Monthly Archives: Marzec 2006

Myron

Przyjechałem do Albina i od wejścia powiedziałem, że nie piszę notki, bo nie mam natchnienia. Ale ponieważ od ostatniego spojrzenia w to miejsce uzyskałem dwa komentarze, postanowiłem je przeczytać. No i oczywiście natchnienie przyszło. Muszę przyznać, że najczęściej gdy czytam komentarze, notki lub cokolwiek innego napisanego przez Animaedimidium, to myśli przychodzą natychmiast. A tu, co ciekawe, poszło o Jej wyżalanie się na temat bierzmowania…

Myron (co oznacza „krzyżmo”) lub chryzmacja to wschodnie nazwy sakramentu Bierzmowania. Jednego z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Na wschodzie udziela się go jednocześnie z sakramentem chrztu, na zachodzie oddzielono je od siebie by podkreślić związek każdego chrześcijanina z jego biskupem (u nas bowiem bierzmowania udziela, lub udzielać powinien, biskup). Samo bierzmowanie jest pamiątką Pięćdziesiątnicy, czyli Zesłania Ducha Świętego. Podkreśla i dopełnia darów Ducha Świętego uzyskanych przez nas na chrzcie, dodaje nam odwagi do wyznawania wiary w Chrystusa i głoszenia owej wiary, czyli w zasadzie do działalności misyjnej (która jest obowiązkiem każdego chrześcijanina). Bierzmowanie jest również zwane sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, a ja mam fioła na punkcie dojrzałości (również) chrześcijańskiej, i dlatego bierzmowanie jest moim ulubionym sakramentem. Więcej na temat historii, skutków i bierzmowania w ogóle można przeczytać w Katechiźmie Kościoła Katolickiego w punktach 1285-1321. Ale nie o tym przecież miałem…

Animaedimidium pisze w komentarzu że przygotowanie do bierzmowania odbiera jej całą radość uczestniczenia w Mszy Świętej, że nie chodzi już do kościoła bo to daje moc, ochotę na dalsze życie, bo pomaga, lecz dlatego, że trzeba zebrać podpis, bo inaczej Jej nie dopuszczą. Ale Duszyczka przecież nie jest tu odosobniona. Sam pamiętam te czerwone książeczki z tysiącami głupkowatych pytań (głupkowatych nie dlatego, że były bez znaczenia, lecz dlatego, że nic do życia młodego człowieka nie wnosiły) które miały chyba pogłębić moją wiedzę na temat Kościoła, Boga i wiary, a tak naprawdę oddalały od Kościoła, Boga i wiary. I nie tylko mnie, podkreślę, lecz również wszystkich moich znajomych. Formacja (czyli przygotowanie) do bierzmowania opierało się na wkuwaniu i zdawaniu tych pytań, czy jak kto woli – ZZZ (Zakuć, Zdać, Zapomnieć). Do kościoła trzeba było pójść żeby dostać podpisik. To samo w związku z drogami krzyżowymi itp. Sam byłem świadkiem (dość niedawno) że Msza skończyła się wcześniej niż przypuszczalnie miała się skończyć i kilka dziewcząt pięć minut po niej wparowało do zachrystii by zdobyć podpisy. Oczywiście – spóźniły się, bo na żadnej Mszy nie były. Jeden z zaprzyjaźnionych Ojców Franciszkanów powiedział niedawno na spotkaniu naszej grupki, że wśród młodzieży bierzmowanie nazywa się „oficjalne pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa”. Ale dlaczego? Pytania, podpisy, podpisy, ZZZ… A gdzie tu jest formacja? Zaraz Wam powiem gdzie.

Jeszcze byłem klerykiem gdy moja (dziś najlepsza, wówczas prawie jej nie znałem) Przyjaciółka we wrześniu rozpoczynała formację mającą na celu przygotować Ją do bierzmowania, czyli zweryfikować Jej stopień dojrzałości. Było to po mszy na 10:30 w mojej rodzinnej parafii (do której, czy to szczęście, czy to pech, już dziś nie należę), ksiądz T, kiedyś ideał kapłana w mych oczach, później (gdy wstąpiłem do Seminarium), znienawidzony wróg którego musiałem tolerować jeśli nie chciałem mieć nieprzyjemności, zebrał osoby mające trwać w formacji na rozmowie. Ja stałem wówczas przed kościołem, ale mówił tak głośno, że wszystko słyszałem. Mówił do nich z ambony. Nie padło ani jedno słowo mówiące o tym, czym bierzmowanie w zasadzie jest. Ani jedno o tym po co się je przyjmuje. Ani jedno o tym jaki w zasadzie z niego pożytek. I ani jedno o piętrzących się przed chrześcijaninem obowiązkach następujących PO przyjęciu tego sakramentu. Ale o obowiązkach PRZED było bardzo dużo. O chodzeniu na każdą Mszę i każde spotkanie, o podpisach i pytaniach. „I żebyście sobie nie myśleli” – krzyknął tak, że mi się skóra na plecach zjeżyła – „że nie będziecie przychodzić a potem przyjdzie wasza matka i załatwi wam zezwolenie na przyjęcie bierzmowania! W zeszłym roku mogłem nie dopuścić tyle to a tyle osób, w tym mogę was wszystkich odrzucić, jeśli taka będzie wasza wola. I mamusia wam nie pomoże!” Boże, pomyślałem, jak tak można? Jak w takiej sytuacji mają się odnaleźć nie tylko ci, którzy zamierzają się oficjalnie pożegnać z Kościołem (choć kto wie, czy, gdyby przywitano ich trochę inaczej, nie zmieniliby zdania?), ale również chrześcijanie dążący do osiągnięcia swej dojrzałości, do zdobycia ostatniego stopnia wtajemniczenia? Chciałem powiedzieć T kilka słów potem, ale ja wogóle od dawna chciałem mu kilka słów powiedzieć (co wreszcie okazało się niewykonalne, zwłaszcza gdy on, wyrzucając mnie z parafii, sam wyczerpał wszystkie możliwe słowa), musiałem się więc ugryźć w język żeby przypadkiem nie zechciał wpłynąć na mój dalszy klerycki stan (czyli w zasadzie mogłem mu tych kilka słów powiedzieć, tylko skąd wtedy mogłem wiedzieć?). Jednak pokrzyczał sobie, pokrzyczał, zaprosił zainteresowanych (bo jeśli ktoś nie chciał otrzymać dopuszczenia, to mógł nie przychodzić) na spotkanie w tygodniu i wyszedł. Ja czekałem na następną mszę, o 12. We dwóch spędziliśmy w zachrystii ten czas w milczeniu. Aż wreszcie przybył kolega ministrant, będący akurat w odpowiednim wieku by też zacząć formację do bierzmowania. I popełnił najgorszą gafę jaką mógł popełnić. Zapytał mnie (T siedział na fotelu kawałek dalej) czy nie wiem czy ma być dzisiaj jakieś spotkanie kandydatów do bierzmowania. „Ups” – pomyślałem, a jemu szepnąłem że może lepiej pogadajmy na zewnątrz. Ale było za późno. T spojrzał bacznie na kumpla. „B., czy ty też przygotowujesz się do bierzmowania?” Zdążyłem wydobyć pośladki z tego niewygodnego miejsca tuż przed wybuchem. Po chwili B. dołączył do mnie, zbity jak pies. Przeprosiłem, że go nie ostrzegłem… Dalszych losów osób z mojej parafii gotujących się do bierzmowania nie pamiętam bo wkrótce potem pożegnałem się ze św. Józefem. Wiem tylko, że jutro (tj. w niedzielę) bierzmowanie dojdzie do skutku i że Przyjaciółce udało się dobrnąć do końca (ciekawe co by było gdyby T wiedział, że jest moją Przyjaciółką; rok temu dopuścił mojego brata, choć miał ogromną ochotę tego nie zrobić; przypomnę, że wówczas byłem wciąż klerykiem). Kumpel ministrant pewnie też dobrnął. Ale o czym to ja miałem…

No właśnie. Właściwie to chyba miałem o tym czym powinno być przygotowanie do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, ostatniego (w naszej kulturze) z sakramentów wtajemniczenia, sakramentu misyjności Kościoła, a czym w rzeczywistości jest. I to nie tylko w mojej parafii rodzinnej (choć tą sytuację pamiętam najlepiej) ale w wielu (większości? Masz rację Zgredziku, to nie są wyjątki) innych miejscach. Potem przychodzi biskup, maże nam czymś głowy, wkłada na nas ręce, nadaje nam różne dziwne imiona (podnieta, sami je sobie możemy wybrać!) i koniec. All over. Nawet roweru nie dostaniemy bo to nie Komunia. Dla większości jest to „żegnaj panie Kościół i Boże, czymkolwiek jesteś” aż do ślubu najczęściej. Są takie osoby które tylko ze względu na kiedyś planowany ślub przyjmują bierzmowanie i związane z nim upokorzenia. Ale czy tak być powinno? Po co ta notka? Nic nią nie zmienię, a osobiście też nic nie wskóram (w końcu kapłanem pewnie nigdy nie będę, zwłaszcza po tym co tu wypisuję), mogę tylko rozwścieczyć T, o ile wciąż czytuje mojego bloga (Pozdrawiam Księdza!), ale to niewiele zmieni (choć może jeszcze zdąży zablokować Przyjaciółce i B. pozwolenie przed jutrem). A może jednak? Może wolno mi poprostu mieć nadzieję, że Wy, którzy szykujecie się do bierzmowania, jak i Wy, którzy macie to już za sobą, spojrzycie na Myron jako taki jaki rzeczywiście powinien być. Że sami postawicie sobie cele na drodze do osiągnięcia tego sakramentu. Że może nauczycie się odpowiedzi na głupkowate pytania po to, by naprawdę poszerzyć swą wiedze, a nie po to, żeby ZZZ. I może uwierzycie, że Apostołowie naprawdę zaczęli mówić w językach całego świata gdy dostąpili tego daru…

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

It’s all ’bout the money!

Ten blog stracił już chyba swój pierwotny półprywatny, półtematyczny charakter. Dziś wydaje się być całkowicie prywatny. Opowiada o złamanym życiu pewnego byłego kleryka i jego kłopotach w pracy, na studiach i w miłości. I teoretycznie chciałem by ta notka miała może oparcie w czymś innym (w końcu mamy Wielki Post, przed nami Wielkanoc… A może coś o czystości?). Przecież odkąd przestałem cechować się wiedzą na tematy teologiczno – moralne, sam blog przestał być tak często odwiedzany i czytany. Jednak jak zwykle chwilowy przypływ emocji zwyciężył. I jak ostatnio prawie zawsze – dziś znów o moich prywatnych, jakże emocjonujących, przeżyciach…

Ale nie do końca. Bo przecież sytuacja dotyczy wielu (zarówno znanych mi jak i nieznanych) osób. Dotyczy konfrontacji o której już raz była mowa. W notce „Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj” wspominałem już o walce Mamony ze Świętością. Dziś raczej o walce owej Mamony z wyższymi ideałami. Co mam na myśli? Spójrzmy jeszcze raz na sytuację Artdico Gnorofexa. Idealista wylatuje z seminarium za publiczne wypisywanie swoich przemyśleń i działanie ku formowaniu przed uformowaniem samego siebie. Zakochany w teologii wierzy, że właśnie ona pomoże mu zbliżyć się do Boga tak bardzo jak to tylko możliwe. Pochłania wiedzę z filozofii, Pisma Świętego, patrologii. Kocha codzienne Msze Święte, kocha śpiew w chórze, kocha spokój i wyciszenie małego pokoiku. Wypada i wtedy kilku przychylnych mu kapłanów daje kilka cennych rad. Jeden proponuje polonistykę, drugi (widocznie zauważył potencjał delikwenta) mówi o dalszej próbie sił na teologii. Artdico wie, że o polonistyce nigdy nie marzył, ale ponieważ wyrzucają go nie tylko z Seminarium, lecz również z uczelni, wie również, że pod koniec września to się absolutnie nigdzie na teologię nie dostanie. Atakuje więc polonistykę zaoczną. Zatrudnia się w McDonaldzie. Żyje. Wzdycha. Kościół odwiedza coraz rzadziej, wreszcie wpada tam tylko w niedzielę. Przestaje pisać, rysować, popada w marazm. Śpi, pracuje, śpi, pracuje… Czasem z marazmu wyciągają go wpadające na ferie Qrczaki (przynajmniej jest się z kim pokłócić), czasem po pracy zamiast kłaść się spać jedzie do Albina. Ale je coraz mniej, właściwie tylko śpi i pracuje. Studia okazują się (przynajmniej w porównaniu do dziennych) porażką. W sumie co to za studia, że studiuje się po 3 dni raz na 2 tygodnie, zabula się za nie 300 złotych miesięcznie, a częstokroć wykładowcy i tak się nie pojawiają? Po pół roku coraz głębszego marazmu Artdico stwierdza, że byle do wakacji, a potem wszystko się ułoży. Potem wróci na teologię, rzuci tą robotę, rzuci polonistykę i znów zatopi się w swoich ideałach. Znów dosięgnie nieba, którego dotykał przez rok. Znów zacznie pisać. Znów zagłębi się w modlitwie. Znów będzie poznawał tajniki ponad 2000 lat myśli ludzkiej, tajemnice Pisma Świętego, mądrość Ojców Kościoła.

Chłopak przyjeżdża do domu. Mama już wie, że polonistyka na zaocznych nie ma sensu. Już drugi rok praktycznie zmarnowany. Mama pyta co dalej. Artdico wie. Nie ma wątpliwości. Szuka teologii w Łodzi. Już kombinują coś z Albinem w sprawie mieszkania (więc nie będzie samotny), już szuka gdzie jest jakaś katedra teologiczna (bo podobno jest, tylko głęboko ukryta). Wszystko będzie super, byle dożyć do wakacji. Na to mama pyta: A z czego ty będziesz żył? Zresztą, nie tylko mama. Przychodzi w odwiedziny mądra ciotka, która ma mnóstwo argumentów przeciw studiowaniu teologii. Teoretycznie mają rację. W końcu może jakby Artdico wciąż planował być księdzem, to ta teologia mogłaby mu zapewnić jakiś żywot. A tak – to kim on będzie? Katechetą? Katecheci nie są potrzebni. Zresztą cóż to za los katechety? Artdico nie ma argumentów. Ma, ale jak zwykle utopijne. Jako mądry, pojętny uczeń zdobędzie stypendium naukowe, potem, po studiach, zrobi doktorat (którego absolutnie nie planował robić gdy chciał być księdziem), potem może zrobi drugi kierunek. Myśli o japonistyce. I to już jakiś czas. Mama pyta czy nie lepiej zacząć od japonistyki. Po tym, chciał nie chciał, praca jest. Tłumacz. Ambasador. Po japonistyce nie ma źle płatnych stanowisk. Mama nie wie, że Artdico myśli o japonistyce z powodów równie idealistycznych co o teologii. Chce (a przynajmniej przemknęło mu to przez głowę) zostać misjonarzem, a co, właśnie że w Japonii. I że nie pragnie ambasad, drogich samochodów, a tłumaczyć na japoński mógłby Grzegorczyka albo Tishnera. Że już dziś żyje na jednym posiłku dziennie więc jest w stanie żyć tak całe życie. I nie obchodzi go to, że w jego wieku Tata miał już ustaloną datę ślubu. Bo Artdico przestał planować ślub. Artdico planuje zbawienie. I szuka najlepszej drogi do niego prowadzącej. Najprostszej? Tam nie ma prostych dróg. Tam droga wiedzie przez ciernie. Przez studia po których nie ma pracy. Po których można bloga prowadzić i cieszyć się, że Anka Amerykanka zrozumiała, że „Kleryk też człowiek”, a Połowa Duszyczki wie coś więcej o przepisach liturgicznych. I nie mieć z tego nic więcej jak tylko dziką radość, że jeśli coś dokonujesz ramię w ramię z Bogiem, to to nie może być złe, choćby ktoś naprawdę ważny tak myślał. Tam nie ma wystawnych przyjęć, drogich samochodów, garniturów i krawatów. Jest kromka chleba z masłem i płacz podczas śpiewu Ojca Rafała. Jest artykuł w gazecie za talerz zupy. Rodziny z tego nie utrzymasz. Ale przyjaciołom pieniądze nie są potrzebne by pozostali przyjaciółmi. Po pół roku marazmu Artdico już wie, że nie ma dość silnej wiary, by sobie bez nich poradzić. Ale wie też, że właśnie dlatego Bóg mu ich dał i to w niezwykłej ilości. I że choćby nie chciał, przeżyje tak długo, jak tylko będzie Mu potrzebny. I że nie chce kasy. Nie chce, choćby się skichał. Właśnie dlatego w tydzień po wypłacie nie miał już pieniędzy. Bo wydał je by ugościć przyjaciół. Bo kupił Tygodnik Powszechny. I znaczki na listy. Nie potrzebuje nic więcej. Mama opuszcza ze złości ręce. „To dowiedz się co chcesz robić i jak przyjedziesz następnym razem to masz już wiedzieć”. Artdico, też wkurzony, pisze notkę. Qrczak Expugnis i Albin budują z klocków Lego jakiś pojazd. Artdico wie, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebne mu pieniądze. Bóg jest…

To sytuacja chłopca zwanego Artdico Gnorofex. Czyli Mateusza Gajka. Ale nie tylko moja. Znam osobiście chociaż jedną osobę, która znalazła się przede mną w podobnej sytuacji. Przełamała niechęć. Postanowiła porzucić ideały i zagłębiła się w coś, z czego rodzinę utrzyma. Wiem, że nie jest jej łatwo. Wiem, że to nie powód trudnych studiów lecz właśnie tłumienia ideałów. A skąd mamy te ideały, które przychodzi nam tłumić? Wierzę, że zsyła nam je Bóg. Wierzę, że to dzięki Niemu zafascynowałem się teologią i że to On doprowadził mnie do złożenia Mu przysięgi, że tylko dla Niego będę. Kocham Go i chcę Mu poświęcić całe życie. Ale są ludzie, których ideałem nie jest teologia i pomoc w łowieniu dusz, lecz np. nauczanie, leczenie, gaszenie pożarów, studiowanie zachowań koni. Ci ludzie stoją przed wyborem tak jak ja. Bo najczęściej jest tak, że z zewnątrz ich ideały wydają się mało atrakcyjne, głupie i mało dochodowe. A tu trzeba z czegoś żyć. „Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6, 30-34) A wszystko rozbija się o pieniądze…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy