Przeklęty na miłość

Przed przeczytaniem tej notki upewnij się, czy zapoznałeś się z notką Gavson kontra Artdico Gnorofex.

Pół roku temu zdarzyło się coś, co sprawiło, że postanowiłem o zmianie. Zmianie na lepsze. Pół roku temu umówiłem się, wydawało się niektórym, że z kimś, ale tak naprawdę z samym sobą, że daję sobie czas. Czas, w który nie wierzę, ale który był mi potrzebny. Czas na wprowadzenie radykalnych zmian. Na dojście do stolicy i stanie się Artdico Gnorofexem. Ponownie.

Pół roku temu pokłóciłem się z kimś, na kim naprawdę bardzo mi zależało. Ten ktoś miał rację, jak zawsze miewał rację, a ja się myliłem. I ten ktoś powiedział do mnie: „Przeklinam Cię, na miłość!” A potem powiedział „żegnaj”. Nie wiem, czy temu komuś zależało na tym, by rzeczywiście przekląć mnie na miłość, ale to właśnie zrobił. Wtedy umówiłem się z kimś innym, a tak naprawdę wyłącznie z samym sobą, że do wakacji się zmienię. I w wakacje będę już zupełnie inny.

No i właśnie wtedy dopiero zacząłem się zabagniać.

Każdy kolejny dzień był coraz gorszy. Coraz głębsze szambo grzechu, coraz trudniejsze brodzenie. Ale było coraz cieplej, przytulniej, przyjemniej. „Kiedy bagienko jest cieplutkie strasznie szkoda z niego wychodzić” – powiedziała wczoraj jedna z moich współlokatorek. Wtedy zapomniałem o tym, że komuś, tj. sobie obiecałem poprawę. Radykalne spojrzenie na siebie, radykalne zmiany od już i od teraz. Zapomniałem, że ktoś bardzo mi bliski przeklął mnie na miłość. Ale byłem przeklęty.

Każdy dzień na początku wyglądał tak, że myślałem sobie: od jutra. Na początku, bo potem i o tym „od jutra” zapomniałem. Podświadomie wiedziałem, że „od jutra” powinno zacząć się „dziś”. Albo „wczoraj”. Ale się nie zaczynało.

A Ona była. Moje przekleństwo rzucone przez kogoś innego i moja obietnica złożona komuś innemu. Moja pomoc. I ja o Niej wiedziałem. Cały czas tam była, z krzyżykiem na szyi, z prezentacją o aborcji. Biła z niej siła, która sprawiała, że się bałem. A podobno ludzie uważają, że Ona jest taka słabiutka. Ale bił z Niej Bóg. Bardzo mocno bił. Od wtedy, właściwie.

I wiedziałem tu, głęboko, w sercu, że Ona jest i że ja potrzebuję. Że jak podejdę, że jak porozmawiam, zagadnę, to wyjdę z bagna. Tak, jak dawno temu wyszedłem jednym silnym krokiem kiedy poznałem Gosię. Wiedziałem, że wystarczy podejść i wyjdę. Zacznę pracować. I wypracuję wszystko do wakacji.

Ale nie podszedłem.

Bałem się. Wiecie czego się bałem? Bałem się wyjść z bagienka. Było mi tak dobrze, tak cieplutko w moim malutkim, ciaśniutkim świecie grzeszku, że nie chciałem podchodzić do tego ogromnego, jasnego, ale, o zgrozo, dużo cieplejszego świata Boga. Bo z perspektywy bagienka wydawał się taki chłodny… Nie chciałem wychodzić.

A Ona była. I wiedziałem o tym. I krążyła, patrzyła, przędła sieć w którą miałem spaść, bylebym tylko chciał się puścić. Bezpiecznie spaść. Była i ja wiedziałem, że jest. I przestawałem niechcieć.

Za późno.

Za późno? Dwa tygodnie przed wakacjami to za późno? Nie! Dla człowieka to za późno. Dla człowieka, ale nie dla Boga.

Podszedłem. Podszedłem, bo wiedziałem, że jak tego nie zrobię, to moja pomoc ucieknie. A była jedyną moją nadzieją. Wiedziałem o tym od wieków. Ale żeby to zrozumieć, musiałem wpaść w to bagno tak głęboko, żeby zacząć się dusić.

Musiałem całować się na pierwszej randce z dziewczyną, której nie znałem.

I gdyby nie Ernest nie mam pojęcia, czy na całowaniu by się skończyło. Dzięki, Eniu…

A w tym czasie czytałem książkę. Książkę, którą Ona mi pożyczyła, bo poprosiłem Ją o to. Choć to Ona chciała, żebym ją przeczytał. A ja, głupi, myślałem, że to ja chciałem ją przeczytać.

I czytając postanowiłem przypomnieć sobie co to znaczy kochać. Jeszcze raz. Byłoby bardzo fajnie, gdyby ostatni. I przypomniałem sobie. Postanowiłem pokochać, choć z Nią rozmawiałem może ze dwa razy. Choć nie wiedziałem o niej nic. Tylko tyle, że to Ona. Że to musi być Ona.

A potem, jak już pokochałem, okazało się, że Ona wie to jeszcze dłużej.

I zdążyłem. Zdążyłem na dwa tygodnie przed wyznaczonym sobie terminem. Choć nie pracowałem nad sobą ani chwili. Ani chwili nie próbowałem sobie pomóc. Z każdą chwilą zagłębiałem się w bagno coraz bardziej. I zdążyłem wyjść z niego w ostatniej chwili. Dzięki Niej.

Dzięki Tobie.

Na koniec mała rozmowa z samym sobą:

– Kochasz ją?
– Tak, kocham.
– Jak bardzo?
– Najbardziej na świecie.
– Tak bardzo, żeby nigdy nie chciała odejść?
– Nie. Bardziej.
– Jak bardziej? Nie można bardziej.
– Tak bardzo żeby mogła odejść, jeśli tylko będzie miała na to ochotę…

I jeszcze jedno. Aniele, teraz jest jedyna szansa by zażegnać Twoje „żegnaj”. Bardzo gorąco o to proszę…

Reklamy
Categories: O mnie | 19 komentarzy

Zobacz wpisy

19 thoughts on “Przeklęty na miłość

  1. kabaczek

    Nie wiem dokładnie co ma oznaczać ta notka. Piszesz, że jeszcze raz przypomniałeś sobie co to znaczy kochać. Czy ty w ogóle kiedykolwiek wiedziałeś co to znaczy? Czasem w to wątpię. Ile dziewczyn wcześniej już kochałeś? Jedną, dwie, trzy… Ale nie! Ty przecież nadal je kochasz! No tak- miłość nigdy nie przemija! To racja. Zastanów się więc może, czy ty potrafisz kochać!? Wiem, że potrafisz… Każdy potrafi, ale musisz zrozumieć, że miłości się nie postanawia, nie mówi się: „No, to pokocham tą osobę.” W ten sposób możemy okazać miłosierdzie. Pewnie, powinno się kochać wszystkich ludzi. Wierzę, że jest to możliwe, jednak nie taką miłością jak osobę przeciwnej płci tzn. swojego wybranka/wybrankę. Ja nie mogę jak na razie wyobrazić sobie takiej sytuacji, że spotykam się z jakimś gościem po raz drugi i mówię, że go kocham. Może mi się podobać, mogę się nawet zakochać, ale bałabym się powiedzieć, że go kocham, szczególnie na forum publicznym. Żeby kogoś pokochać przydałoby się go poznać, chociaż trochę. Można wtedy pokochać go za swoje poglądy, mądrość, inteligencję, zaradność i inne zalety. Ciągle poznajesz jakieś nowe dziewczyny i ciągle powtarzasz, że wyciągnęły cię one z bagna. Chyba tylko po to je poznajesz- żeby wciąż wyciągały cię z bagna. Ale kiedy jedna cię wyjmie, ty znowu pakujesz się w nowe błoto. Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?

    Kiedy naprawdę kogoś pokochasz przekonasz się, że to coś innego niż teraz.

  2. Wiesz co mi się wydaje, Kabaczku? Że Ty masz poprostu strasznie słabą wiarę. Ja nie twierdzę bynajmniej, że moja wiara jest jakaś niewiadomo jak wielka i jednocześnie nie chcę nikogo oceniać, ale wydaje mi się, że Ty zwyczajnie masz trudności z uwierzeniem, że można pokochać ot tak, poprostu. Pokochać Ciebie, Twoją Siostrę, pokochać wiele innych dziewczyn. Tak wiele, jak tylko wiele będzie trzeba, choć bynajmniej nie mam ochoty i zamiaru rozdawać mojej miłości na lewo i prawo po wiek wieków. Za każdym pojedynczym razem mam wszechogarniającą nadzieję, że to jest ostatni raz. Że tak prawdziwie, jak to mówię, „coś więcej” kocham po raz ostatni. I zapytaj samą siebie, zapytaj Swoją Siostrę, jak chcesz mogę Ci nawet dać maila do Gośki. Zapytaj się, czy ja się wycofałem, uciekłem. Czy ja Was, którąkolwiek z Was, okłamałem? Czy powiedziałem, że kocham, a potem się z tego cofnąłem? A może to Wy za każdym razem się cofacie…

    Do Ciebie, Kabaczku, akurat nie mogę mieć wielkich pretensji. Ty nigdy mi przynajmniej nie powiedziałaś, że mnie kochasz. Nie miałaś więc czego odwoływać.

    A ja wierzę, że miłość to może być wyciąganie z bagna. I nie do tego służą mi dziewczyny. Do tego potrzebna mi miłość. Miłość, której, jak sądzę, jeszcze nigdy od żadnej z Was nie otrzymałem. A Wy idziecie w zaparte i twierdzicie, że to ja Wam jej nie daję.

    Ona się nie spieszy. I gdy powiedziałem Jej po raz pierwszy, że Ją kocham, bardzo się ucieszyła, ale powiedziała, że powinienem się jeszcze zastanowić. I nie, nie odpowiedziała mi: „Ja ciebie też kocham”. I to były najpiękniejsze słowa, jakich nie usłyszałem w życiu.

    Bo ja już mam dość słyszenia od dziewczyn, że mnie kochają, a potem się z tego wycofują. I wcale mi się nie spieszy do kolejnej usłyszanej deklaracji, która nic dla nikogo nie znaczy. A w zaistniałej sytuacji wiem, że jeśli już to usłyszę, będę mógł uwierzyć. Bo Ona myśli o tym w ten sam sposób. I dlatego jestem szczęśliwy. Bo ona jeszcze nie kocha. Ale jak już pokocha, to tylko na zawsze…

    Olu, a może dasz linka?

  3. Ojej…
    Meteusz, ja za Tobą i za wszystkimi Twoimi wybrankami życia – już nie nadążam.
    Jeszcze niedawno zarzekaleś się w miłości do mojej najlepszej przyjaciółki, potem chciałeś się żenić, potem znalazłeś jakąś innowierczynię, potem pannę S. Wybacz, ale – czy Ty naprawdę nie masz żadnych problemów hormonalnych?

    Ja rozumiem i w pełni zgadzam się z tym, że miłość to nie uczucie. Również uważam, że miłość to pewnego rodzaju postanowienie…ale postanowienie wyrobione z czasem. Uwierz, że znajdowanie sobie co pół roku nowej Ukochanej, z którą to będziesz miał wesołą gromadkę dzieci, którą kochasz nad życie i którą do konca swoich dni będziesz się jak twierdzisz – opiekował – nie świadczy wcale o Twojej niezwykłej zdolności kochania wszystkich. Życie nie jest takie proste.
    Brak mi słów. Po prostu brak słów.

    To wszystko nie mieści mi się w głowie. Napiszę książkę…Cierpienia młodego Baryły…analogicznie do Wertera. Z tym, że Werter kochał jedną…

    I proszę Cię, nie obraź się na mnie po raz kolejny.

  4. Nie zamierzam nikomu nic udowadniać. Moja miłość jest moją miłością. I jeśli nie zamierzacie się z niej cieszyć wraz ze mną, pozwólcie mi się nią cieszyć. Z Nią. I z przyjaciółmi.

  5. M.

    ja mam wrażenie, że niektórzy mają ograniczenia w myśleniu… ludzie się zmieniają, ludzie dojrzewają. wierzymy w Boga? ON Jest i Dotyka. czy naprawdę Matuesz jest skazany na błądzenie? czy nie ma „mety” w postaci tej jednej osoby, z którą będzie dzielił resztę swoich dni? czy nie może być tak, że to będzie Ola? że coś się zmieniło? ludzie – przystopujcie!za chwil kilka zrobicie z niego jakiegoś patologicznego kochasia. STOP! ja proponuję modlitwę w intencji oczyszczenia intencji itp itd, a nie takie trucie…
    pozdrawiam!

  6. Ola

    Misia, mój Ty aniołku stróżu… dzięki:*

  7. kabaczek

    Ja ciągle wierze w to, że Mateuszowi uda się znaleźć prawdziwą miłość, taką na zawsze. Trudno jednak żebym nie była zaskoczona, bo nie dawno Mateusz kochał, twu-kocha tak jedną osobę, że był z nią zaręczony. Zaręczył się nie cały rok temu. A teraz… Nie wiem co powiedzieć, bo ta osoba, z którą Baryła się zaręczył jest jedna z najbliższych mi osób. A ona miała nadzieję, że na początku wakacji, jednak… Ale chyba lepiej, że jednak nie. Teraz Mateusz pomyśl kto kogo opuszcza? Tak na prawdę to Ty wybierasz. Przynajmniej w tym przypadku. Niemniej jednak wierzę w to, że Ola jest tą ostatnią. Zalecałabym jednak wam obu ostrożność.
    Mam tylko wątpliwości co do tego, czy dotrzymałeś umowy z Moniką. Ona czekała do końca, a Ty?

    Wiesz co? Gadasz jakby dziewczyny rzucały się na Ciebie podczas kiedy Ty przechodzisz przez przejście dla pieszych.

    Z niczego się nie wycofywałeś, oczywiście, ale to chyba nie ten rodzaj miłości. Wiesz przecież, że są różna rodzaje miłości. Tą, którą nas kochasz to rodzaj miłości dla przyjaciół, a nie kochanków (używając tego słowa nie miałam na myśli kochanków z racji łóżka). Może mam mało wiary w tą miłość od tak. Ale jednocześnie wydaje mi się, że ty masz zbyt dużą częstotliwość w zmienianiu partnerek tych „na zawsze”. Nie mogę Ciebie nazwać „babiarzem”, o nie. Ale ustabilizuj się! Poczekaj, odetchnij, pomyśl… albo nie. Za dużo myślisz i nie wiele dobrego z tego wynika.

    Ale pomijając moje przemyślenia i inne takie rzeczy, życzę wam szczęścia i na prawdę udanego związku. Piszę to bez żadnej nutki ironii, ba na prawdę chcę Waszego szczęścia.

  8. kabaczek

    Do M: nie sądzę bym miała ograniczenie w myśleniu. Od kiedy znasz Mateusza? Ile jego przemian przeżyłaś? Nie mówię, że ja tak dobrze go znam, ale przypuszczam, że lepiej od Ciebie. Wiem, że przeżył jedną gruntowną zmianę. Ale reszta zmian była tylko powierzchniowa. Tak mi się wydaje. W środku ciągle siedzi ten sam Mateusz… Ten z seminarium, tylko miotany hormonami i własnymi przekonaniami (nie koniecznie poprawnymi-dla mnie).

  9. M, wypraszam sobie zarzucanie nmie, Kabaczkowi, czy komukolwiek innemu zaburzeń w myśleniu i radzę Ci na przyszłość nie stawiać takich zarzutów.

    Obydwie mamy z Kabaczkiem mamy identyczne zdanie.
    Wierzymy w to, że ludzie się zmieniają, że dojrzewają. Wierzymy w tę Wielką Siłę, która im w tym pomaga. Mamy niemal identyczny pogląd na miłość, co i Mateusz. Wierzymy również w to, że znajdzie on swoją „metę” i z serca życzymy mu tego. Ale czy naprawdę szukając tej mety musi siać tyle spustoszenia? Miał zaczekać do wakacji. Dał słowo.

    Ona czekała, w nadziei, z której my z Kabaczkiem musiałyśmy ją łagodnie wyprowadzać, żeby nie przeżyła szoku. Można powiedzieć, że przewidziałyśmy dalszy ciąg wydarzeń. I jest nam przykro patrzeć na to, jak Mateusz łamie dane słowo, bo Ona go dotrzymała. Nie wiem Mateusz, jak Ty byś się poczuł, gdyby Ona nie dotrzymała słowa, nie doczekała do wakacji, tylko oznajmiła Ci spokojnie, że:
    „znalazła innego…ALE NIE MARTW SIĘ DO CHOLERY! PRZECIEŻ ONA CIEBIE NADAL KOCHA! WIĘC CZYM SIĘ TAK DENERWUJESZ?!”

    Nie wiem czy kiedyś to pojmiesz Mateusz. Biegasz po świecie i w panice szukasz miłości. Nie ma na świecie człowieka, ktory byłby w stanie co pół roku mieć nową Ukochaną (taką na całe życie! Na wieczność! Tyle razy to przysięgałeś!). Zrozum, że ta miłość, którą Ty jak twierdzisz – rozdajesz na lewo i prawo – jest jedna. Jedna jedyna. Z początku nieśmiała, może namiętna. Potem przeradza się w przyzwyczajenie. POWOLI buduje się coś niezwykle silnego – MIŁOŚĆ. Miłość, która staje się aktem wyboru (owszem)- w dniu ślubu, gdy przysięgasz przed Bogiem.
    I owszem, miłość może być postanowieniem nawet wobec człowieka, którego nie znasz…ale nie jest to miłość małżeńska (czyli ta, którą Ty o ile się nie mylę, znajdujesz sobie z częstotliwością wręcz niebywałą). To jest miłość do bliźniego.
    I wiesz, dlaczego Ci to wszystko wytykam? Bo przez tą Twoją miłość, którą darzysz przypadkowo spotkane osoby, zraniłeś już wiele ludzi. Nawet, jeśli Któraś z Twoich wybranek nie odwzajemniała uczucia – mogła poczuć się co najmniej urażona po tym jak z początku wmawiałeś jej, że kochasz ją nad życie. Że jest tą jedyną. Jakie są fakty? Że w przeciągu tygodnia-dwóch, potrafiłeś pokochać inną. Uwierz, to nie jest normalne.
    A tym bardziej jestem zbulwersowana tą notką, bo wiem, jak zraniłeś osobę, którą jeszcze niedawno chciałeś brać ślub, bo kochałeś ją nad życie (Oj! Przepraszam! Przecież Ty nadal ją kochasz!). Robisz z siebie kozła ofiarnego, ale sam pomyśl – czy miałeś prawo tyle od niej wymagać? Miłość nie jest łatwa, trzeba się potknąć, żeby zrozumieć swoje błędy. Po swoim przykładzie powinieneś dobrze wiedzieć, że ślub w wieku lat kilkunastu nie jest rozsądnym pomysłem. Ty jednak mimo tego, że już raz się w tej materii poparzyłeś, dalej pchasz łapę w ten sam ogień. Karasz innych za swoje błędy. W dodatku nie dotrzymujesz słowa, i chyba to oburza mnie w tej chwili najbardziej. Miałeś zaczekać na Nią do końca czerwca, czyż nie? Ty w tym czasie jednak zdążyłeś znaleźć dwie inne, w tym jedną Na Całe Życie!
    Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać.

    Tak czy inaczej życzę Ci wszystkiego najlepszego, jako przyjaciółka. Może teraz się uda…ale staraj się nie ranić po drodze tylu ludzi.

  10. M.

    hmmmmmm. przepraszam bardzo osoby, które poczuły się urażone/dotknięte tym co napisałam. tylko podkreślam, że nie pisałam, że ktokolwiek jest „zaburzony” – na płaszczyźnie jakiejkolwiek. wrażenie ograniczeń umysłowych miało znaczyć tylko to… jakby to zobrazować – takie brnięcie z klapkami na oczach, jakaś myśl jedna przysłaniącjąca inne wyjścia, rozwiązania. „będzie jak było, znów zrobisz to samo” – to biło z tamtych głosów.
    szczerze – nie znam Mateusza. nie widzieliśmy się, nie rozmawialiśmy ze sobą na żywo, telefonicznie, na gg – jakkolwiek. nigdy. i nawet jeśli go nie poznam – nie zmienię zdania. dlaczego? bo ja wierzę w Boga – już o tym pisałam. Żywego, osobowego, działającego wszędzie i w każdym czasie(wszechmoc Boża)wiem czym jest wolna wola, którą ofiarował swoim Stworzeniom. i wiem, że Mateusz będzie mógł pójść w utarte schematy, bo takie wyjście jest. bo jest wolny. nie mam pewności, że coś się nie powtórzy, Bóg go nie zmusi do tego aby – skoro ją poznał i chce kochać – w każdej minucie nie popełnił najmniejszego błędu. nie jesteśmy ani automatami ani aniołami. nie żyjemy w raju. na świecie jest dobro i zło…
    z autopsji choćby – wiem również jak ON działa w życiu ludzkim. dlatego też – zresztą to się bierze z wiary katolickiej i drogowskazów ewangelicznych – mam wiarę”w to, że” i nadzieję „że”, a w dodatku pomoc w postaci modlitwy. dla Nich, dla Niego. chodzi mi o to, żeby nie przekreślać, nie oceniać i nie osądzać, nie „prorokować” tak szybko. bo ani ja, która go nie znam, ani Wy znające(y) – nie możecie wiedzieć co będzie dalej.
    a to jest jego życie, on za każdy czyn odpowie. wie co czuje wie co robi. jeśli nie zapomni o Bogu – będzie dobrze.
    a jeśli o miłość chodzi? miłość jest jedna. bo nie dość, że czym innym jest miłość, seks i bliskość, to czym innym jest przyjaźń, zauroczenie, zakochanie itp itd. i chyba rzadko wiadomo, że kochanków łączy miłość. chyba, że są małżonkami.
    pozdrawiam!

  11. M.

    nie doczytałam wszystkich komentarzy do końca – przepraszam, to z zabiegania.
    jedna ważna uwaga. co by to dało, że by poczekał do wakacji? źle zrobił, że obiecał, że do wakacji poczeka. tak się nie robi. przeżyłam bardzo podobną historię. osobiście. mój spowiednik powiedział bardzo mądrze „wybór i konsekwencje. albo ze sobą jesteście albo nie. nie ma trzeciej drogi. to jest żywy człowiek, nie igraj z ogniem” .
    nie poczekał do wakacji, poznał kogoś, poczuł coś. źle zrobił? może powinien udawać, że się nic nie zadziało, grać i oszukiwać? wtedy byłoby dobrze? czegoś tu nie rozumiem…

  12. Maggie B.

    Co by to dało? Poczucie, że dotrzymał słowa. Tylko tyle i aż tyle.
    Nie dziwię się poszukiwaniom miłości, i wiem, że łatwo się zakochać, kiedy się zakochanie straciło i szuka się miłości. Co nie znaczy, że reszta świata nagle przestaje istnieć, Mati, pomyśl o tym. Bo ja, tak mi się zdaje, dowiaduję się od Ciebie tylko cząstkowych rzeczy i potem bywam zaskoczona.
    A co do wyłażenia z bagna i próbowania nowych studiów: to chyba właśnie teraz jest na to ostatni dzwonek. A co potem, pluć sobie w brodę przez całe życie, że można coś było zrobić i się nie zaryzykowało?

  13. Maggie B.

    Aha, jeszcze jedno: każdy, kiedy się zakochuje, chciałby, żeby to był ostatni raz, zkończony małżeństwem, gromadką dzieci etc. Niestety, nie zawsze się to udaje. Udaje się to tylko raz. No, w większości przypadków. Te wszystkie razy pomiędzy, kiedy się z kimś było i to było blisko, też są ważne. Jest tylko jedna zagwozdka: może się tym lepiej nie afiszować na publicznym forum? I tymi planami też? Chyba trzeba najpierw trochę ze sobą pobyć, poznać się, zobaczyć, czy to to i dopiero planować. Inaczej będziesz zostawał w takich niezręcznych sytuacjach, kiedy po raz dwunasty ogłaszasz, że jesteś śmiertelnie zakochany, chcesz założyć rodzinę i tak na całe życie, a potem się to zmieni, i trzeba będzie ogłosić to samo po raz trzynasty, tylko odnośnie innej osoby. Tobie to może będzie odpowiadać, ale Twoim byłym nie. Uszanuj je, proszę. Na pewno wyjdzie Ci to na dobre, i im również. Nie mówiąc już o tym, że z boku wygląda to co najmniej niepoważnie. Hm?

  14. Albin

    Może M. nie zna osobiście Mateusza i nie wie, jak się zachowuje na żywo- ale ja akurat to wiem.. i śmiem twierdzić, że w ciągu tego roku lepiej niż Ty KAbaczku i Ty Makoto. I z tego, co wiem, co Mateusz mówił mi te pół roku temu (z hakiem), to „poczekanie do wakacji” znaczyło coś innego, niż wy twierdzicie. Otóż, jak wywnioskowałem z jego słów, wtedy nie była to tzw. separacja a KONIEC. Mateusz miał powiedzieć coś takiego: „Dajemy sobie czas do wakacji”. Ale co znaczyło to „sobie”? Nie „Tobie i mnie” razem, sobie nawzajem; tylko „Ty” dajesz czas sobie i „ja” sobie. Ty masz nad sobą porpacować, ja też. I teraz najważniejsze: „NIE ze wzgldu na to, że potem do siebie wrócimy”. Mamy w sobie dużo rzeczy do naprawy, jak i do przemyslenia, więc to do wakacji zróbmy. I jeśli oboje dojdziemy do wniosku, że chcemy coś odbudować, to to zrobimy. A jesli nie, to nie. Bo tu nie chodziło o rozdzielenie, które w wakacje zakończy się happy endem, a wrócenie na dobrą drogę.
    Nie wiem, czy tak to odebrałyście, nie wiem nawet, czy tak to wam wytłumaczył Mateusz. Ale wiem, że dokładnie tak mi to powiedział, jak tylko się spotkaliśmy.
    Ja w tym wszystkim Mateusza winy nie widzę.
    Kochał? -Wiem, że tak.
    Chciał dobrze? -W to nie wątpię.
    Robił wszystko, by było pieknie? -Wszystko, co mógł zrobić
    A jednak się nie udało. Pozostawię bez odpowiedzi pytanie „dlaczego”. I, o ile mi wiadomo, oboje zdecydowali, że to koniec. Mateusz był więc wolny. I mógł robić wszystko, co chciał. I wpadł w większą czeluść grzechu, owszem. Jeszcze bardziej się zagubił. Was tu nie było, ja natomiast byłem- i wiem, co się działo. I dziękuję Bogu, że znalazł Olę, że znów jest szczęsliwy i znów może zacząć spełniać swe marzenia. I widzę, że Ola to super dziewczyna i naprawdę wierzę, że to było TO.

  15. Albin

    Macie pretensje, że Mateusz się tak ciągle zakochuje? Że składa wielkie deklaracje? Pewnie, może za szybko z tym wszystkim wyskakuje… ale taki już jest. Co więcej, nie uważam, by to była wada. Mocne słowa, ale są one prawdziwe. To, co mówi teraz, powie i za rok, i za dwa, i na ślubie, i za pół wieku. Bo to akurat jest najbardziej stanowczy i wytrwały człowiek jakiego znam- co wam może się smieszne wydać. Ale w tym wszystkim jest jedno założenie: będzie kochał, jesli będzie kogo kochać. I w związku z tym ja mam parę pytań. Kto pierwszy zaczął się wahać? Kto pierwszy „przestał kochać”, dbać o to, by marzenie, które połączyło dwoje ludzi się spełniło? Kto ostatecznie się odwrócił i zostawił Mateusza samego z tą deklaracją? W takiej sytuacji nie czeka się, że może kiedyś zły los się usmiechnie, ale- powiem może chamsko, ale prawdziwie- trzeba szczęścia poszukać gdzieś indziej.
    Tak dla mnie, jak i dla Mateusza chyba nie ma nic gorszego niż niezdecydowana kobieta. Zwłaszcza w miłości w której przede wszystkim musi być wzajemność. W której nie może być sytuacji, że jedna osoba się stara, kocha… a druga stygnie, unika. To jednak boli. I za to należy Mateusza podziwiać, że ze wszystkim wytrwał tak długo.
    Czy Mateusza deklaracja za każdym razem była prawdziwa? Tak. Bo za każdym razem poznawał wspaniałą kobietę, z którą wiedzial, że chciałby spędzić resztę życia. Powiadacie, że to niedfojrzałe i niemożliwe. Ja nietylko wierzę, że to da się osiągnąć. Ja sam tego doświadczyłem. I akurat Mateusz to taki człowiek, że może powiedzieć „kocham” po paru dniach. Nie ważne, jakie wady odnajdzie z czasem w swej wybrance. Bo jego miłość własnie wszystkie przeciwności przezwycięża. Ale przechodząc do sedna- by budować związek oparty na miłości, potrzebna jest praca dwóch osób. TYLKO wtedy to się uda jeśli i druga osoba kocha i to okazuje. Sam Mateusz nie może tego pociągnąć. Nie odda si innej, jesli ona tego nie chce. Jezus też może wybaczyć człowiekowi wszystko, mimo najgorszych grzechów go kochać- ale jesli człowiek nie chce go przyjąć, to przecież nie będzie się pchał na siłę. Sądzę, że tak własnie było za każdym razem do tej pory. Dziewczyna chciała, a potem jej się odwidywało. Nie Mateuszowi. I denerwuje mnie to, że nie możecie- albo nie chcecie- tego dostrzec. Teraz Mateusz znalazł dziewczynę. Znalazł Olę. I ja im błogosławię, by oboje się równie mocno kochali, by oboje dbali o to, co ich łączy. Mateusz kocha Olę. Czy to znaczy, że innych już nie kocha? Na pewno życzy im jak najlepiej i jest gotów zaoferować pomoc. Ale już nie chce wiązać z tymi osobami planow na przyszłość. Bo te osoby dały mu już swiadectwo, że nie potrafią wytrwać w milości- w związku z tym człowiekiem. Taka jest- może smutna- prawda, jak ja ją pojmuję.

  16. Noc studniówkowa, dawno dawno temu, czyli przed jakimś pół roku. Stan faktyczny:

    Na jakiś czas po rozstaniu z Panią (zwykłem tak o niej pisać, to tak będę pisał) poszliśmy tam razem. Wybiła godzina, odwiozłem ją do domu. Przez całą Studniówkę wiedziałem, że nie tylko ona wszystkiego się boi, że nie tylko ona przed wszystkim ucieka. Przez całą Studniówkę zdawałem sobie sprawę, że ja też już nie jestem taki kolorowy jak niegdyś bywało. I dlatego przez całą Studniówkę myślałem jak ująć w słowa umowę pojawiającą się w mej głowie tak, by zainteresowane osoby zrozumiały ją jak należy.

    Podwórko przy Słonecznej, bardzo, bardzo późno w nocy (vel wcześnie rano). Po gadkach-szmatkach że fajnie było ja zaczynam:

    Ja: Posłuchaj, myślałem nad czymś bardzo poważnie…
    Ona: milczy.
    Ja: I doszedłem do wniosku, że Ty potrzebujesz nauczyć się jak się wszystkiego przestać bać. Że potrzebujesz nauczyć się kochać i wierzyć.
    Ona: wciąż milczy.
    Ja: Ale ja też znajduje w sobie dużo zła (szczerze to już nie pamiętam o jakie zło mi chodziło, bo to późniejsze było jeszcze gorsze, ale było go dużo). I dlatego postanowiłem zaproponować umowę.
    Ona: nadal milczy.
    Ja: Dajmy sobie czas na wakacji. Czas w którym moglibyśmy się zmienić. Wiesz, ja nie wierzę w czas i uważam, że zmiany powinny następować tu i teraz, na lepsze, ale czuję się źle i chyba też potrzebuję czasu. A więc dajmy sobie czas, to trochę dużo, ale chyba tyle będzie nam potrzebne. Czas w którym będziemy mogli zmienić się na lepsze.
    Ona: oczywiście milczy.
    Ja: Ale zmienić się nie dlatego, żeby potem, w wakacje znowu zacząć wszystko od nowa. Nie zmienić się dla siebie nawzajem. Naprawić się (używałem tego słowa) dla siebie samego. I dla Boga. Jeśli wtedy, w wakacje, oboje dojdziemy do wniosku, że w ogóle jest jeszcze o czym rozmawiać, to porozmawiamy. Ale jeśli nie będzie o czym, przynajmniej będziemy mieli satysfakcję przed samymi sobą, że udało nam się naprawić.
    Ona: patrzy na mnie. Nie wiem, czy z nadzieją, ale to wyglądało raczej na coś innego.
    Ja: I błagam Cię, nie myśl sobie tak: „Ja się zmienię, naprawię się, przestanę się bać i nauczę się kochać, a wtedy Mateusz do mnie wróci”. Nie po to się mamy zmienić i nie po to jest ta obietnica. Zmieniamy się dla samych siebie, żebyśmy byli lepsi, bo potrzebujemy naprawy. Potem może wszystko się jeszcze ułoży, ale tego nie obiecuję. Porozmawiamy po wakacjach. O ile będzie jeszcze o czym rozmawiać.
    Ona: nadal nic nie mówi.
    Ja: Tęsknię za Tobą, wiesz?

    Koniec rozmowy. Może coś powiedziała, może coś mruknęła, nie pamiętam. Tak naprawdę cała ta umowa była tylko moja. Pani nawet jej nie potwierdziła. I nigdy, przenigdy, nie obiecywałem, że na pewno pogadamy w wakacje i że na nią czekam. Obiecałem, że zmienię się do wakacji dla siebie samego i że ewentualnie pogadamy, jeśli będzie o czym gadać w ogóle. Obietnicy dotrzymałem, bo ja nie łamię danych obietnic. Tylko nie mam za bardzo o czym gadać…

    A Pani? Nie wiem co przeżywa Pani. Ale jeśli starała się (ja się nie starałem), pracowała nad sobą (ja nie pracowałem) i dokonała zmiany, a teraz się załamała, to znaczy, że zmieniała się dla mnie, a nie dla siebie. I cała zmiana na nic.

    Byłoby fajnie, gdyby było inaczej…

    Ach, Albin. Kocham Cię.

    Ale naprawdę nie chcę się z Tobą żenić :).

    I jeszcze jedno. „Moja Michalinka, kochana Michalinka”… ;)

    Za chwilę nowa nota…

  17. kabaczek

    Miałam jeszcze wczoraj napisać ten komentarz, ale niestety nie miałam takowej możliwości. Jakże to dziwne, że ty widzisz wszystko odwrotnie niż Pani. Mówisz, że się rozstaliście. Nie wiem, czy wiesz, ale ona tak naprawdę nie chciała tego rozstania. To ty zadecydowałeś. Zerwałeś z nią.
    Pani tą rozmowę końcową (po studniówce) odebrała zupełnie inaczej.
    Po pół roku od zaręczyn opuściłeś ją. Tak, uzgodniliście to. Ale tylko ty tego chciałeś.
    Nikt tu nie prorokuje, tylko się obawia.

    To nie znaczy, że nie wierzę w Wasze szczęście.

  18. M.

    …on tego nie wiedział, ale ja też nie chciałam tego rozstania. wiedział tylko, że go kocham. tak samo jak ja wiedziałam, że on kocha mnie. ale podjął decyzję, że każde idzie w swoją stronę. i tą naszą ostatnią rozmowę odebrałam pewnie zupełnie inaczej niż on… zwłaszcza kiedy powiedział”nie uważam, żeby coś się kończyło, bo żeby się skończyło, musiałoby się najpierw zacząć”. powiedział to po miesiącach wspólnych planów, marzeń itp itd. ze łzami w oczach to powiedział. później na policzkach. i że kocha. też nie odezwałam się słowem. tylko podziękowałam mu za te łzy, które mi powiedziały dużo na jego temat.
    i dziś po kolejnych miesiącach spotkaliśmy się i powiedzieliśmy sobie jedno… że się kochamy. co będzie dalej? pewnie nic. każde będzie szło swoją drogą. to jest może mało istotne, ale najważniejsze było postawienie sprawy jasno. umierałam każdego dnia, kiedy nie mogłam go widzieć, słyszeć dzielić się z nim swoim życiem i być w jego życiu. bolało. ale bardziej bolały wcześniejsze tygodnie przed podjęciem przez niego decyzji. niepewność i obawa. dziś jestem mu wdzięczna za każdy dzień rozłąki – kiedy wiedziałam, że nie jest mój. że nie idziemy jedną drogą. nie spotykaliśmy się i to było najcenniejsze. to było ratunkiem w tym moim umieraniu…

    miłość chyba dlatego jest trudna, że najczęściej kochamy człowieka takiego jakim go „pokochamy”. czyli w tej początkowej fazie. a życie jest życiem. zmienia, uszlachetnia, wypacza…wiem, że Ona będzie jeszcze szczęśliwa. i że będzie mogła i potrafiła kochać.
    pozdrawiam…

  19. A ja się jeszcze dopiszę. Może podsumuję komentarz Albina, a może tylko się pogrążę. Wiem, że i tak nikomu nic nie wytłumaczę. Kabaczkowi czy Makocie, Oli, a już Pani to zwłaszcza. Ale dopiszę cytat z Hey, który właśnie znalazłem na blogu u M. I myślę, że pasuje do sytuacji i do komentarza Albina.

    „jeśli zwątpisz choć jeden raz…
    jeśli zwątpisz choć raz, to choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę…
    powrotów nie będzie…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s