Monthly Archives: Czerwiec 2006

Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…

UWAGA! Niniejsza notka przeznaczona jest jedynie dla osób które przeczytały Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, zawiera bowiem treści mogące zdradzić czytelnikom fabułę i rozwiązanie całej książki.

Właśnie wyszedłem z kina obejrzawszy Kod da Vinci by mieć pełen ogląd sprawy i pognałem do pierwszej lepszej kafejki by móc o tym napisać. Spodziewam się że wielu z Was oczekuje ode mnie już od dość dawna wypowiedzi na temat twórczości Dana Browna i oto wreszcie jestem w stanie Was zadowolić. Przeczytałem bowiem powieść jakiś tydzień do dwóch temu, a dziś zobaczyłem film.

Tytuł mojej notki może Was trochę zdziwić. „Ojciec Augustyn w obkęciach Kodu”… Już spieszę z wyjaśnianiem. Otóż św. Augustyn to postać której imię nie pojawia się ni razu w samej powieści, a mój dawny profesor uczący nas patrologii twierdził wręcz, że Brown dla oddania tego co chciał przekazać umyślnie pominął w ogóle temat istnienia Ojców Kościoła. Fakt – czytając książkę na określenie „Ojcowie Kościoła” natknąłem się raz. Byli oni opisani jako jedni z tych, którzy próbowali zatrzeć „prawdę”, obok cesarza Konstantyna, na temat Jezusa Chrystusa. Skąd więc tytuł notki? Otóż na mojej tablicy korkowej wiszą różne obrazki przedstawiające świętych, Augustyna między innymi. Ten też obrazek posłużył mi jako zakładka do książki, nie miałem bowiem nic innego pod ręką. Stąd też pomysł na ironiczny tytuł – Kod, który pochłania. pożera nauczanie Kościoła ;).

Ale do rzeczy, do rzeczy Przyjaciele! Cóż jest takiego w tej książce, ale tak na serio, co sprawia, że trafiła do Indeksu Ksiąg Zakazanych, a film jest bojkotowany przez fanatycznych (błagam, nie róbcie mi wymówek, ale rzeczywiście uważam ich za fanatyków) chrześcijan? Otóż mamy tam pracórkę Jezusa Chrystusa, przebiegłego naukowca mającego świra na punkcie kobiecej świętości, starszego naukowca mającego świra na punkcie Kościoła i kilku panów z Opus Dei, którzy zamieszali się przypadkowo w coś w co wcale nie chcieli się zamieszać. Mamy średniej klasy (nie zawaham się użyć tych słów) kryminał, który w tle ukazuje jakiś wstręt, powiedzmy, autora w stosunku do Kościoła. Ale czy rzeczywiście? Otóż w książce mamy dwie postacie będące przeciwnikami tego co głosi Kościół: Roberta Langdona, który jednak mocno opowiada się za tym, że wiara umacnia i dobrze jest w coś wierzyć, oraz jego brytyjskiego przyjaciela, który – zauważcie! – okazuje się w końcu być postacią złą i podstępną do szpiku kości, równocześnie niesłusznie oskarżającą niektórych członków Kościoła o przestępstwa których się nie dopuścili. Dalej mamy kilku ludzi z Opus Dei – biskupa próbującego w, jak mu się wydaje, jedyny sposób ratować przed zagładą powierzone mu owieczki; który nieświadomie, jak się pod koniec okazuje, trwa w całej akcji jako ten, który popycha szachy; i jego przyjaciel, w głębi duszy też dobry i poczciwy, lecz nieco zwariowany mnich albinos – Sylas. Obaj oni są przez całą książkę pokazani jako źli ludzie złego Kościoła, ale tylko po to, by zwiększyć napięcie panujące w powieści. Bo przecież na koniec okazują się być zupełnie niewinni. I aż szkoda Sylasa, który umiera ratując ukochanego biskupa. Podobnie ma się rzecz jeśli chodzi o nieustraszonego Bezu Fache – mamy odnosić wrażenie, że on, jako człowiek Kościoła, ma za zadanie zniszczyć Langdona. Na koniec okazuje się, że facet po prostu popełnił nieszczęśliwą pomyłkę…

No dobrze, rozwiązaliśmy sprawę obiekcji pana Browna względem Kościoła (więc teoretycznie mamy za sobą połowę sprawy, a mnie zostało 15 minut…). Są jednak jeszcze poważniejsze zarzuty – nie wobec Kościoła TERAZ, lecz w ciągu wieków. Zacznijmy od wspomnianego w książce Soboru w Nicei. Otóż rzeczywiście, został on zwołany za pozwoleniem cesarza Konstantyna krótko po wydaniu przez niego edyktu tolerancyjnego. Ale nie myślano na nim W OGÓLE o ustalaniu kanonu Pisma Świętego. Nie widziano potrzeby odrzucania jakichkolwiek Ewangelii. Dlaczego? Ponieważ Kościół na całym świecie czytał do tego czasu TYLKO cztery Ewangelie, listy Pawła i innych Apostołów oraz Apokalipsę Jana i Dzieje Apostolskie. Kościół w Jerozolimie, Rzymie, Atenach i Egipcie odrzucił inne Ewangelie już dawno. Zresztą – nawet jeśli w tym samym czasie napisano jakiekolwiek inne Ewangelie poza znanymi Czterema, odrzucono je jednomyślnie i, uwaga!, bez konsultacji między sobą. W Nicei zajęto się głównie uznaniem prawdziwego Bóstwa Crystusa – nie że wątpiono w Nie wcześniej. Chodziło o ustalenie, czy jest On cały Bogiem i cały Człowiekiem, czy może tylko po połowie.

Dalej – Maria Magdalena i Merowingowie. Stara legenda. Merowingowie podobno rzeczywiście utrzymywali, że ich ród pochodzi od dzieci Marii Magdaleny i Crystusa. Ten sam mieli wspominani w Kodzie Wolnomularze. Brown słyszał te historie, połączył je w całość, dodał coś od siebie i podobno przeczytał jeszcze jakąś pracę magisterską na temat sztuki Leonarda da Vinci (teraz za to go pono po sądach ciągają), co przepełniło czarę. Zmieszał to wszystko i trach – powstała powieść ciekawa, nieco oburzająca (jednak naprawdę nie wiem czemu Kościół nie wpuścił filmowców do Saint Sulpice – dla mnie to co najminej dziwne), jednak nie wspaniała, takie czytadło. Brown wiedział o czym pisać, choć nie jest geniuszem i książka pozostawia wiele do życzenia. Co do Marii M. jako żony Jezusa Ch. – Jeśli nawet da Vinci cokolwiek insynuował – jakim świadkiem był on, po 1500 latach od tamtej pory. No dobra. A jakim świadkiem może być Brown, w 500 lat po śmierci Leonarda. A co by było gdyby Chrystus rzeczywiście miał żonę? Czy miałbym coś przeciwko temu? Nie. Problem tylko w tym, że jej nie miał…

No i na koniec dwa słowa o filmie. Siedziałem w kinie i nie mogłem wytrzymać. Z 10 razy myślałem czy nie wyjść w trakcie. Słuchajcie! Jeśli podobała Wam się książka, błagam Was! NIE IDŹCIE NA TEN FILM! W jego trakcie zadałem sobie jedno ważne pytanie: Czy scenarzysta i reżyser w ogóle przeczytali książkę…?

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze