Monthly Archives: Sierpień 2006

Uczmy się żyć modlitwą

Nie wiedziałem jak zatytułować tą notkę. W zasadzie miała powstać zaraz po pielgrzymce, ale nie powstała. Jakoś tak się nie zeszło. W ogóle rzadko się ostatnio schodzi, bym siadł i coś tu napisał. Ale wreszcie piszę, choć z rana wstaję i pędzę do Łodzi. Więc na początek apel: Uczmy się żyć modlitwą!

Rok już prawie minął od tamtego momentu. Momentu, jak mi się dotąd wydawało, najgorszego w mym życiu. Oto nagle to, co wydawało się musieć, nie jest. Oto nagle to, co niby czułem, że Bóg mi wyznaczył, prysło. Oto nagle zostałem sam, zupełnie sam, z nieziemskimi problemami. Minął prawie rok. Przez ten rok tkwiła we mnie drzazga. Drzazga żalu, nienawiści, złości. Ta drzazga tkwiła, a ciało wokół niej ropiało paskudnie. Czasem ktoś przeszedł i próbował tą ranę zasklepić. Ropa zasychała, drzazga przestawała uwierać. Po to, by zaraz strup odpadł, ropa wypłynęła i ciało zaczęło pulsować. Przez ten rok stałem się nie do wytrzymania. Złośliwy, wypominałem ludziom ich błędy, robiłem z nich problemy, których w rzeczywistości nie było. Wylewałem hektolitry jadu. Niewielu o tym mówiło, ale wielu to odczuwało. Zwłaszcza najbliżsi – ci, którzy usiłowali mi pomagać. A ja cieszyłem się, gdy komuś się oberwało. Czułem dziką satysfakcję. Jednak najbardziej pożądałem zemsty. Zemsty na księdzu rektorze, na proboszczu, na jego wikarych. Zemsty, której dokonać nie mogłem. Rok minął od tamtego czasu, poznałem dziewczynę, której najbardziej się ode mnie przez to dostało, zaręczyłem się, a potajemnie śniłem o Seminarium. Śniłem, by wrócić.

Nadeszła pielgrzymka. Pierwsze dwa dni to był koszmar. Chłopaki, którzy tworzyli naszą społeczność, a których od roku nie widziałem, nagle zaczęli się pojawiać. Kilku w mijanych po drodze parafiach, kilku w innych grupach pielgrzymkowych. Strupy pękły, drzazga zaczęła się wiercić we wszystkie strony. Ale zacząłem sobie zdawać z tego sprawę. Zacząłem rozumieć że swoim żalem, swoimi nerwami psuję życie najbliższym. Zacząłem liczyć momenty w których wbijałem szpilę mojej Pani. Kilka, kilkanaście dziennie. A ona milczała, spokojnie to znosiła. Dlaczego? Zapałałem do siebie nienawiścią. To spowodowało, że nadszedł wreszcie dzień w którym załamałem się nerwowo. A im bardziej to czułem, tym bardziej dawałem się we znaki innym. A im bardziej dawałem się im we znaki, tym bardziej to czułem. Nadszedł wieczór. Wieczór, którego wolałbym nie pamiętać. Wieczór, który powinienem pamiętać, jako przestrogę dla siebie.

Nikomu nie zrobiłem krzywdy. Nikogo nawet nie dotknąłem. Tylko krzyczałem i biłem głową w futrynę. Bała się mnie. Podeszła dopiero gdy trochę się uspokoiłem. Ale to był wieczór, w którym wiedziałem, że drzazga nie może się dłużej psuć. Że muszę ją wyjąć.

Z samego rana była rozmowa z O. Rafałem. Rozmowa i spowiedź. Powiedział mi coś, czego nie spodziewałem się usłyszeć. Coś, co nigdy nie przyszło mi do głowy. Spytał: „Czy masz żal do Kościoła?” „Nie do całego. Do niektórych ludzi”. „A czy masz żal do Boga?” Pomyślałem chwilę. „Chyba nie”. „Wierzysz, że Bóg działa przez Kościół? Że założył go, by dawać nam wskazówki?” „Taka jest moja wiara. W to wierzę”. „A więc pomyśl – rektor dostał w tym Kościele władzę. Dostał możliwość rozeznawania powołań. Powołań, które daje Bóg. I przez Kościół, przez rektora Bóg mówi nam, czy mamy powołanie, czy nie.” Zamyśłiłem się. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Kontynuował więc: „Zastanów się, czy to przypadkiem nie było całkowicie twoje. Czy to nie ty powiedziałeś, hej, Boże, ja idę teraz Ci pomagać, a Ty to zaakceptuj. Pomyśl, jeśli cię wyrzucili, decyzją Kościoła, któremu Bóg dał władzę, jeśli cię wyrzucili, to czy ty w ogóle miałeś powołanie?” O kurczę. Może się Wam to wydać dziwne, ale on miał rację. On miał rację – to było tylko moje. Tylko i wyłącznie moje myślenie, moje postanowienie. Ani krztyny Bożego powołania. Oni to odkryli. Oni uwolnili mnie. Dzięki nim została mi udzielona kolejna szansa, której wcześniej nie widziałem. To możliwe. To pewne. Dzięki temu poznałem dziewczynę, po stokroć wspanialszą niż ktokolwiek inny na świecie. Dzięki temu znów marzę o idealnej rodzinie, o małżeństwie i dzieciach. Marzę? A może to nie Boże powołanie? Może znów jestem w tym tylko ja? To się jeszcze okaże.

Reszta pielgrzymki była cudem. Choć nie sądziłem, idąc na nią, że cokolwiek się odmieni. Drzazga wyszła. Przeprosiłem wszystkich. Wybaczyłem księdzu rektorowi, który dostał awans na biskupa i witał nas serdecznie przy wejściu na Jasną Górę. Adoptowałem duchowo drugiego dzieciaka. Dowiedziawszy się, że moja Pani odmawia dziennie dwie (odkąd podjęła się wraz ze mną duchowej adopcji – trzy) dziesiątki różańca, zdecydowałem się na cały. A słysząc od ludzi, że mają maturę czy dużo zajęć i brak im czasu na modlitwę, znów zacząłem odpowiadać starą opowieścią o Matce Teresie.

Pewnego dnia Matka Teresa głosiła jakąś mowę: „I musicie poświęcić na modlitwę godzinę dziennie. Taka godzina z pewnością ułoży wasz dzień”. Wtedy odezwał się pewien biznesmen: „Ale ja jestem bardzo zapracowany. Nie mam czasu na godzinną modlitwę”. Na to Matka Teresa: „A, to co innego. W takim wypadku pan potrzebuje dwóch godzin modlitwy dziennie”.

I to nie są wrzuty. No nie są szpile wbijane ze złośliwości. To szczera chęć pomocy. Innym, ale i sobie. Bo wiem, że przez ten rok opuściłem się znacznie. Przestałem praktycznie rozmawiać z Bogiem. A przecież Bóg czeka na mnie. Czeka na każdego z nas. Ja już nie pragnę modlić się godzinę dziennie. Nie pragnę odmawiać dziennie jednego różańca ani dwóch pacieży. Pragnę znów, na nowo żyć modlitwą. Pragnę, by cały, calutki mój dzień wypełniała modlitwa. Bym do każdego człowieka podchodził z czcią, jakby w nim sam Bóg mieszkał. Pragnę tego, by każda wykonywana przeze mnie praca była dla Niego i dla drugiego człowieka. Modlę się o wyzdrowienie dla mnie. O to, bym już nigdy nie walił głową we framugę. Modlę się, bym potrafił żyć modlitwą. Wy też spróbujcie…

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze