Monthly Archives: Grudzień 2005

Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj

Kiedyś była nawet popularna taka gierka chodząca po internecie, w której Jezus i Mikołaj kłócili się najpierw kto jest najważniejszy w święta. A może to był jakiś odcinek South Parka, to zresztą mało ważne. Ważne że w tym filmiku oni zaczęli się w końcu nawalać. Może to nie jest dobry pomysł by rysować Chrystusa bijącego się z Mikołajem na piąstki, ale bardzo trafnie obrazuje nastałą już także w Polsce sytuację. Sytuację pojedynku świętości z komercją, czyli Boga z mamoną. W której chyba jednak ostatnio wygrywa Święty Mikołaj…

I tu nie chodzi wcale o tego prawdziwego Świętego Mikołaja, który żył sobie na przełomie wieku V i VI, był ubogim biskupem, który tym co miał, dzielił się z dziećmi, czy może ogólniej, z potrzebującymi. Tu bardziej idzie o gościa zwanego Santa Claus, u którego mitra zmieniła się w czapę z pomponem, ornat w czerwony płaszczyk a pastorał w worek z prezentami. Bo choć tradycja dawania prezentów która uczyniła Świętego Mikołaja patronem obdarowywania trwa już od zamierzchłego Średniowiecza, to dopiero w latach 30 ubiegłego wieku Coca Cola zmieniła sobie Mikołaja w swój symbol handlowy, który rozrósł się, przerastając najśmielsze oczekiwania. Dziś Święty Mikołaj nie jest już symbolem dzielenia się ostatnim groszem z potrzebującymi. Dziś nie jest już też symbolem brązowego odrdzewiacza (którego zresztą lubię się napić podczas pracy w McDonaldzie). Teraz Mikołaj stał się symbolem komercji, gonitwy za prezentami i uszczęśliwiania się nawzajem za wszelką cenę. Stał się też symbolem zapomnienia…

Zapomnienia o czym? – gotowi jesteście spytać. Zapomnienia o tym, czym są właściwie Święta. I skąd się wzięły. A wzięły się stąd, że pewnej nocy, gdy Józef z Betlejem nie mógł znaleźć dla siebie i swej żony miejsca w gospodzie, rozłożył się obozem w stajence, w której owa żona powiła Synka. Synka pisanego z dużej litery, gdyż Synek ów przyszedł na świat jako Syn Boga, który wśród brudu i biedoty miał się urodzić, wychować, dorosnąć, a potem w takich samych warunkach nauczać. Urodzić się, wychować, dorosnąć i nauczać po to, aby zbawić świat. Jezus dostał wprawdzie od magów ze wschodu Mirrę, Kadzidło i Złoto, ale dostał też tysiące zniewag od ludzi i to od samych narodzin aż po śmierć. I tych zniewag do tej pory doświadcza, choć dzieło Jego doczesnej pracy na ziemi już się dopełniło. Jedną z wielu zniewag jest właśnie Jego walka o prymat w okresie Bożego Narodzenia. Ale w takiej sytuacji należy przypomnieć sobie Jego osobiste słowa: „Ostatni będą pierwszymi”. Jezus zawsze był ostatni…

Podsumuję całe to rozważanie innym rozbrzmiewającym hukami pojedynkiem. Boże Narodzenie kontra Wielkanoc. Wielkanoc w Kościele jest obchodzona od początku chrześcijaństwa i od zawsze jest najważniejszym kościelnym świętem. A jednak gdyby spytać kogokolwiek, które z tych dwóch woli, z dużym prawdopodobieństwem odpowiedziałby, że Boże Narodzenie. Dlaczego? Bo dostaje prezenty… Prezenty. Czyli jednak wygrywa Mikołaj. Bogu ducha winny Mikołaj, biskup z Turcji, którego przeprowadzili na Biegun i uczynili symbolem handlu.

A dzieciątko płacze, czekając na nas w żłóbku…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 11 komentarzy

Jeden jest cel mego życia

Sprawa wielokrotnie ujęta już w poprzednich notkach, dziś chciałbym ją wyciągnąć na pierwszy plan. Więc wyciągam. Jedynym celem mojego, ale przecież nie tylko mojego, lecz każdego z Was, życia jest zbawienie. Rzecz nie taka prosta do uświadomienia sobie. Ale prawdziwa. Minęło ponad 20 lat mojego życia (w tym 3 od momentu nawrócenia) zanim sobie to uświadomiłem. A właściwie ktoś mi to uświadomił. Osobą dzięki której to wiem był ojciec franciszkanin do którego wybrałem się na rozmowę wkrótce po moim usunięciu z seminarium. Poskarżyłem się mu wtedy, że zostałem pozbawiony celu, prawdziwego celu mojego życia, którym było kapłaństwo. Czego chciałem dokonać przez ten cel? I tu zastanowienie (zastanowienie, którego nie było wtedy, podczas tamtej rozmowy). Zastanowienie nad tym, co PO dotarciu do kapłaństwa. No właśnie. Po tym fakcie miałbym za zadanie (czyli za cel) pomoc ludziom w powrocie do Boga, w osiągnięciu zbawienia. Czyli kapłaństwo w prostej konkluzji nie było celem samym w sobie.

Tamtego dnia ojciec R. powiedział mi, że jedynym prawdziwym celem naszego życia, do którego wszyscy powinniśmy dążyć, jest zbawienie. I przy głębszym zastanowieniu wiem, że kołatało mi się to już wcześniej w głowie, choćby podczas myślenia o śmierci, której się przecież nie boję. Ale dopiero wtedy zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Powiedziano mi, że kapłaństwo, tak jak i małżeństwo, jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. I każdy z tych środków możemy wykorzystać zarówno dobrze, jak i źle. To oczywiście nasuwa na myśl przykłady kapłanów którzy swą formację zakończyli na święceniach. Albo małżonków, dla których ślub był ostatnim momentem małżeństwa. Ale są przecież i dobrzy, małżonkowie, dobrzy księża. To ci, którzy dążą do zbawienia. Dla których celem nie był ślub czy sakrament święceń, lecz dla których celem jest osiągnięcie wieczności przy boku Boga.

Jeśli będziemy pamiętać o głównym celu i jeśli zawsze będziemy dążyć do zbawienia, każde nasze postępowanie, każda rzecz którą zrobimy będzie środkiem do tego celu. Nasza praca, życie w rodzinie, przyjaźnie, nauka. Modlitwa i przyjmowanie sakramentów również. Ale przecież nie tylko dla mnie celem jest zbawienie. Jest ono również celem dla Ciebie, dla niego, dla nich wszystkich… Nie wszyscy sobie to uświadamiają, bo i nie tak prosto jest to sobie uświadomić. Dlatego mój cel, choć jeden, jest podwójny. Celem mojego życia jest dążenie do usprawiedliwienia, ale także pomoc w dążeniu do usprawiedliwienia moich bliźnich. Bliźnich, czyli każdego/każdej z Was. Bo pomoc Wam w zbawieniu będzie jednocześnie pomocą w zbawieniu samemu sobie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 13 komentarzy

Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka

Myślę że część ludzi już domyśla się w czym rzecz i o czym będzie ta nowa po bardzo długiej przerwie notka. Pierwsze ciastko to szarlotka, najlepiej ciepła, z dużą ilością jabłka, żeby można było zrobić z nią różne ciekawe rzeczy. Drugie ciasteczko to trufla czekoladowa. A właściwie coś co miało być truflą czekoladową lub za coś takiego miało uchodzić, gdy było przeżuwane przez jednego przystojnego gościa, zostawiając ładne ślady na zębach (mmm, pychota!).

American Pie. Ale właściwie American Pie to tylko pretekst by napisać ogólnie o wszystkich arcyśmiesznych (lub może arcyżenujących) filmach młodzieżowych opowiadających o jednym. O seksie. Filmach nie tylko amerykańskich, moda na nie rośnie przecież ogóloświatowo, choć oczywiście poza kilkoma kiczami z Niemiec czy Francji Ameryka posiada monopol na kicz. Ale skąd moje oburzenie tematem? Przecież, można rzec, nie ma w tym nic takiego potwornego. W większości filmów nawet nie pojawia się ani odrobina intymnych części ciała. Więc co w tym takiego oburzającego?

Rzecz wydaje się naprawdę ciekawa. Oto chłopak kończy 18 lat i – o mamusiu! – wciąż jest prawiczkiem. Więc co by tu zrobić, by jak najszybciej stracić swe znienawidzone dziewictwo? Tak, na początku chłopiec ma 18 lat. Ale czas mija, wymagania idą w górę, humor staje się coraz bardziej ordynarny, a chłopiec z każdym nowym filmem – coraz młodszy. Chłopiec i nie tylko. Bo przecież głównymi bohaterkami często są dziewczyny, które mają kompleksy, bo koleżanki się z nich śmieją, że mają 16 lat i wciąż są dziewicami. Przesadzam? Może. Ale wiem, że skutki oglądania takich filmów są jasne – człowiek zatraca poczucie moralności. Zatraca poczucie taktu i miejsca. Zatraca poczucie cnoty, a przecież kiedyś „wzór cnoty” to był komplement. Dziś używa się słowa „cnotka” na określenie dobrze prowadzącej się dziewczyny. I nie jest to określenie pozytywne. Oglądanie filmów, ale również czytanie gazet typu Bravo i tym podobnych doprowadza bez wątpienia do stępienia poczucia tego, co kiedyś uchodziło za wspaniałe. I nie chodzi o to, że rzeczywiście doprowadza dziewczęta do poczucia winy z powodu niestraconego jeszcze dziewictwa. Choć owszem, te bardziej wrażliwe może doprowadzić. Ale dzięki modzie na seks nikogo już nie razi rozwiązłość gwiazd filmowych, potem rozwiązłość przyjaciół, braci czy sióstr, w końcu własna rozwiązłość. A humor o zjadaniu kupy jeszcze dodaje temu wszystkiemu ochydy. Ochydy spustoszenia…

Osobiście podkreślę, że nie oglądałem ani jednej części American Pie, choć miałem okazję zobaczyć je niejednokrotnie. Widziałem tylko te „najciekawsze” i „najśmieszniejsze” sceny. Po kilku wychodziłem z pokoju. To samo dotyczy kilku innych filmów o tej tematyce. Jedynym filmem który obejrzałem w całości były niemieckie „Mrówki w gaciach”. Film o nastolatkach, w których puentą okazało się, że to nie seks, lecz miłość jest najważniejsza. Dlatego jak nakręcili drugą część, miałem ogromnego doła. Bo autorzy dostosowali się do wymogów światowych. Rozumiecie o co chodzi… Najbadziej jednak zaintrugowało mnie gdy kilku kumpli z mojego niegdysiejszego domu siedziało przy telewizorze i oglądali właśnie trylogię Amerykańskiej Szarlotki na DVD. Spytałem ich potem jak zamierzają powiedzieć ludziom, że to wszystko jest złe, skoro sami się z tego śmieją. Ich zdawkowe „daj spokój” sprawiło, że nie dam spokoju. Wypowiadam wojnę Amerykańskiej Szarlotce…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 komentarzy