Monthly Archives: Listopad 2006

Mamy czas…?

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” To prawda. Jednakże…

Jezus chodził po świecie i mówił do ludzi. Podszedł jednego dnia do celnika zwanego Mateuszem i powiedział mu: Zostaw swój majątek i pójdź za mną. Ten natychmiast porzucił wszystko i zrobił to, co Pan mu nakazał.

Jak wygląda nasza wiara? Czy jesteśmy tacy jak celnik Mateusz, który porzucił wszystko i na zawsze, w całości oddał się woli Pana? Jak wygląda nasze życie? Nasze dążenie do świętości? Czy już zostaliśmy wiernymi sługami Jezusa? A może mówimy sobie: „Jeszcze nic nie wiem. Jeszcze jestem młody/młoda. Jeszcze nie zdążyłam/em dorosnąć do tego, by swe życie poświęcić Bogu. Mam czas, mam czas, mam czas…”

Były sobie panny. W zasadzie było ich 10 – połowa była mądra, a połowa głupia. Wszystkie czekały na Oblubieńca, aby przyjąć Go i ugościć. Aby dostać się na Jego ucztę weselną. Z tym, że te głupie stwierdziły, że mają czas, wszak jeszcze wczesna godzina, komu by się spieszyło, można przespać parę chwil. Tylko się zdrzemnąć. Pozostałe w tym czasie udały się do sklepu, po oliwę do lampy, by cały czas być gotowe.

W zasadzie żadna z nich nie spodziewała się, że Oblubieniec przyjdzie JUŻ. Ale przyszedł. Wstały głupie panny i powiedziały: „Matko, ojcze i wszyscy inni! Toż my jeszcze nie gotowe! Wszak tyle czasu mamy!” Ale czasu już nie było. Wszedł Oblubieniec, zaprosił mądre panny na wesele. Głupie w tym czasie pobiegły szukać oliwy. Ale już było za późno.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

„I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13, 6-9). Bóg mówi nam w tej przypowieści, że ma cierpliwość nad swymi sługami. My jesteśmy drzewkiem. Drzewkiem, które od lat myśli, że ma czas. Że jeszcze nie pora. Że Bóg poczeka, wszak jest cierpliwy. Wszak jest dla Niego ważne to, żebyśmy byli zbawieni, więc nie stanie mi się krzywda gdy jestem pod wpływem grzechu. Poczekam, nie pójdę do spowiedzi. Jestem pod wpływem grzechu, ale nie myślę nad tym, by go zdjąć. Dziś, jutro, za rok. Mam czas, mam czas, mam czas…

„A jeśli nie, w przyszłości możejsz je wyciąć.” Bóg jest łaskawy i miłosierny. Ale dla Niego czas nie istnieje. Wobec Niego każda chwila jest wiecznością. Każda stracona chwila jest straconą wiecznością. Nie jesteś gotowy/gotowa? Jutro może być o jedno jutro za późno, by stać się gotowym. Jutro sklep z oliwą może być zamknięty. Może jednak wydamy wreszcie ten owoc, jeśli tak uparcie obkładają nas nawozem. Choć już trzy lata nie ma z nas pożytku.

Jeden z moich wspaniałych kolegów z Seminarium, bardzo wierzący i zdolny do nauki, ostatnio wyszedł na chwilę. Ma raka płuc. Nigdy nie palił papierosów. Nie wiem co przeżywa, jak to dla niego wygląda. Ale jak go znam, nie oskarża Boga. Przecież nigdy nie wiemy, kiedy Pan Bóg przyjdzie.

Masz czas? Ja go nie mam. Każda chwila w oddaleniu od Boga jest wystawianiem Go na próbę. „No, przecież nie zrobisz mi nic. Przecież mnie kochasz!” Nie pamiętacie: „Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Łk 4, 12) To od Boga, nie od nas zależy, kiedy zachorujemy, wpadniemy pod samochód, spadniemy z konia, kiedy umrzemy. I nie mamy prawa mieć do Niego pretensji o to, że przecież nie jesteśmy jeszcze gotowi. Czas nagli. Tylko od nas zależy czy odpowiemy na Jego sygnały.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

Nie. Nie mamy.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Zabiłem Boga

To było dawno.

Prawie dwa tysiące lat temu.

No dobra, w zeszłe wakacje też. I tydzień temu. No okej, dziś do południa również. I jutro przed śniadaniem…

Nic mi nie zrobił. Był dobry, mówił o miłości, o zbawieniu. Cuda czynił, ludzi zmieniał. Nie bronił się, gdy zadawałem ciosy. Chyba dlatego było tak łatwo. Dlatego nie miałem problemów z wbijaniem w Niego noża.

Najpierw spotkałem Go na ulicy. Mówił do ludzi, twierdził że trzeba się uczyć pokory. Że należy nadstawiać drugi policzek, gdy Cię uderzą. Śmiałem Mu się w twarz. Nieźle Mu się ode mnie dostało. A On nic nie zrobił, nic nie odpowiedział, tylko mówił dalej. Dalej się modlił. To BYŁO wkurzające…

Ale potem spotkałem Go jak szedł pod górę. Był półnagi, na plecach niósł krzyż. Podszedłem i krzyknąłem, że miał nas zbawić, że miał pokazać nam Królestwo. Znów nic nie odpowiedział. Plunąłem Mu w twarz. Kilka razy. Na początku myślałem, że to przyjemne. Potem pojawiły się wyrzuty sumienia. Plułem więc dalej, próbując je zagłuszyć. Na wszelki wypadek kopnąłem Go jeszcze. Niech ma, bezczelny! I poszedłem za Nim.

Wprowadzili go na górę siłą niemal. Wziąłem od nich gwoździe i pokolei wbijałem, sprawiając ból. Było mi trochę przykro. A trochę wesoło. Miło czasem popatrzeć, jak ktoś cierpi. Niewinnie. Potem Go wykończyłem. Aby wykończyć. Zabić. Zabić wyrzuty sumienia. Zabić swoje myśli. Za chwilę już nie żył.

Kłamstwo, cudzołóstwo, aborcja, samogwałt, pijaństwo, złe myśli, intencje, zainteresowania. Grzechy przynoszące cierpienie. Mnie, Tobie. Zabijające Boga.

Tak, zabiłem Boga.

Wcale nie jest pocieszającym fakt, że byliście tam ze mną. Że Wasza wina nie jest mniejsza niż moja.

Jest jednak coś, co pociesza. To, że zrobił nas w konia. To, że trzeciego dnia zmartwychwstał. Mogłem Go przeprosić. A On powiedział: nie ma sprawy…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 Komentarze

Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony

Ciężki pojedynek za mną. Zaprawdę powiadam Wam, wszystko okazuje się być jeszcze cięższe i boleśniejsze niż się wydawało. Ale chyba właśnie to sprawia, że jestem, że mogę być szczęśliwy. Bo bronić Boga i Prawdy pazurami i zębami, całym sobą – to jest najpiękniejsze.

Przyszedłem do domu, on już tu siedział. Okazał się być niegdysiejszym sąsiadem, a aktualnie od jakiegoś czasu lekarzem. Od ręki można było rozpoznać, że będzie ciężko. Nie wiem czemu, takich ludzi się po prostu rozpoznaje. Najpierw próbował mnie przekonać do napicia się z nimi wódeczki. Rzecz jasna, zgodnie z mymi zasadami, odmówiłem. No i to zaczęło sprawę. Zabawne. Najpierw coś w rodzaju inwigilacji – dlaczego, przecież wódka dobra jest. A nie ciągnie cię? Od wódki do laseczek – nie kusi cię by czasem pójść na całość z jakąś? Wiecie, to był ten dziwny typ człowieka, z którym nie masz za bardzo ochoty dzielić się najintymniejszymi myślami. Ale owszem kusi. Więc co cię powstrzymuje? Moja wola. Moja wiara. Moja miłość. Na jakiś czas dał mi spokój.

Potem położyłem się do łóżka. Jak zawsze. „No nie mów, że już idziesz spać”. Nie. Teraz odmówię różaniec. „Ale żartujesz sobie ze mnie, czy serio mówisz?” Chłopaki: Nie no, serio mówi. A ja już wiedziałem, że nie za bardzo sobie ten różaniec tak natychmiast odmówię. Bo się zaczęło. Najpierw wypytywał, czy naprawdę w to wierzę. Drążył, drążył, drążył. Jedne argumenty lepsze: Jeśli jest prawda lub fałsz, a nie ma półprawd, to która interpretacja Pisma Świętego jest prawdziwa? Chodziło o fragment o obumierającym ziarnie. Czy nie powinniśmy się ograniczyć do dosłownego znaczenia – przecież Jezus nie użył słowa „symbol”? Inne argumenty głupie i niepoważne: Jeśli wyznajesz jakąś filozofię, musisz odpowiadać za całą jej przeszłość, wspierać krucjaty, popierać zabójców którzy mądrych ludzi na stosach palili. Zażył mnie pytaniem: „Czy widziałeś umierającego człowieka? Jak myślisz – czy ma w oczach Boga, czy rodzinę?” Nie widziałem. Nie wiem co ma w oczach. Nie wiem po czym mogę to poznać. Albo „Czy kiedykolwiek widziałeś cierpienie”. Owszem. Każdy cierpi na swój sposób. „Czy postawiłbyś na umierającym krzyżyk?” „Nie jestem księdzem” „A jakbyś był?” „Namaściłbym go. Takie jest zadanie księdza”. Wyśmiał mnie. A potem stwierdził, ni z gruszki ni z pietruszki, że wyglądam mu na geja, co wnioskuje po tych moich anielskich włoskach… No cóż, argument jak każdy inny.

Walczyłem jak lew. Nie oddałem funta kłaków. Na koniec zapytał, jak każdy pyta w takiej sytuacji (standard), czy zmienił jakoś moje spojrzenie na to wszystko. Tym razem ja się uśmiechnąłem. Czemu oni tak bardzo na to liczą? Czemu tak bardzo wierzą, że są w stanie oddalić mnie od Boga? Powiedziałem, że jak tylko wyjdzie, odklepię te paciorki, a jedna dziesiątka będzie za niego. Wreszcie wyszedł. Umówił się ze mną na jutro. Na dalszą polemikę „przy wódce”. Wychodząc zaznaczył jeszcze, że nie wierzy mi, bo nie mówię tego, co myślę. „Dlaczego niby tak sądzisz?” „Bo nie pijesz…”

Wciąż czuję się jak rzucony na głęboką wodę. Moja wiara jest silna, ale brakuje często argumentów. Tacy ludzie nie są wdzięczni za zbawienie, które im dał Pan. Są na Niego źli, że zadecydował za nich, nie pytając ich o zdanie. „Ja pomagam ludziom. Myślisz, że ty pomagasz?” „Staram się.” „Tak? Nie jesteś w stanie.” Bolesna jest rozmowa z takimi ludźmi, bo myślą, że tylko nauka, tylko to co na zewnątrz. I jakże ciężko bronić Prawdy przed kimś, kto jest starszy i wykształcony, a ty od roku nie masz kontaktu z teologią? Niewiele pamiętasz… To bolesne. Bolesne ale i piękne, do tego bowiem zostaliśmy powołani.

„I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego, ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.”
Mt 10, 22

PS. Założyliśmy z Tikulą klub Boży Wariaci! Zapraszam do odwiedzania i komentowania!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy