Bóg na pierwszym miejscu

Większość ludzi, których znam, a którzy należą do grona wierzących katolików, traktuje Boga jako abstrakt. Kogoś (Coś?) kogo nigdy nie widzieli, nie słyszeli, do kogo trzeba się modlić odmawiając paciorki, różańce i tym podobne regułki. Kogoś, kto podobno może pomóc albo może i nie pomóc. Sakramenty uważają w tej sytuacji jedynie za symbole, opłatek podawany do ust za symbol Eucharystii ustanowionej lat temu dwa tysiące z kawałkiem, chrzest czy ślub za tradycję narodową, a w sens spowiedzi wątpią w ogóle. Niedzielna Msza Święta wypływa jakby z obowiązku i zupełnie obojętne jest to, czy przystąpi się w jej trakcie do Komunii, czy nie. Zupełnie wszystko jedno, czy jest się podczas niej w stanie łaski uświęcającej, czy nie. A codzienność poza Mszą jest codziennością i tu już się najlepiej niech żaden abstrakt, który to niby jest, a niby go nie ma, nie wtrąca. Tak wygląda życie przeciętnego (nie tylko) polskiego katolika.

I wcale nie twierdzę, że jestem w o wiele lepszej pozycji. Nie twierdzę również, że niektórzy z Was nie są w pozycji lepszej niż ja. Twierdzę natomiast, że wiele lat temu uświadomiłem sobie, że Bóg nie jest i nigdy nie był żadnym abstraktem. Nie nauczyła mnie tego babcia (ona za to nauczyła mnie paciorków), ani mama (przeciętny katolik, jak wiele innych osób), ani tata (poglądy diametralnie różne). Sądzę, że jeśli nie ma żadnego realnego źródła, to uświadomił mi to sam kontakt z Bogiem. Ale mniejsza o to. Bóg nie jest abstraktem. Nie jest Kimś lub Czymś co jest niedotknione, niedające się oglądać, nieosiągalne. Bóg był pierwszy. Nim wszystko istniało, istniał Bóg. Jedyny, wszystko ogarniający, nieskończony. A potem stworzył świat. Stworzył czas i przestrzeń i w tym miejscu umieścił nas, ludzi, małe abstrakty, porównując do Niego. Próbujemy sobie tłumaczyć, że Bóg jest abstraktem, bo nie obejmuje Go czas ani przestrzeń. Tym czasem to nie czas czy przestrzeń mają Go obejmować. To On obejmuje czas i przestrzeń. One Go nie dotyczą, On nie potrzebuje ich do istnienia. Nie da się Boga tłumaczyć na podstawie świata widzianego. Jedynie świat widziany na podstawie Boga.

Bóg stworzył świat z miłości. A potem zszedł na ziemię, również z miłości, aby ten świat zbawić. Byli ludzie, którzy Go wtedy oglądali. A nie uwierzyli Mu. Ale powiedział do nich: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Dał nam wtedy Sakramenty, jako widzialny i dotykalny znak Jego obecności. Co więcej, obiecał nam, że zawsze będzie wśród nas. Choć nie zawsze widzialny, nie zawsze dotykalny, ale zawsze realny, a nie abstrakcyjny. Zawsze.

Teraz, gdy piszę tę notkę, cały czas modlę się do Niego, by pomógł mi to wszystko jakoś bezbłędnie napisać. Modlę się… Co to znaczy, że się modlę? To znaczy, że trwam w rozmowie z Panem. Że on stoi tu, koło mnie i szepcze mi coś do ucha, a ja mam nadzieję, że dobrze Go rozumiem i że dobrze to zapiszę. Zaraz po napisaniu notki pójdę do kościoła na Mszę. Czym jest Msza? Msza jest spotkaniem z Nim, największym moim Przyjacielem, w rzeczywistym kontakcie. W czasie Mszy mogę realnie Go dotknąć, realnie Go posłuchać i to dzieje się tak, że czuję Go zmysłami! Co jest najważniejsze w czasie Mszy? Oczywiście Komunia Święta. Szczerze Wam powiem, jeśli idę na Mszę będąc pod wpływem grzechu ciężkiego i nie mogę przystąpić do Komunii, cała Msza jest dla mnie nieważna. Wyobraź sobie, że idziesz w odwiedziny do swego przyjaciela zaraz po tym, jak przespałeś się z jego dziewczyną. Powiedzmy, że jest Ci trochę głupio. Dlaczego więc nie czujesz się głupio, gdy idziesz w odwiedziny do Boga, w sercu nosząc szatana, największego wroga świętości? Ja jestem wtedy kłębkiem nerwów. Ale większość katolików nie jest. „Posłucham sobie, co powie ksiądz, Ewangelię przeczyta”. A ja, z szatanem w sercu, sobie wpuszczę jednym uchem, drugim wypuszczę…

Wczoraj byłem w kościele i u spowiedzi, by przygotować się na dzisiejsze spotkanie z mym Przyjacielem w Komunii Świętej. Prawdziwe, realne spotkanie z prawdziwym, realnym Bogiem. Bo to On jest na pierwszym miejscu. Nie istnieje nic bardziej realnego niż On. To my jesteśmy abstraktami w porównaniu z Nim. I jeśli sobie tego nie uświadomimy, jeśli nasza modlitwa nie stanie się czymś oczywistym, ciągłym, jeśli będzie nam obojętne, czy w czasie niedzielnej Mszy Świętej przystąpimy do Komunii czy nie, już jesteśmy martwi.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 24 Komentarze

Zobacz wpisy

24 thoughts on “Bóg na pierwszym miejscu

  1. Piękna notka…
    też kiedyś miałam takie myślenie…Nie wiem, co je zmieniło…
    W tamtą niedzielę nie do kościoła, tylko w kumlami na wino…i co z tego, że nie piłam? ale nie odwiedziłam ‚Go’…
    Nie czuję ‚Go’ już…
    Łapię się krucjaty, KSMu…czego się da tylko…
    poszłam w 1 pt do spowiedzi…do Komunii…
    też nic nie czułam
    a tak bardzo chciałam…
    i zaraz po przyjściu z kościoła złamałam krucjatę…
    dziś nie idę do kościoła.
    nie widzę sensu…
    choć bardzo chciałabym!

    jakieś słoneczko by się przydało…by myśli rozjaśnić…
    nie poddałam się do końca
    staram się modlić
    (choć wydaje mi się, że idzie to w pustkę)
    czytam Pismo Święte
    kontempluję
    studiuję
    jak co i w jakiej sytuacji
    notatki robię..
    i co z tego?
    guzik.

    ale nie potrafię…

  2. zxcv

    buhahahaha

  3. „Tam, gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu” – św. Augustyn. Notka cudna. Jak zwykle pojawiłeś się w odpowiednim momencie.

  4. Stwórca Jest Wszechobecny. Czy Stwórca, Właściciel Wszechświata potrzebuje obrzędów? Jeśli jesteśmy z Ojcem cały czas, to czy potrzebne są specjalne miejsca spotkań?
    Szukajcie wpierw Królestwa Bożego… Cóż więcej dodawać?

  5. Maggie B.

    Nawet nie o to chodzi, Zgdredziku. Tylko o to wczucie się, robienie czegoś z poczuciem sensu. Wykorzystania niedzielnej mszy do spotkania z Bogiem. A właściwie do wykorzystania każdej chwili tak, żeby być z Nim, żeby robić coś, co ma wartość- dla mnie, dla innych, a nie marnować swojego i innych czasu, albo udawać coś przed sobą czy przed ludźmi. Bo po co iść do kościoła dla samego pójścia? Modlić się dla samego klepania? Robić cokolwiek tylko dlatego, że tak wypada, choć zupełnie nie czujesz się z tym OK? Robić coś, co robią wszyscy, a Ty uznajesz to za bezsensowne, a nie chcesz się wybijać? No i o szczerość chodzi…

  6. Ogół tego co chciałeś przekazać, bardzo ładnie ująłeś, ale nie podoba mi się trochę fakt, że uczestnictwo we Mszy świętej z grzechem na sercu jest dla Ciebie (jak sam to napisałeś) nic nie warte. A guzik prawda!
    Zamiast upajać się rozmową na korytarzu z Moniką podczas jednego z naszych spotkań, trzeba było wejść do salki i posłuchać o czym mówił ojciec Rafał.
    Otóż opowiadał nam (jak przedszkolakom), historię o marchewce…tak, o marchewce.
    Co ma marchewka do tej notki? A no to, że był sobie kiedyś pewien człowiek, który porównał uczestników Mszy świętej do marchewek – kiedy myjesz marchewkę z tej jej brunatnej skórki, ona w żaden sposób Ci nie pomaga. Nie jest świadoma tego, co z nią robisz. Pewnie, że byłoby łatwiej, gdyby nam pomagała, albo w ogóle, żeby sama się umyła…ale nawet jeśli ona totalnie ma nas w d***e, a my jednak ją umyjemy, to efekt jest piorunujący. Marchewka jest czysta.
    Tak samo jest z nami – nawet gdybyś poszedł na Mszę z niewiadomo jak buntowniczym nastawieniem, z jakimś okropnym grzechem, lub gdy po prostu idziesz do kościoła, bo tak wypada, ale przez całą Mszę „bimbasz” TO TAK JAK MARCHEWKA, MIMO TEGO, ŻE SIĘ TOTALNIE NIE STARASZ, JESTEŚ MIMOWOLNIE OCZYSZCZANY…

  7. Arnie

    No właśnie,Makota ma rację,chyba lepiej pójść na Mszę w stanie grzechu niż wogole nie pójść,prawda? Dla mnie nie jest obojętne czy do Komunii przystępuję czy nie,ale i tak jakoś w zdecydowanej większości przypadków do ww. sakramentu nie przystępuję…Dlaczego?Widocznie mam w sobie zbyt dużo próżności czy też jestem zbyt niedojrzały chrześcijańsko ale nie zamierzam się tym specjalnie przejmować,przejmowałem się kiedyś i zaowocowało to szpitalem psychiatrycznym…Tak więc wybacz,ale tymczasem mam to gdzieś,nic na siłę robić nie będę,staram się żyć najlepiej jak mogę a co mam zrozumieć zrozumiem we właściwym,wyznaczonym przez Boga mi czasie.

  8. Makota, bardzo głęboko poczułem się przez Ciebie urażony. Nie całą zasraną sprawą Twojego patrzenia na Komunię i Mszę. Nie, uraziłaś mnie słowami „Zamiast upajać się rozmową na korytarzu z Moniką podczas jednego z naszych spotkań”. Był to dzień, kiedy Monika, po bardzo ciężkim okresie czasu, spędziła godzinę w konfesjonale, po raz pierwszy od bardzo dawna czując satysfakcję ze spowiedzi. Wasze spotkanie było już długo w trakcie, gdy o 19:30 weszliśmy z kościoła do zachrystii. Monika postanowiła wtedy, że nie chce wchodzić do salki, bo musi jakoś przeżyć te uczucia, które są w niej w tej chwili. Upajać się rozmową? Makota, Ty chyba w ogóle nie wiesz o czym piszesz. Jeśli chcesz wiedzieć, nie pamiętam kiedy rozmowa z Moniką ostatnim razem była dla mnie czymś upajającym. Zostaliśmy wtedy poza salką, bo Monika tego potrzebowała. Jeśli przeżyjesz coś naprawdę szczęśliwego, jeśli po wielu trudnościach wreszcie się oczyścisz z grzechu, możesz potrzebować się do kogoś, po prostu przytulić. Tym czasem Ty zachowujesz się teraz jak ojciec proboszcz. gdy ja po spowiedzi potrzebowałem z radości wtulić się w Monikę, a on uznał to za gorszenie ludzkości. Upajać się rozmową… Kur*a…

    Co do marchewki zaś – masz rację. Z tym tylko, że nie napisałem jakoby msza była nieważna bez przyjęcia Komunii. Chodziło mi jedynie o to, że gdy jestem tam, u Boga w odwiedziny, a mam na sumieniu grzechy względem Niego, to nie mogę zdzierżyć mego stanu. Msza jest DLA MNIE nieważna, gdy nie mogę przyjąć Pana, ponieważ czuję się jak wyrzutek. Jak ktoś, kto znajduje się tam, gdzie wcale nie powinien. Jak ktoś niechciany, niekochany. Ojciec Rafał tłumaczył Wam zasady mycia marchewek podczas ich bierności. Ja próbuję przekazać owym marchewkom, że bierność nie jest niczym dobrym i nigdy nie będzie. Jezus przemawiał do ludzi i rządał od nich czynów. Nie bierności względem Niego, lecz realnych, prawdziwych czynów. To próbuję Wam przekazać. Jeśli Ty, tak jak Arnie, dobrze czujecie się przebywając w gościnie u kogoś, komu właśnie zrobiliście świństwo za plecami, to Wasza sprawa. Chciałbym, by takich ludzi było jak najmniej.

  9. Arnie

    „Chciałbym, by takich ludzi było jak najmniej”-wspaniałe,pełne miłości,którą to nasz Pan Mateusz od paru lat już nam próbuje głosić podsumowanie…Jedno Ci powiem – w ten sposób raczej nikogo do swojego punktu widzenia nie przekonasz.Zdaje się że wielu „świętych” ludzi,w tym również Ty,ma problemy z akceptacją innych ludzi i podarowaniem im odrobiny zrozumienia jeżeli nie są równie „święci” jak oni.Uważasz że tak ma wyglądać prawdziwa miłość? Każdy ma swoje problemy,swoje doświadczenia,swój sposób myślenia i każdy różnymi drogami i w innym czasie może dochodzić do Prawdy i przydało by się żebyś wziął czasem wzgląd na to i spróbował chociaż zrozumieć.I kto Ci wogóle dał prawo do osądzania mnie czy Makoty?”Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni”… Idź się lepiej wyspowiadaj bo wyrządziłeś właśnie świństwo Panu Bogu…

  10. Maggie B.

    Arnie, czy Mateusz Cię nawraca ogniem i mieczem, wprowadza Ci do szkoły wychowanie patriotyczne lub każe słuchać radia z Torunia, czy tylko wyraża swoje prywatne życzenie, na dodatek życzenie szczęścia dla innych ludzi i pogląd na to, jak je można osiągnąć? Każdy może mieć jego swoją wizję, każdy może chcieć lub nie chcieć chodzić do kościoła, i mieć własną drogę dochodzenia do prawdy… Więc, moim zdaniem, bezsensowne jest atakowanie siebie nawzajem, i, o ile trochę rozumiem wyjaśnienia Mateusza i Makoty wobec siebie, o tyle nie znalazła nigdzie nic, co by piło do Ciebie. Szokujące poglądy? No cóż, jeszcze nie raz w życiu Cię ktoś powali swoim punktem widzenia świata…

  11. Ja tu wciąż jestem.
    Naprawdę. Czytam wszystkie Twoje notki, choć kiedy ostatnio komentowałam, to już nie pamiętam.
    I wszystko wydawało mi się być w jak najlepszym porządku, wiesz. Pisałeś tak jak zawsze, wkładając w każdą notkę część siebie, nieco chaotycznie od czasu do czasu, ale to nigdy mi nie przeszkadzało. No i dziś tak sobie chciałam wejść i skomentować, głównie po to, żebyś wiedział, że Połowa Duszyczki wciąż gdzieś tam jest, choć siedzi cichutko i nie wychyla się.
    Przeczytałam komentarze. I zrobiło mi się naprawdę smutno, szczególnie z powodu Twojego – właśnie Twojego – komentarza. Bo osądziłeś dwójkę osób i zrobiłeś to w sposób conajmniej przykry. A nie mogę sobie przypomnieć, kiedy zrobiłeś coś takiego. Nawet, kiedy wyrzucili Cię z seminarium, nikogo nie oskarżałeś, nie rzucałeś się i nie przeklinałeś.
    Rozumiem, że poczułeś się urażony, ale czy to naprawdę powód, by pisać: „Nie całą zasraną sprawą Twojego patrzenia na Komunię i Mszę”? Naprawdę sam fakt, że użyłeś przekleństwa w jednym zdaniu z tymi świętymi określeniami wprawił mnie najpierw w osłupienie, a potem doszłam do wniosku, że ktoś się pod Ciebie podszył, bo Ty byś tak nie napisał. A potem to: „Jeśli Ty, tak jak Arnie, dobrze czujecie się przebywając w gościnie u kogoś, komu właśnie zrobiliście świństwo za plecami, to Wasza sprawa. Chciałbym, by takich ludzi było jak najmniej”.
    Zabolało. Wiesz dlaczego? Bo ja też jestem jak Makota lub jak Arnie. I przykro mi, że chciałbyś widocznie, żeby nie było takich ludzi jak ja. Ostatnio właśnie przeżyłam coś w rodzaju nawrócenia. Może śmiesznie to określiłam, bo w końcu wierzyć wierzę i kocham Boga. Ale ostatnio doszłam do wniosku, że nie staram się wystarczająco. Że nie daję z siebie wszystkiego, nie żyję tym wszystkim.
    I pomyślałam, że chciałabym jakoś zacząć od początku. Wyspowiadać się jakoś inaczej, głębiej. Chociaż naprawdę nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że zachowuję się niewłaściwie.
    Hm, w sumie nie robiłam nic złego, ale odkryłam zupełnie nieoczekiwanie, że brakuje mi w sobie zaangażowania.
    Wszystko to dzięki mojej nowej nauczycielce od religii, ale to już inna sprawa.
    I poszłam na Mszę – tak, niewyspowiadana. Zrobiłam to nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni. I nie, nie uważam, że jest to coś złego. Idę do Boga, który mnie kocha, który chce mnie taką, jaka jestem, z moimi słabostkami i grzechami, który nie wygoni mnie od siebie, choćbym nie wiem jak zgrzeszyła. Wierzę w to, bo to nadaje sens mojemu życiu, istnieniu w ogóle. Chcę się do niego zwracać właśnie, kiedy Go najbardziej potrzebuję, kiedy jestem w grzechu, kiedy pragnę pocieszenia i przebaczenia, i miłości. Bo wierzę, że Bóg chce, żebyśmy oddali mu swoje grzechy, wyrzekając się ich i żałując.
    Poza tym, sam Jezus powiedział, że przyszedł do grzeszników, nie do świętych. Bo lekarz jest dla chorych właśnie.
    I idąc na Mszę nawet w stanie grzechu, czerpię ze Słowa Bożego tym więcej. I potrzebne mi to wtedy chyba bardziej od powietrza.
    Poszłam więc na Mszę niewyspowiadana i nie przyjęłam Komunii. I po tygodniu zrobiłam to znowu, z pełną świadomością. Czekałam ze spowiedzią do pierwszego piątku, po to, żeby móc sobie dokładnie przemyśleć, co chcę zmienić, z czego się wyspowiadać, jakie znaczenie nadać tej… zmianie.
    I żałowałam grzechów, ale wiem, że nie robiłam nic złego, będąc na Mszy. I czułam przed Bogiem wstyd, ale również cieszyłam się, bo wiedziałam, że mogę tu być, że pomimo moich słabości, Bóg wciąż mnie kocha i nie odpycha od siebie. I kiedy ludzie szli do Komunii, oprócz żalu, że ja nie mogę, czułam też radość, wiedząc, że już za niedługo pójdę całkiem oczyszczona, by przyjąć Komunię z czystym sumieniem.
    I będę chodzić do Boga w gości nawet wtedy, gdy mam coś na sumieniu. Bo idę właśnie po to, by się do tego grzechu przyznać. By przeprosić i prosić o wybaczenie. By czerpać ze Słowa Bożego.
    A myślisz, że po co jest podczas Mszy kwestia „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu…”? Bo mi się wydaje, że również po to.
    I naprawdę mi przykro, że dajesz wyraźnie do zrozumienia, że jesteś lepszy ode mnie i od tych do mnie podobnych. Nie wnikam w to, czy tak jest w istocie. Nie wnikam, bo jestem grzeszna i nie mam prawa osądzać.
    Za to może być mi smutno z powodu niektórych… rzeczy.
    „Chciałbym, by takich ludzi było jak najmniej”.
    Przepraszam, że zawiodłam Twoje nadzieje i okazałam się kolejnym takim człowiekiem. Naprawdę przepraszam.

    Pozdrawiam
    Połowa Duszyczki

  12. Po pierwsze: przepraszam najmocniej wszystkich, którzy poczuli się przeze mnie urażeni. Przepraszam Cię, Arnie, przepraszam Makoto i Ciebie, Połowo Duszyczki. Przepraszam za moje zachowanie, bo jeśli nawet to co zrobiłem, zrobiłem niespecjalnie, wiem, że sprawiłem Wam tym samym przykrość. Przepraszam najmocniej.

    Po drugie: Animaedimidium! Tak się cieszę, że jesteś! Tak bardzo cieszę się, że wróciłaś! Nie wyobrażasz sobie nawet jak lektura Twojego komentarza w momencie podniosła mnie na duchu! Gdzieś Ty się podziewała tak długo? Wiesz, wczoraj wieczorem, podczas jednego z największych załamań w moim życiu, wpadłem na pomysł, że napiszę notkę. Notkę w której opowiem o cudzie jaki się zdarzył, gdy poznałem Ciebie. I o przykrości jaka zawładnęła mym sercem gdy niespodziewanie odeszłaś. Ale już nie muszę. Jezu! Dziękuję! Ona wróciła!!!

    A teraz uwaga, nastąpi szok (mam nadzieję). Bo oto absolutnie nie jest prawdą, że uważam się za kogoś wyższego od osób takich jak Animaedimidium. Nie. Połowa Duszyczki właśnie w tej chwili przekazała swoim komentarzem dokładnie to, co pragnąłem zawrzeć w notce! Dokładnie o to mi chodziło. Niestety ostatnio moje życie się nie układa i nie jestem widocznie w stanie przekazać tego, co chcę przekazać. Ale Ty, Duszyczko, odkryłaś chyba to, co chciałem powiedzieć i ujęłaś to słowami, które są bardziej zrozumiałe.

    Pokolei więc. Po pierwsze jeśli nawet słowa „Jeśli Ty, tak jak Arnie, dobrze czujecie się przebywając w gościnie u kogoś, komu właśnie zrobiliście świństwo za plecami, to Wasza sprawa. Chciałbym, by takich ludzi było jak najmniej” były w pewien sposób jakimś rodzajem oceny, to oceniały one raczej postawy niż konketne osoby. Postawę Makoty, która swym komentarzem pisanym z butą i wyższością do tego stopnia, że uderzyła w mój najczulszy punkt, którym jest związek z Moniką, próbowała usprawiedliwić postawę bycia biernym wobec tego, co dzieje się w czasie Mszy. Oraz postawę Arniego, który, przytoczę Jego słowa, pisał „ale nie zamierzam się tym specjalnie przejmować” oraz „Tak więc wybacz,ale tymczasem mam to gdzieś” co odnosi się do tego czy jest się pod wpływem grzechu, czy nie. A obie te postawy, jak mi się wydaje, świadczyły o tym, że jest mi obojętne czy jestem pod wpływem grzechu, czy nie, ważne że Jezus działa. Przepraszam jeszcze raz, że uraziłem Was tymi słowami. Niepotrzebnie oceniłem Was jako ludzi, choć powinienem zaznaczyć, że oceniam tylko Wasze postawy. Co do Tikuli zaś – tu kwestia jest diametralnie inna. Zabawne, ale w Twoim komentarzu argumentujesz doskonale to, że nie chcesz żyć w grzechu i że czujesz żal, gdy nie możesz przystąpić do Komunii. Mnie właśnie o tą postawę chodziło. O brak obojętności. O to, by chcieć, marzyć o uczestnictwie w Panu nawet, gdy to niemożliwe. By wiedzieć, że nie jest nieważne czy przystąpię, czy nie przystąpię do Komunii. „Hm, w sumie nie robiłam nic złego, ale odkryłam zupełnie nieoczekiwanie, że brakuje mi w sobie zaangażowania” – przecież właśnie to chciałem przekazać! „I poszłam na Mszę – tak, niewyspowiadana. Zrobiłam to nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni. I nie, nie uważam, że jest to coś złego” – Nie twierdzę, że to coś złego. Za coś złego uważam JEDYNIE to, że można być wobec faktu przystąpienia lub nieprzystąpienia do Komunii obojętnym. „I żałowałam grzechów, ale wiem, że nie robiłam nic złego, będąc na Mszy. I czułam przed Bogiem wstyd, ale również cieszyłam się, bo wiedziałam, że mogę tu być, że pomimo moich słabości, Bóg wciąż mnie kocha i nie odpycha od siebie. I kiedy ludzie szli do Komunii, oprócz żalu, że ja nie mogę, czułam też radość, wiedząc, że już za niedługo pójdę całkiem oczyszczona, by przyjąć Komunię z czystym sumieniem” – TAK! Właśnie o to mi chodziło! Właśnie to chciałem przekazać. By, nawet jak się nie może przystąpić do Komunii, pragnąć tego. By cieszyć się na myśl, że niedługo będzie się mogło przystąpić. Ja przeżywam to tak, że szargają mną wyrzuty sumienia gdy nie mogę przystąpić do Komunii i są tak wielkie, że jeśli akurat nie ma nikogo w konfesjonale, to idę do zachrystii i spowiadam się po mszy. Ale nie znaczy to, że ktoś inny nie może tego inaczej przeżywać. Może. Byle tylko nie było mu to obojętne. Chciałbym, aby TAKICH ludzi było jak najmniej. Nie, Duszyczko. Nie okazałaś się być kolejnym takim człowiekiem. Za to uważam, że to cud, że właśnie Ty potrafisz mi wskazać miejsce w którym napisałem coś nie tak, przez co zostałem źle zrozumiany. Makocie i Arniemu się to nie udało, przez co jeszcze bardziej ich uraziłem. Przepraszam.

    I na koniec przepraszam jeszcze za moje wulgarne zachowanie w komentarzu. Tak, to ja, nikt się pode mnie nie podszył. Po prostu przeżywam potwornie ciężkie dni niepewności, nie śpię od trzech dni i cały czas jestem roztrzęsiony. A Makota, może nieświadomie, uderzyła w mój najczulszy punkt. Przez to wybuchłem. Bo ja, niestety, nerwowcem jestem, o czym Makota wie najlepiej. I dlatego jeszcze raz bardzo przepraszam za to, że nie potrafiłem ze spokojem odpowiedzieć na zarzuty względem mnie. Przepraszam po stokroć i nieskończenie żałuję (postaram się jutro pójść do spowiedzi, obiecuję Ci to, Arnie :)).

  13. No cóż…Mateusz, jak zwykle najpierw narobiłeś głupstw, dopiero potem pomyślałeś. Choć przyznam, że inni zareagowali na oskarżenia wobec mnie bardziej emocjonalnie niż ja sama. Chyba się już przyzwyczaiłam do Twojej wybuchowości, mimo tego, że znam Cię w zasadzie dopiero rok.
    Nie podoba mi się kilka rzeczy w Twoim światopoglądzie…osobowości. Trudno powiedzieć, od czego jest to bardziej zależne.

    ***

    Jak zwykle, nawet w komentarzach, kierujesz się tylko i wyłącznie emocjami w danej chwili, szarpiąc przy okazji wielu ludziom nerwy, robiąc im przykrość. Dopiero potem przemyślasz całą sprawę. No cóż, cholerycy tak mają.

    ***

    Poza tym zawsze bardzo porusza mnie Twój mocny i wyraźnie zaznaczający się na każdym kroku subiektywizm. Nigdy nie zapomnę, kiedy to w dość ostrej wymianie zdań z Anetą, na jej stwierdzenie, że przecież powinieneś starać się naśladować Jezusa, usprawiedliwiłeś swoje złe postępowanie tym, że przecież Ty Nim nie jesteś.
    Innych z kolei mocno „nawracasz” i krytykujesz za to, że nie są idealni, nawet gdy bardzo starają się go naśladować.
    W zależności od sytuacji, stawiasz się w korzystnej dla siebie pozycji, lub interpretujesz coś na własną korzyść. Niestety, postępując tak, wywierasz na otoczeniu wrażenie, jakbyś uważał się za „nadpapieskiego”, o czym zresztą ktoś już wspomniał z okazji tej notki. Potwierdzasz to nawet w jednym z komentarzy:

    „Ojciec Rafał tłumaczył Wam zasady mycia marchewek podczas ich bierności. Ja próbuję przekazać owym marchewkom, że bierność nie jest niczym dobrym i nigdy nie będzie.”

    Chciałam Ci skromnie przypomnieć, że to on jest duchownym. Nie Ty. To on wie najlepiej, od czego należy zacząć, żeby osiągnąć zamierzony efekt.

    ***

    Nie zapominaj, że zmienianie świata trzeba zacząć od samego siebie. Bo gdyby każdy pracował tylko nad sobą samym, to świat zaiste byłby lepszy. Ty natomiast pouczasz innych, nie patrząc na siebie. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

    ***

    Teraz tłumaczysz „atak” na nas, jakimś niepowodzeniem w życiu. Tak, bo Tobie jak zwykle jest najgorzej. Jak zwykle cierpisz i niewiadomo dlaczego znów na Ciebie padło, że jesteś ofiarą bezwzględnego losu.
    Szczerze mówiąc, mam dość wysłuchiwania, jak bardzo Ci źle, jaki jesteś biedny i w ogóle. Przestań, bo obrażasz Boga! Mógłbyś narzekać, gdybyś nie miał co jeść, gdybyś był śmiertelnie chory…gdyby wszyscy bliscy Ci ludzie odeszli. Jak znam Ciebie, to właśnie wpadłeś w stan depresyjny z jakiegoś błahego powodu, chodzisz cały roztrzęsiony, Nie Masz Się Do Kogo Przytulić!
    Proszę Cię, nie narzekaj.

    ***

    Dla podsumowania tego, co chciałam powiedzieć, udowodnię Ci, że naprawdę można odnieść wrażenie, jakbyś uważał się za kogoś lepszego od nas. Sam popatrz – mój sposób odczuwania Mszy, jest dla Ciebie tylko (cytuję) zasraną sprawą mojego patrzenia na to. A w jednym z komentarzy bronisz siebie słowami:

    „Msza jest DLA MNIE nieważna, gdy…”,

    co świadczyłoby o tym, że TY masz prawo posiadać własne zdanie. MY (zwykli śmiertelnicy) takiego prawa nie posiadamy. Wiesz jak to się nazywa? Narcyzm. Egoizm.

    ***

    A dla sprostowania, dodam jeszcze swoje trzy grosze odnośnie tego pamiętnego piątku. Uwierz mi, że wiem, jak ważna mogła być dla Moniki ta spowiedź. Tylko, że gdyby ktoś z nas, ośmielił się w Twojej obecności, nie pójść wtedy chociażby na odmówienie Brewiarza, to bardzo mocno byś go skrytykował. Bardzo. Bo przecież, to było najważniejsze w danym momencie.
    Ważniejsze niż kogoś zasrany sposób przeżywania spowiedzi.

    ***

    Boję się Twojej reakcji na ten komentarz. Znając życie, znów będziesz chciał wbić mi nóż w plecy. Nie będziesz się odzywał itp., itd. Ale bądź, co bądź, to Ty jesteś wielkim fanem szczerości między bliskimi sobie osobami, a my jakby nie było, jesteśmy przyjaciółmi. Może nie najbliższymi, ale jednak.
    Przemyśl to.

  14. Motórzysta

    Boga nie ma. Jest Motór.

  15. Motórzysta

    Gajuś, o czym piszesz do cholery ? Nie możesz zacząć żyć normalnie, zlikwidować blogi i nie robić już nikomu prania mózgu ?!

    Motór jest wieczny.

  16. Arnie

    „Ponieważ dając otrzymujemy,
    przepraszając,jesteśmy przepraszani”…Przyjmuję przeprosiny i ja też przepraszam Mateusz Ciebie.Wszyscy popełniamy błędy i nie jest rzeczą straszną je popełniać,bo na nich się uczymy,ale straszną rzeczą jest nie umieć się do nich przyznać…Moje postawy na pewno są dalekie od ideału ale niektóre sprawy mnie przerastają i mówiąc że nie zamierzam się tym przejmować i że mam to gdzieś wcale nie chodziło mi o to że obojętne mi jest czy mam czyste serce czy nie tylko że nie jestem gotowy i póki co podchodze do tego z lekkim dystansem żeby nie zwariować.Pewnie mnie nie zrozumiesz,w końcu mną nie jesteś a ja sam miewam problemy ze zrozumieniem siebie,tak jak i ja nie jestem Tobą ale dobrze by było jakbyśmy starali się nawzajem sobie pomagać a nie szkodzić.A co do spowiedzi to czuje że i mi by się przydała…

  17. Makota… mam drobne pytanko… czy masz okres?? Rzucasz się na Baryłę jak wściekła osa, choć może trochę bardziej aktywnie… Zachowujesz się jakby nie tylko on starał się Ciebie nawrócić, ale co gorsza jakbyś to Ty chciała jego nawracać… Co dalej to zachowujesz się jakbyś seryjnie była bardzo źle ułożona z Bogiem, jakby usprawiedliwianie się było u Ciebie czymś w rodzaju samoobrony. Ale Ty nie próbojesz się usprawiedliwić, Ty naskakujesz oczernaiając jeszcze co powoduje gorsze wrażenie na Ciebie.
    Jak to Baryła napisał przechodzi ciężkie dni… Napisał że Ty trafiłaś w jego czuły pkt. I uwierz mi to nie pkt. G… Ty poruszasz temat Moniki, gdzie aj bym to omijał… Bo nie wiem czy wiesz jeśli jest jakiś niezwykle drażliwy temat, który powinien nosić na sobie neon (ten temat) „NIE DOTYKAć! GROZI WYBUCHEM!” to się go nie porusza choćby z powodu bycia kulturalnym… No cóż więcej?? Ach, główny temat notki… Z tego co zauważyłem to gigantyczna odraza tzw. niedzielnymi katolikami… Nie powiem, nie pochwalam powyższych, ale toleruje i nawracać nie zamierzam… Ale jeśli on was aż tak mocno trafił… No cóż to może zróbcie coś w kierunku by było odrobinkę lepiej?? Może zaczynajcie się wczuwać w rolę dzieci bożych?? Bo jeśli tak na serio bycie biernym jest dobre to niby czemunie leżycie wszyscy na brzuchu i nie zbijacie bąków?? Czy nie będziecie rabować banków i bić słabszych i wyżywać się na każdym wedle chęci?? Przecież Bóg nas Kocha i wszystko nam wybaczy… Ale nic bez naszej własnej woli… Z własnej woli chodzimy do kościoła, z własnej woli też grzeszymy. Ale są ludzie, którzy uważają, że zrobią masową odnawiarkę: Odnawiając siebie, odnów przynajmniej wszystkich, którzy czytają tego bloga… Dla tego on krytykuje, dlatego poucza… nie dlatego że jest świętym, dlatego że chce by inni byli…
    oo (jak to pisze Piętuś) byłbym zapomniał o Marchewce… Pamiętam opowieść o Marchewce… I o ile mi się dobrze przypomina to o.Rafał mówił o tym nawiązując do Apelu Młodych tydzień przed naszym spotkaniem w klasztorku… A na Apelu był facio, który grał na organach… I ten facio, choć na pierwszy rzut oka zwykły, przeciętny Kowalski, mówiłem o swoim nawróceniu… I jego nawrócenie było takie, żę jak przyprowadził się do nowego mieszkania to poznał tam sąsiadkę, która była religijną osobą i chodziła do kościoła… Więc chciała również by i nowy sąsiad z nią poszedł raz na mszę… No i pewnego razu poszedł, a tam ksiądz mówił kazanie. I wpewnym momencie kazania padły słowa dość obraźliwe… Tyczyły się ludzi opuszczających Chrystusa z własnej woli. No i koleś słysząc, że jest idiotą to nim wstrząsnęło… TO było Marchewki… Że jeśli ktoś przychodzi do kościoła tylko tak sobie, też coś w nim zostaje… Ale on też coś musi zrobić w kierunku Pana Boga…
    A tak poza tym… jeśli mamy być bierni we Mszy Świętej,bo Bóg nam to wszystko i tak wybaczy, to po co jest piekło wymyślone??
    BLEEE…

  18. Mamma mia! Ale się ten temat rozhulał! :) Dobrze, ostatni mój komentarz w tym temacie. Oczywiście nie zamierzam zabraniać Wam wypowiadać się tu, ja już natomiast kończę. To nie będzie komentarz do dyskusji. Będzie to komentarz wdzięczności.

    Najbardziej dziękuję dwóm osobom, które spowodowały swoimi komentarzami, że się szczerze wzruszyłem i uwierzyłem mimo niepowodzeń (odzwierciedlających się w innych komentarzach), że jednak ten blog może działać cuda, tak jak Bóg posługuje się nami (mną, tak. Ale i Tobą również!) by pomagać innym. Dziękuję Tikuli (Połowie Duszyczki), że w wyraźny, dokładny sposób ukazała mi moje błędy tak wspaniale, że się nimi zachwyciłem i mogłem zrozumieć, że naprawdę mam czego żałować. Również za to, że swoim komentarzem, w pełni nieświadomie, wyjaśniła znaczenie które próbowałem nadać mojej notce, choć była przekonana, że właśnie się z nią nie zgadza… No i po drugie dziękuję Arniemu, człowiekowi, który pomaga mi jak tylko może prowadzić tego bloga. Dziękuję, Twój ostatni komentarz wzruszył mnie tak dogłębnie, że czytałem go kilka razy i szczerze płakałem. Oczywiście, źle się zrozumieliśmy nawzajem. Ty źle zrozumiałeś mą notkę, ja źle zrozumiałem Twój komentarz. Ale wzruszyło mnie to, że mi wybaczyłeś. A wiesz co jeszcze bardziej mnie wzruszyło? Że przeprosiłeś. Choć praktycznie miałeś w tym wszystkim dużo mniejszą winę niż ja. Wybaczam Ci, oczywiście. Nie miałbym powodu by Ci nie wybaczyć. I jeśli myślisz, że nie rozumiem Twego stanu psychicznego, mylisz się. Ostatnio przeżywam takie chwile, że sam zastanawiam się, czy zaraz nie zwariuję. Nie śpię, na niczym nie mogę się skupić. Walnąłbym porządnie głową w mur, ale wiem, że to nie przynosi rezultatów. Tak, rozumiem, że masz kłopoty. I cieszę się, że Ci jednak zależy na byciu dobrym. Jeszcze raz dziękuję, że pozwoliłeś mi uwierzyć w sens przepraszania i przyznawania się do błędów, oraz reinterpretowania tego, „co autor miał na myśli”.

    W drugiej kolejności dziękuję Maggie B. oraz memu bratu Qrczakowi. Wy dwoje byliście po mojej stronie i głębia Waszych komentarzy również mocno mnie ucieszyła. Dziękuję, że rozumiecie co chciałem wyrazić bez zbędnego tłumaczenia i w trudnych chwilach wspieracie mnie tak, że nie pozostaję sam przeciwko legionom.

    Po trzecie dziękuję Zgredzikowi. Zawsze jesteś, zawsze komentujesz, zawsze rozumiesz (trochę po swojemu, ale to oczywiste w Twoim przypadku :P) i zawsze mogę liczyć, że wyrazisz swoje zdanie. Choć nie na miejscu jest się kłócić z Twoim podejściem – Ty wierzysz w coś innego niż ja – zawsze napawa mnie optymizmem fakt, że i tak przyjdziesz, i tak skomentujesz. Dziękuję.

    Dziękuję również „Ludzie są Aniołami” oraz Nince. Wasze komentarze różniły się znacznie, ale oba były pocieszające. W zasadzie jeszcze nie miały mnie w czym pocieszać. Oba pozytywnie odniosły się do mojej notki już na początku. Pierwszej z Was obiecuję swą ciągłą modlitwę. Za Ciebie, Ninka, też będę starał się modlić.

    W piątej kolejności dziękuję zxcv i Motórzyście. Fajnie, że wpadliście. To rzeczywiście bardzo zabawne (hej, nikt nie mówi do mnie Gajuś! :P).

    No i na końcu, po szóste dziękuję Makocie. Dzięki Tobie głównie polemika w tym temacie była tak ostra i zażarta, a dzięki temu może mogę mieć nadzieję, że przyszła notka również zrobi forrorę :). Makoto, dziękuję za szczerość wobec mnie, nawet wtedy, gdy inni zobaczyli już, że zauważyłem swój błąd, przyznałem się do niego i przeprosiłem, z radością dziękując Bogu (i Animaedimidium), że wskazał mi mój błąd i zmusił do refleksji. Dziękuję, że nie przeszkodziło Ci to w dalszym drążeniu tematu, bo choć wiedziałem już że jestem w błocie, postanowiłaś ukazać mi tym dobitniej jak bardzo to błoto jest głębokie. Dziękuję, że pomagasz mi zrozumieć, że moje przyznanie się do błędu i obiecanie poprawy nic dla Ciebie nie znaczy. Więcej napisałem Ci na gg. Nie chcę się już więcej rozpisywać na ten temat.

    Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim! Wkrótce napiszę nową notkę. Mam natchnienie. Ale nie mam siły (trzy noce nie spałem, jak już napisałem :). Ale jutro coś z pewnością wymodzę.

    Jeszcze raz przepraszam wszystkich, których uraziłem. Mam nadzieję, że więcej się na mnie nie zawiedziecie. Liczę, że jeśli Wy mi wybaczycie, Bóg zrobi to również.

  19. Varg

    Hmm, pozwolę sobie wyrazić swoją jakże odmienną opinię o całym Twoim bajzlu, o, autorze wszechmiłosiernego bloga, który jesteś pełen miłości i zrozumienia. Jak wcześniej podpisał się Motórr, otrząśnij się i zacznij normalnie żyć. Możesz przecież porzucić krucjatę wychwalania bożego miłosierdzia i spojrzeć trzeźwo na to co Cię otacza. Rozmawiasz z bogiem, jesteś dobry i ogólnie super, kierujesz się w życiu dekalogiem ,chodzisz do porządnej spowiedzi i jest git. Za to gdy ktoś Cię skrytykuje obrażasz się i wybuchasz. Mateusz cóż stajesz się chyba powoli fanatycznym wyznawcą…zdewociałym gościem który w myśl Twych wypowiedzi porzuci wszystko by zbliżyć się do boga…cóż , paranoja po prostu…żyj i pozwól żyć innym. Kropka i basta. I pamiętaj- nie ma boga, jest motórr- przemyśl to.

  20. xyz

    Ja sie zgadzam z Moturzystą. Świata nie zmienisz. Prorokiem XXI wieku nie zostaniesz.

    Juz kazdy powiedzial, to co wiedzial,
    Trzy razy wysluchal dobrze mnie.
    Wszyscy zgadzaja sie ze soba,
    A bedzie nadal tak jak jest.

    Przeciez wszyscy wiemy ze trzeba do kosciola chodzic modlic sie itd… no i co z tego??
    Każdy ma swoje sumienie i niech sie nim w życiu kieruje. A jakies zasady i takie tam guwno?. Sram na to…

  21. Kerry Edwards

    To ja nie będę oryginalny i powiem że boga nie ma.

  22. Kabaczek

    A cóż ja mogę mówić. Ja jestem trochę bardziej w tą sprawę wgłębiona. To co jest w notce to mało. Znam więcej smutnej prawdy, bardziej drastycznej. Nie chcę jej raczej rozwijać na forum publicznym. Pamiętaj- nie można kierować drugim człowiekiem jak robocikiem. Nie można zmuszać drugiego człowieka do tego, do czego nie jest gotowy. Na niektóre rzeczy należy zaczekać, a czas je rozwiąże. Nie mam tu bynajmniej na myśli spowiedzi, chociaż w wielu jej przypadkach też należy dać czas. Nie stawiaj ultimatum! Nie na tym opiera się wspólne życie. Nie myśl tylko o sobie „nie wiesz co ja teraz czuję”. A czy Ty myślisz co czuje kto inny? Twoi najbliżsi? Co do oskarżeń Makoty… Niestety z wieloma muszę się zgodzić, nie na podstawie tej notki, ale na podstawie życia codziennego.
    Może ten koment nie jest zbyt składniowy i zrozumiały, ale czas mnie nagli i nie poprawie go.

  23. odpisuje:
    Tak Pustynia Miast to jak najbardziej katolicka wspólnota. Ja drogi do Boga nie szukałam. Ja juz ja znałam odkad pierwszy raz mnie zaprowadzono do kościoła, tylko przez te wiele lat zapominałam o niej, chciałam chodzić na skróty ale nie wychodziło więc wracałam lecz z miłością i nowymi siłami, ach zawsze uwazałam ze trzeba dostać kopa i czasami warto nie chodzic do kościoła na siłe, albo bo tak trzeba tylko po to zeby zrozumiec ze czegos w zyciu brak, a raczej KOGOS w sumie czegos tez. Ludzie nie maja kłopotów z odnalezieniem swojej drogi życiowej, ludzie ja znaja tylko nie chca uwierzyc ze to akurat ta o której myśla, chca dowodów! Czegos albo kogos kto im powie, „tak to Twoja droga mozesz nia bezpiecznie isc, spełnisz się…” Ale tak nie jest, wiara wymaga poświeceń, wszelkie zwiazki wszelkie decyzje i postanowienia. Otwórz się, uwierz i działaj a przekonasz się :) Tak w seminarium było najlepiej bo było łatwiej zapewne „żyć” ale czy sztuka iść drogą która jest prostsza? Zapewne różni się życie w seminarium od tego „poza” ale ma sie ta satysfakcje jak wezmie sie w garsc i zacznie działac bo głosić Boga mozna na tysiac sposobów i jeszcze wiecej nie bedac księciulkiem ;) Zacytuje coś „trudno w kimkolwiek szukać pomocy w podążaniu do Boga.” Alez powiem tak: głupota. Jesli chcesz tego bardzo bardzo jesli tesknisz i brak Ci znajdziesz nawet w przechodzacym właśnie Tobie droge czarnym kociaku. Radość z życia! to podstawa. Potem jeszcze moc Ducha i odwaga i jestes nie do pokonania ;) A jezeli tego nie widzisz, to poczekaj, pomecz się jak juz bedziesz na dnie wartosci i nadziei sam zatesknisz. Okej samotnik samotnikiem, mnie mało kiedy ruszaja jakiekolwiek próby przywrócenia mojej wiary przez innych i tez w wiekszosci sama daje sobie z tym rade, ale nie do przesady :) Czasami widok ludzi ich zachowanie ich radosc z zycia z Bogiem mnie motywuja oczywiscie wiem to tylko ja, ale wtedy wiem ze znów chciałam isc na łatwizne i czekac na gotowe, az ktos poda mi najlepiej juz taka zapakowana wiare z dowodami i bez watpliwosci i ryzyka z wszystkimi trafnymi wyborami. Achhh te lenistwo ludzkie :) Nie wiem co Ciebie motywuje, ale nie siedz w miejscu, idz poczytaj chociaz by ogłoszenia parafialne, moze znajdziesz cos ciekawego co czeka własnie na Ciebie :p , to tez pomaga :) No dobra to teraz wstawaj juz i nie siedz tak juz jestes młody to siedzenie nie wskazane w tym wieku. Bye bye.

  24. Trochę późno, ale dopiero od wczoraj Internet mi wreszcie działa, więc proszę o wybaczenie ;)
    Jeśli miałabym dodać coś jeszcze – faktem jest to, że niestety w komentarzach pod tą feralną notką absolutnie nikt nikogo nie zrozumiał (o czym przekonałam się dopiero po wysłuchaniu interpretacji Adama apropo opowieści o marchewkach).
    Generalnie większości chodziło o to samo, a nawet jeśli nie, to drogą lekkich ustępstw i kompromisu doszlibyśmy do wspólnego porozumienia.
    W związku z powyższym, ja również dołączam się do masowych przerosin.

    Przepraszam Mateusz, ale proszę Cię, na przyszłość – pozwól innym mieć własne zdanie ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s