Monthly Archives: Listopad 2005

Cierpienie ma sens

Notkę piszę na prośbę Iluvromance. Bo sprawa cierpienia zawsze dotyka nas. Każdego z nas. I często jest tak, że człowiek który wierzy w zbawienie, w miłość i miłosierdzie, ugina swą wiarę pod brzemieniem bólu. Pod naciskiem cierpienia które zjawia się ni stąd ni z owąd i rzeczywiście staje się czymś nie do zniesienia. Czy jednak rzeczywiście rzeczywiście?

W Piśmie Świętym na temat cierpienia odnajdujemy całe mnóstwo różnych fragmentów. Choćby cała Księga Hioba mówi nam o sensie cierpienia niezawinionego. Ale to nie jest odpowiedź na nurtujące każdego pytanie: „Dlaczego ja, on, ona, ci ludzie od tsunami”? Nie najlepsza ze wszystkich. Jak zawsze najlepszą odpowiedź znajdziemy w Ewangelii. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24) Jezus mówi wyraźnie, bez żadnych domysłów, bez zagadkowości: chcesz iść za Nim, być świętym, być zbawionym – musisz wyrzec się wszystkiego, także siebie samego i cierpliwie znosić swoje udręki. Ten krzyż właśnie.

Pukacie się po głowie. To śmieszne! Jak można być tak okrutnym, by kazać swym uczniom brać krzyż (który wtedy był symbolem najgorszej kaźni i największego upokorzenia) i nieść go przez całe życie? Zapominamy jednak o tym co podane na końcu tego wiersza: „I niech Mnie naśladuje”. Tak! Naśladuje Chrystusa! Bo On nie każe nam robić czegokolwiek czego sam przed nami nie zrobił. Nie każe nam przyjmować na siebie swych cierpień nie pokazując nam wcześniej jak należy to zrobić. Jezus Chrystus, prawdziwie człowiek i przawdziwie Bóg, pokazał nam jedyną możliwą drogę do zbawienia. Drogę pełną cierni i trudności. Drogę wysłaną bólem i cierpieniami. Taką, której nie przejdziemy jeśli nie schylimy głowy i nie poddamy się spotykającym nas udrękom. Ale zaraz, przecież przyjmować na siebie cierpienie nie oznacza chować głowę w piasek (że się zwrócę w stronę jednej z poprzednich moich notek). Naśladować Chrystusa znaczy walczyć o zbawienie dusz, wiedząc że czeka cię przez to wiele cierpienia które będziesz musiał na siebie przyjąć. Na które nie będziesz mógł narzekać. Cierpienia, które czasem będziesz musiał znosić w pojedynkę… Czy w pojedynkę? Nie! Zawsze jest z Tobą Chrystus, który to samo przeszedł przed Tobą.

No dobrze, ale dlaczego do zbawienia nie prowadzi ścieżka usłana różami? Dlaczego na każdym kroku ciernie wbijają się nam w stopy? Wyobraźmy sobie gdyby tak nie było… Gdyby każdy miał w życiu dobrze, gdyby nikt nikomu nie dokuczał. Gdyby wszystko szło z górki… Czy byłoby nudno? Niekoniecznie. Bo i nie w tym rzecz. Z całą pewnością coś takiego jak pokora bardzo szybko by zniknęło. Pokora wobec siebie. Pokora wobec drugiego człowieka. Pokora wobec świata. Wreszcie pokora wobec Boga. Gdyby wszystko było piękne i nieskazitelne, bardzo szybko poczulibyśmy się sami swoimi własnymi bogami. Spójrzmy na historię osób które tak miały. Którym wszystko szło z górki. Nie chcę wskazywać palcami ale minione stulecie miało na koncie przynajmniej kilku takich osobników. Takich, którzy czuli że wszystko idzie po ich myśli. Zwyrodnialców…

Zajrzyjmy na pierwsze strony Pisma Świętego. Historia znana i wyświechtana. Adam i Ewa zjadają jabłko (czy inną brzoskwinię), tym samym popadają w grzech wraz ze swym całym potomstwem i zostają wygnani z raju, popadając w cierpienia. Ale czy musimy na nich patrzyć jak na winnych naszego cierpienia? Z pewnością nie! Wystarczy że spojrzymy na nich jak na siebie. Że spróbujemy zobaczyć siebie w roli któregoś z nich. Nich, którzy mieli wszystko. Którym wszystko szło z górki. I oni właśnie chcieli mieć jeszcze więcej. Pokora, jeśli w ogóle jakaś była, odfrunęła z pierwszym podmuchem wiatru. Zapragnęli być jak Bóg. I skazali się na cierpienia. Właśnie! Bo to nie była Ewa, to nie był Adam. To było każde z nas! Z nas, którzy, gdy mamy za dobrze, odwracamy się przeciwko Bogu. Sami wpędzamy się we własne cierpienia…

Ciekawe jak ja szybko zmieniam temat. Raz jest o zbawieniu przez cierpienie, raz o źródle tego cierpienia. Ale to wszystko łączy się w jedną całość. Bo dzięki cierpieniu które sami na siebie zrzuciliśmy (nie tylko my na siebie, ale i na innych ludzi. Oni na nas zresztą też) potrafimy się uniżyć przed ogromem Boga i zdać się na Jego łaskę. Na łaskę Tego, który sam wyraźnie powiedział i pokazał: bez bólu nie będzie radości. Bez upokorzeń nie będzie wzniosłości. Bez śmierci nie będzie zbawienia. Dlatego cierpienie ma sens…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 20 komentarzy

Bóg jest…

„Oj jest” – Odpisał na mojego SMSa Jacek – „I chyba bardzo nas lubi. Właściwie to nas 7 jest”. Bo bez Niego (a bez Niego się nie da) jest nas sześcioro. Sześć osób które praktycznie poznały się jednego dnia. Ja, Ania, Paulina, Albin, Piotrek i Jacek. Początkowa piątka to znajomi z pierwszego dnia pierwszego zjazdu, gdy dowiedziałem się że będę studiował polonistykę zaocznie. Jacka poznali oni dnia następnego, a ja dowiedziałem się o jego istnieniu nieco później. Tak czy inaczej jest nas sześcioro. To zakrawa na cud. Właściwie wydaje mi się, że to jest cud. Zdarza się przecież, że spotkają się dwie osoby i od razu popadną w wielką zażyłość. Nawet niech będą trzy. Ale nie sześć osób jednego dnia. I nie mogę powiedzieć, że to jest przelotna znajomość. Że to kumpelstwo jakich wiele. Gdy spotykamy się wszyscy razem to pytanie które każde z nas zadaje sobie jest: jak to się mogło stać? Czasem pytamy się o to w duchu, czasem jeden drugiego. I nie potrafimy znaleźć dobrej odpowiedzi. Bo na to odpowiedzi się nie znajdzie. Wszyscy boimy się użyć słowa „przyjaciel”, ale w duchu wiemy, że być może nigdy nikogo takiego nie znaliśmy. Niektórzy boją się zaufać do końca, ale w głębi serca wierzymy, że tym osobom możemy zaufać jak nikomu wcześniej. I żadno z nas tego nie rozumie.

1. Paulina.

Paulina to dziewczyna niezwykle radosna, a jednocześnie zawsze poważnie myśląca o życiu. Niby ma lekkiego świra, a jej podejście do świata jest absolutnie niewspółczesne. Mimo wielu wątpliwości i obaw, w tym także oporów w ufaniu ludziom, ma swoje wyrobione stanowisko jeśli chodzi o przyszłość i zasady i nikt nie jest w stanie w niej tego zmienić. Paulina pomogła mi znaleźć mieszkanie i pracę pod Łodzią. Zajęła się tym już pierwszego dnia. Mimo sporych kłopotów cały czas się uśmiecha…

2. Ania

Ania mniej zwariowana niż Paulina nie różni się od niej powagą jeśli chodzi o podejście do życia. Chodzące dobro, chodzący uśmiech, chodząca miłość. Ania z łatwością potrafi zaufać ludziom, choć wie, że może się na tym sparzyć. Z Anią świetnie bawiłem się na fuksówce (wygraliśmy nawet nagrodę w jednym konkursie ;).

3. Albin

Albin wygląda nieco inaczej… Ale do swego wyglądu dopasował również niezwykle oryginalny styl. Nosi się na czarno, zazwyczaj elegancko, czarny płaszcz, czarny parasol, czarny kapelusz. Inność jego wyglądu polega na afro w miejscu włosów. Podobno dziś nie jest to już takie widoczne, ale w liceum Albin wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie. Romantyk, być może jeszcze większy niż ja. I wciąż czegoś poszukuje. Miłości, wiary, nadziei. Na polonistykę zaoczną poszedł bo mu się nudziło w weekendy (dziennie studiuje filozofię). Wydaje mi się niezwykle podobny do mnie. Możemy spędzać godziny na rozmowach ze sobą.

4. Piotrek

Największy i najsilniejszy z naszej paczki. Pracuje jako ochroniaż. Z nas wszystkich chyba najcichszy i najbardziej zamknięty w sobie. A jednak nasza paczka nie mogłaby bez niego istnieć. Nie tylko bez niego zresztą. Z Piotrkiem solidaryzujemy się najczęściej w niechodzeniu na wagary i w zajadaniu sajgonek w chińskiej knajpie. Palce lizać!

5. Jacek

Jacka znam najkrócej i jako ostatni dowiedziałem się, że jest jeszcze szósta osoba w naszej paczce. Ale jak tylko poznałem go, pokochałem tak jak pozostałych. Jacek jest artystą i choć należy do ludzi roztrzepanych i niezwykle zwariowanych, już myśli o małżeństwie. Jak się wkurzy, klnie, ale gdy jest zadowolony, potrafi pożartować, wyściskać, napisać coś pięknego. Narysował nawet karykaturę naszej paczki, naprawdę niesamowitą. Chyba najbardziej tajemniczy z naszej szóstki. Ale gdy nie zjawił się na mojej parapetówce i spędziliśmy ją w piątkę, to cały czas było czuć, że kogoś brakuje.

6. Mateusz

Czyli ja. Nie będę się rozpisywał, wiecie kim jestem. W naszej paczce mam ksywę „ksiądz”. Staram się utrzymywać duchowość na wysokim poziomie ale mam o tyle szczęście, że chyba wszyscy wśród nas są wierzący. Wiem już że zostałem usunięty z seminarium choćby po to, by stworzyć tą paczkę. Jestem wdzięczny.

Paczka nie ma przywódcy. Chyba nawet nikt nie wyobraża sobie, że ktoś taki jak przywódca mógłby istnieć. Chociaż nie, właściwie jest przywodca. Jest ktoś, kto czuwa nad istnieniem, wiązaniem się naszej szóstki. Ktoś, kogo nigdy i nigdzie nie mogłoby zabraknąć. Bóg jest…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 21 komentarzy

Radość odchodzenia

I jak często tytuł kontrowersyjny. Zwłaszcza jak na ten czas który mamy teraz, czyli noc między Wszystkimi Świętymi a Zaduszkami. Wiedziałem, że muszę napisać coś na temat, a notka o śmierci już była (na poprzednim blogu) więc dziś coś o radości odchodzenia.

Ludzie boją się śmierci. To już zaznaczałem, nie tylko ja zresztą. Śmierć z domu i otoczenia rodziny przeniosła się do szpitali, hospicjów. Dzieciom nie mówi się, że dziadek nie żyje, lecz że wyjechał. Śmierć stała się dobrze sprzedającym się towarem na półkach z zabawkami i w telewizji. Eutanazja by skrócić męki cierpiącym, aborcja by sobie skrócić męki, kara śmierci by nie patrzeć w oczy prawdzie. Tym czasem aż się wzdrygujemy gdy myślimy, że ktoś mógłby nas odłączyć od maszyny dostarczającej pożywienie byśmy zmarli z głodu czy że ktoś mógłby nie dopuścić do naszego narodzenia nawet. Już nie wspomnę o tym, że myśli o tym, że samochód jedzie za szybko, że budowla jest niestabilna, że piorun wali w drzewa, nie przechodzą nam nawet przez głowę. Nie zgadzamy się z myślą, że będziemy musieli umrzeć. W tym czasie budujemy fabryki kosmetyków odmładzających, leków dodających wigoru, farb pokrywających siwiznę. Z dumą patrzymy na pnące się w górę statystyki mówiące o tym, że średnia wieku sięga 75, 80, 85 lat. I marzymy „ech, żeby chociaż tej siedemdziesiątki dożyć, to byłoby pięknie”. Modlitwy powtarzane nieraz w kościele przez starsze panie (ale i niektórą młodzież) pod wieczór „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg Wszechmogący…” stają się mechaniczne i w myślach brzmią „Noc spokojną i żadnej śmierci…” Myśl o śmierci dostarcza rozstroju nerwowego.

Pierwsi chrześcijanie pragnęli szybkiej śmierci. Najlepiej w mękach i we krwi, na cześć i chwałę swego Pana. Nie bali się śmierci. Nie uciekali przed nią. Wiedzieli bowiem, wierzyli z całego serca, że czeka ich wieczność lepsza niż doczesność na świecie. Jezus Chrystus jako pierwszy pokazał że śmierć nie jest końcem, lecz początkiem drogi. Że po śmierci doczesnej czeka nas życie wieczne. Że doczesność, tu – na ziemi, jest po to, by sprawdzić samych siebie czy jesteśmy godni wiecznego życia, czy chcemy żyć wiecznie. Święty Paweł miał dylemat: umrzeć czy żyć? Wszak żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk. Mógł umrzeć i na wieki być z Chrystusem. Albo żyć dla zbawienia innych. Chciał odejść. Cieszył się na odejście. Inni także.

Dziś jest inaczej. Ludzie chcą żyć. Zapominają o obietnicy wieczności. Zapominają o zmartwychwstaniu. Kochają to życie. A przecież Jezus powiedział – jeśli kto kocha to życie, straci je, jeśli zaś ktoś nienawidzi życia, zyska je na wieki. Obietnica wydaje się jasna. Nie należy miłować tego świata, lecz Boga który jest ponad światem. Nie należy służyć światu, lecz Miłości Wiekuistej, która ten świat stworzyła. Nie należy przyjaźnić się z doczesnymi dobrami i mamoną, lecz z ludźmi, których umiłował Zbawiciel i których jedynym celem jest życie wieczne.

Śmierć jest radością. Oczywiście, że tajemnica przemijania wprawia nas w zadumę. Wszystkich, i Katolików, i ateistów i wyznawców wszelkich religii. Oczywiście, że odejście naszych bliskich sprawia, iż pytamy się co dalej. Ale Bóg dał już odpowiedź co dalej. „W domu Mego Ojca jest mieszkań wiele”. Poszedł przed nami, by je nam przygotować. „Gdyby było inaczej, powiedziałbym wam”. Wierzę w to z całego serca. Dlatego żyję tylko po to, by umrzeć. Nie boję się śmierci. A dopóki Bóg utrzymuje mnie przy życiu, ja będę pomagał Mu jako Jego narzędzie w zdobywaniu serc które również rozmarzą się o śmierci. Bo śmierć jest pierwszym krokiem ku nowemu życiu.

A teraz skąd wypływa mój ogromny optymizm, choć wydaje się, że zamulam? Bo świat jest zły. Bardzo zły. Pełno na nim zła, wydaje się, że więcej niż dobra. I choć Bóg go stworzył, dał aniołom i nam wolną wolę przez co sprawiliśmy, że świat stał się gorszy. Dziś świat gnije. Rozkłada się. Trędowacieje. Rakowacieje. Umiera. A każda śmierć prowadzi tylko do jednego…

Do zmartwychwstania.

Na koniec dodam tylko, że założyłem wreszcie forum na którym będziecie mogli szerzej komentować notki, rozpisywać się na różne tematy religijno – filozoficzne. Nie chcę by ono zastąpiło blog, chcę jedynie by było dla nas wsparciem. O wsparcie proszę również osoby gotowe mi tego wsparcia udzielić, bo często czuję się z tym blogiem bardzo samotny (gdy osoby od lat związane z Oazą w tym samym stopniu podważają to co tu piszę co ateiści, więc z nikąd żadnej pomocy choćby teologicznej). Przede wszystkim każdego dnia proszę o wsparcie Boga. Bóg jest zawsze ze mną. Choć nie mam pojęcia, czy to co tu piszę jest Jego podpowiedzią, czy moją fanaberią. Acha, i wyjeżdżam. Będę mieszkał w Rzgowie i tam pracował, a studiował w Łodzi. Nie będzie mnie więc tak często. Tym bardziej potrzebna mi pomoc. Adres forum to http://www.gnorofex.gaa.pl. Proszę logować się pod stałymi (tu, na blogu) lub rozpoznawalnymi nickami. Dziękuję. Niech Bóg ma Was w swojej opiece.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 komentarzy