Monthly Archives: Kwiecień 2006

Miłość, jaką jest, moimi oczami

O miłości wiemy niewiele. Miłość jest jak gruszka. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.
(Jaskier – „Pół wieku poezji”; z dzieła Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”)

Miłość to coś, o czym powstało tysiące książek, dzieł, esejów, felietonów, powieści, opowiadań, piosenek… Każdy praktycznie kiedyś coś na jej temat powiedział, każdy coś o niej wie, albo myśli, że wie. Ja również wielokrotnie (choćby i na tym blogu) wypowiadałem się na temat miłości. Nie tylko na blogu zresztą. Mam jednak świadomość, że choćbym nie wiem jak dużo powiedział, czy choćby nie wiem jak dużo powiedziałby na jej temat każdy z Was, zawsze byłby to tylko początek, namiastka, nikły atom całej potęgi jaką stanowi miłość. Nie twierdzę więc, że wiem o miłości dużo, bo na całej ziemi nie ma człowieka, który by o niej dużo wiedział. Ale wypadki ostatnich kilku dni zmusiły mnie do wyrażenia się na temat tego, czym w moim przekonaniu jest miłość, raz jeszcze. I może Arnie ma rację, może za wiele o niej mówię, może wiem o niej więcej niż się do niej stosuję, więc może wypowiem się na jej temat (bezpośrednio oczywiście) po raz ostatni w życiu. Ale przez to postaram się wyczerpać wszystkie moje wiadomości, przypuszczenia i nadzieje dotyczące miłości które nagromadziły się we mnie i którymi staram się żyć.

1. Miłość jest jedna

„Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4, 8) Większość tego, co wiemy o miłości (oczywiście tego, co jest prawdą, a nie tego, co podpowiadają nam różne media i tym podobne źródła) czerpiemy z Pisma Świętego. To, co w swym liście napisał święty Jan uważane jest za definicję Boga. Bóg jest miłością, a ponieważ Bóg jest jeden, miłość również jest jedna. Co więcej, jeśli Bóg jest miłością, cała miłość pochodzi od Boga, w Bogu ma swoje źródło. Jeśli więc ktokolwiek kocha, naprawdę kocha, wie, że jego miłość pochodzi od Boga. Że Bóg dał mu miłość którą on teraz ofiaruje innym. A nawet jeśli tego nie wie, to nie można zaprzeczyć, że tak jest w rzeczywistości. Co oprócz tego napisał Jan? Że jeśli ktoś nie miłuje, nie zna Boga. Znajomość Boga nie oznacza tu wszelakiej wiedzy na Jego temat, jak my byśmy to dziś rozumieli, lecz samo obcowanie ze Stwórcą. Bezpośredni kontakt. To więc oznacza, że by w ogóle mówić o jakiejkolwiek bliskości z Bogiem, o jakiejkolwiek wierze, trzeba najpierw miłować. Trzeba najpierw kochać.

Napisałem, że miłość jest jedna. Co miałem na celu pisząc te słowa? Otóż chodziło mi o to, że jeśli kocham swoją mamę, tatę, siostrę, brata, dziewczynę, nawet psa, kocham ich wszystkich jedną miłością. Jedną, która jednak objawia się na wiele różnych sposobów. Inaczej będę kochał przyjaciół, inaczej brata, a zupełnie inaczej dziewczynę z którą, powiedzmy, chciałbym się ożenić i mieć dzieci. Ale nie można zaprzeczyć, że jeśli idę ulicą i wyzywam kogoś od, powiedzmy, ladacznic, a później tymi samymi ustami wyrażam miłość mojej dziewczynie, to chyba coś tu jest nie tak. Bo jeśli miłość jest jedna, jeśli wszystkich kocham tą samą miłością, to muszę (a przynajmniej powinienem) kochać nią zarówno dziewczynę, jak i tą osobę, którą uważam za ladacznicę. Dodatkowo, tą samą miłością kocham kogoś kto wyrządził mi krzywdę, jak i kogoś kto kocha mnie wzajemnie. I choć za każdym razem ta miłość będzie objawiać się w zupełnie inny sposób, bo przecież niejedno ma imię, to za każdym razem będzie to ta sama miłość.

2. Miłość jest punktem wyjścia

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” (1 Kor 13, 1) To początek najpiękniejszego, moim zdaniem, dzieła poetyckiego – Hymnu o miłości. Nie muszę go tu chyba przytaczać w całości, większość z Was ma pojęcie o co tu chodzi. A chodzi o to, że każdy z nas, jeśli nie kocha, nie znaczy nic. I choćbym umiał przenosić góry, śpiewać, latać, choćbym był wirtuozem fortepianu albo genialnym literatem, albo potrafił powiedzieć „mleko skondensowane w puszcze” od tyłu bez zająknięcia, a nie umiałbym kochać, mógłbym nazwać się śmieciem. Małym, nic nie znaczącym śmieciem. Bo „miłości bym nie miał”… Miłość leży u podstaw. Jeśli Bóg jest miłością, a Bóg jest wieczny i przekracza czas, to miłość również jest wieczna. Bóg ukochał do istnienia świat i ukochał do istnienia ludzi, dlatego mamy prawo poruszać się w tych nikłych skorupkach naszych ciał. Miłość leży więc u podstaw całego świata i wszystkiego co się na nim dzieje. Wszystkiego także w nas. Naszego pierwszego oddechu, naszego pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. To wszystko poprzedziła miłość Stwórcy do nas. Nasza wola (o tym szerzej w następnym punkcie) jest również dziełem Jego miłości. I teraz my możemy zdecydować, czy chcemy być bardziej podobni do Boga, czy bardziej od Niego różni. My decydujemy czy u podstaw naszego postępowania będzie leżała miłość, tak jak u podstaw każdego Bożego dzieła. Czy zacznę kontakt z jakimkolwiek człowiekiem podchodząc do niego z miłością, ufnością, czy raczej spojrzę na niego i powiem, że nie zasługuje na moją miłość. I tu wrócę do punktu pierwszego. Jeśli miłość jest jedna, to podchodząc do wybranych osób z miłością, tak naprawdę do nikogo nie podchodzimy z miłością. I znowu – jeśli miłość niejedno ma imię, to do różnych osób podejdziemy z miłością która inaczej się objawi. Ale musimy przyznać, że by móc znać Boga, jak mówił Jan, czy móc w ogóle cokolwiek znaczyć, jak pisał Paweł, musimy najpierw kochać. Czyli miłość powinna leżeć u podstaw naszego postępowania.

3. Miłość jest aktem woli

Cała dwutysiącletnia filozofia chrześcijańska już od początku jakoś nie miała wątpliwości, że miłość jest aktem woli. Ale co to oznacza? W człowieku dają się zauważyć trzy rejony, powiedzmy, wewnętrzne. Rejon uczuć czy popędów, rejon rozumu oraz rejon woli. I tak jak widzimy ten trzystopniowy podział, tak wielu z nas nie jest w stanie określić granicy między jedną a drugą strefą. Co więcej – wielu całkowicie błędnie zamieszcza samą miłość w sferze uczuć i choćby nie wiem jak wiele argumentów przeciw temu podawać, i tak będą utrzymywali, że miłość jest uczuciem. Ale dlaczego twierdzę, że nie? Uczucia bowiem są to zjawiska informujące nas o czymś, mówiące nam że dzieje się z nami coś dobrego albo niedobrego. Uczucie zakochania mówi nam, że taka-to-a-taka osoba zrobiła na nas wrażenie i że się nam podoba. Uczucie zazdrości mówi nam, że ktoś stanowi zagrożenie np. dla naszego związku. Uczucie niepokoju mówi nam, że coś się z nami dzieje niedobrego i powinniśmy coś z tym zrobić. I dalej – jeśli zwiążemy się z tą osobą i jakiś czas będziemy z nią przebywać, zakochanie minie. Jeśli pokonamy wroga zagrażającego naszemu związkowi, zazdrość zniknie. Jeśli odnajdziemy źródło tego czegoś niedobrego i je zniszczymy, niepokój odejdzie. A miłość? Miłość, nawet jeśli ma jakiś początek, to nie tylko o niczym nas nie informuje, lecz trwa bez końca. Bo, skoro Bóg jest miłością, to jeśli miłość by się kończyła, musiałby też następować koniec Boga. Do tego uczuć się nie przysięga. Nie można przysiąc że będę zakochany aż do śmierci, bo, prawdopodobnie, nie będę, choćbym nie wiem jak próbował. Tym czasem na ślubie przysięgamy, że będziemy kochać aż do śmierci. Miłość więc nie leży w popędzie i uczuciach, choć same uczucia miewają pewien wpływ na to jak się ona objawia.

Dalej następują dwie typowe dla człowieka rzeczy – rozum i wola. Wielu stawia je na równi i twierdzi, że wzajemnie się uzupełniają. Jednak filozofowie chrześcijańscy doszli do wniosku, że wola ma przewagę nad rozumem. Przewaga ta polega m.in. na tym, że rozumem rozpatrujemy pewne rzeczy, stanowiska, stwierdzamy co nam się bardziej opłaca, co mniej, ale właśnie wolą podejmujemy decyzję nad wyborem. I choć określimy sobie w rozumku że coś jest lepsze, i tak możemy wybrać to, co gorsze. Ale, co więcej, miłość właśnie absolutnie nie może być logiczna. Jeśli ktoś z Was spotkał w życiu miłość logiczną, to może mi ją opisać. Muszę przyznać, że jeśli człowiek miałby posługiwać się tylko rozumem, nigdy by nie pokochał. Miłość bowiem wymaga np. poświęcenia, które z całą pewnością nie należy do logicznych, a więc opłacalnych rzeczy (no bo pomyślmy: czy logiczniejsze byłoby oglądać sobie telewizję i zajadać pizzę w czasie wolnym, czy może wykorzystać ten czas na pomoc przy dzieciach autystycznych w jakimś domu opieki? Jasne że logika kazałaby nam odpocząć. A miłość każe pomagać…). Miłość wymaga też zauważenia w drugiej osobie wad, które należy pomóc jej zwalczać, co również nie jest logiczne. Miłość wreszcie dotyczy ludzi najróżniejszych, także tych, których nie lubimy, naszych nieprzyjaciół. Chyba nie jest logiczne kochanie swych nieprzyjaciół? Raczej nie przynosi nam ono korzyści. A jednak mamy ich kochać. I czasami nawet kochamy.

Trzecia więc, i najwyższa, jest sfera woli. Wiele osób twierdzi wręcz, że wolność jest największym prezentem jaki Bóg mógł dać ludziom. Wola służy u nas do podejmowania decyzji. Często wbrew temu co czujemy i wbrew temu co myślimy. Wola pomaga nam wykonywać rzeczy z punktu widzenia rozumu wręcz niewykonalne. Często mówi się, że sportowcy wygrywają ostatnią siłą woli. Że ktoś wyszedł z choroby bo miał wielką wolę wytrwania. Czy że ktoś mógł pójść na piwo, ale wolał zostać na lekcjach… Wola, coś, za pomocą czego decydujemy, pozwala nam właśnie kochać. Miłość jest więc aktem woli. Najwyższym spośród wszystkich jej aktów. Aby więc kochać, nie trzeba mieć na to logicznych powodów. Nie trzeba się zakochiwać. Aby móc kochać, wystarczy chcieć kochać. Wystarczy – ale tu jest haczyk. Bo niby wystarczy sobie postanowić, że się będzie kochało, ale często po prostu się nie chce… Dlaczego? Bo kochać jest trudno. Czym bowiem jest miłość? Ja definiuję ją tak (zaznaczam, że jest to moja własna definicja): Jest to postanowienie, że będzie się dbało o dobro i szczęście drugiej osoby bez względu na wzgląd. Czyli bez względu na dobro własne, bez względu na wzajemność miłości, bez względu znowu na stan kochanej osoby. No bo jeśli osoba kochana czuje się świetnie gdy pali trawkę, my kochając ją, próbujemy ją przekonać żeby nie paliła. Wiemy, że będzie na nas wściekła, a jeśli dopniemy swego, to jeszcze przez jakiś czas będzie czuła się potwornie, ale wiemy również, że potem będzie szczęśliwa, choć musi minąć sporo czasu. Jeśli mąż pije alkohol żona, z miłości, powinna wystawić mu walizki za drzwi i kazać wrócić jak zmądrzeje. Choć będzie jej przykro, że go nie ma i że nie ma się do kogo przytulić, a on będzie się przez miesiąc błąkał po ulicy, to wytrzeźwieje i może nigdy się już nie napije. Znowu – jeśli kochamy jakąś osobę, a ona nagle, po jakimś czasie przebytu w związku (oczywiście nie mówię tu o małżeństwie) stwierdza, że z pewnością będzie szczęśliwa pozostając osobą wolną, to choć wiemy, że będziemy cierpieć katusze, pozwalamy jej odejść, żeby była szczęśliwa. I to przecież w żadnej mierze nie jest logiczne. W żadnej mierze nie wynika też z uczuć. Wynika z woli, z aktu woli niezwykle ciężkiego do podjęcia. Właśnie dlatego, że jest sprzeczny z rozumem i uczuciami. Ale przez to jakże piękny…

4. Trzy słowa o miłości wzajemnej

Choć istnieją tysiące przykładów miłości nieodwzajemnionej, jak choćby miłość nieprzyjaciół, pragnę się tu zająć miłością wzajemną, do tego między przedstawicielami przeciwnych płci, a także osób wiekowo zbliżonych (to jest nie np. miłością matki do syna czy babci do wnuka). Notka bowiem staje się już i tak bardzo długa, a ja pragnę wytłumaczyć moje podejście do miłości jako stosunku między dwójką młodzianów. I tak: osobiście rozróżniam trzy rodzaje takiej miłości (a może raczej, żeby być ścisłym i zgadzać się ze swymi słowami z poprzednich akapitów, trzy sposoby objawiania się takiej miłości): miłość braterska, miłość przyjacielska i miłość małżeńska. Jak już mówiłem, sam niewiele wiem o miłości i do końca nie wiem dlaczego właśnie taki podział, ale wiem że jakoś to tak wewnętrznie czuję. Jakie są czynniki warunkujące sposób objawiania się miłości? Jest to stosunek wzajemny dwóch osób, jest również rozumowe podejście, są to także poszczególne uczucia (mówiłem już wcześniej, że uczucia mają wpływ na miłość, choć ona nie opiera się na nich i istnieje poza nimi). I tak miłość braterską można mieć w stosunku nie tylko do kogoś kto rzeczywiście jest moją siostrą, ale również do kogoś bardzo bliskiego, komu nie powiedziałbyś wszystkiego z różnych powodów i komu nie zwierzasz się zawsze ze swych problemów, ale lubisz przebywać w pobliżu tej osoby, żartować z nią i, oczywiście, pragniesz jej szczęścia. W grę w tej sytuacji wchodzi także coś w rodzaju rutyny czy przyzwyczajenia. Ja na przykład miłością braterską darzę dziewczynę mojego brata. Traktuję ją jak siostrę i kocham jak siostrę. Druga miłość to miłość przyjacielska (kiedyś nawet definiowałem przyjaźń jako miłość wzajemną). Przyjaciół traktujemy jako powierników swych tajemnic, jako osoby którym możemy się wyżalić, wypłakać, z którymi możemy bez obawy o wszystkim porozmawiać. Możemy mieć wielu przyjaciół, tak jak wiele sióstr i braci. Oczywiście by mieć prawdziwą przyjaciółkę (mówię tu we własnym imieniu), trzeba ją najpierw pokochać. No i trzecia miłość to miłość małżeńska. Dlaczego od razu małżeńska, a nie narzeczeńska czy jeszcze jakaś tam wcześniejsza? Dlatego, że jeśli jest wzajemna, a więc nigdy nie ustaje, to siłą rzeczy dąży do małżeństwa, czyli zjednoczenia się ze sobą aż do śmierci. Osoba kochana tą miłością nie musi być powiernikiem naszych tajemnic (przynajmniej nie wszystkich), ale przede wszystkim musi posiadać wyłączność. Nie może być dwóch albo trzech osób które darzymy tym rodzajem miłości (przypomnę, że mówimy o różnych objawieniach tej samej, jednej miłości). Może nie być żadnej, ale jeśli jest już jedna, nie można mówić o pojawieniu się drugiej. I teraz ważna sprawa – właśnie owa wzajemność. Jeśli kocham dziewczynę jak siostrę, ważne jest by ona kochała mnie jak brata (pochwalę się, że jedyną dziewczyną od której w tym roku dostałem walentynkę była dziewczyna mojego brata i nikomu nie przyszło do głowy, że się we mnie kocha; gdzieś w głębi duszy poczułem, że tak właśnie zachowałaby się dobra siostra). Jeśli mam przyjaciółkę, to ona ma przyjaciela. I wreszcie, jeśli darzę dziewczynę miłością (jak ja ją zwykłem czasem nazywać) „coś więcej”, to ważne jest, by ona również mnie nią darzyła. Z bardzo prostego i prozaicznego powodu: jeśli ja ją kocham jak żonę, a ona mnie jak przyjaciela, to ja się będę męczył, a ona wkrótce zacznie mnie mieć dość. Jeśli ofiaruję jej miłość małżeńską i myślę o tym, byśmy byli razem w dobrej i złej doli, dopóki śmierć i takie tam inne, a ona mówi, że nie chce takiej miłości i prosi o to, byśmy spróbowali być przyjaciółmi, to jeśli ja się będę upierał, wykończę nas oboje psychicznie. Ale ponieważ ją kocham, zgadzam się na to byśmy byli przyjaciółmi (czy ewentualnie bratem i siostrą, to może być nawet łatwiejsze do zrobienia) i w inny już sposób wyrażam tą samą miłość, którą już wcześniej zechciałem (inaczej – miałem wolę) ją obdarzyć. Pewnie, im dalej zaawansowany mamy za sobą związek, tym trudniej zmienić sposób okazywania miłości. Ale jeśli się kocha, naprawdę kocha, to nie jest to niewykonalne. A potem mamy znów wolność by miłość małżeńską ofiarować komu innemu. Zaznaczę jednak, że miłość małżeńska raz ofiarowana WZAJEMNIE, tak, że ja ją kocham jak żonę, ona mnie jak męża, jest nieodwracalnie niezmienna. Właśnie tą miłość przysięga się na ślubie. Jedna osoba może nią obdarzyć drugą bez wzajemności, a odwrót może nastąpić tylko wtedy, gdy ta druga osoba myślała że kocha tą pierwszą w ten sam sposób, ale okazało się, że nie miała dość silnej woli. Trochę to zagmatwane. Ale wytłumaczę… Jeśli kocham jedną dziewczynę i obiecuję że będę z nią szczęśliwy do końca życia jeśli odwzajemni mą miłość, ale ona jej nie odwzajemnia, oferując przyjaźń, mogę zgodzić się na ową przyjaźń. Jeśli jednak rzeczywiście sama również zgodzi się na miłość „coś więcej”, nie można już stamtąd zawrócić. Chyba że któraś z tych osób nie kochała drugiej naprawdę.

5. Krótkie podsumowanie i zakończenie notki

Wiadomo z tego wszystkiego, że miłość jest jedna, stoi u podstaw wszystkiego i nie należy, jak to mówił św. Tomasz z Akwinu, do popędu zasadniczego, lecz jest aktem woli. Te trzy rzeczy wiemy dzięki objawieniu, lecz również częstokroć gdzieś w sercu czujemy, że tak jest naprawdę. Czwarty jednak punkt mojego rozumowania w całości należy do mnie i jest mym prywatnym wynurzeniem. Mym prywatnym sposobem pojmowania miłości, przez który często (np. w przypadku poprzedniej notki) dochodzi w mym życiu do bolesnych nieporozumień. Bo jak wiele jest osób, tak wiele sposobów pojmowania miłości, która przecież jest jedna dla wszystkich. Ja właśnie wyróżniam te trzy oblicza miłości wzajemnej, wiele osób może się ze mną tutaj nie zgodzić. Ale przyglądając się mym najbliższym osobom, Qrczakom, naszej paczce, mogę w niej wyróżnić przykłady każdego rodzaju miłości wymienionej, a nawet w pewnym sensie sprzeczność między dwiema osobami ofiarującymi sobie dwa różne objawienia tej miłości. I tak, o ile pierwsze trzy punkty pojąłem i zrozumiałem w Seminarium, o tyle bliskie obcowanie z Qrczakami, ludźmi którzy nie dadzą się nie kochać, wydobyło ze mnie czwarty punkt tej rozprawy. Dziękuję Wam za to.

I na sam koniec napiszę jeszcze, że nie obiecuję, iż nie wypowiem się już nigdy na temat miłości, ale postaram się. Bo temat jest trudny, drażliwy, a potem zostaję oskarżony o pomiatanie miłością i brak zdolności do miłowania w ogóle. Ta rozprawka została napisana po to, by wyjaśnić pewne nieporozumienia i uświadomić Was nie tyle czym jest miłość, ile jak ja ją właśnie pojmuję. A za to: „Najbardziej niezdolni do kochania wiedzą o miłości rzeczy najgłębsze” serdecznie dziękuję. Myślę że się przyda. Ale los mej Pani i Przyjaciół Qrczaków pokaże dopiero, czy rzeczywiście nie jestem zdolny kochać. Choć wcale nie wiem o miłości dość głębokich rzeczy by w ogóle były godne zainteresowania…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

Po długiej przerwie wreszcie mam normalny dostęp do internetu i mogę normalnie napisać notkę. Dlatego pewnie Was nie zdziwi, że notka (mam nadzieję) będzie dość długa, a w zasadzie nie będzie to jedna notka, lecz 3 w jednym (coś jak szampon, odżywka i nie-wiem-co-oni-tam-jeszcze-wymyślili-ale-coś-było w jednej butelce). Powyżej zamieszczony tytuł odnosi się bowiem do trzech różnych rzeczy (jak można się domyślić, pooddzielanych przecinkiem oraz spójnikiem „i”), z których każda powinna była zostać napisana w różnych odstępach czasu. I tak – pierwsza w okolicach rocznicy śmierci Papieża JP II, druga w miniony czwartek, trzecia zaś w sobotę. Ale postanowiłem zrobić fuzję i oto nastąpią trzy. Szykujcie się więc na poważnie długą lekturkę (coś mi się zdaje, że już do tej pory jest przesadnie długa ;). I może jeszcze nim zacznę, podniosę rękę i zapytam panią profesor czy można odpowiadać na pytania w dowolnej kolejności. Można? No to zaczynam…

2. Wuj a nie facet

Historia może się wydać interesująca wielu osobom i, mam nadzieję, niektórym oburzająca. Zdarzyła mi się właśnie we czwartek. Tego dnia akurat miałem dzień wolny w pracy i dałem się zaprosić przez kumpelę Iwonę do niej do domu by pomóc jej w angielskim. Iwona należy do niewierzącej części społeczności, jest jednak dość tolerancyjną osobą. Pozanałem ją pewnego pięknego… nocy właściwie na dyskotece w Łodzi. I choć pierwszy raz umówiła się ze mną potem dlatego, że „jestem dupkiem” (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), więc się mnie nie bała, to raczej nie stosowała nigdy przytyków dotyczących mej kleryckiej przeszłości, mej seksualnej wstrzemięźliwości i innych moich etyczno-moralnych przywar. Spotykaliśmy się zresztą potem dość często i miałem pewną wątpliwą przyjemność poznać nawet jej rodziców. Historia ta ich właśnie dotyczy, a mamusi głównie.

No więc pojawiłem się u Iwony trochę po 16, akurat podawano obiad. Byłem z lekka głodny, ale nie mam do nikogo pretensji, że mimo iż uczę ich córę za darmochę angielskiego to jeszcze nie dostanę wyżerki. Nie o to zresztą chodzi. Bo już pod koniec lekcji (która zresztą nie wiem czy była potrzebna, Iwona bowiem wydawała się nieźle orientować w tej partii materiału) zostałem jednak poczęstowany kawałkiem chałwy. Mamuśka podała mi ją na talerzyku, po czym, asekuracyjnie, rzuciła przez ramię: „Tylko się nie módl. Bo jak ostatni raz tu byłeś to się modliłeś. To ja ci daję jeść, a nie Pan Bóg. Ja jestem wierząca, ale nie do przesady”. Iwona już wcześniej (na poprzednim spotkaniu) mówiła mi, że mamuśka się o to doczepiła i robiła jej wymówki, więc fakt ów przemilczałem (zresztą ja robię znak krzyża tylko przed posiłkiem. POSIŁKIEM, a nie kawałkiem chałwy). Skończyłem lekcję, grzecznie wpałaszowałem chałwę i wyszedłem na korytarz by zbierać się na aut. Iwona postanowiła odprowadzić mnie na przystanek. Gdy i ona stanęła na korytarzu, mamuśka zawołała do niej z pokoju: „Mam nadzieję, że dzisiaj pójdziecie spać wcześniej, nie tak jak wczoraj”. Iwona na to, że nie. „Ale czy wy nie rozumiecie? My chcemy uprawiać seks! Seks, nie mamy do tego prawa?” Obleśny śmiech… Stałem na korytarzu zawiązując buty, udając że nie słyszę (w sumie nie przeszkadza mi, że małżonkowie chcą uprawiać seks. Tylko po co właściwie tak głośno?). Jednak atak nastąpił bardzo szybko. Po obleśnym śmiechu kolejne słowa: „Ale twój kolega się zgorszy…” A potem kolejna salwa obleśnego śmiechu i kolejne słowa: „No bo jeszcze dziewczyna jak chce poczekać z seksem do ślubu, to ja rozumiem. Ale taki facet to za przeproszeniem chuj a nie facet”. No cóż, nie twierdzę, że lubię jak mnie nazywają chujem, ale nie należę też do ludzi cierpiących po tym katusze. Uczę się od Albina (pamiętacie notkę „Bóg jest”? Jeśli tak, to wiecie jak wygląda Albin i domyślacie się, że często lecą w jego stronę najróżniejsze obelgi). Odpowiedziałem więc bardzo grzecznie (choć z przerzutką na „ty”, bo do tego zdania bardziej pasuje druga osoba): „Mów mi chuju”. Na to mamuśka, że nareszcie powinienem dorosnąć. Iwona usiłowała powstrzymać mający nastąpić słowotok, ale ja już dałem się wciągnąć. „Czy to, że nie uprawiam seksu przed ślubem świadczy o tym, że jestem nie dorosły?”. „Nie. Ale choćby to, że w tak młodym wieku chciałeś iść do seminarium”. Możecie sobie przypomnieć mój sentyment do Seminarium i wyobrazić, że dla mnie tego było za wiele. „A mnie się wydaje” – wycedziłem najgrzeczniej jak potrafię – „że o niedojrzałości świadczy dziecko w wieku 16 lat” (dla zainteresowanych – Iwona jest o 16 lat młodsza od mamuśki). No i tu mamuśka uznała, że chyba przegiąłem. Zaczęła mnie wyklinać, wyganiać i mówić rzeczy w stylu „wrzucać to możesz sobie, ale nie mnie”. Powiedziała, że mam sobie iść i że mnie nie chce więcej u siebie w domu widzieć. Odparłem, że ja chyba wcale nie mam ochoty wracać. Rzuciłem „Dowidzenia”, kiwnąłem głową przerażonej Iwonie, która zatrzymała się w połowie wiązania buta i wyszedłem. Czekałem sekundkę na Iwonę, ale że nie wychodziła, a za chwilkę jechała pięćdziesiątka, szaleńczym biegiem pomknąłem ku przystankowi i tak zakończyła się owa ciekawa historia. Odtąd z Iwoną nie miałem kontaktu, ale mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Pożyczyła ode mnie 50 złotych. I 4 części Narnii…

A jaki z tego morał, każdy zapyta? A taki, że jeśli ktoś jest prawowiernym chrześcijaninem i jest z tego dumny, musi oczekiwać, że spotkają go prześladowania. Mówił o tym sam Chrystus. Im bardziej święte ma człowiek zasady, tym szerzej zakrojone działania wroga, by zgnieść, zniszczyć, sponiewierać. Ale, z drugiej strony, im więcej podobnych, skierowanych przeciw nam działań, tym większa pewność, że robimy słusznie, że nasze zasady są dobre i że bolą tych, którzy nie potrafią. Tylko co nie potrafią? Nie potrafią zrozumieć? Nie. Chyba dawno zrozumieli. Nie potrafią żyć zgodnie z Prawdą. Co się zaś tyczy „ciętego języka”, jak to nazwał Albin gdy mu o tym opowiedziałem (chwaląc mnie zresztą za ów cięty język), muszę przyznać, że odpowiednie ważenie słów w takich sytuacjach i cios, dobry cios, we właściwym momencie, może dać do myślenia wrogowi. I pamiętajcie, by nie dać się zwyciężyć złu, lecz by zło dobrem zwyciężać…

3. Spowiedź przedświąteczna

Dawno nie miałem takiej przerwy między spowiedzią a spowiedzią. Dwa miesiące. Wielu powiedziałoby że to normalka, że co dwa miesiące to się święci spowiadają. Przed Seminarium rzeczywiście spowiadałem się co dwa miesiące (chyba że wpadałem w „ciąg”; wtedy T, mój ówczesny niemal stały spowiednik miał mnie dość, bo przychodziłem co trzy dni), ale w samym Seminarium nauczono mnie spowiadać się częściej. Na początku co dwa tygodnie, potem trochę się opuściłem (do „co trzy tygodnie”). Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić żeby nie iść do Ojca Maćka raz na jakiś czas. Ojciec Maciek to mój spowiednik z Seminarium, jeśli chodzi o ścisłość. Tym czasem, co już przecież pisałem w notce „Awans”, po wygnaniu mnie z Domu moja moralność i wrażliwość opadła i choć z pewnością w Seminarium nie grzeszyłem aż tyle ile grzeszę w obecnej chwili, to wtedy miałem jakoś wrażliwsze sumienie i byłem pewien, że grzeszę więcej. No i tak się właśnie me losy toczyły, że przez ostatnie 2 miesiące do konfesjonału nie zaglądałem. A przecież miałem iść, choćby przed Bierzmowaniem Przyjaciółki. No ale wreszcie się zebrałem, zważywszy że idą Święta i by wypadało. Zacząłem formułkę, a potem się posypało. Właściwie większość grzechów przypominało mi się już podczas spowiedzi, tak że minęła chwilka nim skończyłem. Kapłan po drugiej stronie kratki zapytał czy brałem udział w Drodze Krzyżowej. Raz. W rekolekcjach? Chciałem, ale praca mi nie pozwoliła (szczera prawda). Jakieś postanowienie wielkopostne? Odmawiam codziennie Różaniec. Dobrze. Masz Pismo Święte? Przy sobie (tu taki znaczący uśmiech z mojej strony). Nawet… No to za pokutę przeczytasz sobie List świętego Pawła do Filipian. Żałuj za grzechy…

Żałowałem. Łzy zaczęły mi płynąć i uśmiech zagościł na mych ustach. Jednocześnie. Czułem się cudownie. Wspaniale. Tak jakbym jeszcze nigdy nie był taki czysty jak teraz. Tak jakby cały świat przejaśniał. I śmiałem się z samego siebie, że myślałem, iż nie jest ze mną źle, że w zasadzie nie mam się z czego spowiadać i może bym do tego konfesjonału w ogóle nie podchodził. Dziś już wiem, choć wiedziałem to wcześniej, że nie warto zwlekać. Nie warto czekać do ostatniej chwili. Nie warto czekać do Świąt. Grzech nie jest wart tego by go w sobie kisić. Trzeba się go jak najszybciej pozbywać. Płakałem i śmiałem się na przemian, taki byłem szczęśliwy. A przeciwnikom spowiedzi ustnej powiem tylko, że dla tego uczucia całkowitego wyzwolenia warto oczekiwać na właśnie TEN moment. No i spowiedź przez pośrednictwo kapłana ma tą przewagę, że uczy nas pokory. I wzbudza większy żal. Dziękuję, Panie, za to, że ustanowiłeś sakrament Pojednania.

1. Radość Pojutrze

Dziś trudno mi już określić dlaczego nazwałem tą notkę „Radość Pojutrze”. Co w zasadzie oznacza Pojutrze? Jak dla mnie – dzień następny. Więcej. Dzień jeszcze następny. Tak jakby coś, czego nie możemy się spodziewać. Czego nie możemy nawet podejrzewać. Jutro bowiem to coś co można jakoś przewidzieć. Na co można mieć nadzieję. Czego można się obawiać. Jutro to symbol zagadki do której posiadamy klucz. Tym kluczem możemy otworzyć zagadkę nim Jutro nastąpi. Do Pojutrza nie mamy klucza. Pojutrze to wielka niewiadoma. Coś zupełnie nieprzewidywalnego.

Jednocześnie Pojutrze to ten okres w którym gaśnie zapał i entuzjazm po śmierci JP II i zaczyna się normalne życie. To ten moment w którym wszyscy już ochłonęli i z trzeźwością zaczynają oceniać Pontyfikat, Życie, Twórczość. Albo z trzeźwością zapominają Jutro, w Pojutrze wchodząc tak jakby nie tylko nie istniało Jutro, nawet jakby nie istniało Dziś, czyli śmierć Jana Pawła II, ale nawet jakby Wczoraj nie miało miejsca. A Wczoraj to dla wielu z nas, zwłaszcza najmłodszych TYLKO Pontyfikat Jana Pawła II. Ale nie w tym rzecz. Bo nie zamierzam stosować żadnego podsumowania minionego roku, żadnej oceny Pokolenia JP II, żadnego rozszyfrowywania tajemnic następcy, Benedykta XVI. Chcę napisać o mojej własnej, prywatnej Radości mojego własnego, prywatnego Pojutrze. Dnia, którego nie spodziewałem się nawet w najśmielszych snach.

W okolicach ferii zimowych bodajże dostałem SMSa-łańcuszek od mojej Ciotki. W nim to napisano „Dziś mija tyle-to-a-tyle dni od śmierci Papieża. Wyślij ten SMS do tylu-to-a-tylu osób, a za tyle-to-a-tyle dni (czyli dokładnie w rocznicę – przyp. Autor Notki) przytrafi Ci się wielkie szczęście”. Nie wierzę w łańcuszki (stary zabobon), ale tym razem, dla śmiechu, rozesłałem (były u mnie wtedy Qrczaki, może to był Sylwester? Tak czy inaczej wszyscy wokoło podostawali ode mnie tego SMSa). No i czas trwał. Nie twierdzę, że nic się nie działo aż do dnia. Nie. Było wielkie wydarzenie. Jedna Pani wyznała mi, że się jej podobam. W zasadzie to był tzw. Wieczór Zwierzeń, gdy wszyscy siedzimy w kółku i każdy o każdym wszystko szczerze. No i się odważyła. Byłem w ciężkim szoku (zresztą wiecie jak traktuję te dziewczyny, które znały mnie jako kleryka, a nagle okazuje się że interesują się mną jako facetem), nie tylko ja zresztą. Poza mną w całym towarzystwie tylko Albin nie wiedział prawdy wcześniej, a jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Pani się wygada. Wygadała się. Dodała jeszcze, że dała sobie spokój, bo podoba mi się jej siostra (wspominałem już o Owej kilka razy; zresztą zdarzyło się i w tej notce jednokrotnie) i że nie ma o czym gadać. Reszta towarzystwa postanowiła iść za śladem Pani i wywalić kawę na ławę, przez co parę szpil sobie wetknęliśmy, ale przy okazji cała atmosfera ostatecznie się oczyściła. No ale wiedziałem, że Pani nie istnieje dla mnie jako dziewczyna, w końcu „podoba mi się jej siostra” i nawet jeśli Owa dała mi kosza, to nie znaczy że mam sobie korzystać z okazji i „zadowalać się” tym co zostało. Powiedziałem więc Albinowi, że nic i nigdy.

A potem się zakochałem…

Tu właśnie zaczęło się moje prywatne, nieprzewidziane Pojutrze. Kombinowanie, romantyzm, podchody i robienie wszystkiego, by nie wyglądało to tak, jakbym korzystał z okazji… Wydałem się na tydzień przed rocznicą. Wtedy też postanowiliśmy o tym, że jesteśmy ze sobą. 24 marca 2006 roku, około 23:30. Przez SMSy. Pani bowiem jest ze Skarżyska. Ja też. Ale mieszkam w Rzgowie, jak wszyscy dobrze wiecie. Spotkaliśmy się więc dopiero w tydzień po tym, jak zaczęliśmy być ze sobą. Na kilka dni przed Pojutrzem Jana Pawła II. I dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że to może nie jakieś łańcuszki, ale rzeczywiste wstawiennictwo Papieża u Boga wyjednało mi coś, co mogę nazwać Wielką Radością Pojutrze. Coś, czego się nie spodziewałem, a jednak przyszło. Miłość. Prawdziwa, jeszcze raz, jeszcze jedna Miłość do Kobiety. Do Mojej Pani. Wierzę w to, że Judym dostał jeszcze jedną szansę. Bo w sumie dla Judyma nie było wyjścia – jego ideały wymagały samotności. Ale może moje nie są aż tak zaborcze? Może marzę jednak o idealnym małżeństwie, o dzieciach, o domu i psie. I o tym, żeby jednak wspólnie, we dwoje, wypełniać misję Kościoła. Głosić ludziom Boga swą Miłością. Może jednak coś z tego będzie. Nie chcę zapeszać. A przede wszystkim modlę się bym nie postąpił jak za pierwszym razem. Bym potrafił jak najwięcej kochać, a jak najmniej narzucać swych myśli, swych ideałów, swych pomysłów i planów. Kto wie, czy Bóg rzeczywiście nie chce bym doznał raz jeszcze szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Szczęścia dla dwojga. Radości Pojutrze…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 15 komentarzy