Monthly Archives: Październik 2006

Ja czy nie ja?

Pewnie wielu z Was znów napisze, że ciągle tylko narzekam. Że nie mogę się pogodzić z tym co było, zapomnieć, zacząć żyć normalnie. I pewnie będziecie mieli rację. To wielce prawdopodobne, że jestem malkontentem. Ale również prawdopodobne, że mam powody by być…

Okej, może nie są to powody takie, jak pisała Makota, że mnie opuścili przyjaciele. Może są mniej ważne. I może się powtarzam, znów się powtarzam. I są ludzie, którzy piszą, że nikt nie lubi, gdy człowiek się rozczula nad sobą na blogach. I pewnie tego nie lubicie. A notka o Awansie nie padła tak dawno, by znów wracać do ciężkich spraw. Ale wrócę, może ktoś mnie przytuli…

A pomysł na notkę wziął się stąd, że z jakiegoś powodu zacząłem przeglądać notki z mojego pierwszego bloga. Notki i komentarze, zwłaszcza te do notki ostatniej. Te, gdzie tyle ciepła spotkało mnie z Waszej strony, gdzie mogłem się czuć dowartościowany, gdzie mogłem czuć, że rzeczywiście mam mnóstwo przyjaciół. Ale były ku temu powody. Ja, ważny jak nic kleryk, Ten, Który Studiuje W Seminarium, zsstąpiłem z wysokości do Was, małego proszku ludzkości (mam nadzieję, że odczytaliście w tym zdaniu ironię, bo owszem, zdanie to było pełne ironii) by Wam towarzyszyć, by Wam pomagać. By dzielić się z Wami tym, co zostało mi przekazane przez ten rok w Seminarium. Tak na serio nie czułem się jakoś specjalnie ważny. Ale wiedziałem, że moja wiedza po jednym roku teologii jest trochę większa niż człowieka po zeru latach teologii. I pomagałem Wam. Pokochaliście mnie i uwierzyliście we mnie, w moje powołanie, w to, że zostanę księdzem. Ja pokochałem Was i widziałem, że to co robię, jest dobre. Było dobre. Może czasem byłem, jak to ujmuję, rubaszny, ale najczęściej zachowywałem się dobrze i naprawdę w miarę moich możliwości starałem się pomóc. Nikt nie uważał mnie za takiego, co pozjadał wszystkie rozumy, choć wielu się ze mną nie zgadzało. To jasna sprawa. Miałem autorytet. Byłem klerykiem.

Dziś już od ponad roku nie jestem. Przez jakiś czas, jak już pisałem, zawzięcie walczyłem. Wy walczyliście ze mną. Podejrzewam, że listów z prośbą o ratunek wpłynęło do rektora więcej niż mógłbym przypuszczać. Ale potem zostałem sam, w dużym brzydkim pokoju w Rzgowie, robiąc w McDonaldzie i wielu z Was o mnie zapomniało. Może nie do końca zapomniało, ale niewielu pamiętało, że jeszcze przed chwilą byłem klerykiem, że jeszcze przed chwilą, no kurczę, nie oszukujmy się, miałem autorytet. Szybko stałem się „księdzem” w żartach, zacząłem być popychany (no dobra, nie przez Was, ale przez wielu nowych znajomych). Czułem się jak rzucony na głęboką wodę, bez koła ratunkowego. Do tego wokół mnie zaczęło pływać stado rekinów, a moja wiara i miłość nie była na tyle silna, by wyjść z tego spotkania bez szwanku. Wy czasem mi pomagaliście, ale, jak mówię, częściej słyszałem słowa w stylu „czemu ty ciągle narzekasz?”. Tak więc nie, nie wyszedłem z tego bez szwanku. Niestety.

I tak dziś czytam notki z poprzedniego bloga. Wspierane autorytetami, cytatami z Pisma Świętego. I czytam te najnowsze. Ogromna różnica. Mniej wkładanego serca. No i przede wszystkim: tak, ja tak uważam i to jest bezwzględna prawda! Może jest… Ale nie potrafię jej już poprzeć cytatem, nie potrafię znaleźć odpowiedniego autorytetu, który stoi za moim myśleniem. Bo od roku nie mam z tym wszystkim kontaktu. Dziś wokół mnie świat. Świat studentów, na japonistyce buddystów, rastamanów, zwolenników reinkarnacji, panków, obśmiewców. Ja sam. Po co poszedłem na japoński? Bo kiedyś chciałem jechać na misje do Japonii. Może nadal chcę? Tak, chcę. Chcę skończyć teologię. Chcę wiązać życie z Bogiem, jak by to nie miało wyglądać. Ale jest ciężko. Ciężko wstać rano na 7 do kościoła, ciężko bronić Boga i Kościoła wobec buddystów, którzy identyfikują mnie „w żartach” z Radiem Maryja. Ciężko modlić się codzień, ciężko nie grzeszyć. Ciężko nie zmieniać się pod wpływem otoczenia w którym nie ma Cię kto wesprzeć. Są przyjaciele, ale są daleko. I często nie rozumieją. Często nie rozumieją, że obiecałem Bogu, że będę tylko Jego. Nie rozumieją, że do dziś nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma mnie w Seminarium. To przykre…

Przykre, że ja też przestaję to rozumieć. Ja czy nie ja?

„Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny…” – Wilki.

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Historia o pewnym Aniele

Ta notka będzie opowieścią o takim Ludziku, który zrobił na mnie tak wspaniałe pierwsze, drugie i ostatnie wrażenie, że byłem gotów nazwać Go Aniołem. A potem, gdy już sądziłem, że ostatnie wrażenie było rzeczywiście ostatnim, Anioł ten zrobił na mnie kolejne pierwsze wrażenie i to sprawiło, że notka przyjmie kształt o drobinkę inny niż miała przyjąć pierwotnie. I jeśli Ciebie, Aniele, urazi ta notka, bo niektórzy mają takie poczucie, że zbyt bardzo dowartościowani czują się, że im się ubliża, to z góry serdecznie przepraszam.

Pojawiła się niespodziewanie. To chyba dobrze. Zresztą, jak miała się niby zapowiedzieć? Nie znaliśmy się wcześniej. Dokładna data? 11 września 2005, choć nie wiem po co chcielibyście to wiedzieć. Jej komentarz do mojej notki był chyba jednym z pierwszych, który pozwolił mi wierzyć, że rzeczywiście blog, którego postanowiłem zacząć pisać, daje owoce i działa wśród ludzi. Co ciekawe, to była notka o przepisach liturgicznych. Taka, która z założenia miała być nudna, mówić o czymś konkretnym, ale mało ciekawym. Miała wygłuszyć burzę nastałą po poprzedniej notce. A tu Jej komentarz odezwał się wielkim echem… Z ukłonem przyznała mi rację, a ja poczułem, że raczej ja powinienem się kłaniać przed Nią. Notka o Piśmie Świętym i Świętej Tradycji powstała na Jej prośbę. A potem była kwestia antykoncepcji. To Ona poddała mi ten pomysł i pewnie nie napisałbym na ten temat gdyby nie to, że mnie o to poprosiła. Tej notki nie zrozumiała. Nikt jej nie zrozumiał i otrzymałem wyłącznie krytykę, ale jestem wdzięczny, bo poruszyłem temat, którego sam przecież się bałem… Żeby rozładować sytuację napisałem więc żartobliwą notkę o jedzeniu lodów z dziewczynami w XIX-wiecznych sukienkach. I podniosło się wielkie halo, z którym Ona również pomogła mi sobie poradzić. Napisała wówczas wierszyk, który niezwykle mnie rozbawił:

Wesołe jest życie kleryka,
dziewczyn nie zawsze unika,
bo towarzyskie kontakty
to człowieczeństwa też akty :).
Kleryk się stara jak może
dopomóż w staraniu mu, Boże!
Bo piękną noteczkę napisał,
naprawdę, świetnie się spisał.

A tutaj komentujący
kąpani w wodzie gorącej.
Robią zeń pustelnika
co ludzi zawsze unika.
Zlitujmy się nad Mateuszem,
wszak on towarzyską ma duszę…

No a potem mnie usunęli. I Ona została. Została, trwała ze mną, wspomagała mnie. Dziękuję Ci za to! Długo, długo jeszcze towarzyszyła mi na moim nowym blogu.

Ale Ona też miała bloga. To był chyba najwspanialszy blog jaki kiedykolwiek czytałem. Nie zawsze traktował o rzeczach świętych, czasem bywał trywialny, ale zawsze był sympatyczny i prosty. Zawsze tłumaczył to, co chciał wytłumaczyć tak, jak chciał i zawsze mu to wychodziło. Zgredzik przy jednej z notek napisał komentarz, że czyta się go jak „rosyjskie fantasy”. Tak, to faktycznie wielki komplement dla takiego bloga. Raz ukazała się notka o języku polskim i w niej został umieszczony link do mojego bloga (jakoby niby mój blog był czysty ortograficznie. Bzdura! :P), za co nie mogę do dziś zaprzestać wdzięczności. A sam Anioł ukazywał na tym blogu swe podejście do życia, tak piękne i wspaniałe, że napisałem kiedyś w komentarzach: „Gdyby nie to, że masz 16 lat, ożeniłbym się z Tobą”. Otrzymałem odpowiedź: „Mam 15 lat. Nie postarzaj mnie”.

Potem blog zniknął. Został zamknięty, zlikwidowany. Nie istnieje. Kiedy zorientowałem się w tym, poczułem ogromny smutek. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Ona przestała się odzywać. Raz dostałem komentarz, który bardzo mnie ucieszył. Jak z zaświatów. Ale to była kropla w morzu potrzeb. Tak, chciałem naprawdę napisać notkę, w której oddam cześć Aniołowi, który zniknął. I miałem to zrobić. Gdy wróciła. Przyłączyła się do wielkiej bitwy na arenie mej poprzedniej notki i stanęła przeciw mnie. Ale nie jak większość walczących, w tym także ja, z nożami i dynamitem w ręku, ale z pokorą i mądrością, na którą stać tylko Anioła. Tym jednym komentarzem otworzyła moje serce. Dzięki niemu zrozumiałem jakie błędy popełniam, próbując na siłę zmieniać ludzkie serca. Uwierzyłem, że trzeba dać spokój i czas każdemu, by zrozumiał co mam mu do powiedzenia. Że ja też potrzebuję czasu i spokoju by poznać prawdę, jeśli rzeczywiście zamierzam ją dalej przekazywać i, przede wszystkim, żyć nią. Podjąłem na spokojnie kilka decyzji, które już zaczynają przynosić owoce. Kilka decyzji, których pewnie bym nie podjął, gdyby Ona nie wróciła i nie pozwoliła mi uwierzyć, że wystarczy spokój i pokora, by przekonać kogoś, że ma się rację. O ile rzeczywiście się ją ma. Tobie się to udało, Połowo Duszyczki. Parę razy przekonałaś mnie, że masz rację tylko przez spokój, uniżenie i pokorę. Tak, Animaedimidium, o Tobie ta notka. Dziękuję Ci za zmiany jakie przyniosłaś w moim (i, mam nadzieję, nie tylko moim) życiu. Dziękuję Ci za to, że uczysz nas spokoju, trzeźwego, acz pełnego miłości spojrzenia na świat i wielkiej wiary w Prawdę. Dziękuję Aniele!

By odwiedzić nowego bloga Połówki Duszyczki (sam tak przejęzyczyłem jej nicka :), należy odwiedzić stronę www.tikula.mylog.pl. Przepraszam, czuję się zobowiązany, by zamieścić tu ten adres. Dziękuję jeszcze raz. I proszę, jeśli ktoś ma gdzieś zapisane notki z bloga http://www.animaedimidium.mylog.pl, byłbym wdzięczny, gdyby dał mi znać.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Bóg na pierwszym miejscu

Większość ludzi, których znam, a którzy należą do grona wierzących katolików, traktuje Boga jako abstrakt. Kogoś (Coś?) kogo nigdy nie widzieli, nie słyszeli, do kogo trzeba się modlić odmawiając paciorki, różańce i tym podobne regułki. Kogoś, kto podobno może pomóc albo może i nie pomóc. Sakramenty uważają w tej sytuacji jedynie za symbole, opłatek podawany do ust za symbol Eucharystii ustanowionej lat temu dwa tysiące z kawałkiem, chrzest czy ślub za tradycję narodową, a w sens spowiedzi wątpią w ogóle. Niedzielna Msza Święta wypływa jakby z obowiązku i zupełnie obojętne jest to, czy przystąpi się w jej trakcie do Komunii, czy nie. Zupełnie wszystko jedno, czy jest się podczas niej w stanie łaski uświęcającej, czy nie. A codzienność poza Mszą jest codziennością i tu już się najlepiej niech żaden abstrakt, który to niby jest, a niby go nie ma, nie wtrąca. Tak wygląda życie przeciętnego (nie tylko) polskiego katolika.

I wcale nie twierdzę, że jestem w o wiele lepszej pozycji. Nie twierdzę również, że niektórzy z Was nie są w pozycji lepszej niż ja. Twierdzę natomiast, że wiele lat temu uświadomiłem sobie, że Bóg nie jest i nigdy nie był żadnym abstraktem. Nie nauczyła mnie tego babcia (ona za to nauczyła mnie paciorków), ani mama (przeciętny katolik, jak wiele innych osób), ani tata (poglądy diametralnie różne). Sądzę, że jeśli nie ma żadnego realnego źródła, to uświadomił mi to sam kontakt z Bogiem. Ale mniejsza o to. Bóg nie jest abstraktem. Nie jest Kimś lub Czymś co jest niedotknione, niedające się oglądać, nieosiągalne. Bóg był pierwszy. Nim wszystko istniało, istniał Bóg. Jedyny, wszystko ogarniający, nieskończony. A potem stworzył świat. Stworzył czas i przestrzeń i w tym miejscu umieścił nas, ludzi, małe abstrakty, porównując do Niego. Próbujemy sobie tłumaczyć, że Bóg jest abstraktem, bo nie obejmuje Go czas ani przestrzeń. Tym czasem to nie czas czy przestrzeń mają Go obejmować. To On obejmuje czas i przestrzeń. One Go nie dotyczą, On nie potrzebuje ich do istnienia. Nie da się Boga tłumaczyć na podstawie świata widzianego. Jedynie świat widziany na podstawie Boga.

Bóg stworzył świat z miłości. A potem zszedł na ziemię, również z miłości, aby ten świat zbawić. Byli ludzie, którzy Go wtedy oglądali. A nie uwierzyli Mu. Ale powiedział do nich: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Dał nam wtedy Sakramenty, jako widzialny i dotykalny znak Jego obecności. Co więcej, obiecał nam, że zawsze będzie wśród nas. Choć nie zawsze widzialny, nie zawsze dotykalny, ale zawsze realny, a nie abstrakcyjny. Zawsze.

Teraz, gdy piszę tę notkę, cały czas modlę się do Niego, by pomógł mi to wszystko jakoś bezbłędnie napisać. Modlę się… Co to znaczy, że się modlę? To znaczy, że trwam w rozmowie z Panem. Że on stoi tu, koło mnie i szepcze mi coś do ucha, a ja mam nadzieję, że dobrze Go rozumiem i że dobrze to zapiszę. Zaraz po napisaniu notki pójdę do kościoła na Mszę. Czym jest Msza? Msza jest spotkaniem z Nim, największym moim Przyjacielem, w rzeczywistym kontakcie. W czasie Mszy mogę realnie Go dotknąć, realnie Go posłuchać i to dzieje się tak, że czuję Go zmysłami! Co jest najważniejsze w czasie Mszy? Oczywiście Komunia Święta. Szczerze Wam powiem, jeśli idę na Mszę będąc pod wpływem grzechu ciężkiego i nie mogę przystąpić do Komunii, cała Msza jest dla mnie nieważna. Wyobraź sobie, że idziesz w odwiedziny do swego przyjaciela zaraz po tym, jak przespałeś się z jego dziewczyną. Powiedzmy, że jest Ci trochę głupio. Dlaczego więc nie czujesz się głupio, gdy idziesz w odwiedziny do Boga, w sercu nosząc szatana, największego wroga świętości? Ja jestem wtedy kłębkiem nerwów. Ale większość katolików nie jest. „Posłucham sobie, co powie ksiądz, Ewangelię przeczyta”. A ja, z szatanem w sercu, sobie wpuszczę jednym uchem, drugim wypuszczę…

Wczoraj byłem w kościele i u spowiedzi, by przygotować się na dzisiejsze spotkanie z mym Przyjacielem w Komunii Świętej. Prawdziwe, realne spotkanie z prawdziwym, realnym Bogiem. Bo to On jest na pierwszym miejscu. Nie istnieje nic bardziej realnego niż On. To my jesteśmy abstraktami w porównaniu z Nim. I jeśli sobie tego nie uświadomimy, jeśli nasza modlitwa nie stanie się czymś oczywistym, ciągłym, jeśli będzie nam obojętne, czy w czasie niedzielnej Mszy Świętej przystąpimy do Komunii czy nie, już jesteśmy martwi.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 24 Komentarze