Monthly Archives: Lipiec 2006

W pierwszą rocznicę

Oto, Moi Drodzy, mija dokładnie rok odkąd założyłem bloga. Rok temu napisałem pierwszą, najkrótszą chyba jak dotychczas notkę „Rozpoczyna się show!” Może się niektórym wydać dziwne to, co piszę, jeśli bowiem zajrzycie do początków, okaże się, że pierwsza notka powstała 11 października i nosi tytuł „Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni”. Ale co bardziej zorientowani pamiętają, że ten blog jest właściwie drugim blogiem, a tak na prawdę kontynuacją, przedłużeniem bloga pierwszego. I chyba ważniejszego. Lepszego…? Przy okazji zapraszam na pierwszego bloga: www.artdico.mylog.pl.

W związku z obchodami rocznicy wypada zrobić krótkie podsumowanie.
– Łącznie odwiedziły mnie 5834 osoby (w tym 2719 na pierwszym, a 3115 na drugim blogu).
– Zostałem skomentowany 556 razy (przy czym 214 kommentów pojawiło się na blogu Artdico, a 342 na Gnorofexie), nie licząc komentarzy o których usunięcie zostałem poproszony przez autorów.
– Najczęściej komentowana notka to „Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka” (41 komentarzy), najrzadziej zaś – „Memento mori” (tylko 1 komentarz).
– Łączna ilość wpisów do księgi gości (licząc spam) to 38 (18 na nowym, 20 na starym).

– Napisałem (łącznie z tą) 43 notki, 18 na pierwszym, 25 na drugim blogu. To daje średnio 3 i 7 dwunastych (czyli nieco ponad 3,5) notki na miesiąc. Średnio przypadło niecałe 13 komentarzy na notkę, nieco więcej na drugim niż na pierwszym blogu.

Ta krótka roczna statystyka przywodzi na myśl ciekawy wniosek – choć ten blog trzyma się lepiej niż poprzedni, to statystycznie pokonał go tylko o ułamki (najwyżej w liczbie komentarzy – o ponad połowę). Ale jeśli spojrzymy dokładnie – Artdico działał zaledwie trzy miesiące, zaś Gnorofex już 9 miesięcy – okaże się, że przez pierwsze trzy miesiące pisałem średnio po 6 notek na miesiąc, przez kolejne 9 – niecałe 3 (zauważmy, że kilka poprzednich miesięcy zwiększało dorobek o jedną). Dlaczego? Ci, którzy znają moją historię wiedzą skąd taka różnica. Tym, którzy nie zdążyli jej poznać, opowiem…

To jest, podsumuję ten najokropniejszy i najsmutniejszy rok mego życia, po łebkach bo po łebkach, ale chociaż tyle… Wróciłem na wakacje do domu, z Domu, czyli Seminarium. Wcześniej, na początku wakacji, byłem jeszcze na rekolekcjach, potem zacząłem kontaktować się z przyjaciółmi brata, znanymi jako Qrczaki. Ponieważ oni posiadali już od dłuższego czasu własne blogi, z którymi często zdarzało mi się polemizować jeszcze gdy przebywałem w Radomiu, zdecydowałem się założyć własny. Makota pomogła mi by wszystko jako – tako wyglądało, poinstruowała mnie jak tworzyć notki i ruszyłem z rozmachem. Pragnąłem wiedzę i doświadczenie zdobyte w czasie najpiękniejszego roku mojego życia przekazać jak najpełniej dalej tym, którzy tego potrzebowali. Jako młody postanowiłem mówić do młodych ich (naszym) stylem. Tak, ludzie zaczynali mnie czytać i widziałem, że wykonuję kupę dobrej roboty. Dlatego tworzyłem notkę czasem co 3 – 4 dni… I dlatego przeraziłem się, gdy się okazało, że pod koniec września nie ma mnie na liście alumnów drugiego roku.

To były właśnie trzy miesiące przez które królował Artdico – stuknięty kleryk. Ostatnia notka tamtego bloga ukazuje dokładnie dlaczego blog zostaje zamknięty. Ilość komentarzy pod nią świadczy tylko o ogromie zainteresowania blogiem przez najróżniejsze osoby. A po tym co się wydarzyło, poznałem dopiero kto jest moim prawdziwym przyjacielem. Akcja „Ratujmy Artdico” trwała niezbyt długo, była za to silna i burzliwa. Nic nie dała. A ja tym czasem pojechałem do Łodzi, dostałem się na zaoczną polonistykę i poznałem Paczkę. Założyłem nowego bloga, tym razem Piętuś skombinował mi wygląd, i zacząłem pisać. A potem Paulina załatwiła mi pracę w McDonaldzie. Przyszła zima. I pękłem. Mówi o tym najlepiej styczniowa notka „Awans”. Wtedy już wiedziałem, że to będzie najgorszy rok mojego życia. W sumie nie mogłem mieć wątpliwości – pierwsza połowa tego roku była już za mną. Qrczaki mogli mi pomagać na odległość (choć odwiedzili mnie dwukrotnie, przez co jeszcze miałem problemy z gospodarzem). A ja każdego dnia budziłem się i powtarzałem sobie, że nie, dziś nie idę do pracy! Szedłem… Studia to był jeden zjazd na dwa tygodnie. Zresztą Paczka szybko zaczęła stawać się coraz mniej realna. Paulina i Jacek odeszli, potem zrezygnował Albin. Ja też już w połowie roku wiedziałem, że nie zamierzam przez najbliższe 5 lat studiować zaocznie i lepić hamburgerów. No i zaczęły się jeszcze kłopoty z dziewczynami (kurczę, a jeszcze rok wcześniej, ba, pół roku wcześniej „wiedziałem”, że te problemy już dawno za mną!). Ale pod koniec marca wszystko zaczęło się zmieniać. Stało się lepsze. Moja Pani zagrzała sobie miejsce w moim sercu. I niespodziewanie świat zaczął nabierać barw. Żal do wszystkich zelżał. Z większą radością zacząłem chodzić do pracy. Znów odzyskałem szczęście. Następne 3 miesiące to była jedna sekunda. Nie zdążyłem nawet wielu notek napisać ;). No i zdałem (niespodziewanie) egzaminy. I rzuciłem pracę. I raz na zawsze zamknąłem za sobą najpodlejszy rok mojego życia. Rok pisania bloga. Bloga, który sprawił, że rok był taki, jaki był…

Dziękuję. Dziękuję Bogu za to, że pomógł mi być z Wami przez ten rok. Że był ze mną przez rok pełen doświadczeń i upokorzeń. Rok wielkiego upadku. I dziękuję Mu za to, że w końcu pomógł mi się podnieść. Bóg jest wielki! Przecież to ze względu na Niego założyłem bloga. I choć blog zniszczył moje życie, Bóg wciąż potrafi go wykorzystać. Dziękuję Ci Panie!

Dziękuję też tym, którzy byli ze mną przez ten rok, lub chociaż przez pewną jego część. Nie będę wszystkim dziękował z imienia, ale muszę przede wszystkim podziękować Qrczakom. Oni pomogli mi na początku z blogiem, oni też okazali się prawdziwymi przyjaciółmi w momentach kryzysowych. Dziękuję, Qrczaki!

Pozostałym, komentującym czy nie komentującym, też dziękuję. Wiecie, że choć nie zapisuję tu Waszych imion, myślę o każdym/każdej z Was z wdzięcznością. Dziękuję.

I to chyba koniec. Koniec tej notki. Niech Bóg błogosławi wszystkim nam. I życzę Wam oraz sobie, byśmy na codzień pamiętali o tym, że to co się dzieje, dzieje się dlatego, że Bóg tego pragnie. Gdyby mnie nie usunęli za bloga, nie byłbym w takiej sytuacji w jakiej jestem. A moja sytuacja wydaje się dziś niezmiernie piękna! A czego mi możecie życzyć? „Sto lat, sto lat…!” ;)

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Here I go again on my own…

I znów trochę mylący tytuł. „On my own” nie znaczy bowiem w tym wypadku tego, że jestem sam, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, niech mnie ktoś przytuli. Nie, wręcz przeciwnie. Są przyjaciele (głównie Qrczaki, ale można naliczyć kilkoro innych, niezrzeszonych), jest wspaniała dziewczyna (także Qrczak), jest rodzina i nawet pies jest. „On my own” w tym wypadku oznacza raczej coś takiego, że oto wróciłem do punktu wyjścia i muszę zacząć wszystko, lub prawie wszystko, od początku. Rzgów pożegnałem i sądzę, że już na zawsze. Po ostatnim tygodniu spędzonym tam z moją Panią spakowałem manatki i wywiozłem cały nagromadzony przez rok sprzęt nowym Volkswagenem (moich rodziców) do Skarżyska. Trzeba przyznać, że trochę było nam ciasno z Moniką na tylnym siedzeniu, bo ponad połowę owego zajmowały bagaże (te które się nie upchnęły w bagażniku), a Tata i tak był zadowolony, że udało się wszystko zmieścić. No ale właśnie tak pożegnałem Rzgów.

Wraz ze Rzgowem pożegnałem McDonalda. Jeju, nie wiecie (może niektórzy wiedzą…) jaka to ulga, zakończyć pół roku ciężkiej pracy do której zmusiła cię sytuacja życiowa bardziej niż własny wybór. Ja mam dopiero 21 lat i w dalszym ciągu pragnę zostać umysłowcem. Naukowcem – to możliwe. Ale nie lepiarzem hamburgerów. Trochę było szkoda rozstawać się ze znajomymi, trzeba bowiem stwierdzić, że ekipa doborowa, ale nie ma róży bez kolców, jak to mówią. Żadnych pieniędzy nie udało mi się zaoszczędzić, choć jeszcze przede mną pensja za czerwiec więc kto wie, może przetrwa do końca wakacji. Mama się denerwuje bo zachciewa mi się własnego peceta (choćby po to, by móc pisać tego bloga częściej niż raz w miesiącu) ale nie mam własnych oszczędności. A może ktoś mi powie jak można oszczędzić coś z 500 złotych pensji miesięcznie?

Ale najciekawszy wybór to porzucenie polonistyki. Cóż, trzeba przyznać, że już od połowy tego roku akademickiego twierdziłem, że studia zaoczne to coś absolutnie nie dla mnie, ale skoro już zapłaciliśmy te 3600 złotych za rok, to Mama poprosiła bym się postarał go zaliczyć. No i się postarałem… No dobrze. Może się nie starałem. Ot, ironia. Gościu któremu najmniej zależało, bo i tak rezygnuje, zaliczył wszystkie egzaminy. Na tróję bo na tróję, ale bezsprzecznie zostałem przyjęty na drugi rok. Tym czasem moi przyjaciele Ania i Piotr (ostatnia para z naszej paczki trwająca przy polonistyce) oblała Staropolską, choć kuli. Isn’t that ironic? Wprawdzie papierów jeszcze nie zabrałem (czekam na podbicie indeksu), ale już wiem że polonistyka – adieu!

No i oto znów podążam, całkiem sam. Bez pieniędzy, bez studiów, bez pracy, bez lokalu. Co dalej? Albin ma mieszkanie, ale raczej nie ma na nie co liczyć póki co. Więc trzeba będzie poszukać czegoś nowego w Łodzi. Tak, zostaję w Łodzi, i chyba już wspominałem, że planuję japonistykę. Jeszcze nim trafiłem do Seminarium, już mi świtało w głowie pragnienie zostania japonistą. W Łodzi jest podobno najlepsza prywatna szkoła zajmująca się takimi sprawami. Mają i japonistykę, i skandynawistykę, i iberystykę, i sinologię. Tak więc składam papiery do WSSM. Po raz trzeci na pierwszy rok. „Bo ja bardzo lubię swoją klasę, zwłaszcza gdy jest pierwsza”. Z nadzieją, że to wreszcie uda mi się skończyć. Co do pracy, mam ambicję by pisać do jakiejś gazety, ale to już się trzeba będzie zastanowić później. Póki co – nie mam pomysłów. Mieszkanie, studia, praca… Najlepiej komputer z internetem…

Wakacje! Hura, hura, hura! Nareszcie mam wakacje, po najbardziej powalonym, pomylonym i najcięższym roku mojego życia! Nareszcie mogę się opalać na plaży obok Najpiękniejszej Kobiety Świata (i obok innych Qrczaków, z mym bratem na czele), mogę planować długie wędrówki po Górach Świętokrzyskich, mogę iść na pielgrzymkę do Częstochowy, mogę spać do której mi się tylko podoba! Wakacje! Co zamierzam? No, powiedzmy, że możecie oczekiwać częstszych notek, częstszych odwiedzin u Was, powróci również forum (już nad nim pracuję). Będzie tak jak w poprzednie wakacje, a może nawet lepiej. Ale póki co kończę. Kończę tą jak najmniej obrończo-życiową-i-świętościową notkę i pozdrawiam! A dziś i tak będę siedział do późna przy kompie ;P.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 9 komentarzy