Monthly Archives: Lipiec 2005

Memento mori

Dziś odbył się pogrzeb taty Czipsatej – jednej z qrczaków (chcesz poznać qrczaki – kliknij na podobiznę qrczaka na dole strony) i to wywołało u mnie refleksję nad śmiercią. Padają trzy pytania – Jak śmierć bliskiej osoby przeżywano kiedyś? Jak przeżywa się ją dzisiaj? Czym jest śmierć i o czym powinniśmy w związku z nią pamiętać?

Memento1. Kiedyś śmieć przeżywało się jako przejście. Jeśli nie była nagła i niespodziewana, czuwano przy łóżku umierającego, modlono się z nim, słuchano jego ostatniej woli. Wszyscy czekali aż bliska osoba umrze i nie dlatego, że wreszcie będą mieli spokój, lecz dlatego, że właśnie idzie do Domu Ojca. Jeśli śmierć była nagła i niespodziewana wiedziano, że Bóg zabrał tą osobę tak nagle z jakiegoś powodu, albo po prostu – że chciał ją mieć u siebie. Płakano, to jasne, ale pamiętano, że od tej pory człowiek ten będzie naprawdę szczęśliwy. Wielu ludzi modliło się o śmierć, marzyli bowiem o ujrzeniu Boga twarzą w twarz. Wielu marzyło o męczeństwie za wiarę.

2. Dziś, kiedy na ziemi powoli zaczyna „panować” cywilizacja śmierci, paradoksalnie śmierć stała się tematem tabu. Jeśli mówi się „kiedyś umrę” natychmiast ktoś z twoich bliskich odpowie: „Nawet tak nie mów”. Ludzie żyją chwilą, tym co teraz, tym co przyjemne i przyziemne, a śmierć nie należy do tych rzeczy. Dlatego o śmierci własnej czy kogoś bliskiego boją się nawet myśleć. To przecież skończyłoby ich życie… Śmierć ukazywana jest w horrorach i sensacjach, lecz nie jako odejście i przejście, lecz jako łatwo sprzedawalny towar. Życie, które diametralnie różni się od filmu, w ogóle nie dopuszcza do siebie świadomości śmierci. I dlatego albo starcy umierają w hospicjach bez kogokolwiek przy swoim boku, albo śmierć kogoś bliskiego staje się życiową tragedią, której nikt się nie spodziewał.

schodziznieba3. Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Tym samym ukazał nam, że życie to dopiero początek. Życie nie może, nie powinno być zlepkiem przyjemności które nie dopuszczają do siebie myśli o śmierci, lecz właśnie myśleniem o śmierci na całej rozciągłości – „memento mori”. To może wydawać się dziwne, ale nie jest. Bo śmierć nie jest żadnym końcem, lecz właśnie początkiem. Śmierć jest tym, co zaczyna nasze życie a nie kończy je. Ona z tego świata, na którym trwamy lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, przerzuca nas do tego świata, gdzie przez całą wieczność będziemy oglądać oblicze Boga. Dlatego właśnie musimy cały czas myśleć o tym, że nie tylko każdy z naszych najbliższych kiedyś odejdzie, ale że i na nas to przyjdzie. I że nie mamy pojęcia kiedy. Bo to może wydarzyć się w późnej starości, a może jutro, kiedy będziemy przechodzić przez ulicę. Nikt z nas nie wie kiedy przyjdzie Oblubieniec i zaprosi nas na wesele. Dlatego wciąż pamiętając, że to może przyjść w każdej chwili, w każdej chwili musimy być gotowi na odejście do Domu Ojca.

Jasne jest, że śmierć naszych bliskich wywołuje w nas łzy i wspomnienia. Ale nie możemy bać się śmierci, chyba że nie jesteśmy na nią gotowi. Bo śmierć jest tak naprawdę najpiękniejszym momentem naszego życia. Możecie powiedzieć, że „nie wie co gada bo mu nikt bliski nigdy nie umarł”. Macie rację. Nie wiem jak będzie kiedy umrze mi ktoś bliski. Ale modlę się bym przeżył to tak, jak napisałem tutaj. I powiem Wam jeszcze coś – nie boję się własnej śmierci.

Gdybym umarł Jezus żyłby we mnie
Gdybym umarł odpocząłbym
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć
Pragnę umrzeć aby żyć.

W tej chwili mówię Wam „z Bogiem” bo wyjeżdżam na wczasy. Będę z początkiem sierpnia. Obiecuję za Was swoją modlitwę.

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Ale dlaczego seminarium?

powołanie2To pytanie zadaje mi każdy człowiek który dowiaduje się, że tu poszedłem. Ciekawa rzecz – że tego dokładnie nie da się wytłumaczyć. Jak powiedziałby nasz rektor: „Najpierw trzeba zastanowić się nad tajemnicą powołania”. No właśnie, co to jest to powołanie i czym się objawia? I tu znów zonk, bo przecież nie umiem odpowiedzieć i na to pytanie. Mam kolegę który mnie podpuszcza. Mówi, żebym się zastanowił, bo może mnie się tylko wydaje że jestem powołany (dodam, że i on jest klerykiem). Ale ja wiem. Skąd? Nie umiem powiedzieć.

Ale jak to się zaczęło? Powiem jak zawsze: byłem wielkim grzesznikiem (i dodam, że teraz jestem trochę mniejszym grzesznikiem) ale jednocześnie niezwykle wrażliwym i wierzącym człowiekiem. Co niedziela byłem w kościele i gorąco się modliłem. A wierzyłem, że jeśli pojawi się dziewczyna, ale właśnie ta jedyna, to dla niej stanę się lepszy. Więc modliłem się o dziewczynę. I nagle, o dziwo, na Lednicy właśnie (wiecie co to Lednica?) poznałem dziewczynę. Mówię tu zwykle, że usłyszałem głos: „Oto ona”, ale nie jestem dziś o tym przekonany. Wiem natomiast, że to był grom z jasnego nieba i że rzeczywiście, natychmiast przeszedłem metamorfozę. Zaczęliśmy się spotykać, a ja nabrałem wdzięczności do niej i do Boga, za ten wielki dar. I dlatego z wdzięczności tej postanowiłem pomóc jej nawrócić się tak, jak ona pomogła mnie. I wziąłem się całym sercem do roboty.

powołanieCiekawostka – lubię niektóre sprawy stawiać na ostrzu noża. I tu postawiłem sprawę. Ponieważ błagałem Boga o tę jedyną, dla której mógłbym się zmienić, i On mi ją dał, to złożę przysięgę – Jeśli nie jest Twoją wolą, Panie, bym był z nią na zawsze, to zostanę na zawsze z Tobą. Nie wynikało to z moich ogromnych chęci zostania kapłanem (Boże zachowaj, mówiłem wtedy), lecz z wielkiego zaufania Bogu. I tak minęły 3 miesiące i nagle… ona zrywa. Ja sobie myślę: o qrczaki, ale żem strzelił gafę z tą przysięgą. Pójdę do jakiegoś kapłana i poproszę żeby ją zdjął ze mnie. I po chwili: To dlaczego ja przysięgałem? Czy jestem aż tak niesłowny? A może Bóg chce mnie sprawdzić? I tym samym wytrwałem. Okazało się, że Bóg nie tylko chciał mnie sprawdzić, lecz też dać mi czas na ułożenie we mnie powołania. Po tygodniu bowiem rozłąki wróciliśmy do siebie. I ja, jeszcze bardziej wdzięczny, jeszcze mocniej przykładałem się by jej pomóc… A potem poczułem niedosyt – za mało wdzięczności. Jednocześnie niespodziewanie zaczęły pojawiać się osoby proszące o rozmowę. I ja, odwdzięczając się Bogu, zacząłem pomagać innym ludziom. Tym czasem popełniłem ogromną gafę – zaręczyłem się. Nie, same zaręczyny nie były gafą, gafą było moje nastawienie „wszystko albo nic”, czyli albo jesteśmy ze sobą na całego albo to nie ma sensu. Myślałem zresztą, że ona jest już nie tyle nawrócona (choć wówczas tak to nazywałem) lecz wyrzeźbiona do moich planów. Bo zgodziła się na ślub. Ja już snułem plany dotyczące ewangelizacji świata we dwoje, pomagania ludziom w imię Boga (nawet myślałem czy nie przejść na protestantyzm, bo to powołanie już się we mnie gotowało), kiedy nagle ona stwierdza, że nie jest gotowa na ślub i że ma swoje życie i chce je przeżyć po swojemu. Co? Byłem w szoku, a przecież nie było powodu żeby się szokować. Próbowałem ze swojej narzeczonej uczynić narzędzie („pomocnik” to zbyt piękne słowo) w wykonywaniu swych planów i idei. Planów niezwykle szlachetnych, to prawda, lecz jakże bardzo moich. I raptem zacząłem rozumieć Judyma z „Ludzi bezdomnych” i jego zerwanie z Joasią (o tym może kiedy indziej). Rozstaliśmy się. I wtedy poczułem, że nie chcę zdejmować żadnej przysięgi. Że nie pragnę uciec przed odpowiedzialnością za podjęte wybory. Ba, poczułem wręcz, że ta przysięga nawet przestała mieć jakieś większe znaczenie. Poprostu poczułem, że jestem powołany. Kolejne pół roku było męczarnią – nie dość, że kłębiły się wątpliwości, to jeszcze zaczęły się pojawiać dziewczyny których nigdy nie było… Ale o tym też innym razem. Bo oto jestem klerykiem i przyjąłem jednak to, o co Bóg mnie poprosił.

Nie wiem, czy nie pomyślicie tutaj tego, co większość ludzi sobie myśli: „Poszedł do seminarium bo zerwała z nim dziewczyna”. Myślcie sobie co chcecie. Obiecuję modlitwę.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Karol – człowiek który został papieżem

KarolByłem dziś w kinie z mamusią. Na „Karolu”. I muszę powiedzieć, że przeżyłem coś naprawdę niesamowitego. Wiecie, ja wiedziałem, że ten człowiek był kimś, ale nie miałem pojęcia, że on to wszystko przeżył! Tak, tak, już jakiś czas temu obliczyłem sobie, że należał do pokolenia Kolumbów, ale nie byłem sobie w stanie wyobrazić jak to pokolenie tak naprawdę żyło… Powiem Wam, że film, ale taki dobry film, może czasem otworzyć człowiekowi oczy na prawdę, na to, jaki ten świat rzeczywiście jest. I co mnie zatkało? To, że Karol Wojtyła żył tam, gdzie wokół trwała wojna, zło szalało. A on był niewzruszony i trwał, trwał w tym, co sobie postanowił. Trwał w miłości. Bo taka jest prawda – tylko miłością można pokonać zło. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” (Rz 12, 21). Naprawdę, film może nauczyć nas wiele, a przede wszystkim pokory. It’s a must-see.

Wiem, że moje notki są póki co bardzo chaotyczne, ale ja dopiero zaczynam. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa.” (1 Tes 5, 23)

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Rozpoczyna się show!

wsdradomNie wiem jeszcze dokładnie jak się trzeba posługiwać tym narzędziem ani jak to działa, ale mam nadzieję, że pewna znana mi Dominika trochę mi pomoże. Tak czy inaczej pozdrawiam wszystkich. Jestem Mateusz i jestem klerykiem. A blog ten ma być zatytułowany „Z pamiętnika stukniętego kleryka”. Będę tu opowiadał o życiu w Seminarium, o wierze i doktrynie Kościoła Katolickiego, oraz będę starał się odpowiadać na intygujące Was pytania. Mam nadzieję, że uda mi się potoczyć ten wózek. Pozdrawiam wszystkich i niech Was Bóg błogosławi!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy