie dla siebie. Łączą ich z nimi więzy krwi, ale to nie oznacza jakichkolwiek przyszłych praw do decydowania o ich dorosłym życiu. Należy więc odpowiednio wcześnie i w odpowiedni sposób odciąć psychiczną pępowinę, by nie przeżyć szoku, kiedy potomstwo dojrzeje i postanowi pójść swoją drogą. Kiedy powinno się zacząć proces separowania – nie tyle dziecka od siebie, co raczej siebie od dziecka? Większość psychologów i pedagogów zgadza się co do tego, że dla dziecka, które nie skończyło jeszcze trzech lat, najlepszą formą rozwoju jest przebywanie w jak najczęstszym kontakcie z matką. Później już jednak potrzeby rozwojowe dziecka sięgają głębiej. Trzylatek, wciąż jeszcze mały, ale coraz bardziej sprawny społecznie, poszukuje pierwszych kontaktów i zabaw z rówieśnikami. Psycholog Anne Bacus zaznacza, że czas od ukończenia trzech lat „to okres, w którym dziecko powinno przebywać już w gronie rówieśników, zwłaszcza gdy jest jedynakiem” (Dziecko od 3 roku do 6 lat, Warszawa 2011, 2012). Nawet jeśli matka (albo babcia) przebywa w domu i może zajmować się maluchem przez 24 godziny na dobę, warto oderwać go od towarzystwa rodzicielki na kilka godzin w ciągu dnia.

Im starsze są dzieci, tym większe są ich potrzeby społeczne. O ile zabawa z rówieśnikami jest na początku mniej ważna niż chęć przypodobania się pani przedszkolance, o tyle później jest już odwrotnie. Okres szkoły podstawowej – zwłaszcza w klasach powyżej trzeciej – oraz czas dojrzewania to etapy rozwoju, w czasie których największe znaczenie ma kontakt z kolegami czy koleżankami z klasy. To także pierwsze sympatie, emocjonalne zauroczenia i fascynacje płcią przeciwną. Bardzo dobrze, jeśli kontakt z matką jest na tyle dobry, że można liczyć na jej wsparcie, dobre rady czy tylko możliwość wygadania się. Nie jest jednak dobrze, kiedy matka wciąż pozostaje osobą, z którą spędza się najwięcej czasu. Im starszy jest potomek, tym więcej czasu powinien spędzać z rówieśnikami, a mniej z własnymi rodzicami. Dom powinien pozostawać przystanią, bezpiecznym schronieniem, portem, do którego przybija marynarz, by zaczerpnąć potrzebnej energii. Ale miejsce jego statku jest na morzu – poza domem. W pewnym momencie dziecko wyruszy w podróż, z której do domu rodzinnego będzie wracać raz na kilka miesięcy. Odpowiedzialni rodzice nie mogą pozwolić na to, by ta właśnie podróż była pierwszym większym wypłynięciem z portu. Wówczas będzie to bardzo trudne do zniesienia zarówno dla dorosłego już dziecka, jak i dla samych rodziców.

Biorąc pod uwagę etapy rozwojowe dziecka i jego rosnące potrzeby społeczne można zastanowić się, czy lepszym rozwiązaniem dla potomstwa jest wysłanie go do przedszkola i szkoły, czy kształcenie w domu. Osoby propagujące edukację domową zaznaczają, że nie jest prawdą, jakoby dziecko przebywało tylko w ich towarzystwie. Ma ono kontakt z rówieśnikami na zajęciach dodatkowych, a także w czasie wspólnych wypraw np. muzealnych, w których bierze udział szereg związanych z home-schoolingiem rodzin. Rzecz jednak w tym, że w podobnych wyprawach oprócz kolegów i koleżanek zazwyczaj uczestniczy również matka. Jeśli w danym momencie mamy nie ma, jest mama innego kolegi czy koleżanki (albo mamy kilkorga z nich). Zajęcia pozalekcyjne trwają do kilku godzin i kontakt z kolegami ogranicza się w ich trakcie do uczestnictwa w programie zajęć. Nie ma przerw w czasie których można się powygłupiać, pogadać o tym, co dziecko interesuje i zapomnieć o rodzicach choćby na krótki czas. Mama zazwyczaj dowozi potomka na zajęcia i go z nich odbiera. Dziecko nie dostaje wystarczająco długiej chwili na bycie bez mamy. A mama nie dostaje tej chwili dla siebie. Tylko idąc do szkoły, gdzie mamy nie ma, dziecko będzie mogło poczuć tak potrzebną mu w tym wieku swobodę.

Proces wychowania to dążenie do tego, by dziecko – kiedy przestanie już być dzieckiem – żyło bez rodziców. To także dążenie do tego, by rodzice, usatysfakcjonowani pracą włożoną w wychowanie i wykształcenie dziecka, żyli bez niego. Proces odseparowywania, odłączania, „odpoczywania od siebie” nawzajem, czyli odcinania pępowiny nie zaczyna się zaś w wieku osiemnastu lat, czyli w momencie wchodzenia w dorosłość. Jest to długotrwały proces, do rozpoczęcia którego dziecko jest już gotowe po skończeniu trzeciego roku życia. Warto wypuścić dziecko z domu.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa Lupuca ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Gdzie są dziś ludzie z oazy?

zdjecieJakiś czas temu artykuł o podobnym tytule, zamieszczony w jednym z katolickich tygodników, przykuł moją uwagę. Ponieważ od dłuższego czasu zastanawiałem się nad tematyką dalszych losów byłych oazowiczów, postanowiłem zakupić ten numer i przeczytać tekst. Bardzo się zawiodłem, ponieważ okazało się, że nie był to reportaż o pokręconych losach dawnych uczestników oazowej formacji, lecz zbiór celebrytów, którym się w życiu udało (osiągnąć sukces), a którzy kiedyś należeli do ruchu Światło-Życie. Do dziś pamiętam tylko twarz pana Zubilewicza, który teraz – może właśnie dzięki oazie – przekazuje informacje o pogodzie na kanałach TVNu.

A tekst na temat tego, co stało się z ludźmi oazy, mógłby wyglądać z gruntu inaczej. Piszę to, bo zarówno ja, jak i moja żona, mamy wielu znajomych wywodzących się z tego środowiska – lub środowisk jemu pokrewnych. I widzimy, jak bardzo komplikują się losy tych ludzi. Można swobodnie powiedzieć, że silną wiarę i zaangażowanie w życie Kościoła katolickiego zachowuje nie więcej, niż 10% byłych oazowiczów.

Oczywiście wśród nastolatków jeżdżących na wakacyjne rekolekcje można wyróżnić i tych naprawdę zapatrzonych (często bardzo emocjonalnie) w Boga, i tych szukających przygód, przyjaciół czy sympatii. Nie jest jednak regułą, że tylko ci drudzy odchodzą od Kościoła. Im bliżej byli Boga w młodości, tym większym zaskoczeniem okazuje się ich całkowity zwrot, ale nie oznacza to, że stanowią wyjątek.

Ciekawostką jest, jak bardzo ekstremalną zmianę poglądów reprezentują ci, którzy wydawali się najbardziej sympatyczni, dający słabszym nadzieję i świadectwo wiary. Część z nich – obrażona na dawne środowisko – zostaje walczącymi antyklerykałami, krytykującymi domniemaną hipokryzję księży i osób wierzących. Pojawiają się przypadki osób szukających emocji i spełnienia poza Kościołem – w innych grupach wyznaniowych, często również sektach. A są i tacy, którzy jako nastolatkowie nie rozumieli tych nielogicznych dla dzieciaków dojrzewających w rozerotyzowanym świecie zasad, jak choćby wstrzemięźliwość przedmałżeńska czy odrzucenie antykoncepcji. We wczesnej dorosłości zaczynają się gubić, zachodzą w ciążę (lub doprowadzają do ciąży – w przypadku mężczyzn) i angażują się w nie do końca świadomie założony związek, albo zostają samotnymi matkami. A w efekcie zaplątania się we własne grzechy, odchodzą od kościoła i zapominają o Bogu. Potrafię również wskazać tych, którzy zwyczajnie ochłonęli, zobaczyli że Kościół nie jest jednak taki „cool” jak się wydawało, i zlaicyzowali swoje życie – chociaż ślub katolicki wezmą, a może i do kościoła pójdą co niedzielę.

Skąd taki przykry rozwój wypadków? Nazwałbym to efektem wyczerpania emocji. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że młodzież oazowa to właściwie wyłącznie nabuzowane hormonalnie nastolatki. Okres dojrzewania to czas pierwszych „erotycznych” miłości, czas huśtawek emocjonalnych i wielkich euforii. Dlatego oazowe nauczanie pada na podatny grunt – dzieciaki jak gąbka chłoną wszystko, co jest „dżezi”, „trendi” i „cool”, czyli ogólnie mówiąc: fajne. A Jezus Chrystus może być fajny, jeśli zgasi się światło, zagra na gitarze i zaśpiewa kilka oazowych hitów. Przyznaję – sam uwielbiam emocjonalny klimat oazowych wieczorków, dźwięk gitary i smętne, wyciskające łzy z oczu melodie. Sam wspominam grającą na gitarze w ciemnym kościele koleżankę, w której – właśnie tam i wtedy – się zakochałem. Bo miałem naście lat i wszystko tak na mnie działało. Zakochanie nie było trwałe, ale rozumiem dlaczego dziewczyny zakochują się i łączą w związki z chłopakami na wakacyjnych rekolekcjach. W całym tym klimacie zatopione jest nauczanie o Chrystusie i przyjmowanie Go jako swojego Pana i Zbawiciela. I znowu – część osób podejmie tę decyzję w gigantycznej euforii, a część nie zrobi tego, bo akurat przeżywa dół i czuje się niegodna. To właśnie jest nastoletnia huśtawka hormonalna.

Przypomina mi się scena z rekolekcji oazowych I stopnia. Przeżywałem je już z żoną, jako członkowie Domowego Kościoła. Omawialiśmy wyższość woli i rozumu nad uczuciami, które są piękne i ubogacające, ale nie są związane z nami, tylko przychodzą do nas z zewnątrz. I mówiliśmy o tym, że wiara wynika z rozumu i woli, a nie z uczuć. Zwróciliśmy wówczas uwagę na to, że I stopień oazy przechodzą też nastolatki. I że przechodzą również przez ten etap – etap ustalania, że wiara to decyzja, a nie emocja. I popadają w emocjonalny zachwyt nad tą rzeczywistością – i przyjmują ją wszystkimi swoimi uczuciami. Czyli tak naprawdę nie osiągają momentu decyzji, a tylko ekscytują się możliwością decydowania.

A potem trzeba zacząć dorosłe życie. Burza hormonów się kończy i pora na serio decydować, co się będzie w życiu robiło i w co się będzie wierzyło. I nagle okazuje się, że trzeba by zaakceptować zakaz seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji, nakaz dawania świadectwa czy najbardziej pierwotne przykazanie Boga: rozmnażanie się i zaludnianie ziemi. Na początku jeszcze uczucia się bronią – w zderzeniu z trudną rzeczywistością byli oazowicze przypominają sobie, jak fajnie jest na rekolekcjach czy na pielgrzymkach do Częstochowy. Próbują przywołać te myśli, żeby nie odejść od Kościoła, bo Kościół musi być „cool”. Potem jednak ostatnie uczucia się rozmywają i – jeśli decyzja o przyjęciu Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela nie była trwała – pozostaje szare życie, w którym Bóg nie jest już rzeczywistością. Sekty czy ruchy antyklerykalne potrafią zagospodarować to uzależnienie młodych od emocjonalnych zrywów, których nie osiąga się już w Kościele katolickim w dorosłym życiu. I tak oto pojawiają się setki, a nawet tysiące osób, które nie rozumieją, czemu Kościół, który był tak fajny kiedy mieli 15 lat, przestaje być fajny kiedy mają 25. To są właśnie byli oazowicze, zupełnie inni niż ci sympatyczni chłopcy i radosne dziewczynki sprzed lat.

Oczywiście nadal pozostaje to 10% oazowiczów, którzy rozumieją, co znaczy, że wiara jest decyzją i nie wynika z uczuć. Oni przechodzą w prozę życia z nastawieniem, że już nie będzie tak łatwo, jak było, ale z Bogiem musi być dobrze. Oni pozostają wierni Kościołowi i chętnie dają świadectwo swej wiary. I wcale nie ma znaczenia, czy są prezenterami sczytującymi chmurki z telewizyjnej mapy pogody.

____________________________________

Zdjęcie we wpisie pochodzi z archiwów Jacka Słabego. Znajdują się na nim przedstawiciele franciszkańskiej młodzieży oazowej oraz ich opiekunowie w czasie pieszej pielgrzymki do Częstochowy w 2003 roku. Ten w niebieskiej koszulce z Jezusem to ja.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Demoniczne Pokemony

229houndoomWe wrześniu uczestniczyłem w konferencji „W trosce o dobro dziecka, małżeństwa i rodziny” w szkole Animus w Kobyłce. Udało mi się wówczas odsłuchać wykładu pani mgr Małgorzaty Więczkowskiej na temat zagrożeń duchowych w mediach. Pani prelegentka dotknęła kilku wrażliwych tematów, jak na przykład kłopotów z odbiorem trzeciej części filmu o Minionkach, czy problemu związanego z demoniczną bajką Monster High (choć jej powiązania z Hello Kitty nie do końca rozumiem). Dużo czasu poświęciła jednak również tematyce Pokemonów, wskazując na płynące z tego filmu zagrożenia, ale szukając ich w zupełnie dziwnych miejscach. Stwierdziła, że cały problem z zagrożeniami duchowymi zaczął się dwadzieścia lat temu poprzez pojawienie się Pokemonów, i zamyka się klamrą przez Pokemon GO. Przy okazji zaznaczyła jednak jedynie, że franczyza po 20 latach ma się jak najlepiej, biznes się kręci, a ze 150 stworków na początku doszliśmy do ponad 700. By zademonstrować jak bardzo zgubne jest zjawisko Pokemon, pani Więczkowska wyciągnęła kilka tazosów wydobytych dawno temu z paczek chipsów i przedstawiła, jak ewoluowały one, by ujarzmić umysł dziecka. Otóż najpierw były zwyczajne, potem zmieniały wygląd podczas patrzenia pod innym kątem (tzw. Duo Tazo), a w końcu klikały jak kapselki wydając dźwięk (Metal Tazo)! Tak, rzeczywiście – jest to jakaś metoda na zwrócenie uwagi i rozpropagowanie marki. Ale co jest demonicznego w kawałku klikającego kapselka?

Postanowiłem zatem odnieść się do tematu, ponieważ zdaję sobie sprawę, że o Pokemonach da się powiedzieć sporo złych rzeczy, czego z jakichś powodów pani prelegentka postanowiła nie zrobić – skupiając się na czepianiu się strony marketingowej.

  1. Idea walki.
    To, co może się wydawać niepokojące już na pierwszy rzut oka jest to, że trenerzy Pokemon hodują i wychowują stworki głównie po to, by toczyły one między sobą walki. Owszem, przyjaźnią się z nimi, opiekują się nimi i przemierzają świat w ich towarzystwie, ale najczęściej jednak wystawiają je do walki z innymi trenerami. Można usprawiedliwić to tym, że serial animowany powstał na podstawie gry video, a w tych czymś oczywistym jest potrzeba rywalizacji. Czy jednak uczenie dzieci od najmłodszego bycia agresywnym i wykorzystywania swoich „zwierząt” do pojedynków jest konieczne? Dziś można powiedzieć, że bez tego się nie obejdziemy. Pokemon nie jest najbardziej agresywną bajką dla dzieci – w tym temacie zdecydowanie wyprzedza go Ben 10, a nawet filmy z – do niedawna wolnymi od przemocy – klockami Lego. Zatem niewątpliwie warto zaznaczyć, że nacisk na walkę mógłby prowadzić do duchowych zakłóceń.
  2. Niektóre typy stworków.
    Pokemony dzielą się na 18 typów (z czego niektóre kieszonkowe potworki mają po dwa typy). Część z tych typów posiada moce żywiołów (zarówno tych zachodnich: ogień, ziemia, woda, jak i wschodnich: roślina, metal), inne dotykają magii i manipulacji psychiką. Typ „wróżka” na przykład opiera się na działaniach magicznych. Większość Pokemonów-wróżek jest różowa, wygląda dość dziewczęco i posiada zdolność do czarowania. Typ psychiczny natomiast zadaje ciosy hipnotyczne, wprowadza w trans przeciwnika. Najbardziej podejrzanym typem jest jednak tym „ciemność”, w japońskim oryginale nazywający się raczej „zło”. Większość stworków tego typu posiada ciemne zabarwienie i charakteryzuje się, może nie czystym złem, lecz pewną dozą złośliwości i wyrachowania. Należy przy tym wspomnieć na przykład o Pokemonie Houndoom, wyglądem przypominającego coś w rodzaju piekielnego ogara.
  3. Wpływ filmów na psychikę dzieci.
    Nie chciałbym w tym miejscu wspominać o kłopotach z grą Pokemon GO – to, że ludzie giną wpadając pod samochód, bo próbowali złapać Pokemona, to najczęściej wynik ich własnej głupoty. Podobno były też historie osób, które pod wpływem obejrzanego serialu skakały z okien – ale takie opowieści słyszy się również przy okazji mówienia o Króliku Buggsie (bo on wyskoczył i się nie zabił) czy Batmanie. Bywają jednak niepokojące sytuacje, jak ta, która wystąpiła w Japonii po puszczeniu odcinka z Porygonem. Wówczas szybko powtarzająca się sekwencja kolorów czerwonego i niebieskiego doprowadziła do ataku epilepsji u kilkuset widzów jednocześnie. Nie doprowadziło to wprawdzie do głębszych zmian w psychice ofiar, a twórcy serialu nie puścili tego odcinka w dalszy obieg (choć można go obejrzeć w internecie), ale tego typu sytuacje związane z bajką dla dzieci mogą budzić podejrzenia.

Piszę to wszystko jako fan i do pewnego stopnia znawca Pokemonów. Jako dziecko oglądałem serial, zbierałem tazosy, a teraz na bieżąco śledzę pojawiające się nowości (dziś, po wyjściu gier VII generacji, są już oficjalnie 802 Pokemony) i obserwuję na YouTubie kanał człowieka, który postanowił narysować wszystkie Pokemony (i wszystkie ich formy). Piszę to i nie przestrzegam przed niebezpieczeństwem tylko dlatego, że nie uważam, by warto było szukać diabła wszędzie, gdzie się tylko da. Owszem, stworki walczą między sobą, również z pomocą ciosów magicznych, psychicznych i mrocznych, ale wszystko to sprowadza się do jakiegoś typu konwencji zamkniętej w osobnym świecie, i nie musi wpływać bezpośrednio na nas.

Piszę to jednak także by pokazać, że jeśli ktoś włoży trochę pracy, bez problemu będzie w stanie przestrzec innych przed zagrożeniami duchowymi płynącymi z serialu Pokemon. Sprawa wcale nie jest trudna, a argumenty leżą niemal na wierzchu. Dlatego – jeśli chce się udowodnić komuś problem płynący z filmu dla dzieci – warto poszukać czegoś więcej, niż tylko pykających metalicznie kapselków z podobizną 700 postaci.

____________________________________

We wpisie zastosowano oficjalny wizerunek Pokemona Houndoom. Źródło: http://bulbapedia.bulbagarden.net/wiki/.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Czarny marsz i kompromis

Odkąd tylko PiS wygrał wybory i mógł dostąpić samodzielnej władzy, bardzo dużo się mówiło o nadchodzących projektach społecznych mających proponować całkowity zakaz aborcji. Co więcej, część posłów PiS mających twarde poglądy moralne (jak np. Piotr Uściński, który wcześniej wprowadził całkowity zakaz aborcji w szpitalu w Wołominie) była przekonana, że jak tylko projekt wpłynie, natychmiast zostanie przegłosowany. Wśród katolików na portalach społecznościowych krążyły hasztagi w stylu #mojepokoleniepokonaaborcję i wielu liczyło, że skoro już rządzą „nasi”, to teraz zrobią po naszemu.

Propozycja ustawy zakazującej aborcji została oczywiście odrzucona. Nastąpiło to z pobudek politycznych, co wcale nie dziwi – przynajmniej mnie – ponieważ babranie się prawicowej partii, która ledwo wygrała wybory, w tak kontrowersyjnych tematach może skutkować zmianami, które doprowadzą do zwrócenia władzy tym „nie naszym”. Oczywiście wielu, zwłaszcza katolickich, publicystów oburzyło się, wskazując, że PiS zawiódł oczekiwania wyborców, że jest za śmiercią itp. Inni słusznie przypominali, że PiS wygrał wybory, ponieważ dawał nadzieję na rozliczenie układu III RP na czele z Platformą Obywatelską, oraz obiecywał takie nagrody, jak choćby 500+. Nie zaś dlatego, że obiecywał zniesienie aborcji. Ten temat nie był poruszany w kampanii wyborczej, PiS nic podobnego nie obiecywał, a oczekiwania z tym związane wynikały z przekonania części wyborców o „swojości” PiSu bardziej niż z jakichkolwiek deklaracji.

Choć sejm bardzo szybko uciął wszelkie spekulacje na temat wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej, protesty dotyczące tej kwestii trwają do dzisiaj. Setki kobiet biorą udział w czarnych protestach, krzycząc że należy wyzwolić ich macice. Z kolei inni, którzy zdecydowani są opowiedzieć się za całkowitym zakazem aborcji, stają okoniem wobec propozycji karania kobiet za dokonanie aborcji. To dotyczy także biskupów, którzy twierdzą, jakoby miejscem odpowiednim do pokonania problemu dokonanej aborcji jest konfesjonał, a nie więzienie. PiS, ze względów politycznych, usiłuje uciąć kontrowersyjny temat i pozostać przy słabym kompromisie aborcyjnym – przynajmniej na razie. Ale konflikt, sztucznie podtrzymywany, toczy się mimo tego.

nataliamadziaNapisałem, że biskupi są przeciw aborcji, ale i przeciw karaniu kobiet. Tę opinię podziela wielu znanych mi katolickich publicystów. Traktują aborcję jako zabójstwo człowieka, ale i jako wielki dramat matki, która przeżywa potem syndrom postaborcyjny i nie powinna jeszcze do tego siedzieć w więzieniu. Z czego wynika ta dziwna dysharmonia? Moim zdaniem z tego, że w naszej świadomości utkwiło poczucie, że aborcja to jest – faktycznie – zabójstwo, ale nie takie zwyczajne zabójstwo. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że kobietę, która zabija swoje półroczne (patrz: Mama Madzi), a nawet kilkudniowe dziecko, należy ukarać za zamordowanie człowieka. Jednocześnie tę samą kobietę, która dokonałaby – nawet nielegalnej – aborcji należałoby wysłać do spowiedzi albo do psychologa, ale z pewnością nie do więzienia.

Temat aborcji, kompromisu, konfliktu aborcyjnego i czarnych protestów towarzyszy naszej codzienności od tak dawna, że daliśmy sobie wmówić, że aborcja nie jest jak każde zabójstwo. Owszem, mordujemy w ten sposób człowieka – powie wielu – ale to wielki osobisty dramat. Nie jest wielkim osobistym dramatem zabicie teściowej, męża albo pięcioletniego dziecka. To morderstwo – oczywiście nie zawsze opatrzone tym samym poziomem winy (bo do każdego morderstwa można zostać przymuszonym lub sprowokowanym). Ale aborcja jest osobistym dramatem i nie powinna podlegać karze. Pozwoliliśmy się dać przekonać zwolennikom „wyboru” i uczestnikom czarnych marszów, że zabicie własnego dziecka przed porodem jest obarczone niższą winą niż zabicie go po porodzie.

Ustawa społeczna zakazująca aborcji zakładała karanie kobiet z możliwością ew. odstąpienia od wymierzenia kary. O ten konkretny zapis wszystko się rozbiło, przynajmniej z perspektywy biskupów i części publicystów. Ale przecież jeśli czymś naturalnym jest zakazanie zabijania nienarodzonych w przypadku choroby, gwałtu i zagrożenia zdrowia matki, to dlaczego nie jest czymś naturalnym karanie za złamanie tego zakazu? Logika zakłada co innego. Zabójstwo podlega karze. Aborcja jest zabójstwem. Zatem aborcja podlega karze.

Dopóki nie dopuścimy do naszej katolickiej świadomości, że aborcja nie jest jakimś innym rodzajem zabójstwa, za który nie powinno się karać, dopóty kobiety takie jak Natalia Przybysz będą chwalić się w mediach bezkarnym zabijaniem własnych dzieci. Bo gdyby zabiła którekolwiek z pozostałych swoich dzieci, czekałaby na długą odsiadkę. Ale że zabiła to, które jeszcze się nie urodziło, nawet nie przychodzi nam do głowy, że miejsce w więzieniu byłoby dla niej czymś najzupełniej naturalnym.

Jednak czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A przynajmniej żal nieco mniej.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie zestawiające przypadek mamy Madzi i Natalii Przybysz. Źródło: wykop.pl.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Smoleńsk to tylko preludium

tusk-putinObejrzałem w kinie film „Smoleńsk”, bo jakże mogłem go nie oglądać? Nie będę pisał recenzji, bo wiele ich powstało. Sam na facebooku zapisałem, że jest to film sprawiający dualistyczne wrażenie. Pozytywne opinie o nim wydadzą ci, którzy uważają, że prawdy należy szukać głębiej niż dotychczas szukano. Negatywne ci, którzy sądzą, że film jest propagandą, ponieważ na temat katastrofy smoleńskiej wszystko już zostało powiedziane. Poszczególne recenzje będą natomiast podawać dalej na facebooku ludzie podzielający daną opinię. W ten sposób będą myśleć, że komuś coś udowadniają – tak naprawdę jednak potwierdzają tylko, że myślą tak jak myślą.

Co ciekawe jednak – nie spotkałem ani jednej recenzji, która mówiłaby, że film Krauzego jest genialny. Pozytywne opinie uwypuklają mankamenty, których jest sporo. Nieidealna gra aktorska, kilka niepotrzebnych, nic niewnoszących wątków. Te negatywne zaś pełne są pogardy, ironii i śmiechu. Ciekawa różnica. Pozytywne komentarze o filmie potwierdzają, że nie był to film zachwycający. Podkreślają jednak, że był to film potrzebny.

Mamy do czynienia z realną, nieporywającą fabułą, w którą owinięte jest coś o wiele ważniejszego. Zainteresowani mogą bowiem z filmu wyczytać większość informacji związanych z wątpliwościami dotyczącymi wypadku i śledztwa. Ponieważ dzielimy społeczeństwo na tych, którzy wierzą, że komisja Millera odnalazła prawdziwą przyczynę śmierci 96 osób z pokładu Tupolewa, i na tych, którzy mają wątpliwości, film prezentuje zestawienie wątpliwości tych drugich. Czyli łączy w całość wszystko, co do tej pory było rozproszone. Czego można się było dowiedzieć z rozmów z przedstawicielami „sekty smoleńskiej” albo z konferencji zespołu parlamentarnego Macierewicza. Do tego dochodzi wątek serii samobójstw i nieszczęśliwych wypadków ludzi związanych w jakiś sposób ze sprawą smoleńską. Film zatem nie jest tylko prostą fabułą ze średnią grą aktorską, ale jest autentycznym, dobrym źródłem poznania części faktów zagłuszanych wcześniej przez media mainstreamowe i partie rządzące, oraz sposobu myślenia tych, którzy wybuchu na pokładzie Tupolewa nie wykluczają.

Krauze powiedział, że chciałby, aby jego film łączył ludzi i zakończył konflikt między Polakami. Nie wiem, czy taka była jego prawdziwa intencja, jednak z pewnością się tak nie stanie. Przeciwnicy brania w ogóle pod uwagę możliwości zamachu świetnie się sprawdzają w atakowaniu samego filmu, jego reżysera, scenarzystów, aktorów i w ogóle „sekty smoleńskiej”. Ale to dobrze. Dlaczego dobrze? Bo Smoleńsk jest tylko preludium. Film będący zestawieniem nieuwypuklanych faktów i wątpliwości jest wstępem do tego, co teraz nastąpi. Proszę zwrócić uwagę na to, że w niecały tydzień po kinowej premierze filmu „Smoleńsk” po raz pierwszy wystąpiła sejmowa podkomisja Berczyńskiego, przedstawiając nowe ustalenia dotyczące smoleńskiego śledztwa.

Wejście filmu do kin podgrzało atmosferę. Ci, którzy go widzieli, jak i ci, którzy tylko słyszeli lub czytali o nim, otrzymali odgrzaną potrawę, która od dawna leżała zimna i zapomniana. Nagle o katastrofie smoleńskiej zrobiło się ponownie głośno. Co więcej – wszyscy dostali jako wstępniak kumulację wszystkiego, czego dotychczas się domyślano. Teraz wreszcie społeczeństwo jest gotowe, by wysłuchać, co podkomisja ma nowego do powiedzenia. Gdyby nie „Smoleńsk”, zainteresowanie tematem byłoby znikome. A tak, można mieć nadzieję, że więcej ludzi zechce słuchać.

Podkomisja Berczyńskiego przyniosła ciekawe informacje. Odczytano dotychczas nieosiągalne ostatnie sekundy nagrań czarnych skrzynek, udowodniono z całą pewnością, że generała Błasika nie było w kokpicie i dowiedziano się, że pan Miller, w konsultacji z Donaldem Tuskiem, próbował doprowadzić do jak największej spójności w ustaleniach własnej komisji z ustaleniami Rosjan. Te informacje są oczywiście wyśmiewane i komentowane jako nieważne, a przedstawiciele Platformy Obywatelskiej jednogłośnie twierdzą, że to wszystko cyrk i podkomisję należy zamknąć. Ale gdyby nie „Smoleńsk”, miałyby szansę przejść w ogóle bez komentarza. Tymczasem mamy rozwój sytuacji. Napięcie rośnie.

Film „Smoleńsk” jeszcze się wcale nie skończył. Za chwilę ekshumacja zwłok ofiar katastrofy. A kto wie co przyniesie przyszłość. Ja, przedstawiciel „sekty smoleńskiej”, patrzę na to z ciekawością. I jestem przekonany, że dzięki „Smoleńskowi” również ci z drugiej strony spojrzą z ciekawością.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające Donalda Tuska i Wladimira Putina po katastrofie w Smoleńsku. Źródło zdjęcia: http://kurzastopa.blog.onet.pl/tag/wladimir-putin/.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz