Monthly Archives: Październik 2005

Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików

Ciekawa sprawa, ciekawy tytuł. Przynajmniej mnie się tak wydaje. Od dawna chciałem o tym napisać tylko nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Dziś już wiem, ale temat się zestarzał… Wogóle wszystko we mnie stało się stare. Straciłem wolę do działania i dlatego takie trudności z tym wszystkim. Ale jeśli Bóg z nami to któż przeciwko nam…?

Cóż mogą znaczyć te dziwne słowa zawarte po wyrazach „nie znoszę”? Proste jest tego wytłumaczenie – Strusie to te osoby, które tam, gdzie mogłyby działać, chowają głowę w piasek. Tam, gdzie zawiniły, udają niewinnych. Tam, gdzie dzieje się coś wartego uwagi, wolą wogóle nie patrzeć. Niedzielni katolicy są to natomiast ci, którzy są katolikami z nazwy, którzy chodzą do kościoła w niedzielę, ba, nawet do Komunii przystępują, a przez resztę tygodnia poza wyznaczoną godziną zachowują się jakby ich to wogóle nie dotyczyło. Jakby byli kimś innym.

Strusie. Jak pisałem, jeszcze trzy tygodnie temu mogłem na ten temat napisać bardzo dużo. Ale wiem, że działałbym w afekcie. W szoku pourazowym. Dziś wszystko dokładnie przemyślałem, przeanalizowałem, i muszę stwierdzić, że mam do napisania znacznie mniej. Ale to nie znaczy, że nic nie napiszę. Zacznę od tego, że ja strusiem nie jestem. Staram się nie być. Głowę noszę wysoko uniesioną. Znam jednak ludzi, którzy mogą działać, a nie działają. Którzy siedzą cicho i czekają na swoją kolej. Mając nadzieję, że ta kolej nigdy nie nadejdzie. Wychylają głowę tylko po to, by uderzyć w osobę która usiłuje być. Ja nie boję się ciosów. Ciosów z różnych stron. Ze strony osób z którymi spędziłem najpiękniejszy rok mojego życia, ze strony ateistów, antyklerykałów, satanistów, świadków Jehowy… Znam jednak takich, którzy faktycznie chcą wyruszać do sprawiedliwych, marzą o tym, by Boże ziarno upadało tylko na żyzną, urodzajną glebę. Nie, ono upada wszędzie. Jedno wydziobią kruki, inne spali słońce, inne zadepczą przechodnie. Jeszcze inne wyda plon wśród trudów i kropli potu. Ale nie będzie nigdy tak, że wszystko pójdzie z górki. I w takich sytuacjach właśnie trzeba walczyć, a nie chować głowę w piasek, marząc, by wszystko rozegrało się samo. Ja wystawiałem głowę. Walczyłem. I głowę straciłem. Ale tylko na chwilę. Bo dziś odbyłem poważną rozmowę z Bogiem. I powiedziałem Mu, że wiem, iż nadal chce bym walczył o Jego Królestwo. Bo On chce tego od nas wszystkich. Chce walki, a nie chowania głowy w piasek. „Nie dajcie się zwyciężyć złu” – mówi – „ale zło dobrem zwyciężajcie”. Zwycięstwo możemy osiągnąć jedynie walcząc. Trzymając w dłoni miecz Bożego Słowa i miłości. Nigdy zaś chowając głowę w piasek i czekając… Powiedziałem Mu tak – wiem, że chcesz bym wciąż walczył. Nie wiem, czy jako kapłan, czy jako mąż i ojciec. Ale wiem, że każda ewentualna dziewczyna będzie miała ze mną przekopane. Bo zawsze będę walczył. Dziś poczułem, że się wybudzam…

A niedzielni katolicy? Te dwie sprawy są do siebie bardzo podobne. Szanuję ateistów, którzy są pewni swego ateizmu. Szanuję antyklerykałów, którzy mają ustawiony pogląd na świat. Szanuję świadków Jehowy, Mahomentan, Buddystów, którzy wierzą w coś i poświęcają się temu całkowicie. Choć oni wszyscy oczywiście błądzą i potrzabna im jest pomoc, to szanuję ich naprawdę, bo żyją tym w co wierzą (lub nie wierzą). Jest tylko jeden typ ludzi których nie szanuję. Oczywiście nie jako osób (u mnie każda osoba darzona jest jednakowym szacunkiem) ale jako ludzi o takim a nie innym podejściu do życia. Bo to są ludzie, którzy mówią co innego, a robią co innego. Więcej, często nawet mówią tak jak robią, a jedyne co ich łączy z Kościołem to niedzielna msza święta. Tych ludzi nie znoszę. Dlatego, bo zdarza im się udawać kogoś innego niż są naprawdę. Dlatego, że uczestniczą we Mszy Świętej i słuchają Ewangelii, kazania, a wracając do domu zapominają o czym wogóle była mowa. Dlatego, że bezmyślnie przełykają Ciało Chrystusa traktując Je jako przekąskę między śniadaniem a obiadem. Dlatego, że nie mówią nawet „ksiądz dziś gadał głupoty” albo „w Ewangelii napisano bzdury”. Oni przytakują księdzu i Ewangelii, a żyją zupełnie w drugą stronę. Sam kiedyś byłem niedzielnym katolikiem. Dziś walczę. W pierwszej kolejności walczę ze sobą.

Żeby nie być niedzielnym katolikiem.

I strusiem.

Panie, zmiłuj się nade mną grzesznym.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 24 komentarze

Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!

Na sam początek pragnę przeprosić wszelkich urażonych, Zgredka przede wszystkim. Właściwie nie chciałem poprostu by wypowiadały się osoby luźno związane z tematem przypowieści, a Ty w końcu chyba do nich nie należysz? Rzecz polegała na tym, że Ci nie siedzący w temacie nie mieliby na ten temat za wiele do powiedzenia, nie prawda?

Przepraszam Coexist, że mu nudno. Faktycznie czuję jakby coś odemnie odpłynęło wraz z moim odpłynięciem z seminarium. Nawet zaczynam to rozumieć. Obiecuję, że będę się starał. Nie wiem co z tego wyjdzie.

Notka ta będzie ciężka i nie wiem czy jej podołam. Jest to odpowiedź na prośbę Braka o wytłumaczenie sprawy myśli erotycznych. Pierwszą rzeczą będzie sięgnięcie do samych źródeł…

„Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5, 27-28). Potem jest fragment o wyłupywaniu oka i odcinaniu ręki, znany dobrze każdemu. To właśnie dotyczy myśli erotycznych, choć można powiedzieć – nie do końca. Jezus mówi tu o pożądliwym patrzeniu na dziewczynę. Prosta sprawa – idzie sobie laska w krótkiej kiecce ulicą, a my za nią łyp! okiem… Mam kolegę, dość dobrego nawet, który każdą w miarę dziewczynę wycenia słowami: „Ale fajna! Pyknąłbym ją”. To jest rzecz która drażni mnie u niego najbardziej, jasne jest bowiem, że „już w swym sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa”. To smutna rzecz, nawet nie ze względu na niego samego, ale choćby i na tą dziewczynę, która niczemu nie jest winna że wygląda tak jak wygląda, a tu ktoś, obcy nawet, ocenia ją jako pierwszą lepszą. Nie zaglądając nawet w jej wnętrze. To samo tyczy się choćby dyskotek czy innych imprez na które wychodzimy tylko po to żeby wycenić wartość niektórych dziewczyn, a czasem może wyciągnąć jakąś do toalety. Jednak jeśli to nam się nie uda, należy pamiętać że sama chęć, wola zgrzeszenia już sprawia, że zgrzeszyliśmy. Albo, powiedzmy, oglądanie pornografii, bez problemu może być nazwane takim samym cudzołóstwem. Z prostej przyczyny, że tą kobietę widzianą na zdjęciu z miłą chęcią w myślach gwałcimy…

Ale dobrze, to co napisałem dotyczyło pożądliwego patrzenia na kobietę, a nie myśli erotycznych samych w sobie. No bo cóż jeśli żadnej kobiety nie ma obok, a my kładąc się na przykład wieczorem do łóżka wyobrażamy sobie jakieś sceny erotyczne? I osobą w naszych wyobrażeniach pojawiającą się nie jest np. jakaś konkretna kobieta (ew. mężczyzna), lecz wymyślony ideał? Odpowiedź wydaje się prosta – takie myśli, jeśli pojawiają się z premedytacją i z naszym przyzwoleniem, także są grzechem. Bo nawet jeśli widzi nam się jedynie jakaś nieistniejąca mara, to ona również należy w jakiś sposób do stworzonego przez Boga świata. Posiada zresztą cechy różnych ładnych dziewcząt spotkanych przez nas w życiu, więc nie pozostaje całkowicie anonimową. Tak czy inaczej wyobraźnia nasza pobudzana przez nas do produkowania podniet w takich sytuacjach jest nam powodem do grzechu.

Ale przecież jesteśmy ludźmi, a ludzie mają w sobie coś ze zwierząt! Istnieje w nas coś takiego jak naturalny pociąg seksualny, przez który bardzo często dochodzi do poznania niezwykle ciekawych istot. Czytałem zresztą u ks. Malińskiego, że pociąg seksualny jest jedną z trzech podstawowych cech udanego związku. I nie ma w tym nic zdrożnego. Bo pociąg seksualny, który jest naturalny, nie jest jeszcze pożądaniem. Pociąg seksualny nie jest zależny od nas, wypływa z naszych uczuć, czy, jak kto woli – z naszych hormonów, i mamy na niego niewielki wpływ. Jakaś osoba podoba nam się i już. Tym czasem pożądanie jest już aktem naszej woli. „Chciałbym się z nią przespać” mówimy, co potwierdza, że to nie nasz organizm, a my właśnie chcemy dopuścić się grzechu. Można rzec, że pożądanie jest jakby dalszym stopniem rozwoju pociągu, wzmocnionym naszą wolą. No właśnie – tu jest najważniejsza sprawa. Bo Bóg właśnie dał nam wolność, byśmy mogli o sobie sami decydować. Choćby i w takich sprawach jak pożądanie. Jeśli jakaś dziewczyna mija nas na ulicy i zachwycił nas na przykład zapach jej perfum, możemy wybrać, czy chcemy by pozostała dla nas osobą, czy przedmiotem który „pyknąłbym”. Tak jest – więc jeśli myśli erotyczne same pojawiają się w naszej głowie (rzadko się to zdarza i zazwyczaj na krótko), a my nie chcemy ich rozwijać, lecz wolimy na drugą osobę patrzyć jak na człowieka, nie grzeszymy. Lecz jeśli pielęgnujemy w sobie nasze pożądanie i każdą napotkaną istotę traktujemy jako przedmiot do ulżenia naszemu egoizmowi, nasz grzech jest wielki.

Na koniec dodam jeszcze, by Pytajnik nie miał pretensji, że nasz grzech, jakkolwiek wielki by nie był, traci swą moc gdy go żałujemy i postanawiamy poprawę. Spowiedź, jako sakrament dany nam przez Boga, jest tu oczywiście najważniejsza, lecz bez żalu i postanowienia poprawy nic nie znaczy. Błogosławieństwo Pana z Wami wszystkimi. I zapraszam wszystkich do komentowania ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 28 komentarzy

Przypowieść o talentach

Ale zanim to, najpierw kilka spraw organizacyjnych, jak zazwyczaj. Zacznę od przytoczenia wszystkim niezorientowanym stuktury mojego bloga, która jakoś tak sama z siebie wynikła. Otóż główna treść znajduje się tu, w notkach. Jeśli ktoś chce powiedzieć coś na temat jakiejś notki, pozdrowić autora albo znajomych czy np. zaproponować temat na notkę (co się już parę razy zdarzało), notuje to w komentarzach. I znowu, jeśli komentarz dotyczy jakiś niedopowiedzeń w notce i uderza w temat (jak komentarz Pytajnika do notki „Powołanie do życia w świętości”), staram się odpowiadać w tychże komentarzach (moje odpowiedzi tam miewają więcej treści niż same notki). Jeśli zaś pada jakiś głębszy temat, staram się go przeanalizować i napisać na jego temat notkę. Mam w tej chwili dwie zaproponowane notki – o eutanazji i o myślach erotycznych. Oba tematy są trudne, bardzo bym rzekł nawet, więc obiecuję się nimi zająć gdy wnikliwiej zajrzę w temat. Jeśli jednak sprawa jest niecierpiąca zwłoki, proszę o informację w komentarzach. Dziękuję. Edziu, dziękuję Ci za pozdrowienia. U mnie coraz lepiej, mam nadzieję że jakoś tam bezemnie się trzymacie ;). Pozdrów chłopaków i może czasem daj jakiś komentarz wspomagający… Dzięki.

Aj jaj jaj, ja to jak się rozpiszę o jakiś głupotach to mnie nikt nie zatrzyma. Okej, przypowieść o talentach miała być. Na początku zaznaczę że będzie to moja prywatna interpretacja, z którą niewiele osób się zgadza. Właściwie poznałem dopiero jednego gościa, który przyznał mi w tym wypadku rację. Ale postaram się to wytłumaczyć na tyle przystępnie byście zrozumieli o co mi chodzi.

Rzeczona przypowieść znajduje się w Ewangeli wg. świętego Mateusza, rozdział 25, wersy od 14 do 30. Niewtajemniczonym pokrótce przytoczę o co w niej chodziło. Więc był sobie gospodarz, który musiał wyjechać. Dał więc swoim sługom pieniążki, talenty, jednemu 5, drugiemu 2, trzeciemu 1, każdemu według jego zdolności. No i pojechał. Więc ten pierwszy puścił kasę w obieg i zarobił drugie tyle. Tegoż samego dokonał drugi, trzeci wreszcie zakopał talent w ziemi żeby mu nie zginął. Pan przyjeżdża, pierwszemu i drugiemu oddaje tę kasę którą mieli (jednemu 10, drugiemu 4 talenty), a trzeciemu zabiera tego talenta wykopanego z ziemi. Koniec.

Jakie jest dla nas przesłanie tej przypowieści? Dosłowne (zbyt dosłowne) tłumaczenie mogłoby nas zgubić. Jak to? Ten trzeci przecież był w porządku i oddał ten talent a został ukarany? Dlatego trzeba spojrzeć na to głębiej – właścicielem majątku jest sam Bóg. Sługami jesteśmy my. Talenty to są właśnie nasze zdolności (każdemu według jego zdolności) dane nam przez Boga. A naszym zadaniem nie jest skrywać tych zdolności i udawać, że ich nie ma, lecz wykorzystywać je, rozwijać, pielęgnować. Wtedy otrzymamy zapłatę. Taka jest zwyczajna interpretacja tej przypowieści.

Okej, a gdzie moja kontrowersja? Już nadchodzi. Gospodarz jedzie. Zostawia sługom talenty żeby je rozwinęli. Oni nie wiedzą, że on im je odda. Dla kogo więc je rozwijają? Nie robią tego dla siebie, nie liczą na wielką zapłatę. Robią to dla gospodarza. Nie zarabiają pieniędzy dla własnych potrzeb, lecz by gospodarz, gdy wróci, miał więcej pieniędzy. Mało kto interpretując przypowieść o talentach zwraca uwagę na ten jej aspekt. A jednak mnie rysuje się on bardzo wyraźnie. Bo skoro Bóg powierza nam jakieś talenty które mamy rozwijać, a On jest gospodarzem z przypowieści, to nie oczekuje od nas byśmy rozwijali je jakkolwiek. On chce, byśmy robili to dla Niego. Dla Jego chwały, a także by pozyskać Mu większą liczbę wyznawców. Czyli tych, którzy poznali Prawdę. Jeśli umiem pisać, nie będę pisał opowiadań, na przykład, erotycznych, czy powiedzmy Harlequinów, choć to byłoby niewątpliwie jakieś rozwijanie powierzonego mi talentu. Jeśli umiem rysować, nie będę rysował aktów, choć to bardzo piękne rysunki mogłyby nawet być. Jeśli umiem śpiewać, nie będę śpiewał Iry „Weź mnie” albo „Rape me” Nirvany. Chociaż to wszystko wskazywałoby na jakiś rozwój moich talentów. Ale właśnie! Przecież te talenty NIE SĄ moje! One są mojego Pana, który wyjechał i powierzył je pod moją opiekę. I ja dla Niego mam je rozwijać. O Nim mam pisać, o Nim śpiewać. Jasne, z rysunkiem byłoby już ciężej (zacząłem rysować komiks ;). Raczej nie będzie za bardzo o Bogu), ale z całą pewnością jakoś dałoby się temu zaradzić. Gospodarz wyjeżdżając poprosił nas byśmy rozwijali Jego talenty i nie mamy prawa traktować ich jako swoich. Prawdziwie rozwiniemy Jego talenty tylko z myślą o Nim. Taka jest moja interpretacja przypowieści o talentach. I taki będzie koniec tej notki.

Wszelkich ateistów, satanistów i luźno związanych z Kościołem proszę o niepozostawianie obelżywych komentarzy. Ta notka skierowana jest raczej do osób mających bliższe związki z Kościołem. Dziękuję.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 25 komentarzy

Super impreza at Saint Franciszek's

Notka powinna była powstać około piątku, ale w tamtym czasie miałem już w planach poprzednią i zanim się zużyła, nadszedł poniedzialek. Ale napiszę to tu, zdarzyło się bowiem wtedy coś co na długi czas będę pamiętać.

W piątek już cała Polska zaczęła obchodzić 27 rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża. I to samo działo się w naszym, było nie było, małym mieście. Lokum znalazło się w klasztorze św. Franciszka na Kamiennej. Montaż słowno-muzyczny przygotowywała, z tego co się orientuję, moja rodzima parafia. Opowiadał on o czwórce ludzi, którzy dotknięci życiowymi problemami choroby, depresji, alkoholizmu, narkotyków zostali podniesieni na duchu przez cudowny pontyfikat Jana Pawła II, który w niesamowity sposób przybliżał ludziom Boga. Po tym montażu nastąpiła krótka projekcja zdjęć z życia naszego papieża okraszona piękną muzyką. Wiele ludzi, w tym również ja, wylało przy tym litry łez. Takie wspomnienie człowieka, który w białej sutannie zdobywał szczyty, i te ziemskie, i te niebieskie, przyprawiało o dreszcze. Gdy projekcja dobiegła końca, wyszedł do prezbiterium zaproszony Ojciec Franciszkanin, który spędził w Watykanie długie lata pomagając w czymś Widzialnej Głowie Kościoła. Próbował nam opowiedzieć wszystkie swe spotkania z papieżem, przez co, nie chcę ujmować nikomu czci, po kilku minutach stał się nudny. Zaznaczając to, że wszystkie fakty ze swego życia przytaczał z kartki. Pokreślę jeszcze raz, nikomu nie chcę w ten sposób ujmować czci. Ja jednak zrobiłbym inaczej. Zaprosiłbym człowieka który np. spotkał papieża raz i wywarło to na nim niesamowite wrażenie. Włożyłby w wykład trochę emocji i wszyscy byliby zadowoleni…

Ale zejdźmy z tematu. W sumie prelekcja dała się słuchać, padło kilka anegdot, więc nie było najgorzej. Ale potem zrobiło się o wiele lepiej. Przybyły bowiem dwie muzykujące rodziny, z Konstantynowa Łódzkiego chyba (Makota, dobrze mówię?) i tam, w prezbiterium, rozstawiły sprzęt. No i zaczęło się granie! Na początku miałem wątpliwości czy tańczyć. W sumie był piątek. Ale skoro nawet moi ukochani ojcowie franciszkanie poszli w tany, to stwierdziłem, że musi być dyspensa i wraz z kochanymi Qrczakami udałem się pod „scenę”. Qrczaki Makota, Expugnis, Agnes i Recydywista, niezrzeszona jeszcze Gremlin oraz ja szaleliśmy pod Ołtarzem do muzyki Magdy Anioł, Arki Noego czy innych katolickich zespołów (podejrzewam, że niektóre kawałki należały osobiście do wykonujących je rodzin). Najciekawiej obserwowało się jednak tańcujących ojców. Jeden z nich, w pełnym umundurowaniu, kręcił młynki z dziewczynami. Drugi zdjął habit i założył beżowy skejtowki strój – bluzę z kapturem i spodnie. Radość opanowała zakon świętego Franciszka. Właśnie to podziwiam w niektórych współczesnych księżach – że potrafią wyjść do ludzi i pokazać im, że są również ludźmi.

Następnego dnia odbyłem rozmowę z tym drugim ojcem. Na temat mojego powołania i złożonej przysięgi. I uwierzcie, rozmiawiało się z nim jak z dorosłym, poważnym, znającym się na rzeczy człowiekiem. Kapłanem. Bo powaga, moi drodzy, wcale nie polega na braku zabawy, życiowej radości, na spokoju i ciągłym opanowaniu. Powaga polega na tym, że potrafi się odpowiednio podejść do człowieka. Potrafi się wzbudzić jego zaufanie choćby przez zwariowaną zabawę, by potem móc wziąć go na stronę i porozmawiać o Bogu. Powaga polega na tym, że we wszystkim co się robi, nawet w tańcu pod Ołtarzem, widzi się moc Boga, który zawsze znajdzie sposób na to, by znaleźć drogę do człowieka.

Wiem, wiem, że w niektórych z Was cała ta sprawa wzbudza kontrowersje. Jak to, ksiądz tańczący w skejtowskich ciuchach i to jeszcze przed Ołtarzem w kościele? Ale nie zżymajcie się tak. To są właśnie zasady nowoczesnej ewangelizacji. Zresztą już Jezus bywał na weselach i zmieniał wodę w wino. Dobre wino. A o św. Franciszku śpiewamy:

Wciąż przede mną na rosie
Franciszka ślady bose
Tak niedawno obok mego życia przeszedł.
Tańczył chociaż nic nie miał
I klaskała w takt ziemia
I tak pragnął aby w radość jego wierzył.

Wszystkich Skarżyszczan zapraszam do Klasztorka w piątki na 18. Wtedy odbywają się spotkania młodzieży franciszkańskiej. To jest grupa modlitewna…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 15 komentarzy

Powołanie do życia w świętości

„Nie lubię tytułów”. Taki tytuł nadała swego czasu jednej ze swoich notek Serafinka. A ja się zdziwiłem. Przecież tytuł to jest jedna z najważniejszych spraw. Tytuł musi przyciągnąć, często niektóre rzeczy czyta się właśnie ze względu na chwytliwy, ciekawy tytuł. Tytuł może być nawet kontrowersyjny, by przyciągnąć czytelników (tytuł mojego poprzedniego bloga był tak kontrowersyjny, że uznano go za ubliżający seminarium – „stuknięty” kleryk). Ja bardzo lubię tytuły.

Ale co ma tytuł tej notki wspólnego z moim, trochę przydługim, wywodem o tytułach? Otóż w komentarzach do poprzedniej notki poinformowałem, że napiszę notkę o tytule mojego bloga. „W Obronie Życia i Świętości”. Bo to, czemu w adresie jest Gnorofex, jest mało ważne. Gnorofex jest to nazwisko Artdico. Artdico Gnorofex. Dlatego gdy założyłem nowego bloga zostałem oskarżony o małą oryginalność. Jednak pomyślmy o tym życiu i świętości.

Życie i świętość mają dwa różne znaczenia. A jednak w moim przekonaniu można postawić między nimi znak równości. Jedno bez drugiego istnieć nie może. Dlaczego? Bo tak naprawdę tylko życie w świętości ma sens. Tylko ten, kto przestrzega Bożego prawa, kocha Boga i bliźniego, dla kogo godność ludzka jest na pierwszym miejscu, tylko ten żyje naprawdę. Ktoś pełen grzechu, kto pluje na innych i myśli tylko o sobie, albo co więcej, nawet o sobie nie myśli, choćby oddychał, trawił, choćby jego serce biło, tak naprawdę od dawna jest martwy. No dobrze, wiemy już czemu świętość = życie. Ale dlaczego życie = świętość? Spójrzmy teraz na prawo, na tą rozkoszną, ssącą kciuka istotkę ze zdjęcia, która oczekuje by niezadługo wyjść z ukrycia. Czyż nie jest śliczna? Czyż nie jest słodziutka? Czyż nie jest święta…? No właśnie. Bóg daje nam życie. Każdemu z osobna. To sprawia, że życie, każde życie, jest świętością. Nie ważne w jakich okolicznościach, z jakiego powodu, przez kogo powstało. Ważne, że Bóg zechciał powołać je do istnienia. Dlatego życie jest święte. I dlatego można postawić znak równości między życiem a świętością. W obie strony.

Powołanie do życia w świętości. Otrzymuje je każdy z osobna. Jest to z góry nadane nam powołanie, wynikające z naszego niekoniecznego przecież istnienia. I z równości między życiem a świętością. Każdy z nas jest powołany przez Boga do tego, by jego życie było święte. Istnieją w prawdzie również specjalistyczne powołania: powołanie do kapłaństwa, bycia mężem, macieżyństwa. Do zawodu lekarza, piekarza, piosenkarza. Każde z tych powołań Bóg daje różnym osobom. Ale to jedno – powołanie do życia w świętości – daje nam wszystkim. I od nas zależy co z tym powołaniem zrobimy.

Wiemy już czemu świętość = życie a życie = świętość. Wiemy, że wszyscy jesteśmy powołani do życia w świętości. Ale czemu w tytule mojego bloga pojawia się słowo „obrona”? Nawet jedna przyjaciółka powiedziała, że to brzmi trochę jak jakieś hasło Młodzieży Wszechpolskiej. No i dobrze. W sumie jestem jeszcze młody. Ale jestem również waleczny. Jako swoje powołanie odczytuję walkę w obronie najwyższych wartości jakimi są życie i świętość. Nie wiem na obecną chwilę czy jestem powołany do kapłaństwa (co On sobie tam kombinuje?), czy do bycia mężem i ojcem, ale wiem, że jestem powołany do walki. To powołanie wynika właściwie z powołania do życia w świętości. Jest może tylko trochę silniejsze. Więc pamiętajcie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy przypuścić atak na życie i świętość, będzie musiał zmierzyć się ze mną. Tu sprafrazuję znany fragment z Harry’ego Pottera:

– Mr Gajek will allways be there to save the day…
– Don’t worry. I will be.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 komentarze

Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni

Wprawdzie blog nie wygląda jeszcze tak jak powinien, ale i tak czuję, że już najwyższy czas, by powrócić. Mam nadzieję że Bartek i Miśka jeszcze dziś uporają się z wyglądem stronki, a tymczasem notka będzie już sobie wisiała.

Witam wszystkich. Nazywam się (…) i przez rok byłem klerykiem. Był to najważniejszy i najwięcej chyba dla mnie znaczący okres w moim życiu i niezmiernie żałuję, że trwał tak krótko. Zostałem usunięty z seminarium za poprzedniego bloga którego prowadziłem, a do którego link będziecie mogli załapać w ulubionych. To, że zostałem za niego usunięty nie znaczy jednak, że zatraciłem powołanie i ideały. Stąd pomysł by założyć nowego bloga, którego nazwę „w obronie życia i świętości” i choć nie dane mi było pobierać nauki teologicznej przez dłużej niż rok (musiałem zabrać papiery również z uczelni), to na tyle na ile potrafię będę się starał pomagać, odpowiadać na Wasze pytania, pisać o życiu i świętości. I od dziś nie muszę się już martwić, jeśli komuś się to nie spodoba. Chociaż, podkreślę raz jeszcze, niczego tak w życiu nie przeżyłem, jak cudownego roku spędzonego na formacji w moim byłym, do niedawna wydawało się że jedynym, domu. I, podkreślę jeszcze raz, z pewnością będę się martwił, jeśli komuś się to nie spodoba…

Dziś jestem studentem polonistyki. Udało mi się dostać na studia zaoczne do Łodzi i być może będę tam szukał pracy i mieszkania. A co za tym idzie, mój dostęp do internetu może zmniejszyć się jeszcze bardziej niż gdybym był w seminarium. Tak czy inaczej studiuję polonistykę i mam już nowych przyjaciół nawet, których serdecznie, serdecznie pozdrawiam, bo z pewnością to czytają. Pozdrawiam Paulinę, Anię, Albina, Piotra i Jacka. Jestem studentem polonistyki dzięki jednemu życzliwemu kapłanowi z seminarium, któremu bardzo podobał się mój blog. On to polecił mi, bym studiował polonistykę. Stwierdził bowiem, że mam talent (taaa, wiem, to śmieszne ;), i że powinienem go rozwijać. Dziękuję bardzo serdecznie! Tak naprawdę nigdy nie planowałem studiować polonistyki, jak również nie planowałem studiów zaocznych, ani studiowania w Łodzi. Jak jednak mówię, Bóg rzucił mnie na głęboką wodę i nie mam za wiele czasu żeby wypłynąć i zaczerpnąć powietrza. Co On sobie tam kombinuje tego ja nie wiem, wiem jednak, że cokolwiek by to nie było, będzie dla mojego dobra.

Miałem jeszcze opisać skąd taki tytuł bloga i kilka innych rzeczy, ale nie chcę, by ta notka była za długa. A mam jeszcze bardzo ważną rzecz do napisania. Odnosi się ona do Sandry i Kasi, które opisałem krótko w jednej z moich poprzednich notek. Dziewczyny dostały odemnie adres bloga, gdyż nie widziałem sensu w tym, by go ukrywać (nie widziałem nic złego w tym co napisałem). Moje koleżanki poczuły się jednak urażone i zażądały przeprosin i sprostowania. Podejrzewam że nie czytały komentarzy do rzeczonej notki, ponieważ sprostowanie pojawiło się już tam i to dużo wcześniej. Co do przeprosin jednak, postaram się spełnić prośbę. Komentarz Sandry w księdze gości był dla mnie bowiem o wiele boleśniejszy niż opinia księdza Rektora dotycząca bloga. Głównie dlatego, że dziewczyny zdążyłem szczerze pokochać…

Sandro, Kasiu! Nie napiszę sprostowania i przeprosin na tamtym blogu, ponieważ postanowiłem, że nie będę w nim już nic zmieniał. Wierzcie mi jednak, że wszyscy odwiedzający poprzedni pamiętnik internetowy zajrzą tu prędzej czy później. Przepraszam Was serdecznie i naprawdę szczerze. Przepraszam, że poczułyście się oczernione i urażone. Naprawdę, nie to miałem na myśli. Chciałem by owa notka była zabawna, tak jak zabawna była nasza przejażdżka bryczką. To, że próbowałyście mnie przekonać bym zrezygnował z seminarium było żartem („przekonywanie” naprawdę miało miejsce i również wiem, że było żartem, Kasiu). Jednak przepraszam naprawdę bardzo mocno za to, że poczułyście się gorsze przez moje działanie. Przepraszam również za zamieszczenie naszego zdjęcia bez Waszej zgody. Czasami prędzej działam niż myślę i to mnie właśnie zgubiło…

Myślę że najwyższy czas zakończyć moją pierwszą, a zarazem 19 notkę. A to znaczy że wróciłem! Choć już nie jestem klerykiem, dalej będę działał i próbował pomóc. Błogosławieństwo Pana niech będzie z Wami wszystkimi.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 18 komentarzy