Monthly Archives: Sierpień 2007

Sześć snów

Wsiadłem na rower i pojechałem do Starachowic. Na rowerze nie jeździłem od dawna, mój organizm nie był kompletnie przygotowany na tak długą trasę. Zwłaszcza, że kawałek, spory kawałek, było pod górkę. Dotarłem. Skoro Kuba rok temu doszedł na piechotę, to ja mogę dojechać rowerem, a co!

No właśnie, bo ja do Kuby pojechałem. Nie widziałem się z nim od pogrzebu. A na żywo to go prawie rok temu ostatnio spotkałem. Toteż, jako że się stęskniłem za moim najlepszym kolegą z Seminarium, wsiadłem na ten rower i pojechałem do Kuby w odwiedziny.

Tylko nie wiedziałem jak na ten cmentarz dojechać. Napisałem SMSa do Anity, naszej, to jest mojej i Kuby wspólnej przyjaciółki z teologii, czy by nie zechciała mi napisać jak tam dojechać. Nie odpisała. To napisałem jeszcze do Asi, jej siostry. Nie odpisała. Puściłem sygnał. Anita miała wyłączoną komórkę. Asia nie. Ale nie odpisała… Chociaż wiedziałem jak do nich do domu trafić, to pojechałem do nich do domu. I, jak już stałem pod blokiem, dzwonię do Asi. „Jesteś w domu?” „Nie.” „Szkoda, bo ja akurat do Starachowic przyjechałem i pomyślałem, że się spotkamy” „Mateusz! Jest w Starachowicach!” Z tyłu echo Anity: „Tak? Powiedz mu, że zaraz będziemy!”. No bo na zakupach były akurat, a nie na wczasach. No i się Anicie komórka rozładowała.

Oczywiście, przyjechałem do Kuby, a jak zawsze wylądowałem w domu u dziewczyn. Jak ich tata wrócił z pracy, to powiedziałem jaka sytuacja, a on: „Wiesz, nawet nie mam do ciebie o to żalu”. Uśmialiśmy się obaj. Bo, to zabawne, byłem u niego w domu dwa, no, dziś to już trzy razy. Nie zna mnie. Ale mnie lubi. Może to dlatego, że byłem z jego młodszą na Studniówce? Albo z jego starszą na studiach? Nie wiem. Nie ważne.

Trochę ważniejsze, że o 18 była msza za Kubę. A potem pojechałem z jego mamą i siostrą, i babcią, i Asią na cmentarz i się z Kubą zobaczyłem. Ale to też nie aż tak ważne.

Ważna w tej historii jest tak naprawdę tylko Anita. Bo Anita ma sny. Kuby mama nie ma snów. Kuby siostra nie ma snów. Anita ma sny. I te sny, z wielkim zaangażowaniem, Anita mi dziś (okej, wczoraj) opowiedziała. I te sny, z wielkim zaangażowaniem, zapamiętałem. I postanowiłem wypisać. Tu wypisać.

Sen pierwszy
Fotel Bujany

Kuba siedzi w bujanym fotelu. Jest starszy. Nosi sutannę, jest z całą pewnością księdzem. Opatulony kocem, odmawia w skupieniu brewiarz. Anita w ciszy przygląda się Kubie. Chłonie jego widok. Kuba buja się na fotelu. W przód, w tył, w przód, w tył.
Kuba zamyka brewiarz. Wstaje, podchodzi do Anity. Kładzie jej dłoń na głowie i kciukiem czyni znak krzyża na jej czole.

Sen drugi
Pielgrzymka

Kuba i Anita idą na pielgrzymkę do Częstochowy. Kuba głosi konferencję. O cierpieniu, o śmierci, o zmartwychwstaniu. O woli Pana Boga. Do Kuby podchodzi kobieta, starsza wiekiem. Kobieta prosi Kubę o błogosławieństwo. Kuba oponuje, sprzeciwia się. Nie jest księdzem, jest klerykiem, nie może udzielać błogosławieństwa. Kobieta mówi do niego: „Będziesz wspaniałym księdzem”. Kuba błogosławi starszą kobietę.

Sen trzeci
Sakrament Namaszczenia

W kościele parafialnym Kuba i Anita uczestniczą w Sakramencie Namaszczenia Chorych. Kuba pochyla się nad kobietą, która umiera mu w ramionach. Kuba zanosi ją na ławkę, przykrywa folią. Patrzy w stronę Anity i wypowiada słowa: „Grzechy tej kobiety są już odpuszczone”.

Sen czwarty
Rowery

Kuba i Anita są dziećmi. Jadą dokądś na rowerach. Śmieją się, cieszą się swoją obecnością. W pewnym momencie Kuba schodzi z roweru i staje się dorosłym mężczyzną. Mówi Anicie, że nigdy nie zapomni radości swojego dzieciństwa i dobroci jego matki.

Sen piąty
Wojna

Kuba jest biskupem. Wokół niego, w kościele, zgromadzony tłum. Naokoło trwa wojna, giną ludzie. Kuba przemawia do wiernych o ucisku, o cierpieniu, o bólu. Podchodzi do niego kapłan. Kapłan mówi Kubie, że nie może już tego znieść. Że ma dość tego zła, tej wojny szalejącej wokół. Kuba rozmawia z kapłanem. Wreszcie go spowiada. Kapłan odchodzi pocieszony, szczęśliwy, wraca do wiernych.

Sen szósty
Dwadzieścia Dwie Lilie

Kuba w białej albie. Chodzi po wodzie jeziora. Zrywa lilie wodne. Bije od niego blask świętości. Bije od niego światło Boga. Kuba odwraca się w stronę brzegu, gdzie czeka na niego jego matka. Kuba daje matce zerwane w wodzie kwiaty. Matka mówi do Kuby: „Dziękuję Ci za te dwadzieścia dwa kwiaty, które mi dałeś”. Kuba znika, na matkę sfruwają cztery gołębie. Gołębie plotą z kwiatów wieniec i wieszają go matce na szyi.

Dzień wcześniej mama Kuby mówiła Anicie, że prosiła Kubę o jakiś znak, żeby powiedział jej, że jest szczęśliwy. Anita obudziła się o trzeciej w nocy i natychmiast przekazała mamie Kuby SMSem to, co jej się śniło. Mama Kuby podziękowała Anicie za to, że jest pośredniczką. I że informuje ją co słychać u jej syna.

Kubo! Nie wiem co inni powiedzą. Dla mnie te sny były na tyle niesamowite, żeby dokładnie je opisać i zrelacjonować. Inni może będą się śmiać i wyklinać Ciebie, wyklinać Anitę. Ja wierzę, że do nas mówisz. Że jesteś z nami. Że jesteś naszym prywatnym świętym.

Kubo! Wybrałeś sobie Anitę jako pośredniczkę między Tobą, a Twoją mamą. Dokonałeś wspaniałego wyboru, ja sam nikomu innemu nie powierzyłbym tego zadania. Obaj wiemy, że nikomu nie można zaufać tak, jak można zaufać Anicie. Dlatego obaj nazywamy ją swoją przyjaciółką.

Kubo! Są chwile, kiedy Ci zazdroszczę. Że to Ciebie wybrał Bóg, a nie mnie. Że to Ciebie tak wcześnie powołał, że to Ty masz przywilej obcowania z Nim już teraz. Że ja muszę jeszcze czekać. Ale wtedy dochodzę do wniosku, że Ciebie wybrał, bo Ty nadawałeś się do tego najlepiej. Że nie mógł wybrać nikogo innego, że tylko Ty mogłeś temu podołać. A mnie Bóg wybrał inne zadanie. Ciebie zabrał ze świata, mnie wypuścił z Seminarium. Ja też mam przed sobą zadanie, którego nie otrzyma nikt inny. Nie wiem jeszcze, jakie to zadanie. Ale mam nadzieję, że będziesz mnie w nim wspierał. Mój… Nie, nie mój. Nasz prywatny święty.

Kubo!

Kubo! Respect!

Categories: Ku chwale innych | 3 komentarze

Dziś są cztery lata

Ja wiem, że ta notka pokryje się zapewne w wielu miejscach treścią z notką Oli. Dziwna sprawa, rzec muszę, ostatnio to się wyjątkowo często zdarza… Wiecie, takie uzupełnianie się blogów. Jak ja chcę coś zawoalować, to to robię na swój sposób. A Ola na swój. I jak się uprzesz i przeczytasz oba, zaraz wiesz o co chodzi :).

Tak, ta notka pokryje się treścią, ale w żadnym wypadku nie było to zamierzone. Owszem, przed kościółkiem (ale dziwne są te msze po polsku…) zdążyłem Lolinkę przeczytać. Ale napisanie noty przyszło mi do łba dopiero w kościele. Gdy Aga, nieziemskiej piękności dziewczyna mego brata, rzekła do mnie owe słowa: „Dziś są cztery lata”.

Poznali się na koloniach. Nie, w zasadzie wcześniej, bo chodzili do jednego gimnazjum. Ale zaczęli być ze sobą na koloniach. Adze Adaś wpadł w oko. No i zaczęła się wokół niego kręcić. Kręcić, kręcić. No i się wkręciła. Sama zaproponowała mu „chodzenie”. Potem zaczęli się całować. Jasne, Adaś wiedział, że nic z tego nie będzie. Że to tydzień i już. „To jest to dzieciak, to wakacyjna miłość”.

Wrócili z kolonii razem. Potem się spotykali. Były fazy, które, gdy się je wspomina, rozwalają Agę na cacy. Bo Aga wtedy była inna. Adaś też był inny. Moja mama lubiła Adasia. Ale nie lubiła Agi. Uczyła ją w szkole i nie sądziła, by to była dla Adasia dobra partia. Adaś naprawdę nie uważał, że ten związek potrwa długo. Ale w pewnym momencie zaczął bronić Agę przed mamą. A gdy skończyły się wakacje, zaczął uczyć ją angielskiego.

Aga się zmieniła. Adaś ją zmienił? Cóż, jeśli na to patrzeć w ten sposób, to i ona zmieniła Adasia. Tak naprawdę zmienili się razem, dla siebie nawzajem i dla siebie samych. Pokochali się. Nie mam do tego wątpliwości.

Kryzys przyszedł dość wcześnie. Nie będę się rozpisywał nad tym, co się stało, grunt, że się rozstali. Na tydzień bodaj. Chyba nie mogli żyć bez siebie. Wtedy moja siostra powiedziała, że przestała wierzyć w to, że już się nigdy nie rozstaną, i że na zawsze będą razem. Wtedy ja zacząłem w to wierzyć tym bardziej.

Drugi kryzys przyszedł na krótko przed tym, jak wydalono mnie z Seminarium. I znów się rozstali. Na krótką, bardzo krótką chwilę. I ta krótka chwila wszystko, jak mi się zdaje, załatwiła do końca. Całą potrzebną historię zmian. Pamiętam, dziś pamiętam, modliłem się, że ważniejszy jest dla mnie ich związek, niż moje pozostawanie w Seminarium. I Bóg mnie wysłuchał. Zabawna sprawa…

Na pielgrzymce w zeszłym roku, gdy wszystko mi się nagle zawaliło i gdy, wśród jedenastki przyjaciół zostałem sam, i wtedy wpadłem w histerię, wszyscy uciekli. Jeszcze niektórzy zaczęli na mnie krzyczeć, że jestem nienormalny, i że mam coś z głową, i że się mnie trzeba bać. Nie uciekły tylko dwie osoby. Adaś i Aga. Aga mnie przytuliła. Adaś zaczął pocieszać. Oni uratowali mnie wtedy z tego ataku. Bo ja mam ataki gdy zostaję sam. A oni mnie wtedy samemu nie zostawili. I wiem, że jak będę przy nich, nigdy nie zostanę sam.

Moja mama pokochała Agę, prawie jak własną córkę. Dla mnie Aga stała się Siostrą, z dużej litery. Doskonałym uzupełnieniem dla mojego brata. Jadwisia, moja rodzona siostra, była jej świadkiem na bierzmowaniu. Aga jest członkiem rodziny. Gdy zacząłem kłócić się z moją rodzinną parafią i gdy opuściłem ją na dobre, wraz z całą rodziną, Aga nawet nie zastanawiała się nad tym, czy mogłaby to zrobić. Było to dla niej całkowicie naturalne. A pielgrzymka z grupą 11, czyli z Franciszkanami, o której już pisałem w jednej z notek, zaszczepiła w nich obojgu głębię wiary i miłości, do Boga i do ludzi.

Nie wiem kiedy wezmą ślub. Wiem, że oboje chcą z seksem do tego czasu poczekać. Chociaż owszem, czasem śpią (tak, śpią!) razem w jednym łóżku. Ostatnio rozmawiałem z Adamem na jakiś temat. O grzechu. Że napiszę notkę o czymś. I wspomniałem moją notkę o antykoncepcji, jaką kłótnię wywołała. „Wiem, że antykoncepcja jest zła” – powiedział mój brat. I wprowadził mnie w totalne osłupienie.

Nie wiem, czy ślub wezmą w ogóle. Chcą. I oni nie wątpią w to, że będą ze sobą już na zawsze. Szczerze mówiąc, po czterech latach, to się wydaje być naturalne. Adaś i Aga są naszą Qrczakową parą. Czasem mówi się, że są jak stare, dobre małżeństwo.

Mają różne charaktery, różny sposób myślenia, czasem nawet różnice światopoglądowe. I pasują do siebie idealnie. Mają osiemnaście lat. Zaczęli być ze sobą w wieku czternastu, cztery lata temu. W tym wieku niewielu myśli o stałym związku, niewielu wiąże się z kimś na tyle lat. Na calutki okres buntu. Nie przeszli tego okresu wyjątkowo łagodnie. Ale wiem, jak wyglądałby ten okres w ich życiu, gdyby nie mieli siebie nawzajem. Gdyby nie ich miłość.

Oni też nie maślą się do siebie na korytarzu. Nie zapominają o przyjaciołach, Aga cieszy się szalenie, gdy mnie widzi, potrafi zadzwonić do mojej siostry, gdy potrzebuje pogadać, albo do mnie, choć Adaś jest akurat pod ręką. Chodzą za rękę, i niektórzy mają do nich pretensje gdy oddalają się od grupy, gdy potrzebują pogadać. Ja nie mam. Ja ich rozumiem.

Czy chemia wygasła? Nie wiem. Uczucia to jednak uczucia, mijają. Ale Aga jest z każdym dniem coraz piękniejsza, dla Adasia. Adaś dla Agi z każdym dniem przystojnieje. Ich związek to przyzwyczajenie, rutyna, i wcale nie uważam, że to coś złego. Bo jeśli stawanie się z każdym dniem piękniejszym i lepszym, i uśmiechanie się, gdy się siebie widzi, i chodzenie za ręce, i prawdziwa, międzyludzka miłość, i tęsknota, nie jakaś nieziemska, lecz taka, zwykła, bo to jest moja druga połowa, to jest osoba, która mnie dopełnia, i myśl, że nie można sobie wyobrazić spędzenia życia bez tej drugiej osoby ma być rutyną, to ja chcę takiej rutyny.

Bo tu nie musi być totalnych maślanych oczu. Tu nie musi być umierania, gdy się siebie nie widzi przez pół dnia. Tu nie musi być ochów i achów, i jaki ten mój facet cudowny, a jaka ona jest bezwadna. Tu nie musi być totalnego, nieokiełznanego pożądania, nie musi być „krew, a nie woda”. Musi być miłość. I miłość jest.

Do nich też nie trzeba pukać, gdy siedzą sami w pokoju. Ale zawsze pukam. „Adaś, wciągaj spodnie! Wchodzę!”

Są jedną z dwóch par, które podziwiam, które adoruję, i na podstawie których pragnę budować swój własny związek. Ta druga para to moi rodzice.

23 lata po ślubie. Mama była pierwszą taty. Ożenił się jak tylko mógł. Skończył 21 lat, za miesiąc (i 5 dni) byli już małżeństwem. Są ze sobą, kochają się, wychowali trójkę dzieci, nie koniecznie cudownych, za to jakich oryginalnych! I uważam, że świetnie je wychowali. Wciąż ze sobą śpią. Wciąż mają sypialnię kompletnie oddzieloną od reszty mieszkania „żeby dzieciom nie przeszkadzać”. Wciąż moja mama jest najpiękniejsza dla mojego taty.

Moi rodzice są przykładem, na którym chcę budować swoje małżeństwo. Idealna rutyna miłości i wierności. Tylko ja zamierzam jeszcze przedkładać Boga nad wszystko. Czyli będzie jeszcze cudowniej.

Adaś i Aga też chcą przedkładać Boga. Są ze sobą cztery lata i ich rutyniarstwo i przyzwyczajenie jest totalnie godne podziwu. Adamie, Agusiu, obyście żyli ze sobą dożywotnio. A potem życzę Wam miłej, wspólnej wieczności w Raju :).

Categories: Ku chwale innych | 4 komentarze

Wczasy za czternaście tysiaków

– Ceść.
– Ceść ceść.

Podróż autokarem do gardła Potwora z Loch Ness zajęła dwa dni i jedną noc. Pod wieczór, ze wszystkimi tobołami wyładowaliśmy się w Glasgowicach i piechotką poczłapaliśmy na wskazany przez kogoś autobus, numer 24. Po drodze minęliśmy kino, sprawdzając czy grają Pottera, stwierdzając, że pójdziemy na niego jak tylko zarobimy pieniądze. Prawda jest taka, że obiecałem Daguni premierę, a tym czasem z Polski wyjechaliśmy przed premierą, a w na Wyspach znaleźliśmy się już po. Ale tak, powiedziałem, że jak tylko dostanę pensję, stawiam seans.

Pan w dwudziestce czwórce był Polakiem, tam zresztą co drugi kierowca autobusu to Polak. Nie wiemy, czy zrobił nas w jajko, ale wysadził nas o 5 mil od zamierzonego celu. Gdyby nie niezwykle uprzejmy Szkot, który gave us a lift tak zupełnie sam z siebie, leźlibyśmy na Neilston Road pół nocy. Ale dobrnęliśmy na czas. Cristie, czyli pani od wynajmu mieszkań, przybyła krótko po nas. Zabuliliśmy 1000 Funtów, 500 za sierpień i 500 za kaucję zwrotną, której nam nigdy nie zwrócono, bo umowa była na dwa miesiące. Nie będę przeliczał ile w ten sposób straciliśmy kasy…

Mieszkanie, mimo naszych wcześniejszych obaw (no dobra, obaw dziewczyn, bo ja się tylko martwiłem, żeby one się nie martwiły, na on czas przynajmniej), okazało się cudowne. Dobra, może przeciekało z dachu w pokoju. Okej, no i żaluzja nam zleciała na głowę. Toster się zepsuł przy pierwszym użyciu. I kratka od korka odpadła. No i ten prąd na kupony… Ale oprócz tego było wspaniałe. Pokój, dość duży, z kominkiem, niestety zamurowanym (przypuszczalne miejsce przebywania poprzedniego właściciela mieszkania), kuchnia jeszcze większa. W łazience drzwi się nie domykały. Ale tylko trochę. Jak były przymknięte, wiadomo, że ktoś siedział w środku. Naprawdę, nie podglądałem!

Dłoń Petera Pettiegrew miała tylko 5 palców. Dlatego Lord Voldemort, powstały z niej, nie mógł być do końca kształtny.
Ola: No masz, dwa palce na nogi, dwa na ręce, zostaje jeszcze jeden.
Daga: Na szyję.
Od tej pory oceniano wszystkich spotkanych facetów po długości szyi. Im dłuższa szyja, tym mniejszą wartość przedstawiał sobą facet. Niestety, Daga często zapominała o tak ważnych szczegółach, gdy widziała Japończyków.
Daga: Ale superowego Japończyka dziś spotkałam!
Ola: A spojrzałaś mu na szyję?
Tak, tak, a prawda jest taka, że wuj Vernon w ogóle szyi nie miał.
Daga: To ja już rozumiem czemu ciotka Petunia tak dziwnie układa usta!

Przez pierwsze dni wydawało się, że przyjechaliśmy tam na weekend. Czwartek wieczorem to w zasadzie wczesny odpoczynek. Dziewczyny poszły spać na łóżku, ja skuliłem się na kanapie. Następnej nocy już Daga przerzuciła się na kanapę, bo jest niższa. Ale i jej się nie za wygodnie spało. No to zdjęliśmy materac z łóżka. I Daga została na łóżku bez materaca, my spaliśmy na podłodze, na materacu od owego łóżka. Kilka dni później przenieśliśmy materac do kuchni.

Wydawało się, że przyjechaliśmy na weekend. Piątek, który nastąpił, czyli 20 lipca, szybko zajął pierwsze miejsce na liście najpiękniejszych dni mojego życia. Szukaliśmy kościoła, długo, długo. W końcu zostawiliśmy Dagę w domu i późnym wieczorem wybraliśmy się we dwoje. Znaleźliśmy, St. Mirin’s Cathedral. Wracając do domu zatrzymaliśmy się na mostku, koło ratusza. Ja wygłaszałem jedną ze swoich natchnionych gadek, które tak lubię. Przerwałem. I wtedy Ola powiedziała, że mnie kocha. Takiego szoku nie doznałem chyba nawet wtedy, gdy trafiłem na Jej bloga. Przez to przegapiliśmy premierę ostatniego Harry’ego Pottera.

Ola kupiła go i tak w sobotę. Dziś ja i Daga wiemy już jak się wszystko skończyło. Możemy trochę powiedzieć, jakby ktoś sobie życzył :).

Człowiek szybko się przyzwyczaja do czytania po angielsku. W bibliotece można było pożyczyć do 15 książek naraz. Wracało się z ciężkimi reklamówkami pełnymi powieści i komisów, a potem się czytało. W bibliotece był też Internet, 2 godziny dziennie, za darmo. W ogóle biblioteka wymiatała na całej linii. Chciałoby się mieć takie biblioteki w Polsce… Uczyłem się śpiewać po japońsku. Ola może potwierdzić, jak to śmiesznie brzmiało:

Yuuki rinrin genki hatsuratsu
Kyoumi-shinshin iki-youyou!
Pokenabi motte jumbi kanryou…
Sente hisshou yudan taiteki
Yaruki manman iki-tougou!

Haruka kanata umi no mukou no
Minamo-shiti ni shizumu yuuhi yo
Daburu batoru de moeru ashita
Mahha jitensha tobashite susumou!

WAKU WAKU shitai yo
Bokura no yume wa kesshite nemuranai
Atarashii machi de
To-ki-me-ku nakama
Sagashite ikunda yo…

A to dopiero pierwsza zwrotka :).

W niedzielę kościół, a w poniedziałek zaczął się Sajgon z szukaniem pracy. Job Centre Plus to obok biblioteki najczęściej odwiedzane przez nas miejsce. Najpierw wydawało się, że złożymy CV w jedno miejsce i od jutra zaczniemy pracować. Ale jakoś wszyscy mówili, że oddzwonią, a nie oddzwaniali. Ola chciała sprzątać w hotelu, ja robić na nocki na stacji benzynowej, Daga chciała do jubilera. A tu nic. Nic kompletnie.

Potem był 29 lipca. I te dziwne wyznania na materacu w kuchni, które doprowadziły do tego, do czego doprowadziły. Czyli do 149+15=164. Tylko to akurat później. Ogólnie śmieszna sprawa. No, może bardziej wesoła, niż śmieszna. Do tej pory mamy trudności z uwierzeniem, że to rzeczywiście mogło się wydarzyć.

Nie martwcie się, dzieci z tego nie będzie :).

No to, droga Makoto, jak tam praca?

Nando’s. Interview, skaczemy, śpiewamy, budujemy wieże z papieru. Następny dzień był okropny dla mnie i dla Oli; nie, nie pokłóciliśmy się. Szczerze mówiąc było dużo gorzej. No i jeszcze telefony od Nando’sa. Ja i Daga się dostaliśmy, Ola niestety nie. Prawie cały dzień spędziłem poza domem, mijaliśmy się, ale czułem się potwornie z tym, że to mnie wzięli, a nie Olę. Trudno, na bezrybiu i rak ryba. Z Olą się w końcu dogadałem. No i Ona również nie czuła się za dobrze z tym, że my tak, a ona nie. Później śmialiśmy się, że to rzeczywiście straszny problem był.

No bo po próbnych zmianach zadzwonili do nas. I ktoś im powiedział, że podobno zostajemy tylko na 2 miesiące, i im to nie pasowało, bo mogą co najmniej na pół roku zatrudniać, i że niestety nas nie przyjmą, chociaż się sprawdziliśmy bardzo dobrze, i że szkoda. I że nie zapłacą nam za próbną zmianę trzygodzinną, bo to była zmiana nieodpłatna.

Pieprzony Nando’s.

A my już zamówiliśmy te 164 i teraz z czego to?

Ola miała w Cafe Su interview i też się spodobała, i też mieli jej dać w przyszłym tygodniu zmianę próbną. Jak minął przyszły tydzień, zapytaliśmy co z tą próbną zmianą. A oni, że już mają komplet i już nie rekrutują.

Pieprzony Nando’s!

Potem zaczęliśmy wozić CV gdzie się tylko dało. Zostawialiśmy wszędzie. W Sanepidzie (tak na serio to Somerfieldzie) nawet mi powiedzieli, że moja aplication form była jedną z najlepszych. I że spoko, ale oni nie wiedzą, czy w zasadzie będą jeszcze kogokolwiek potrzebowali. Dziękuję bardzo.

Jedyne pieniądze zarobiła Daga, pracując 3 godziny w sobotę, u Turka, który okazał się Pakiszem, czy, jak się zwyczajowo mówi, Pakistanem. Wyniosła z tego 15 Funtów i rysy na psychice, które, mam nadzieję, nie okażą się trwałe.

No i tyle o pracy, czyli nic w zasadzie. Nie ma o czym mówić, na Harry’ego nie poszliśmy, do lunaparku nie pojechaliśmy, w Nando’sie nie zjedliśmy. Ale to nic, bo i tak jedliśmy dużo i do syta. Dziewczyny nie pozwoliły mi głodować. Co i raz były jakieś kurczaki z frytkami, a tyle naleśników co się nasmażyły, to w życiu całym nie widziałem. A mimo tego, kurczę z rusztu, schudłem 5 kilo. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Cieszę się, bo chciałem schudnąć. Nie jest mi za dobrze, bo obawiam się, że mogłem nie być jedyną ofiarą tego chudnięcia. No i powiedzcie, że coś może być tylko białe, albo tylko czarne.

Oluś dzwonił do Oli prawie codziennie. Trochę mnie nie lubi, ale nie udało się zeń wyciągnąć, dlaczego właściwie. Ja się tak przyzwyczaiłem do tych jego telefonów, że jak nie dzwonił przez dzień, to się zastanawiałem co się też takiego stało.

Z rozmów Oluś – Ola:

Oluś: Chciałem zapytać. Wy śpicie z Mateuszem w jednym łóżku?
Ola: Tak.
Oluś: No i co?
Ola: No i nic.
Oluś: Jak to, nic?
Ola: Normalnie, nic i już.

I wiele jeszcze innych rzeczy. Maciek, dryblasty przystojniak, którego polubiłem. I który pracę znalazł. Kaśka, poznana w Nando’sie, średnio fajna, być może była sprawczynią naszej porażki w owej restauracji. Dom dziadków, w którym też mnie nie chcieli. Konto bankowe, karta do bankomatu, które pewnie nigdy do niczego się już nie przydadzą. „Cio?” „Nicio” „Cio cio?”

Okazało się, że nie mamy opłacone do końca miesiąca. Musimy zapłacić za drugi miesiąc do 19. No i pojawiły się dwie propozycje: zawijamy do Olusia, żeby tam chociaż trochę zarobić, albo wracamy na chatę. W ostatniej chwili okazało się, że u Olka też raczej pracy aktualnie nie ma. No to zabukowaliśmy bilety na poniedziałek.

I wygrzebaliśmy 164. W zasadzie 144, bo część poszło już wcześniej. To znaczy, nie że wygrzebaliśmy, tylko że Ola wygrzebała. I pozbyliśmy się ich w perfidny sposób. Tak, zabawna, zabawna sytuacja.

Jestem winny rodzicom 3000 złotych. Dagunia 5000, Ola wydała w sumie około sześciu. To nam daje wszystko razem wczasy dla trzech osób za 14000 złotych. Kurna, niezła kwota, w mordę jeża!

Nauczyłem się zmywać naczynia. I robić herbatę. Wstawiać tościki. Nauczyłem się żyć pod jednym dachem, 24 godziny na dobę, bez możliwości ucieczki, z dziewczyną, z którą być może przyjdzie mi spędzić całe życie. I najbardziej na całym świecie nie chciałem wracać do domu. Ze świadomością, że kolejny miesiąc przyjdzie nam przeżyć na osobności. Nie wyobrażałem sobie tego.

To był najpiękniejszy miesiąc mojego życia. Kiedy to stwierdziłem, poczułem wstrząs. Bo nie sądziłem, by cokolwiek było w stanie pobić tamten miesiąc spędzony w Ciechanowcu, gdy miałem 15 lat…

Plączę się po domu, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Pozmywałem naczynia po obiedzie, automatycznie. Mama była w szoku. Jutro idę na Kamienną do biura pośrednictwa. Może będą mieli coś na wrzesień. Jakieś grosze w miesiąc. Które w Szkocji zarobiłbym w ciągu pół tygodnia. Gdyby tylko mi pracę dali.

Tęsknię nieziemsko. Wyobrażam sobie, że zaraz przejdziesz przez drzwi, nachylisz się nade mną, pocałujesz delikatnie. Że powiesz swoje „Ceść”, do którego nawet Daga się przyzwyczaiła. Że uśmiechniesz się, tym swoim najpiękniejszym na świecie uśmiechem, spojrzysz na mnie swoimi najcudowniejszymi oczami. Pokażesz mi jeszcze raz 164.

Dlaczego musieliśmy wracać?

– Bo ja chciałem sprzedać misia.
– Spadaj, nie mam 25 złotych!

Jestem. W domu. Wróciłem.

I chyba pierwszy raz w życiu czuję, że nie tutaj już jest mój dom.

Kocham.

Categories: O mnie | 4 komentarze

O małżeństwie będzie to piosenka

Wez sie chlopie nawysilaj i wklej skads do tytulu n z kreseczka… No, ale prawo Copy’ego Paste’a dziala niezawodnie :).

Malzenstwo to sposob na to, by nie pozostac na starosc sam na sam ze soba. Nie wazne w zasadzie z kim sie ozenisz, za kogo wyjdziesz za maz. Przynajmniej nie bedziesz sam/sama, bedzie ci moze mial kto gotowac, kto uprasowac koszule, ktos przyniesie do domu kase. Moze jeszcze wniesie jakis znaczacy posag w dniu slubu?

W zasadzie ostatnimi czasy takie bycie ze soba sam na sam do samej smierci nie wydaje sie juz takie przerazajace. Bardziej przerazajace wydaje sie wiazanie sie z kims na zawsze. Bo jesli sie nie zwiazesz, mozesz zerwac w kazdej chwili raz na zawsze nawet z najbardziej stalym partnerem. Jesli nie wezmiesz slubu, mozesz wyrywac z tlumu obcych ci ludzi plci przeciwnej i bezkarnie zaciagac ich do lozka. Mozesz zrobic kariere bez obawy, ze pojawia sie gnojki co nie pozwalaja spac po nocach. Mozesz byc na zawsze wolny. Wolny. Wolny?

Yo! Slow down!

Uwazasz, ze wolnosc to mozliwosc robienia zawsze tego, na co akurat masz ochote? O, moj drogi, wszystko nam wolno, ale nie wszystko przynosi nam korzysc! A wolnosc jest dobra wtedy, gdy wykorzystujemy ja do czynienia dobra. Do milosci. Jest z nia jak z pieniedzmi tak naprawde. Pieniadze same w sobie nie sa w zadnym razie nic warte. Mozesz sobie najwyzej nimi wytrzec, no, powiedzmy, nos. Staja sie dobre wtedy, gdy je na cos wydajemy. Albo jeszcze lepiej – gdy sie nimi z kims dzielimy. Komus je dajemy. Wtedy pieniadz ma wartosc.

Wolnosc ma wartosc wtedy, gdy mozemy kochac. Gdy mozemy oddac czesc swojej wolnosci komus innemu i przyjac od tego kogos wolnosc, ktora on nam oddaje.

Bycie w wolnym zwiazku i szalenstwo „bo jestem mlody”, albo z mnostwa innych powodow, nie jest objawem wolnosci. Coz, powiedzmy, ze to bardzo bolesnie uzaleznia. Jestem najlepszym przykladem na paskudne uzaleznienie od falszywej wolnosci w ciagu minionego pol roku. Prawda jest taka, ze dopiero kiedy postanowilem jednak zwiazac sie z Ola, poczulem sie prawdziwie wolny. Wyzwolony z bagna grzechu.

Kocham i jestem kochany.

Wielu z Was tak ma, wielu z Was tak wlasnie uwaza. Prawdziwa wolnosc daje dzielenie sie nia z innymi. To, ze mozesz nad soba panowac, nad swoimi popedami, nad swoimi nerwami, nad swoimi przyzwyczajeniami, dla tej osoby, a nie tylko dla siebie. Widzisz ta osobe i wiesz, ze ona pomaga Ci byc wolnym. W bardzo pokretny sposob, bo przeciez oddales jej czesc swojej wolnosci.

No to jak to jest z malzenstwem?

Malzenstwo nie jest kolejnym ograniczeniem wolnosci. Nie jest jakas dziwna miedzyludzka umowa. Nie jest papierkiem. Jest granica, jesli chodzi o niektore rzeczy (seks chociazby). Ale nie jest po to, by moc nareszcie te granice przekroczyc.

Malzenstwo jest zawierzeniem.

Zawierzam sie Tobie.

Ty zawierzasz sie mnie.

Oboje razem, zawierzamy sie Bogu. Od dzis, na zawsze.

I, jak juz pisalem, malzenstwo jest wariactwem. Bo komu by przyszlo do glowy, zeby sie dobrowolnie pozbywac wolnosci, zawierzajac sie komus. A jednak wierze w to, ze wlasnie malzenstwo sprawia, ze wszystko dopiero zaczyna sie ukladac. Tak, dla mnie malzenstwo zawsze bylo takim rzucaniem sie w przepasc. Trzymacie sie za rece i lecicie, lecicie, lecicie. Modlicie sie razem i lecicie. I mozecie nie miec pieniedzy, mozecie nie miec dachu nad glowa, mozecie nie miec wsparcia ze strony najblizszych, mozecie nie miec blogoslawienstwa rodzicow. Ale macie tego malego aniolka przyczepionego do plecow. Ktory rozlozy skrzydla. Tuz przed sama ziemia. I wiecie to napewno.

I jestescie razem, i krzyz na Waszych ramionach wydaje sie jeszcze ciezszy niz byl. Dlaczego? – pytacie sie nawzajem. Patrzycie i nie mozecie sie nadziwic. Bo juz nie jest tak, ze kazdy niesie swoj krzyz. Teraz niesiecie oboje jeden. Ktory sie polaczyl z dwoch, wiec jest ciezszy. Ale niesiecie go we dwoje. I przez to staje sie taki niezwykle lekki.

A tak naprawde to niesiecie go we troje.

No dobra, On jest w trzech osobach. To w piatke zapewne…

Nie nalezy sie bac malzenstwa jak zla koniecznego. Jak kolejnej przeszkody na drodze do doskonalej wolnosci. Doskonala wolnosc bowiem oznacza doskonala milosc. A im blizej Boga, tym blizej milosci. Tym blizej wolnosci. I Sakrament malzenstwa jest wspanialym sposobem by sie tam zblizyc.

Powiedzmy sobie szczerze – jesli Ty ja kochasz, a ona kocha Ciebie. Jesli Ty go kochasz, a on kocha Ciebie. Chcecie jak najlepiej, dla siebie nawzajem. Na co czekac?

Uwierz w aniolka, przyczepionego do Twoich plecow. W jeden krzyz, ktory dzwigacie razem. W milosc i wolnosc, ktora daje Bog. I skocz w ta przepasc.

Czy wiesz, ze tego Sakramentu nie udziela ksiadz? Udzielacie go sobie, nawzajem.

149+15=164

I to jeszcze nie moje…

Categories: Duchowość i moralność | 3 komentarze

Piękno i odpowiedzialność

Gdy w zyciu czlowieka pojawia sie drugi czlowiek, zycie czlowieka sie zmienia. Zawsze. Niezaleznie od tego, kim jest dla niego ten czlowiek i jak wiele dla niego znaczy.

Gdy pojawia sie czlowiek, ktory znaczy dla drugiego czlowieka wiele, wiecej niz inni ludzie, tak wiele, ze mysli sie o spedzeniu dluzszej ilosci czasu z tym czlowiekiem, zmiana jest bardzo gleboka.

Nie wszyscy maja latwosc z akceptowaniem i kochaniem w sobie tych zmian. Nie wszyscy maja latwosc z przeprowadzaniem tych zmian w ogole. Niektorzy, widzac pojawiajacego sie w ich zyciu czlowieka, musza powodowac w sobie zmiany na lepsze. W zasadzie wszycy w jakis sposob musza…

Wszyscy wiemy, ze mam problemy z podejsciem do kobiet. Niewiele rozumiem, niewiele sie ucze na bledach i pewnie za wiele bym chcial otrzymac, jak najmniej z siebie dajac. Dlatego napisze ta notke czysto teoretycznie. Nie, nie czysto teoretycznie. Teoretycznie, z zacheta do przyjecia i uczenia sie. Dla siebie ja napisze. I dla Was.

Jezus kazal kochac wszystkich. Milosc nie jest uczuciem, bo uczuc nie mozna nakazywac, nie mozna przysiegac i nie mozna sie uczyc. Milosc jest decyzja. Kazdego czlowieka nalezy kochac inaczej, ale ta sama, jedyna miloscia. Osobe, z ktora wiaze sie jakiekolwiek plany, z ktora chce sie moze nawet spedzic zycie, trzeba pokochac miloscia damsko-meska. Tudziez mesko-damska, jak kto woli. Prawda jest taka, ze nie trzeba wcale najpierw kochac, a potem cokolwiek probowac. Wiekszosc ludzi, znawcow w tym temacie nawet, powie Wam, ze trzeba najpierw poznac, przemyslec, zastanowic sie nad soba i swoim zyciem, i nad ta druga osoba, a potem dopiero probowac pokochac. Ja jestem inny. Ja musze zaczac od milosci, zeby w ogole probowac cokolwiek planowac w zwiazku z moim zyciem, w towarzystwie tej konkretnej osoby.

Pokochalem zanim zaczelismy ze soba jakos konkretniej rozmawiac, kiedy czytalem pozyczona od Niej ksiazke, siedzialem w najglebszym bagnie, tuz po punkcie kulminacyjnym. I wiedzialem, ze musze pokochac, zeby wyjsc z bagna. Jedynie wierzac, ale nic nie wiedzac. Wariactwo. Nie kazdego stac na wariactwo. Nie kazdy popiera wariactwo. Ja popieram. Ale nie potepiam braku wariactwa.

Ona pokochala pozniej, troche mniej wariacko, i jestem Jej za to wdzieczny.

Wierze w milosc „na poczatku”. Ale wierze, ze to decyzja i kazdy ma prawo podjac ja w odpowiednim dla siebie momencie. I trzeba dawac czas. Nawet duzo czasu. Jesli sie widzi, ze tej drugiej osobie zalezy, nie tyle na tym czasie, co na podjeciu przez siebie decyzji. Tak mysle.

Kochana osoba staje sie najpiekniejsza. Nie mowisz jej komplementow bo tak trzeba, albo zeby miec spokoj, nie mowisz jej komplementow, zeby zrobic jej przyjemnosc, lecz tylko i wylacznie dlatego, ze sa prawda. Ze jest najpiekniejsza na swiecie. Nie, ze jej niektore szczegoly sa piekne. Ze ma ladna pupe, ale krzywe nogi, ze ma piekne oczy, ale szorstka cere, ze ma gladkie wlosy, ale za waskie usta. Cala jest najpiekniejsza. I prawda jest taka, ze wcale nie musiales tego wczesniej zauwazac. Milosc sprawila, ze otworzyly ci sie oczy. Ze osoba, ktora kochasz, jest najpiekniejsza na swiecie. Ze mozesz w nia patrzec godzinami, rozmaslac sie do nieprzyzwoitosci nad jej pieknem, rozplywac sie do znudzenia. Nad nia, w calosci i nad kazdym malutkim szczegolem. Nad kazdym. Bo moze usta sa waskie. Ale nigdy nie za waskie. Bo ona jest najpiekniejsza.

I niezwyke pociagajaca.

Tak. Taka jest prawda. Czytalem kiedys u Malinskiego (wiecie, ten co wspolpracowal), w ksiazce „Zanim powiesz kocham”, ze jesli miedzy dwiema osobami nie ma zadnego pociagu seksualnego, to zwiazek nie ma wiekszych szans na przetrwanie. A to byl ksiadz, ten, co to napisal. Totez prawda jest wlasnie taka, ze osoba, ktora kochasz, jest dla ciebie bardzo pociagajaca. I lubisz ja calowac, i lubisz, gdy jest wam razem dobrze, i lubisz ja rozpieszczac. Przytulac. I lubisz gotowac jej herbate. I gladzic po wlosach. I gotowac dla niej obiady. I laskotac. I pocieszac. I zmywac po niej naczynia. Jest najpiekniejsza na swiecie. I najbardziej pociagajaca.

Nie zapominaj sie!

Niektorzy twierdza, ze fajnie jest sie czasem zapomniec. Zagalopowac. Poprzekraczac jasne, wyraznie wytyczone wczesniej granice. Kobiety twierdza, ze jesli facet sie z nimi zapomni, to oznacza, ze sa niezwykle atrakcyjne i dzialaja na niego w jakis cudowny sposob. Nic bardziej mylnego. Mezczyzna, ktory sie zapomina, mysli o kobiecie tylko jak o narzedziu. Jak o przedmiocie, ktory sluzy mu do wykorzystania. Do zaspokojenia swoich zadzy (nie napisze „potrzeb” – od braku seksu nikt jeszcze nie umarl). Tak. Do zaspokojenia pozadania. Prawdziwy mezczyzna… okej, zle, kto wie co oznacza prawdziwy mezczyzna?… no to – kochajacy mezczyzna nigdy sie nie zapomina! Nigdy nie zapomina gdzie jest, z kim jest, dlaczego jest, i ze slub to on wezmie za rok, za dwa, albo w pierona, nigdy nie wezmie. Kochajacy mezczyzna zawsze pamieta, ze najwazniejsza w tym wszystkim jest osoba, z ktora sie zwiazal i ktora pokochal.

To jest wlasnie wynikajaca z milosci odpowiedzialnosc.

A wiec mamy piekno. Piekno najprawdziwsze, bo wynikajace bezposrednio z milosci. Piekno, ktore, zwlaszcza w zwiazkach, w ktorych planuje sie jakas przyszlosc, powinno dotyczyc rowniez cielesnosci. I trzeba pamietac, ze nie ma nic zlego w pociagu seksualnym, a jedyne zlo tkwi w pozadaniu. I trzeba pamietac, ze jesli mowisz komus, ze ci sie podoba, ale kompletnie na ciebie „nie dziala”, to pozostawiasz jakas strasznie wielka pustke, a osoba, ktora niby kochasz, czuje potworny brak akceptacji. A poczucie akceptacji (choc oczywiscie nie powinno sie akceptowac jakichs okropnych wad) jest rowniez bardzo wazne w milosci.

I mamy odpowiedzialnosc. Odpowiedzialnosc, ktora rowniez wynika z milosci i sprawia, ze nie rzucamy sie na osobe z ktora spedzamy czas jak na kawal miesa. Ze nie rozladowywujemy na niej swego napiecia seksualnego. Ze nie rozladowywujemy go rowniez poza nia, na osobnosci. Myslac o niej, albo i nie myslac. Odpowiedzialnosc, ktora pozwala ci spac z kochana osoba w jednym lozku i cieszyc sie, ze slowo „spac” oznacza wlasnie „spac”, totalnie doslownie. Odpowiedzialnosc, ktora pozwala pocalowac kochana osobe, pogladzic po plecach, tak, by czuc z nia wiez i by czula sie piekna, ale jednoczesnie nie przekraczac granic, ktore sobie, w swojej glowie wyznaczyles. Nigdy. Choc bywa trudno…

Gdy bylem z Goska, nie mialem konkretnych granic przedmalzenskich. To znaczy mialem. Ale wierzylem, gdy bylismy razem, ze juz w zasadzie jestesmy malzenstwem. I posunalem sie stanowczo za daleko. Jest to jedyna rzecz z mojej przeszlosci, ktorej tak naprawde zaluje. To, ze zrobilem krzywde dziewczynie, ktora kochalem. Ze odcisnalem na niej pietno, ktore moze towarzyszyc jej do konca zycia…

Kiedy Gosia powiedziala, ze sie pomylila, i ze nie jest gotowa na slub, przerwalem wszystko, natychmiast. Od reki. Bez zalu. I bez problemu. I, choc zawsze czulem do niej pociag, nigdy wiecej sie do niej nie zblizylem, jesli rozumiecie, co mam na mysli. I, mozecie mi wierzyc, albo nie, nigdy wiecej, zanim sie nie ozenie, nie zdejme bluzki z zadnej kobiety, za ktora wzialem odpowiedzialnosc.

Bo, moj drogi, jestes odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale rowniez za osobe, ktora pokochales. Jesli nie pokochales, jestes za nia tak samo odpowiedzialny. I musisz pamietac, ze to, co dla ciebie wydaje sie kompletnie naturalne, moze zmienic jej spojrzenie na siebie sama na zawsze.

Jesli zapedziles sie/zapedzilas w swych chuciach i zabawach, nie zwalniaj. Zahamuj, bardzo ostro, juz! Podziwiaj i nos na rekach, i okazuj swoja milosc. Gotuj herbate i rob zupki, sciel lozko, wtulaj sie w nia i caluj delikatnie. Mow, ze ja kochasz. Ale wiedz, ze jestes odpowiedzialny. I ze nie masz prawa krzywdzic nikogo tylko dlatego, ze chcesz sobie ulzyc.

Wyznacz granice. I ich nie przekraczaj.

Idz do spowiedzi. Ostatni raz. Jak ja. Cztery lata temu.

A jak nie jestes wierzacy, po prostu skoncz z tym. Raz na zawsze.

Kochaj i czyn, co chcesz.

Badz odpowiedzialny za piekno, ktore Bog dal Ci pod opieke. I daj temu pieknu czas do slubu. Tak, by moglo ofiarowac swe piekno i swoja odpowiedzialnosc osobie, z ktora spedzi zycie.

Categories: Duchowość i moralność | 11 komentarzy