It’s all ’bout the money!

Ten blog stracił już chyba swój pierwotny półprywatny, półtematyczny charakter. Dziś wydaje się być całkowicie prywatny. Opowiada o złamanym życiu pewnego byłego kleryka i jego kłopotach w pracy, na studiach i w miłości. I teoretycznie chciałem by ta notka miała może oparcie w czymś innym (w końcu mamy Wielki Post, przed nami Wielkanoc… A może coś o czystości?). Przecież odkąd przestałem cechować się wiedzą na tematy teologiczno – moralne, sam blog przestał być tak często odwiedzany i czytany. Jednak jak zwykle chwilowy przypływ emocji zwyciężył. I jak ostatnio prawie zawsze – dziś znów o moich prywatnych, jakże emocjonujących, przeżyciach…

Ale nie do końca. Bo przecież sytuacja dotyczy wielu (zarówno znanych mi jak i nieznanych) osób. Dotyczy konfrontacji o której już raz była mowa. W notce „Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj” wspominałem już o walce Mamony ze Świętością. Dziś raczej o walce owej Mamony z wyższymi ideałami. Co mam na myśli? Spójrzmy jeszcze raz na sytuację Artdico Gnorofexa. Idealista wylatuje z seminarium za publiczne wypisywanie swoich przemyśleń i działanie ku formowaniu przed uformowaniem samego siebie. Zakochany w teologii wierzy, że właśnie ona pomoże mu zbliżyć się do Boga tak bardzo jak to tylko możliwe. Pochłania wiedzę z filozofii, Pisma Świętego, patrologii. Kocha codzienne Msze Święte, kocha śpiew w chórze, kocha spokój i wyciszenie małego pokoiku. Wypada i wtedy kilku przychylnych mu kapłanów daje kilka cennych rad. Jeden proponuje polonistykę, drugi (widocznie zauważył potencjał delikwenta) mówi o dalszej próbie sił na teologii. Artdico wie, że o polonistyce nigdy nie marzył, ale ponieważ wyrzucają go nie tylko z Seminarium, lecz również z uczelni, wie również, że pod koniec września to się absolutnie nigdzie na teologię nie dostanie. Atakuje więc polonistykę zaoczną. Zatrudnia się w McDonaldzie. Żyje. Wzdycha. Kościół odwiedza coraz rzadziej, wreszcie wpada tam tylko w niedzielę. Przestaje pisać, rysować, popada w marazm. Śpi, pracuje, śpi, pracuje… Czasem z marazmu wyciągają go wpadające na ferie Qrczaki (przynajmniej jest się z kim pokłócić), czasem po pracy zamiast kłaść się spać jedzie do Albina. Ale je coraz mniej, właściwie tylko śpi i pracuje. Studia okazują się (przynajmniej w porównaniu do dziennych) porażką. W sumie co to za studia, że studiuje się po 3 dni raz na 2 tygodnie, zabula się za nie 300 złotych miesięcznie, a częstokroć wykładowcy i tak się nie pojawiają? Po pół roku coraz głębszego marazmu Artdico stwierdza, że byle do wakacji, a potem wszystko się ułoży. Potem wróci na teologię, rzuci tą robotę, rzuci polonistykę i znów zatopi się w swoich ideałach. Znów dosięgnie nieba, którego dotykał przez rok. Znów zacznie pisać. Znów zagłębi się w modlitwie. Znów będzie poznawał tajniki ponad 2000 lat myśli ludzkiej, tajemnice Pisma Świętego, mądrość Ojców Kościoła.

Chłopak przyjeżdża do domu. Mama już wie, że polonistyka na zaocznych nie ma sensu. Już drugi rok praktycznie zmarnowany. Mama pyta co dalej. Artdico wie. Nie ma wątpliwości. Szuka teologii w Łodzi. Już kombinują coś z Albinem w sprawie mieszkania (więc nie będzie samotny), już szuka gdzie jest jakaś katedra teologiczna (bo podobno jest, tylko głęboko ukryta). Wszystko będzie super, byle dożyć do wakacji. Na to mama pyta: A z czego ty będziesz żył? Zresztą, nie tylko mama. Przychodzi w odwiedziny mądra ciotka, która ma mnóstwo argumentów przeciw studiowaniu teologii. Teoretycznie mają rację. W końcu może jakby Artdico wciąż planował być księdzem, to ta teologia mogłaby mu zapewnić jakiś żywot. A tak – to kim on będzie? Katechetą? Katecheci nie są potrzebni. Zresztą cóż to za los katechety? Artdico nie ma argumentów. Ma, ale jak zwykle utopijne. Jako mądry, pojętny uczeń zdobędzie stypendium naukowe, potem, po studiach, zrobi doktorat (którego absolutnie nie planował robić gdy chciał być księdziem), potem może zrobi drugi kierunek. Myśli o japonistyce. I to już jakiś czas. Mama pyta czy nie lepiej zacząć od japonistyki. Po tym, chciał nie chciał, praca jest. Tłumacz. Ambasador. Po japonistyce nie ma źle płatnych stanowisk. Mama nie wie, że Artdico myśli o japonistyce z powodów równie idealistycznych co o teologii. Chce (a przynajmniej przemknęło mu to przez głowę) zostać misjonarzem, a co, właśnie że w Japonii. I że nie pragnie ambasad, drogich samochodów, a tłumaczyć na japoński mógłby Grzegorczyka albo Tishnera. Że już dziś żyje na jednym posiłku dziennie więc jest w stanie żyć tak całe życie. I nie obchodzi go to, że w jego wieku Tata miał już ustaloną datę ślubu. Bo Artdico przestał planować ślub. Artdico planuje zbawienie. I szuka najlepszej drogi do niego prowadzącej. Najprostszej? Tam nie ma prostych dróg. Tam droga wiedzie przez ciernie. Przez studia po których nie ma pracy. Po których można bloga prowadzić i cieszyć się, że Anka Amerykanka zrozumiała, że „Kleryk też człowiek”, a Połowa Duszyczki wie coś więcej o przepisach liturgicznych. I nie mieć z tego nic więcej jak tylko dziką radość, że jeśli coś dokonujesz ramię w ramię z Bogiem, to to nie może być złe, choćby ktoś naprawdę ważny tak myślał. Tam nie ma wystawnych przyjęć, drogich samochodów, garniturów i krawatów. Jest kromka chleba z masłem i płacz podczas śpiewu Ojca Rafała. Jest artykuł w gazecie za talerz zupy. Rodziny z tego nie utrzymasz. Ale przyjaciołom pieniądze nie są potrzebne by pozostali przyjaciółmi. Po pół roku marazmu Artdico już wie, że nie ma dość silnej wiary, by sobie bez nich poradzić. Ale wie też, że właśnie dlatego Bóg mu ich dał i to w niezwykłej ilości. I że choćby nie chciał, przeżyje tak długo, jak tylko będzie Mu potrzebny. I że nie chce kasy. Nie chce, choćby się skichał. Właśnie dlatego w tydzień po wypłacie nie miał już pieniędzy. Bo wydał je by ugościć przyjaciół. Bo kupił Tygodnik Powszechny. I znaczki na listy. Nie potrzebuje nic więcej. Mama opuszcza ze złości ręce. „To dowiedz się co chcesz robić i jak przyjedziesz następnym razem to masz już wiedzieć”. Artdico, też wkurzony, pisze notkę. Qrczak Expugnis i Albin budują z klocków Lego jakiś pojazd. Artdico wie, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebne mu pieniądze. Bóg jest…

To sytuacja chłopca zwanego Artdico Gnorofex. Czyli Mateusza Gajka. Ale nie tylko moja. Znam osobiście chociaż jedną osobę, która znalazła się przede mną w podobnej sytuacji. Przełamała niechęć. Postanowiła porzucić ideały i zagłębiła się w coś, z czego rodzinę utrzyma. Wiem, że nie jest jej łatwo. Wiem, że to nie powód trudnych studiów lecz właśnie tłumienia ideałów. A skąd mamy te ideały, które przychodzi nam tłumić? Wierzę, że zsyła nam je Bóg. Wierzę, że to dzięki Niemu zafascynowałem się teologią i że to On doprowadził mnie do złożenia Mu przysięgi, że tylko dla Niego będę. Kocham Go i chcę Mu poświęcić całe życie. Ale są ludzie, których ideałem nie jest teologia i pomoc w łowieniu dusz, lecz np. nauczanie, leczenie, gaszenie pożarów, studiowanie zachowań koni. Ci ludzie stoją przed wyborem tak jak ja. Bo najczęściej jest tak, że z zewnątrz ich ideały wydają się mało atrakcyjne, głupie i mało dochodowe. A tu trzeba z czegoś żyć. „Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6, 30-34) A wszystko rozbija się o pieniądze…

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 16 komentarzy

Zobacz wpisy

16 thoughts on “It’s all ’bout the money!

  1. No i mam nadzieje ze tak bedzie jak napisales. Mam nadzieje ze wszystko sie ulozy po wakacjach.. mam jeszcze wieksza nadzieje ze nadal zostaniesz ksiedzem.
    No i wiadomo ze po przeczytaniu Twej notki „Kleryk tez czlowiek” to zrozumialam..
    Juz raczej nie bedziemy klikac na gadu gadu przed Twoim wyjazdem wiec have fun, przyjezdzaj czesciej, i niech Pan Bog Cie ma w swojej opiece.
    3maj sie, pozdrawiam,
    ~*~AniA~*~

  2. …Popłakałem się… i na serio to ja podziwiam ludzi z ideałami… co prawda to prawda…pomyśl jak by wyglądał misjonaż w kraju w którym żebracy żyją lepiej niż większość dość wykfalifikowanych ludzi w naszym kraju… a ty byś nic nie miał… nie miałbyś z czego żyć… chyba że twoje tłumaczenia by okazały się najlepszą historią nowoczesnej Japonii… (czego tobie oczywiste życzę) Osobiście też Kocham zasadę „nie troszcz się o jutro… bo się samo o siebie zastroszczy…” Jest boska i wiem jak z niej korzystać… przynajmniej nie trzeba sobie zadawać przeróżnych pytań typu:”Za co będę żył” i takie pierdoły… jak umrę z głodu dla ideałów, to będzie dużo lepsze niż śmierć przez porzucenie ich… zapewniam… dużo lepsze jest mieć własne ideały…

  3. tak… życie płynie do przodu, ciągłym nieprzerwanym biegiem i jak teraz siedzę spokojnie przy komputere pisząc ten komentarz, niebawem sam będe musiał podjąć wybór, jaki obrać kierunek i co mnie tak właściwie interesuje.
    Ale przejdę bardziej do „serca” notki, na blogu którego popularność spadła nie z powodu zmiany tematu, bo przecież to właśnie były Twoje przemyślenia i są dalej, prędzej powodem „wymierania” odwiedzin jest rzadkie pisanie.
    Dziś każdy tylko włącza się w wyscig, „o fortune” Ty przeciwnie chcesz robić to co sobie wymarzyłeś, ale to przegrywa z samą myślą o zarobkach. Niestety, bo cały dzień głodując nie da się poprawić sytuacji. W dzisiejszym społeczeństwie, pogoń za mamaną stała się kultem a nikt nie pamięta o wierze, o ideałach. Mam nadzieję że Tobie uda się postępując za ideałami, i nie goniac za mamoną dorwać jej jak najwięcej. A Qrczaki sa z Tobą (oczywiście piszę za grupę myśląc o sobie ale mam nadzieję że inni też tak sądzą).

  4. No i widzisz, możemy podać sobie ręce. Bo cóż ja mam powiedzieć?
    Co będę robić jako etolog? Będę siedzieć w lesie, wśród dzikich zwierząt, prowadzić obserwacje na ich temat i wyciągać z ziemi robaki, żeby nie umrzeć z głodu.
    Ewentualne udanie się na Akademię Sztuk Pięknych również nie maluje świetlanej przyszłości…nawet gdyby (co jest generalnie nieosiągalne), to dopiero po śmierci…
    Co więcej? Weźmy też gitarę (ewentualnie pianino, na którym „gram” w marzeniach już od przedszkola)…nie byłaym ‚muzykiem’, którego głównymi atrybutami są blond włody, długie paznokcie, duży biust i brak ubrań, więc szanse mam raczej niewielkie, a zarobki nazwijmy marnymi.
    Co dalej. Hmm, kiedyś marzyłam, że będę astronomem – ale to raczej nie wypali, gdyż z matematyką musiałabym być za pan brat, a nie jestem
    Ewentualnie mogę pisać książki. Ale do tego trzeba czytelników.
    Co mi jeszcze pozostaje? Hodowca koni? Żeby w ogóle ruszyć, trzeba raptem miliona pln. Spokojnie.
    Zejdźmy o półkę niżej – instruktor jazdy konnej. Niezwykle dochodowa praca, naprawdę. I jakie regularne wypłaty!
    No można ewentualnie załapać się na takie prace sezonowe jak np. instruktor Polskiego Związku Narciarskiego…to będzie blisko 1000zł rocznie!
    No w ostateczności mogę wyjechać do tych idiotów, amerykanami zwanych i podlewać kamienie w ogródku ciesząc się wysokimi zarobkami i jakże górnolotną mentalnością ludzi żyjących wokół mnie. Świetlana przyszłość :/

    Skończmy, bo nudzę. Ale jak widzisz, nie jesteś sam. Ja bynajmniej wolę poświęcaj się pasjom, niż uczyć się na siłę, żeby później zostać lekarzem i nie mieć czasu na kiwnięcie palcem.
    Tak więc jak widać olewam – jutro dwa sprawdziany, a ja jeszcze nic nie umiem i mam to w tyle.

  5. Oj, oj, oj. Więc tak. Jak ja zdobywam tyle komentarzy ? Aaa nie powiem :P. No cóż. Okej, okej, już mówię (pff ;P). A skąd ja to mam wiedzieć, hy ? Komentuje innym i oni jak to na dobrych ludzi przystało odkomentowują czy jak to tam się zwie :]. A, mam nowy nr. gg (3123714 :P). A co do moich notek (pełne chaosu, bla, bla, bla :P) to tak jakoś samo z siebie wyszło ;). Po prostu poprawa nastroju na lepszy, pisanie tego co się czuje, a nie owijanie w bawełnę, ło :].
    A trzymaj się pan :]

  6. ...

    witaj
    bardzo dziękuję za to co napisałeś na moim blogu

    powiedz mi czy kiedy kolwiek tam całkiem poważnie zwątpiłeś w Boga??
    Ja teraz doświadczam rozdarcia z którym nie umiem sobie poradzić…

  7. ludzie-sa-aniolami

    Z wiarą w następny zakręt drogi!… <

    Pisząc o Aniołku, miałam na myśli parę osób, np. moją przyjaciółkę Klaudię, która znowu ma sznyty na rękach, Marcina, który się wziął za dragi, czy też Klaudię, inną koleżankę, która niedawno wyskoczyła z 11 piętra…
    Ale w sumie, to każdy mógłby być takim Aniołem…Ty też…

  8. Ostatnie zdanie notki. O tak.

  9. Mimo, że mam dopiero 17 lat te sprawy które przedstawiłeś nie są mi obce. Niedługo będe musiała wybrać, co chcę robić w przyszłości i mam w tej sprawie wielkie rozdarcie. Na razie wiem czego chce, chcę skończyć studia (jeszcze niesprecyzowany kierunek), potem tak bardzo bym chciała polecieć do Afryki, jako wolontariuszka, potem wrócę i się ustatkuję. Tylko jak? Bez żadnych finansów… Czy i ja będe musiała porzucić moje pragnienie dla… pieniędzy?
    Heh…
    Ale Bóg wie co robi… Po coś jestem na tym świecie.

  10. Cóż… Twoje życie potoczyło się dziwnym torem, ale na szczęście Bóg ma głowę na karku…
    co do pieniędzy: z jednej strony Opatrznośc Boża czuwa, ale też rozsądek powinien coś tu podszepnąć: w końcu to panny roztropne, które o oliwę zadbały mogły spotkać się z Oblubieńcem…
    ale pieniądze nie muszą być przeszkodą dla rezygnacji z marzeń, ba, z powołania…
    Niech będzie wola Twoja…
    pozdrawiam

  11. A co ja mam powiedzieć? Nie mam pojęcia. Chyba to co zawsze: nie załamuj się. Twoje wypowiedzi wskazują na to,ze już do końca życia będziesz nieszczęśliwy, że… nie wiem. Strasznie tragiczna ta notka. Już Ci mówiłam: wszystko może się zdarzyć, a ty tak jajby cały świat był przeciwko Tobie. Piszesz, że masz wspaniałych przyjaciół i inne pozytywne rzeczy, ale bez przekonania. Pomyśl o tym jakie tak naprawdę masz szczęście. Masz przyszłość, troszczących się o Ciebie ludzi. Masz gdzie mieszkać, za co kupić chleb. Zawsze szukaj dobrej strony medalu. Wielu marzy o takim życiu jekie masz Ty, choćby ci,których mijasz na dworcach. Wielu z nich samemu sobie zawiniło takiego losu, ale oni mają bardzo małe, albo i w ogóle nie mają szans zmienić swojego standardu życia. Ty masz wielkie perspektywy. Musisz je tylko odnaleźć. Czasem będziesz musiał iść naokoło żeby dotrzeć do celu, ale dotrzeż jeśli będziesz miał w sobie wiarę i upór. Ja w Ciebie wierzę i nie chcę żebyś się dalej błąkał. Trzymaj się!!!

  12. Czy zauważyłeś, że min napisano „starajcie się/szukajcie Królestwa Bożego”, a nie „idźcie za tymi którzy twierdzą, że znaleźli”?
    Ojciec Wie czego potrzebujemy i to jest największa prawda, ale czy Ty woiesz czego chce od Ciebie Ojciec?
    Czy pamiętasz gdzie był ten cytat o prawdzie zakrytej przed wielkimi? bo nie potrafie sobie przypomnieć.
    Ojcowie kościoła (zawsze wydawało mi się, że Jest Jeden Ojciec) byli wielcy. Teolodzy są wielcy.
    Człowiek w swoim codziennym trudzie jest mały…

  13. Krótka odpowiedź (jejku, kiedy ja ostatnio pisałem odpowiedzi na tym blogu w komentarzach?). Głównie do ukochanej Filet Kabaczek Anety. Jak często ostatnio, małe nieporozumienie. Pisałem notkę w dość kiepskim humorze bo właśnie rozmawialiśmy z mamą na temat studiów i jej pomysły wydały mi się atakujące w mą idealistyczną naturę. Ale nie pisałem bez przekonania, zwłaszcza o przyjaciołach. Ostatnio mam wspaniałych przyjaciół i codziennie za nich Bogu dziękuję. Za Ciebie również. W notce chodziło o wyższe ideały ogólnie, to znaczy nie tylko moje (na moim przykładzie, to fakt), ale również Makoty, Adasia czy Twoje. O przyjaźni było niewiele. Ale ważne, szczere rzeczy. Dziękuję Ci za komentarz.

    Do Zgredzika – nie bronię Ci nie wierzyć w Kościół i Jego rolę w Historii Zbawienia. Jednak ja w Niego wierzę, a w Chrystusa jako Głowę Kościoła, w Pismo Święte jako Jego Księgę itp… Zawsze, mam nadzieję, będę tak patrzył. A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

  14. Ech… Nie czytam i nie komentuję. I szczerze przyznaję się, że całkowicie dopadł mnie internetowy leń. To znaczy od jakiegoś czasu nie mogę siadać do komputera bez mdłości… Bez zadania sobie pytania: po co w ogóle uruchamiam ten sprzęt? Tak u innych cosik skomentuję, jak to się czasem robi, gdy człowiekowi nie chce się myśleć. Tzn. „tak, fajna notka, też tak mam, a wiesz, jestem chora, no to cześć”. Tyle że u Ciebie trzeba myśleć, co się pisze, a wcześniej było to daleko poza moimi możliwościami.
    Zbliżają się rekolekcje wielkopostne (dokładnie za dwanaście godzin będę prawdopodobnie marznąć wraz ze współuczniami w Kościele), a ja odczuwam tak okropną niechęć do ruszania się ze szkoły, do ponownego wysłuchiwania podobnych, jeśli nie takich samych kazań, że aż mnie to przeraża. Nie mogę wybrać sobie imienia na bierzmowanie. Nie mogę chodzić do Kościoła, nie myśląc kategoriami: „muszę, bo przecież podpis…” Czuję się naprawdę fatalnie. Mam ochotę rzucić to bierzmowanie, albo przynajmniej wyrzucić książeczkę, bo zaczynam chodzić do Kościoła tylko dla niej, co jest de facto sprzeczne z właściwym celem.
    Ale widzisz, jak ja Ci się tu wyżalam – bo akurat na wyżalanie się Duszyczce zebrało. Współczuję tylko, że na Twoim blogu, masz pecha :P.
    Co do notki – przeraziła mnie świadomość, że ja mam już dosłownie wszystko zaplanowane. Że myślę w sposób, że z czegoś muszę w przyszłości żyć. Chociaż, tak na dobrą sprawę, już znacznie wcześniej zdawałam sobie z tego sprawę. Dokładnie wiem, czego się będę uczyć naprawdę, a czego po to tylko, by zaliczyć. Wiem, na jaki kierunek studiów pójdę. Wiem, z czym dokładnie zwiążę swoją przyszłość, abym mogła się (podobno) w pracy spełniać i aby przynasiła mi ona opłacalne dochody. Tylko coraz częściej mam wątpliwości, czy to aby na pewno MOJE marzenia, MOJE cele, MOJE szczęście… Czy po prostu zaakceptowałam fakt, że tak będzie najlepiej w przyszłości. Ha, ja się nawet potrafię zamartwiać, czy dobrze wychowam swoje dzieci! Moje życie pzypomina rozkład dnia: nawet nie mam wątpliwości, czy będę mieć męża, jaki będzie, itd… Po prostu szkoła, potem praca, ślub, dzieci, a co za tym idzie prawdopodobnie zrezygnowanie z pracy… Gdy o tym dłużej myślę, jestem coraz bardziej przeciwna, ale wizja akurat TAKIEJ przyszłości tak się mi już wbiła w podświadomość, że nie wyobrażam sobie siebie inaczej… Ostatnio odkryłam, że prawdziwą radość sprawiają mi rzeczy, z których prawdopodobnie nie będzie dużego pożytku (materialnego). Odkryłam, że wspaniale by mi było na posadzie nauczycielki. Ale z drugiej strony oznaczałoby to zrezygnowanie z możliwości dalszego, głębszego rozwijania się… Nawiązując do pewnej biografii pewnej kobiety: moje życie przypomina drzewo, na którym rosną figi. Każda z nich dopiero się rozwija, ale aby rozwinęła się jak najlepiej, muszę zacząć dbać o nią już teraz. Nie jestem jednak w stanie dbać o wszystkie figi, a zresztą po jakimś czasie będę musiała zdecydować się tylko na jedną… Tyle że zerwanie którejkolwiek oznacza automatyczną rezygnację ze wszystkich pozostałych, a ja nawet nie wiem, która by mi najbardziej smakowała.
    Każda figa to moja życiowa szansa. Na nauczycielkę, na matkę, na naukowca… Już muszę zacząć dbać o tę wybraną, ale nie potrafię. Nie wiem, czy to, do czego do tej pory dążyłam nie było ułudą, a nie moim, prawdziwie MOIM celem czy marzeniem. Jednak również muszę się zdecydować, bo figi już niedługo zaczną dojrzewać, a podem spadać i gnić. I po kolei będę traciła swoje szanse… Tylko że muszę poznać, które naprawdę są tymi MOIMI.
    Ty masz jakiś swój cel, wierzysz, że przeżyjesz na jednym posiłku dziennie, chcesz żyć ze swoimi ideologiami. Tego Ci zazdroszczę, bo przynajmniej wiesz, że to, do czego dążysz jest Twoim marzeniem, Twoim wyborem, by służyć Bogu… Ja nie chcę skończyć jak Twój znajomy, który porzuci siebie, aby móc żyć według pewnego schematu…
    A co najgorsze, moje życie zaczyna już schemat powoli przypominać.
    Cholernie się rozpisałam, nawet nie wiedziałam, że tak potrafię. I tak właśnie namarudziłam Ci w komentarzu… Cieszysz się? :P

    Pozdrawia

    Połowa Duszyczki, która już trochę wie o przepisach liturgicznych

    PS. Po prostu powodzenia. Krótko, ale z całej połowy serduszka ;).
    PPS. A ten komentarz pisałam tak długo, że przed wysłaniem musiałam się ponownie zalogować… xP

  15. Wierzysz w Kościół? Ks. Wyjścia 20:3
    Widzisz, wydaje mi się, że gdyby Stwórca uznawał Jedną Religię, to zrobił by takie coś, żeby innych religii nie było. Oczywiście tak mi sie tylko wydaje, ale przecież Stwóreca jest Wszechmocny. Gdyby Stwórca chiał kilka złych i fatalnych religii, których wyznawcy skazują się na wieczne potępienie i Jedyna Prawdziwą Prowadzącą do Zbawienia, to naraziłby się na złą opinię o sobie w moich oczach ( :D ), jeśli Stwórca daje nam Zagadki, jeśli NT pisany jest w przysłowiach, jeśli prawde zakryto przed wielkimi, jeśli księga została zapieczętowana, jeśli, jeś, je

    JHWE.

    Ojciec kocha Ciebie, pytaj Go codziennie o różne takie…
    Jeśli Jezus jest Królem, to dlaczego podległa Mu Religia nie uznaje jego edyktów? (coś o piliczku mówił, a procesy o obrazę uczuć religijnych jak grzyby po deszczu, coś o obóstwie mówił, a mercedes jest dobrym narzędzeim kapłana, mówił o wielu różnych rzeczach, a swiętuje się Jezusa Urodziny i Zgon, a nie ma np Święta Kazania na Górze)
    Byłem w kościele św Brygidy, a tam w środku na ścianie kolorowy informator, a pod nim kram z różnościami imożna sobie było fotkę prałata kupić – dom modlitwy?) Cóż to za Król, który wsród poddanych nie ma posłuchu i autorytetu.
    Nie mów, że to wyjątki, Ty jesteś wyjątkiem, Twoja żarliwość jest niepokojąca dla władców religii. Przynajmniej tych lokalnych. Potrzebuja poddanych oprtunistów, a nie idealistów (jak większośc organizacji) i stąd Twój konflikt.
    hm. Nawracanie Japończyków? Niezły pomysł. Może nawrać Hindusów? Albo wiesz co? Zacznij ode mnie. Nawrócisz mnie, to i cały świat Ci się uda.
    Zapytaj Ojca….

  16. Maggie B.

    Drogi Artdico!
    Na początku napiszę to, co napisałam nie tylko Tobie: „socjalizm tak, wypaczenia nie”;) Głupie, ale niegłupie w sumie. We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek. Niestety, żyjemy w takim świecie, w jakim żyjemy, sami całego nie zmienimy, musimy w nim najpierw przeżyć, a potem zaraz zacząć zmiany. Od siebie oczywiście. Trzeba mieć ideały, ale niestety wszystkie naraz ciężko zrealizować, bo ciężko się fizycznie rozszczepić…
    Mama Artdico nie żyje na tym świcie od wczoraj i nie dziwię się, że dba o przyszłość Artdico w sensie materialnym też. Artdico zna piramidę potrzeb Maslowa? No niestety, jakoś żyć trzeba, a jak się nie ma za co, to o ideałach się raczej nie myśli, niech Artdico wierzy na słowo i życzę, żeby nie miał okazji sprawdzić na własnej skórze. I proszę, niech Artdico spróbuje zrozumieć Mamę, i następnym razem niech pomyśli, jak z Nią porozmawiać. W końcu Mama nie jest z kosmosu i też miała, a może nawet jeszcze ma (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) młodzieńcze ideały.
    Artdico, ja wiem, że najfajniej realizować swoje plany i żeby jeszcze wszystko wyglądało tak, jak to w marzeniach wygląda, których akurat na podstawie doświadczeń życiowych się nie buduje, tyle że… nie da się. Jak kiedyś gdzieś stwiedził niegłupi człowiek (William Shakespeare): „Życie nie jest ani lepsze, ani gorsze od naszych marzeń, jest po prostu zupełnie inne”. I miał w tym świętą rację. Bo w sumie nie jest ani lepiej, ani gorzej, jest inaczej, jest pięknie. Chociaż wcale nie jest łatwo.
    I tak samo z dzieleniem się Ewangelią. Chyba bardziej tego potrzeba: tu, nam, na co dzień. Nie Japończykom. Mnie potrzeba. Wszystkim, co czytają Twojego bloga. Ale niekoniecznie z rzucaniem tysiąca cytatów z Biblii. Niekoniecznie z namawianiem do wizyty w Kościele i pokochania liturgii. Koniecznie za to z przykładem własnego życia, podczas którego jesteś pozytywnie nastawiony do innych i starasz się pomóc, a do tego jeszcze nie robisz wykładów i kazań. Tak, to najtrudniejsze, ale prawda jest taka, że gadanie jest naprawdę wkurzające… Wredne to, ale szczere… Mnie też ciężko.
    A propos ideałów i wybierania takiej drogi, żeby kaskę mieć, czuję się wywołana do tablicy, bo to o mnie… Chyba. Fakt, marzyła mi się filologia polska… Kiedyś, kiedyś… I co? I nic… Bo tak naprawdę, jak każdemu z Was, było mi się niesamowicie ciężko zdecydować na studia. Nie ma teraz pewnych studiów, pewnego zawodu, pewnej pracy… No i moje SGH wyszło jako takie… uniwersalne. Bo w sumie i renoma szkoły, i możliwość odroczenia wyboru kierunku, i w miarę znośna jeśli chodzi o odległość, warszawska lokalizacja. Kupa roboty była z dostaniem się na te studia, czasami mnie trafiało i była w domu ostra dyskusja, podczas której twierdziłam, że moim przeznaczeniem jest kierunek mocno humanistyczny i że może właśnie jednak filologia. Ale na filologię też chyba za ładne oczka nie przyjmowali… Summa sumarum wyszło, jak wyszło i bardzo się z tego cieszę. Szkołę polubiłam i to szybko, zafascynowała mnie ekonomia, spodobały się ścisłe przedmioty, znalazłam znajomych, z którymi można pogadać o wielu sprawach… Znalazłam możliwość udzielania się w kole naukowym, które przez większość czasu swojej działalności się integruje;) Jestem pozytywnie nastawiona do wykładowców, którzy są baaardzo pozytywnie nastawieni do studentów, chce mi się chodzić na wykłady, które są w przytłaczającej większości ciekawe.
    Aha, uważam że kwestia nauczania (przynajmniej na poziomie licealnym, a może i na wyższych, bo o niższych nie wspominam) jest dla mnie zamknięta- daję korki z angielskiego, i chociaż jest to jedna osoba, której się chce, bo jest to potrzebne, chce jej się i płaci, więc ma motywację, to wcale nie jest mi tak leciutko i przyjemnie, jak to sobie myślałam. Muszę się naprawdę nieźle namęczyć, żeby sobie dokładnie wszystko w głowie poukładać, wytłumaczyć itd. Ale mimo wysiłku i czasu, który w to wszystko wkładam, jestem zadowolona…
    Co do ideałów, no cóż, nie o te ideały mi chodziło, kiedy z Tobą rozmawiałam. Chodziło mi wtedy raczej o wartości duchowo-tolerancyjne… I dalej mi ciężko jak nie wiem co, ale żyję, bo życie toczy się dalej, i staram się żyć tak, jak to sobie wymyśliłam. A że każdy widzi każdy problem inaczej (i ludzie, którzy mnie otaczają, zawsze się przecież ode mnie różnią), nie jest łatwo. Ale chyba jednak jest pięknie w tym życiu. Choć całkiem nie tak, jak w marzeniach.
    Droga Makoto! Gratuluję podejścia do życia w stylu: i tak mi się nie uda, to mam w nosie klasówkę z matmy, mam klasówkę z biologii, teraz będę się załamywać, bo i tak nie mam szans… To może od razu sobie dać spokój z życiem, bo w nim nie ma szans?? Nos do góry i do roboty! Nie ma nic za darmo… A z tym ASP to może spróbuj się najpierw dokładnie dowiedzieć, co by tam od Ciebie chcieli, żeby Cię przyjąć? Talent to Ty dziewczyno masz, więc chyba i szanse spore, co??

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s