Monthly Archives: Luty 2006

Jestem Judym; Tomasz Judym

Ile osób przeczytało książkę Żeromskiego „Ludzie bezdomni”, tyle ma na jej temat różne zdanie. Większość z nich jednak uważa głownego jej bohatera – doktora Judyma, za idiotę i kretyna. Niewiele osób takich jak ja traktuje go jak ideał do naśladowania. Oto bowiem (niewtajemniczeni, acz zamierzający książkę przeczytać, zostają niniejszyum ostrzeżeni, że nastąpi przytaczanie treści) Judym jest idealistą, który pragnie poświęcić swe życie ratowaniu ludzkiego zdrowia i życia. W pewnym momencie zakochuje się w pięknej dziewczynie – Joasi – i nawet jej się oświadcza. Gdy ta odwiedza go, by ugadać datę ślubu i plany na przyszłość, Judym trochę wbrew sobie zrywa kontakt, potem przeżywa załamanie.

Joasia chciała dzielić z Tomaszem jego ideały, jego poświęcenie. Z drugiej jednak strony pragnęła mieć ładny dom i zdrowe dzieci. Tym czasem Judym, jeszcze z czasów jak pracował w Warszawie, pamiętał swych kolegów po fachu, żonatych, dbających o dobrobyt swój i rodziny, a zapominających o młodzieńczych ideałach ratowania świata. I choć Joasia oferuje mu pomoc i wsparcie, doktor w ostatniej chwili je odrzuca. Wie bowiem, że na dłuższą metę taki układ może być niemożliwy – albo będzie zmuszony porzucić ideały, albo zranić żonę, albo jedno i drugie. Zrywa. No i właśnie – większość znanych mi ludzi twierdzi, że to najgorszy idiotyzm jaki można zrobić. Bo nie należy porzucać własnego szczęścia z powodu jakichś chorych ambicji. I ja tak myślałem…

Skończyłem czytać książkę kiedy jeszcze byłem z Gosią. Powieść czytało mi się genialnie i dlatego przeżyłem wielki szok jak doczytałem do końca. Natychmiast wystosowałem SMS do narzeczonej w którym napisałem, że to bez sensu, bo przecież można dzielić ideały a jednocześnie kochać się wzajemnie i sobie pomagać. Gosia mnie pocieszyła. Ale nie na długo. Wkrótce potem stwierdziła bowiem, że ja jej wmówiłem swoje chore ideały i że ona, owszem, może być ze mną, ale nie chce nawracać ludzi i głosić Ewangelii, bo to nie jej życie. Na początku się zdziwiłem. A potem doznałem olśnienia – Judym miał rację! Nie da się związać z kimkolwiek mając takie ideały, względem których nie idzie się nigdy na kompromis. Nie ma możliwości by złączyć się z kobietą jeśli nie chce się porzucać ideałów lub zranić owej kobiety.

Ale część z Was pewnie znów łapie się za głowy. Przecież Judym był idiotą! Może i był. A ja jestem ortodoksyjnym katolikiem. Ortodoksyjny katolik nie tylko zna naukę Kościoła, ale także nią żyje. Oddycha, karmi się. Ortodoksyjny katolik z natury rzeczy jest idealistą z którym nie sposób przeżyć w bliższym kontakcie, o ile samemu nie jest się ortodoksyjnym katolikiem. Niektóre najbanalniejsze kwestie (choćby omawianej już kiedyś antykoncepcji) w podobnych związkach mogą doprowadzić do gigantycznych sprzeczek i załamania. Do zranienia drugiej osoby, albo samego siebie. A tym samym zranienia samego Boga. Nie mówiąc o sprawach dotyczących wychowania dzieci, przestrzegania postów i tym podobnych. Nie mówię, że Judym był ortodoksyjnym katolikiem, ale z pewnością był ortodoksyjnym lekarzem. Chciał być blisko swoich pacjentów, wciąż im towarzyszyć, umierać razem z nimi. Tak jak misjonarz, który jedzie do Afryki i wie, że może zginąć. Taki człowiek wolałby nie mieć żony i dzieci, by go nie stracili. Zwykły kapłan nie jest może zagrożony bezpośrednio śmiercią, ale jako kapłan ma poświęcać całe swe życie niesieniu pomocy ludziom i służeniu Bogu. Przez to poświęcenie się pojedynczej kobiecie sprawia, że inni ludzie stają się jakby mniej ważni (nie mówiąc o zazdrości ze strony żony). Dlatego doszedłem do wniosku, że kapłan właściwie w rzeczy samej jest takim Judymem. Czyli „Ludzie bezdomni” odpowiadają w świetny sposób na pytanie dlaczego celibat.

Ale ta kwestia mnie nie dotyczy. To jest nie kwestia celibatu, lecz kwestia kapłaństwa. Ostatnio więc zaczynałem się rozglądać za kimś kto mógłby mi towarzyszyć (tak jakbym nie pamiętał przejść z Gosią). Myślałem nawet, czy notka o Judymie, którą od początku planowałem tu zamieścić, wciąż byłaby aktualna. Okazuje się, że jest. Spotkałem bowiem kogoś, co do kogo miałem nadzieję, że uda się, nie porzucając ideałów, pozostawać z tą osobą. Jest jedynie mały problem – moje ideały wykluczają związki opierające się tylko na emocjach, które są chwilowe. Ja zawsze patrząc na dziewczynę widzę w niej już moją przyszłą żonę, matkę moich dzieci… Okazuje się jednak, że to odstrasza i to bardzo. I znów staje przed oczami Judym. Joasi nie zdążył odstraszyć swym idealizmem. Ale domyślił się, że w końcu ją odstraszy. Z bólem serca porzucił ją. Nagle znajduję się w podobnej sytuacji. Któryś kolejny raz. I dziś notka o Judymie nabiera emocjonalnego wyrazu. Bo choć cały czas pragnąłem ją napisać, dziś wiem, że czuję to dużo lepiej. Oto moja nowa Joasia zromumiała, że ze mną się nie da. Ja, głupielok, miałem nadzieję, że może jednak się da. I przypomniałem sobie dr Tomasza, który wiedział, że się nie da. Że jeśli zależy mi na czystości przedmałżeńskiej, na katolickim wychowaniu dzieci, na modlitwie nieskończonej, to moje wymagania mogą nie objąć żadnej Joasi czy innej białogłowy. Od dziś nie mam już nadziei. Bo Judym może być sobą tylko będąc samemu.

Czy wciąż uważacie Judyma za idiotę? Pewnie tak. Pewnie dziś i ja jestem dla Was idiotą. Ale nie będziecie pierwszymi osobami które tak o mnie pomyślą. A dla mnie Judym to ideał. Tribute to Stefan Żeromski…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 12 komentarzy

Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym

Oczywiście planowałem wykorzystać wieczór spędzony w domu na napisanie notki ale oczywiście miała to być notka o zupełnie innej treści. Mniej oparta na uczuciach, bardziej na trzeźwym myśleniu, która telepie się w mojej głowie już odkąd założyłem (pierwszego) bloga. Jednak dziś stwierdziłem, że jak już czeka tyle czasu, „no to se jeszcze poczeka, hehe”. Bo dziś napiszę coś opartego na emocjach, jakem emocjonalny człowiek.

Ostatnio zresztą nie za wiele przychodzi mi przeżywać emocji. Są, ale są słabe. Zresztą to jasne – wstaję koło południa, idę do pracy, wracam, idę spać… Jestem niezwykle uczuciowy ale niestety przeżywanie spraw wyższych, związanych także z Bogiem i wiarą, opiera się u mnie właśnie na uczuciach. I w takiej szarej rzeczywistości jak codzienna praca przeżywanie Transcendensu gdzieś się ulatnia, upłynnia. Znika. Jakby Boga nie było, choć jasne, że jest… Może – jakby zbyt oczywiste było Jego istnienie i przez to nie warte zachodu. Jak pisałem w ostatniej, panicznej notce, to wszystko, cała ta praca itp. sprawia, że w kościele bywam raz na tydzień. Do tego parafia w Rzgowie działa mi tak na nerwy (całkowite pomylenie przepisów liturgicznych, kazania czytane z kartki, organista zapierniczający psalm 200 km/h…), że zamiast się skupić na przeżywaniu Mszy choć ten raz w tygodniu, skupiam się żeby nie krzyczeć na głos „nie zgadzam się!”.

Ale, jak już napisałem, jestem w domu. Na weekend, jutro idę na Studniówkę. Ale że trafiłem właśnie w piątek, nie mogłem odrzucić jedynej, niepowtarzalnej możliwości zahaczenia o klasztorek Franciszkanów. Tu bowiem w piątki odbywają się spotkania modlitewnej grupy świętego Franciszka. Grupy, która była jednym z czynników mających bezpośredni wpływ na moje nawrócenie 3 lata temu. Wtedy do tej grupy wciągnęła mnie Gosia, moja najumileńsza (zresztą jest to chyba w nocie z tamtego bloga, odnośnik znajdziecie w moim komentarzu do poprzedniej notki). Potem czas mijał, grupa się rozpadła z dwóch powodów (to, że większość osobników należących wywędrowała na studia, jak ja na przykład, oraz to, że nieopodal klasztorka otwarto klub dla metalowców i „czarni”, a tych był ogrom w grupie, wybrali „Semafora” na piątkowe wieczory). Ja ten rok przestoju, gdy grupka nie istniała, spędziłem w seminarium, więc nawet tego nie zauważyłem. Tym czasem nadeszły wakacje i mój brat, znany jako Qrczak Expugnis, wraz z paczką przyjaciół – Piętusiem, Makotą, Agnes i kilkoma innymi, umyślili sobie, że pójdą na pielgrzymkę z grupą jedenastą (Franciszkanie, rzecz jasna), ponieważ podobno jest luzik i w ogóle spoko. Komu by tam wtedy do głowy przychodziło jakieś szukanie Boga? No ale poszli i oczywiście, klawo się bawili, nawet ich kawałek odprowadziłem (niestety, nie mogłem iść, w tym czasie miałem bowiem partię w seminarium). Ale i ojciec proboszcz miał wtedy klawy pomysł – ponieważ ojciec Rafał, który chodzi z Franciszkanami na pielgrzymkę od początku istnienia grupy, dostał akurat nominację do Skarżyska (stąd pochodzę), zadecydował o wskrzeszeniu grupki. Oczywiście po pielgrzymce zostało zorganizowane spotkanie młodzieży na które przybyłem (brat też był, i tylko on i Agnes z Qrczaków), a na tym spotkaniu R. wyłuszczył pomysł proboszcza. Ja się ucieszyłem, nie pamiętam reakcji reszty. Ale tak właśnie otworzono na nowo moją starą przystań. Z początku tylko kilka osób przychodziło (w tym większość stanowiły Qrczaki pielgrzymkowicze), potem zaczęły dochodzić nowe osoby (w dalszym ciągu Qrczaki – są w grupce oprócz R. tylko dwie osoby – nieqrczaki). I tak oto, chcąc nie chcąc, Stowarzyszenie Niepodległych Qrczaków, jakkolwiek wciąż niezależna organizacja, przerodziło się we wspólnotę świętego Franciszka. Potem nastąpiło przeniesienie większości z nas w ogóle do tej parafii (powód – 29 września 2005, proste i logiczne, czytaj poprzednie notki). No a następnie moja wyprawa na północ „za chlebem” i w poszukiwaniu swojego miejsca.

Dziś po 2 miesiącach po raz pierwszy odwiedziłem klasztorek. Nie wiem od jak dawna nie byłem na spotkaniu… Ale dziś coś we mnie pękło. Modliliśmy się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym tylko świecami, przy gitarze ojca Rafała. Śpiewaliśmy, modliliśmy się w ciszy. Modliliśmy się na głos. I choć niewielu osobom udało się przełamać wewnętrzny opór (wstyd? Obawę?) to atmosfera była wielka mimo wszystko. I po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczułem, że Bóg jest. I to jest cały czas, trzeba się tylko wpatrywać, wsłuchiwać. Modlić. Śpiewać. Płakałem jak małe dziecko. Prosiłem Boga o to, by dał mi szansę czuć się codziennie, w szarej codzienności. Żebym nie potrzebował takiego natłoku uczuć jak dziś by zrozumieć, że jestem ważny, bo On mnie kocha. Prosiłem też o to, bym mógł wybaczyć tym, których posądzam o doprowadzenie do sytuacji w której się znajduję. O to, bym zrozumiał, że to moja wina… Bo to już trwa za długo. I pora się podnieść.

Oto jaki związek mają Qrczaki ze świętym Franciszkiem. Dziś mogę mieć nadzieję, że jeśli tą przyjaźń trzymają już nie tylko młodzieńcze wygłupy, jak gdy młodsze (niż ja) Qrczaki były w gimnazjum, ale ponad to to, co ponad to, czyli sam Bóg we własnej osobie, to Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków nie rozniesie czas. Bo dziś SNQ to również Franciszkańska grupa modlitewna…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 komentarzy