Miłość, jaką jest, moimi oczami

O miłości wiemy niewiele. Miłość jest jak gruszka. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.
(Jaskier – „Pół wieku poezji”; z dzieła Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”)

Miłość to coś, o czym powstało tysiące książek, dzieł, esejów, felietonów, powieści, opowiadań, piosenek… Każdy praktycznie kiedyś coś na jej temat powiedział, każdy coś o niej wie, albo myśli, że wie. Ja również wielokrotnie (choćby i na tym blogu) wypowiadałem się na temat miłości. Nie tylko na blogu zresztą. Mam jednak świadomość, że choćbym nie wiem jak dużo powiedział, czy choćby nie wiem jak dużo powiedziałby na jej temat każdy z Was, zawsze byłby to tylko początek, namiastka, nikły atom całej potęgi jaką stanowi miłość. Nie twierdzę więc, że wiem o miłości dużo, bo na całej ziemi nie ma człowieka, który by o niej dużo wiedział. Ale wypadki ostatnich kilku dni zmusiły mnie do wyrażenia się na temat tego, czym w moim przekonaniu jest miłość, raz jeszcze. I może Arnie ma rację, może za wiele o niej mówię, może wiem o niej więcej niż się do niej stosuję, więc może wypowiem się na jej temat (bezpośrednio oczywiście) po raz ostatni w życiu. Ale przez to postaram się wyczerpać wszystkie moje wiadomości, przypuszczenia i nadzieje dotyczące miłości które nagromadziły się we mnie i którymi staram się żyć.

1. Miłość jest jedna

„Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4, 8) Większość tego, co wiemy o miłości (oczywiście tego, co jest prawdą, a nie tego, co podpowiadają nam różne media i tym podobne źródła) czerpiemy z Pisma Świętego. To, co w swym liście napisał święty Jan uważane jest za definicję Boga. Bóg jest miłością, a ponieważ Bóg jest jeden, miłość również jest jedna. Co więcej, jeśli Bóg jest miłością, cała miłość pochodzi od Boga, w Bogu ma swoje źródło. Jeśli więc ktokolwiek kocha, naprawdę kocha, wie, że jego miłość pochodzi od Boga. Że Bóg dał mu miłość którą on teraz ofiaruje innym. A nawet jeśli tego nie wie, to nie można zaprzeczyć, że tak jest w rzeczywistości. Co oprócz tego napisał Jan? Że jeśli ktoś nie miłuje, nie zna Boga. Znajomość Boga nie oznacza tu wszelakiej wiedzy na Jego temat, jak my byśmy to dziś rozumieli, lecz samo obcowanie ze Stwórcą. Bezpośredni kontakt. To więc oznacza, że by w ogóle mówić o jakiejkolwiek bliskości z Bogiem, o jakiejkolwiek wierze, trzeba najpierw miłować. Trzeba najpierw kochać.

Napisałem, że miłość jest jedna. Co miałem na celu pisząc te słowa? Otóż chodziło mi o to, że jeśli kocham swoją mamę, tatę, siostrę, brata, dziewczynę, nawet psa, kocham ich wszystkich jedną miłością. Jedną, która jednak objawia się na wiele różnych sposobów. Inaczej będę kochał przyjaciół, inaczej brata, a zupełnie inaczej dziewczynę z którą, powiedzmy, chciałbym się ożenić i mieć dzieci. Ale nie można zaprzeczyć, że jeśli idę ulicą i wyzywam kogoś od, powiedzmy, ladacznic, a później tymi samymi ustami wyrażam miłość mojej dziewczynie, to chyba coś tu jest nie tak. Bo jeśli miłość jest jedna, jeśli wszystkich kocham tą samą miłością, to muszę (a przynajmniej powinienem) kochać nią zarówno dziewczynę, jak i tą osobę, którą uważam za ladacznicę. Dodatkowo, tą samą miłością kocham kogoś kto wyrządził mi krzywdę, jak i kogoś kto kocha mnie wzajemnie. I choć za każdym razem ta miłość będzie objawiać się w zupełnie inny sposób, bo przecież niejedno ma imię, to za każdym razem będzie to ta sama miłość.

2. Miłość jest punktem wyjścia

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” (1 Kor 13, 1) To początek najpiękniejszego, moim zdaniem, dzieła poetyckiego – Hymnu o miłości. Nie muszę go tu chyba przytaczać w całości, większość z Was ma pojęcie o co tu chodzi. A chodzi o to, że każdy z nas, jeśli nie kocha, nie znaczy nic. I choćbym umiał przenosić góry, śpiewać, latać, choćbym był wirtuozem fortepianu albo genialnym literatem, albo potrafił powiedzieć „mleko skondensowane w puszcze” od tyłu bez zająknięcia, a nie umiałbym kochać, mógłbym nazwać się śmieciem. Małym, nic nie znaczącym śmieciem. Bo „miłości bym nie miał”… Miłość leży u podstaw. Jeśli Bóg jest miłością, a Bóg jest wieczny i przekracza czas, to miłość również jest wieczna. Bóg ukochał do istnienia świat i ukochał do istnienia ludzi, dlatego mamy prawo poruszać się w tych nikłych skorupkach naszych ciał. Miłość leży więc u podstaw całego świata i wszystkiego co się na nim dzieje. Wszystkiego także w nas. Naszego pierwszego oddechu, naszego pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. To wszystko poprzedziła miłość Stwórcy do nas. Nasza wola (o tym szerzej w następnym punkcie) jest również dziełem Jego miłości. I teraz my możemy zdecydować, czy chcemy być bardziej podobni do Boga, czy bardziej od Niego różni. My decydujemy czy u podstaw naszego postępowania będzie leżała miłość, tak jak u podstaw każdego Bożego dzieła. Czy zacznę kontakt z jakimkolwiek człowiekiem podchodząc do niego z miłością, ufnością, czy raczej spojrzę na niego i powiem, że nie zasługuje na moją miłość. I tu wrócę do punktu pierwszego. Jeśli miłość jest jedna, to podchodząc do wybranych osób z miłością, tak naprawdę do nikogo nie podchodzimy z miłością. I znowu – jeśli miłość niejedno ma imię, to do różnych osób podejdziemy z miłością która inaczej się objawi. Ale musimy przyznać, że by móc znać Boga, jak mówił Jan, czy móc w ogóle cokolwiek znaczyć, jak pisał Paweł, musimy najpierw kochać. Czyli miłość powinna leżeć u podstaw naszego postępowania.

3. Miłość jest aktem woli

Cała dwutysiącletnia filozofia chrześcijańska już od początku jakoś nie miała wątpliwości, że miłość jest aktem woli. Ale co to oznacza? W człowieku dają się zauważyć trzy rejony, powiedzmy, wewnętrzne. Rejon uczuć czy popędów, rejon rozumu oraz rejon woli. I tak jak widzimy ten trzystopniowy podział, tak wielu z nas nie jest w stanie określić granicy między jedną a drugą strefą. Co więcej – wielu całkowicie błędnie zamieszcza samą miłość w sferze uczuć i choćby nie wiem jak wiele argumentów przeciw temu podawać, i tak będą utrzymywali, że miłość jest uczuciem. Ale dlaczego twierdzę, że nie? Uczucia bowiem są to zjawiska informujące nas o czymś, mówiące nam że dzieje się z nami coś dobrego albo niedobrego. Uczucie zakochania mówi nam, że taka-to-a-taka osoba zrobiła na nas wrażenie i że się nam podoba. Uczucie zazdrości mówi nam, że ktoś stanowi zagrożenie np. dla naszego związku. Uczucie niepokoju mówi nam, że coś się z nami dzieje niedobrego i powinniśmy coś z tym zrobić. I dalej – jeśli zwiążemy się z tą osobą i jakiś czas będziemy z nią przebywać, zakochanie minie. Jeśli pokonamy wroga zagrażającego naszemu związkowi, zazdrość zniknie. Jeśli odnajdziemy źródło tego czegoś niedobrego i je zniszczymy, niepokój odejdzie. A miłość? Miłość, nawet jeśli ma jakiś początek, to nie tylko o niczym nas nie informuje, lecz trwa bez końca. Bo, skoro Bóg jest miłością, to jeśli miłość by się kończyła, musiałby też następować koniec Boga. Do tego uczuć się nie przysięga. Nie można przysiąc że będę zakochany aż do śmierci, bo, prawdopodobnie, nie będę, choćbym nie wiem jak próbował. Tym czasem na ślubie przysięgamy, że będziemy kochać aż do śmierci. Miłość więc nie leży w popędzie i uczuciach, choć same uczucia miewają pewien wpływ na to jak się ona objawia.

Dalej następują dwie typowe dla człowieka rzeczy – rozum i wola. Wielu stawia je na równi i twierdzi, że wzajemnie się uzupełniają. Jednak filozofowie chrześcijańscy doszli do wniosku, że wola ma przewagę nad rozumem. Przewaga ta polega m.in. na tym, że rozumem rozpatrujemy pewne rzeczy, stanowiska, stwierdzamy co nam się bardziej opłaca, co mniej, ale właśnie wolą podejmujemy decyzję nad wyborem. I choć określimy sobie w rozumku że coś jest lepsze, i tak możemy wybrać to, co gorsze. Ale, co więcej, miłość właśnie absolutnie nie może być logiczna. Jeśli ktoś z Was spotkał w życiu miłość logiczną, to może mi ją opisać. Muszę przyznać, że jeśli człowiek miałby posługiwać się tylko rozumem, nigdy by nie pokochał. Miłość bowiem wymaga np. poświęcenia, które z całą pewnością nie należy do logicznych, a więc opłacalnych rzeczy (no bo pomyślmy: czy logiczniejsze byłoby oglądać sobie telewizję i zajadać pizzę w czasie wolnym, czy może wykorzystać ten czas na pomoc przy dzieciach autystycznych w jakimś domu opieki? Jasne że logika kazałaby nam odpocząć. A miłość każe pomagać…). Miłość wymaga też zauważenia w drugiej osobie wad, które należy pomóc jej zwalczać, co również nie jest logiczne. Miłość wreszcie dotyczy ludzi najróżniejszych, także tych, których nie lubimy, naszych nieprzyjaciół. Chyba nie jest logiczne kochanie swych nieprzyjaciół? Raczej nie przynosi nam ono korzyści. A jednak mamy ich kochać. I czasami nawet kochamy.

Trzecia więc, i najwyższa, jest sfera woli. Wiele osób twierdzi wręcz, że wolność jest największym prezentem jaki Bóg mógł dać ludziom. Wola służy u nas do podejmowania decyzji. Często wbrew temu co czujemy i wbrew temu co myślimy. Wola pomaga nam wykonywać rzeczy z punktu widzenia rozumu wręcz niewykonalne. Często mówi się, że sportowcy wygrywają ostatnią siłą woli. Że ktoś wyszedł z choroby bo miał wielką wolę wytrwania. Czy że ktoś mógł pójść na piwo, ale wolał zostać na lekcjach… Wola, coś, za pomocą czego decydujemy, pozwala nam właśnie kochać. Miłość jest więc aktem woli. Najwyższym spośród wszystkich jej aktów. Aby więc kochać, nie trzeba mieć na to logicznych powodów. Nie trzeba się zakochiwać. Aby móc kochać, wystarczy chcieć kochać. Wystarczy – ale tu jest haczyk. Bo niby wystarczy sobie postanowić, że się będzie kochało, ale często po prostu się nie chce… Dlaczego? Bo kochać jest trudno. Czym bowiem jest miłość? Ja definiuję ją tak (zaznaczam, że jest to moja własna definicja): Jest to postanowienie, że będzie się dbało o dobro i szczęście drugiej osoby bez względu na wzgląd. Czyli bez względu na dobro własne, bez względu na wzajemność miłości, bez względu znowu na stan kochanej osoby. No bo jeśli osoba kochana czuje się świetnie gdy pali trawkę, my kochając ją, próbujemy ją przekonać żeby nie paliła. Wiemy, że będzie na nas wściekła, a jeśli dopniemy swego, to jeszcze przez jakiś czas będzie czuła się potwornie, ale wiemy również, że potem będzie szczęśliwa, choć musi minąć sporo czasu. Jeśli mąż pije alkohol żona, z miłości, powinna wystawić mu walizki za drzwi i kazać wrócić jak zmądrzeje. Choć będzie jej przykro, że go nie ma i że nie ma się do kogo przytulić, a on będzie się przez miesiąc błąkał po ulicy, to wytrzeźwieje i może nigdy się już nie napije. Znowu – jeśli kochamy jakąś osobę, a ona nagle, po jakimś czasie przebytu w związku (oczywiście nie mówię tu o małżeństwie) stwierdza, że z pewnością będzie szczęśliwa pozostając osobą wolną, to choć wiemy, że będziemy cierpieć katusze, pozwalamy jej odejść, żeby była szczęśliwa. I to przecież w żadnej mierze nie jest logiczne. W żadnej mierze nie wynika też z uczuć. Wynika z woli, z aktu woli niezwykle ciężkiego do podjęcia. Właśnie dlatego, że jest sprzeczny z rozumem i uczuciami. Ale przez to jakże piękny…

4. Trzy słowa o miłości wzajemnej

Choć istnieją tysiące przykładów miłości nieodwzajemnionej, jak choćby miłość nieprzyjaciół, pragnę się tu zająć miłością wzajemną, do tego między przedstawicielami przeciwnych płci, a także osób wiekowo zbliżonych (to jest nie np. miłością matki do syna czy babci do wnuka). Notka bowiem staje się już i tak bardzo długa, a ja pragnę wytłumaczyć moje podejście do miłości jako stosunku między dwójką młodzianów. I tak: osobiście rozróżniam trzy rodzaje takiej miłości (a może raczej, żeby być ścisłym i zgadzać się ze swymi słowami z poprzednich akapitów, trzy sposoby objawiania się takiej miłości): miłość braterska, miłość przyjacielska i miłość małżeńska. Jak już mówiłem, sam niewiele wiem o miłości i do końca nie wiem dlaczego właśnie taki podział, ale wiem że jakoś to tak wewnętrznie czuję. Jakie są czynniki warunkujące sposób objawiania się miłości? Jest to stosunek wzajemny dwóch osób, jest również rozumowe podejście, są to także poszczególne uczucia (mówiłem już wcześniej, że uczucia mają wpływ na miłość, choć ona nie opiera się na nich i istnieje poza nimi). I tak miłość braterską można mieć w stosunku nie tylko do kogoś kto rzeczywiście jest moją siostrą, ale również do kogoś bardzo bliskiego, komu nie powiedziałbyś wszystkiego z różnych powodów i komu nie zwierzasz się zawsze ze swych problemów, ale lubisz przebywać w pobliżu tej osoby, żartować z nią i, oczywiście, pragniesz jej szczęścia. W grę w tej sytuacji wchodzi także coś w rodzaju rutyny czy przyzwyczajenia. Ja na przykład miłością braterską darzę dziewczynę mojego brata. Traktuję ją jak siostrę i kocham jak siostrę. Druga miłość to miłość przyjacielska (kiedyś nawet definiowałem przyjaźń jako miłość wzajemną). Przyjaciół traktujemy jako powierników swych tajemnic, jako osoby którym możemy się wyżalić, wypłakać, z którymi możemy bez obawy o wszystkim porozmawiać. Możemy mieć wielu przyjaciół, tak jak wiele sióstr i braci. Oczywiście by mieć prawdziwą przyjaciółkę (mówię tu we własnym imieniu), trzeba ją najpierw pokochać. No i trzecia miłość to miłość małżeńska. Dlaczego od razu małżeńska, a nie narzeczeńska czy jeszcze jakaś tam wcześniejsza? Dlatego, że jeśli jest wzajemna, a więc nigdy nie ustaje, to siłą rzeczy dąży do małżeństwa, czyli zjednoczenia się ze sobą aż do śmierci. Osoba kochana tą miłością nie musi być powiernikiem naszych tajemnic (przynajmniej nie wszystkich), ale przede wszystkim musi posiadać wyłączność. Nie może być dwóch albo trzech osób które darzymy tym rodzajem miłości (przypomnę, że mówimy o różnych objawieniach tej samej, jednej miłości). Może nie być żadnej, ale jeśli jest już jedna, nie można mówić o pojawieniu się drugiej. I teraz ważna sprawa – właśnie owa wzajemność. Jeśli kocham dziewczynę jak siostrę, ważne jest by ona kochała mnie jak brata (pochwalę się, że jedyną dziewczyną od której w tym roku dostałem walentynkę była dziewczyna mojego brata i nikomu nie przyszło do głowy, że się we mnie kocha; gdzieś w głębi duszy poczułem, że tak właśnie zachowałaby się dobra siostra). Jeśli mam przyjaciółkę, to ona ma przyjaciela. I wreszcie, jeśli darzę dziewczynę miłością (jak ja ją zwykłem czasem nazywać) „coś więcej”, to ważne jest, by ona również mnie nią darzyła. Z bardzo prostego i prozaicznego powodu: jeśli ja ją kocham jak żonę, a ona mnie jak przyjaciela, to ja się będę męczył, a ona wkrótce zacznie mnie mieć dość. Jeśli ofiaruję jej miłość małżeńską i myślę o tym, byśmy byli razem w dobrej i złej doli, dopóki śmierć i takie tam inne, a ona mówi, że nie chce takiej miłości i prosi o to, byśmy spróbowali być przyjaciółmi, to jeśli ja się będę upierał, wykończę nas oboje psychicznie. Ale ponieważ ją kocham, zgadzam się na to byśmy byli przyjaciółmi (czy ewentualnie bratem i siostrą, to może być nawet łatwiejsze do zrobienia) i w inny już sposób wyrażam tą samą miłość, którą już wcześniej zechciałem (inaczej – miałem wolę) ją obdarzyć. Pewnie, im dalej zaawansowany mamy za sobą związek, tym trudniej zmienić sposób okazywania miłości. Ale jeśli się kocha, naprawdę kocha, to nie jest to niewykonalne. A potem mamy znów wolność by miłość małżeńską ofiarować komu innemu. Zaznaczę jednak, że miłość małżeńska raz ofiarowana WZAJEMNIE, tak, że ja ją kocham jak żonę, ona mnie jak męża, jest nieodwracalnie niezmienna. Właśnie tą miłość przysięga się na ślubie. Jedna osoba może nią obdarzyć drugą bez wzajemności, a odwrót może nastąpić tylko wtedy, gdy ta druga osoba myślała że kocha tą pierwszą w ten sam sposób, ale okazało się, że nie miała dość silnej woli. Trochę to zagmatwane. Ale wytłumaczę… Jeśli kocham jedną dziewczynę i obiecuję że będę z nią szczęśliwy do końca życia jeśli odwzajemni mą miłość, ale ona jej nie odwzajemnia, oferując przyjaźń, mogę zgodzić się na ową przyjaźń. Jeśli jednak rzeczywiście sama również zgodzi się na miłość „coś więcej”, nie można już stamtąd zawrócić. Chyba że któraś z tych osób nie kochała drugiej naprawdę.

5. Krótkie podsumowanie i zakończenie notki

Wiadomo z tego wszystkiego, że miłość jest jedna, stoi u podstaw wszystkiego i nie należy, jak to mówił św. Tomasz z Akwinu, do popędu zasadniczego, lecz jest aktem woli. Te trzy rzeczy wiemy dzięki objawieniu, lecz również częstokroć gdzieś w sercu czujemy, że tak jest naprawdę. Czwarty jednak punkt mojego rozumowania w całości należy do mnie i jest mym prywatnym wynurzeniem. Mym prywatnym sposobem pojmowania miłości, przez który często (np. w przypadku poprzedniej notki) dochodzi w mym życiu do bolesnych nieporozumień. Bo jak wiele jest osób, tak wiele sposobów pojmowania miłości, która przecież jest jedna dla wszystkich. Ja właśnie wyróżniam te trzy oblicza miłości wzajemnej, wiele osób może się ze mną tutaj nie zgodzić. Ale przyglądając się mym najbliższym osobom, Qrczakom, naszej paczce, mogę w niej wyróżnić przykłady każdego rodzaju miłości wymienionej, a nawet w pewnym sensie sprzeczność między dwiema osobami ofiarującymi sobie dwa różne objawienia tej miłości. I tak, o ile pierwsze trzy punkty pojąłem i zrozumiałem w Seminarium, o tyle bliskie obcowanie z Qrczakami, ludźmi którzy nie dadzą się nie kochać, wydobyło ze mnie czwarty punkt tej rozprawy. Dziękuję Wam za to.

I na sam koniec napiszę jeszcze, że nie obiecuję, iż nie wypowiem się już nigdy na temat miłości, ale postaram się. Bo temat jest trudny, drażliwy, a potem zostaję oskarżony o pomiatanie miłością i brak zdolności do miłowania w ogóle. Ta rozprawka została napisana po to, by wyjaśnić pewne nieporozumienia i uświadomić Was nie tyle czym jest miłość, ile jak ja ją właśnie pojmuję. A za to: „Najbardziej niezdolni do kochania wiedzą o miłości rzeczy najgłębsze” serdecznie dziękuję. Myślę że się przyda. Ale los mej Pani i Przyjaciół Qrczaków pokaże dopiero, czy rzeczywiście nie jestem zdolny kochać. Choć wcale nie wiem o miłości dość głębokich rzeczy by w ogóle były godne zainteresowania…

Categories: Bóg i miłość | Tags: , , , , | 6 komentarzy

Zobacz wpisy

6 thoughts on “Miłość, jaką jest, moimi oczami

  1. Dziś nie wiem co napisać.

    „…jeśli ja ją kocham jak żonę, a ona mnie jak przyjaciela, to ja się będę męczył, a ona wkrótce zacznie mnie mieć dość. Jeśli ofiaruję jej miłość małżeńską i myślę o tym, byśmy byli razem w dobrej i złej doli, dopóki śmierć i takie tam inne, a ona mówi, że nie chce takiej miłości i prosi o to, byśmy spróbowali być przyjaciółmi, to jeśli ja się będę upierał, wykończę nas oboje psychicznie…”

  2. Jeśli uznać, że Wiara jest źródłem milości, to pierwsza jest Wiara. Co do Pawła, to mam sporo wątpliwości, co do jego posłannictwa, w końcu nie znał za dobrze Jezusa. Uważam, że podstawowa specyfikacją jest Biblia czyli St i NT. Jezusz sugerował, że z Milości do Stwórcy wynika Miłośc do ludzi, a Miłość do Stwórcy to zrozumienie Jego Prawa, danego dla naszego szczęścia. Miłośc Musi wynikac z Wiary- Milości do Stwórcy Ojca…

  3. Arnie

    Boże,już wiem co będę robił w czyśćcu!Będę czytał Mateusza bloga!!;P Takie kluchy z olejem dałeś w tej
    notce że wcale sie nie dziwie że tylko 2 komentarze do tej pory sie pojawiły:P Od 2 dni próbuje coś tutaj napisać
    ale za każdym razem kiedy sie zabieram do czytania notki żeby sobie przypomnieć co miałem pisać dostaje oczopląsu i
    wszystkiego mi sie odechciewa…Może wreszcie się uda..więc tak:
    Po pierwsze,primo!-ja Cię wcale nie oskarżyłem o niezdolność do kochania,zaznaczyłem to od razu po tamtym cytacie ale widać muszę powtorzyć.
    Nie oskarżyłbym o to nawet Hitlera,Charlesa Mansona ani papieża szatanistów,każdy człowiek jest jest zdolny kochać,inna sprawa jak sam się do tej zdolności odnosi.
    Miłość jest dostępna dla każdego,nie potrzeba wcale do niej być żadnym geniuszem ani dużo o niej wiedzieć,wystarczy jej chcieć,ją czuć i w nią wierzyć.
    Po drugie,primo!-Miłość nie jest wcale taka nielogiczna,bo przecież daje szczęscie,”to jest w dawaniu,że otrzymujemy” mowił Jan Paweł II,zawsze twoje sumienie będzie się lepiej czuło jeżeli pójdziesz pomóc dzieciom autystycznym w jakims domu opieki zamiast siedzieć przed telewizorem…Dlatego wcale nie jest nielogicznym stwierdzenie że warto kochać.
    Ale po trzecie,primo!:)-Największy problem w tym żeby odróżnić miłość od próżności,bo to że się komuś pomaga wcale nie znaczy jeszcze że się go kocha,często się tylko inwestuje z nadzieją rewanżu,
    jak to często bywa w przypadku zakochanego chłopaka,który lata za dziewczyna i robi wszystko czego ona sobie zażyczy albo i jeszcze więcej,jeżeli ona jednak go odrzuci i chłopak straci definitywnie nadzieję
    że ją posiądzie zaczyna się nienawiść…Albo kiedyś była sobie taka Maria M.,twórczyni jednego z systemów pedagogicznych co to zakładała szkoły,pomagała wszystkim dzieciom dookoła ale swoim dzieckiem się
    nie zajmowała…Czy więc ona kochała te dzieci czy może chciała tylko zasłynąć jaka to wspaniała i dobroduszna kobieta z niej była??Wydaje mi się,że jeżeli się kocha to miłość się zaczyna od najbliższych,
    tych wobec których ma się największe zobowiązania i tych którzy najbardziej nas potrzebują a nie jakichś obcych których się w życiu nie widziało.Pewnie,jak ktoś daje rade zadbać o swoje podwórko i jeszcze ma ochote
    na jakąś działalność dobroczynną to pięknie z jego strony ale jeżeli jest tylko tylko drugie zamiast pierwszego to mam wierzyć że on/ona kogokolwiek kocha?Albo jeśli ktoś wierzy w Boga i „dobrze czyni” nie
    nie dlatego że radość mu sprawia uśmiech na twarzy drugiego człowieka,tylko liczy że Bóg mu się zrewanżuje w postaci zbawienia czy innych łask na Ziemi-„I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,a ciało wystawił na spalenie,lecz
    miłości bym nie miał,nic bym nie zyskał”-chyba o to właśnie chodziło św.Pawłowi.
    No i po czwarte,też primo!-Co to Mateusz znaczy ofiarować komuś miłość „coś wiecej”?Tak po prostu ofiarować?To brzmi tak jakby oferować komuś prace-bierzesz albo szukam kogoś nowego…Mi się wydaje że takie ofiarowanie samo
    z czasem przychodzi kiedy dwoje ludzi spotyka się ze sobą dłuższy czas,chcą być ze sobą,dawać sobie wszystko co najlepsze aż w końcu stają się sobie najbliższymi ludźmi na świecie i wtedy takie ofiarowanie miłości „coś więcej”
    pojawia się całkowicie naturalnie,a takie ofiarowanie ni z gruszki z ni z pietruszki to zwykle zakochanie które wiesz że kiedyś mija i jeżeli się podejmie taką decyzje zbyt pochopnie może wyniknąć z tego wielki dramat rozwodników, bo niestety nie dopasowali się…
    No i po piąte jeszcze,już nie primo-czym się różni miłość braterska od przyjacielskiej?Bo z Twoich wywodów wynika że przyjaciel jest kimś bliższym od brata bo bratu sie nie zwierza za to przyjacielowi tak…Różnie to bywa z braćmi,bywa
    że bracia się zabijają ale jeżeli mówimy o MIŁOŚCI braterskiej to mi się wydaje że to coś więcej niż przyjacielska.
    No ale ja się pewnie nie znam więc skończę na dzisiaj te wywody,jak się znajdzie jeszcze temat w którym będę mógł Cię podręczyć
    to chętnie to zrobię:P

  4. Miłość… Bez sensu. Ponoć ona uszczęśliwia. Ponoć jest największą siłą. Ponoć nie da się zmieścić jej w słowach. Ponoć jest niezbędna do odczuwania radości. Ponoć to ona sprawa radość, wzmacnia, przynosi ulgę. Ponoć jest pierwszą wsród nieśmiertelnych rzeczy. Ponoć wszystko zwycięża. Ponoć pozwala nam pragnąć Boga oraz jednoczy nas z Nim i całym Jego stworzeniem. Ponoć daje prostotę serca i spokój duszy. Rozpoczyna się dzieleniem wszystkiego, kończy zaś objęciem wszsystkiego. Rozpoczyna się miłością do Boga. Kończy zaś miłością do wszystkich rzeczy w Bogu. Radość jest funkcją miłości. Ponoć kto posiada choć odrobinę miłości, otrzyma odrobinę radości. A kto posiada jej tonę, dostanie zaś tonę radości. Ponoć jeśli miłość jest bezgraniczna, to i radość będzie bezmierna. Czyż tak ?!. Mam wywnioskować z tego, że nigdy nie byłam szczęśliwa ?. Być może… Czymże zatem jest radość, bez uczucia miłości ?. Chcesz mi powiedzieć, że niczym ?… A po co kochać ?. Żeby później cierpieć ?. Cierpieć z miłosći ?. Tysiące takich pytań… „A chodzi o to, że każdy z nas, jeśli nie kocha, nie znaczy nic. „. Tak napisałeś. Nie znaczę zatem nic. Nazywam się ŚMIEĆ. Czyz tak ?. „Najbardziej niezdolni do kochania wiedzą o miłości rzeczy najgłębsze”. Znów Cię cytuję. Jestem osobą niezdolną do kochania, i co ?. Chcesz mi przekazać, że wiem o miłości rzeczy najgłębsze ?!. To chyba jakaś kpina… Nie ma czegoś takiego jak miłość. Nie istnieje. Kilka pustych liter… Wymawiając słowa „Kocham Cię”, nie zdajemy sobie sprawy z tego, co może stać się później, za rok, za dwa, za dzień, za tydzień, za godzinę, czy chociażby minutę… Te słowa za bardzo bolą. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nas czeka. Nigy nie pokłóciłeś się ze swoją dziewczyną ?. Na prawdę, nigdy ?. Nigdy nie poczułeś, że gdy wymawiając słowa „Kocham Cię”, wprowadziła Cię „w maliny” ?. Nigdy nie poczułeś, że to bez sensu ?!. Jeżeli tak, to na prawdę, jesteś bardzo dzielnym człowiekiem. I gratuluję Ci tego. To ten, trzymaj się w takim razie cieplutko, gdzie kolwiek byś nie był, i życzę szczęścia.

  5. Maggie B.

    Drogi Defekcie/Droga Defekt!
    Dla mnie nie ma życia bez miłości, nie ma go dla żadnego człowieka… Nie jesteś śmieciem, nie jesteś kaleką, nie musisz pałać gorącym romantycznym uczuciem do tego jedynego/tej jedynej ani bezgranicznym altruizmem do wszystkich ludzi, jakiich spotkasz, wystarczy odrobina sympatii.
    Ludzie ranią, ja też i Ty pewnie też, każdy z nas, często nieświadomie, kiedy indziej z zamiarem, ale tak już w życiu jest. Nie opłaca się zamykać w sobie i tam pozostawać, lepiej dać innym trochę dobrego od siebie i docenić to, co inni dają od siebie Tobie. I dać sobie prawo do błędów i rozczarowań. Mnie kilka spotkało, ale i tak nie żałuję- tego, co przeżyłam i co mi się podobało, nikt mi nie odbierze.

  6. Pingback: To niech będzie o miłości jeszcze raz « Zawsze chciałem zostać apostołem…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s