Wczasy za czternaście tysiaków

– Ceść.
– Ceść ceść.

Podróż autokarem do gardła Potwora z Loch Ness zajęła dwa dni i jedną noc. Pod wieczór, ze wszystkimi tobołami wyładowaliśmy się w Glasgowicach i piechotką poczłapaliśmy na wskazany przez kogoś autobus, numer 24. Po drodze minęliśmy kino, sprawdzając czy grają Pottera, stwierdzając, że pójdziemy na niego jak tylko zarobimy pieniądze. Prawda jest taka, że obiecałem Daguni premierę, a tym czasem z Polski wyjechaliśmy przed premierą, a w na Wyspach znaleźliśmy się już po. Ale tak, powiedziałem, że jak tylko dostanę pensję, stawiam seans.

Pan w dwudziestce czwórce był Polakiem, tam zresztą co drugi kierowca autobusu to Polak. Nie wiemy, czy zrobił nas w jajko, ale wysadził nas o 5 mil od zamierzonego celu. Gdyby nie niezwykle uprzejmy Szkot, który gave us a lift tak zupełnie sam z siebie, leźlibyśmy na Neilston Road pół nocy. Ale dobrnęliśmy na czas. Cristie, czyli pani od wynajmu mieszkań, przybyła krótko po nas. Zabuliliśmy 1000 Funtów, 500 za sierpień i 500 za kaucję zwrotną, której nam nigdy nie zwrócono, bo umowa była na dwa miesiące. Nie będę przeliczał ile w ten sposób straciliśmy kasy…

Mieszkanie, mimo naszych wcześniejszych obaw (no dobra, obaw dziewczyn, bo ja się tylko martwiłem, żeby one się nie martwiły, na on czas przynajmniej), okazało się cudowne. Dobra, może przeciekało z dachu w pokoju. Okej, no i żaluzja nam zleciała na głowę. Toster się zepsuł przy pierwszym użyciu. I kratka od korka odpadła. No i ten prąd na kupony… Ale oprócz tego było wspaniałe. Pokój, dość duży, z kominkiem, niestety zamurowanym (przypuszczalne miejsce przebywania poprzedniego właściciela mieszkania), kuchnia jeszcze większa. W łazience drzwi się nie domykały. Ale tylko trochę. Jak były przymknięte, wiadomo, że ktoś siedział w środku. Naprawdę, nie podglądałem!

Dłoń Petera Pettiegrew miała tylko 5 palców. Dlatego Lord Voldemort, powstały z niej, nie mógł być do końca kształtny.
Ola: No masz, dwa palce na nogi, dwa na ręce, zostaje jeszcze jeden.
Daga: Na szyję.
Od tej pory oceniano wszystkich spotkanych facetów po długości szyi. Im dłuższa szyja, tym mniejszą wartość przedstawiał sobą facet. Niestety, Daga często zapominała o tak ważnych szczegółach, gdy widziała Japończyków.
Daga: Ale superowego Japończyka dziś spotkałam!
Ola: A spojrzałaś mu na szyję?
Tak, tak, a prawda jest taka, że wuj Vernon w ogóle szyi nie miał.
Daga: To ja już rozumiem czemu ciotka Petunia tak dziwnie układa usta!

Przez pierwsze dni wydawało się, że przyjechaliśmy tam na weekend. Czwartek wieczorem to w zasadzie wczesny odpoczynek. Dziewczyny poszły spać na łóżku, ja skuliłem się na kanapie. Następnej nocy już Daga przerzuciła się na kanapę, bo jest niższa. Ale i jej się nie za wygodnie spało. No to zdjęliśmy materac z łóżka. I Daga została na łóżku bez materaca, my spaliśmy na podłodze, na materacu od owego łóżka. Kilka dni później przenieśliśmy materac do kuchni.

Wydawało się, że przyjechaliśmy na weekend. Piątek, który nastąpił, czyli 20 lipca, szybko zajął pierwsze miejsce na liście najpiękniejszych dni mojego życia. Szukaliśmy kościoła, długo, długo. W końcu zostawiliśmy Dagę w domu i późnym wieczorem wybraliśmy się we dwoje. Znaleźliśmy, St. Mirin’s Cathedral. Wracając do domu zatrzymaliśmy się na mostku, koło ratusza. Ja wygłaszałem jedną ze swoich natchnionych gadek, które tak lubię. Przerwałem. I wtedy Ola powiedziała, że mnie kocha. Takiego szoku nie doznałem chyba nawet wtedy, gdy trafiłem na Jej bloga. Przez to przegapiliśmy premierę ostatniego Harry’ego Pottera.

Ola kupiła go i tak w sobotę. Dziś ja i Daga wiemy już jak się wszystko skończyło. Możemy trochę powiedzieć, jakby ktoś sobie życzył :).

Człowiek szybko się przyzwyczaja do czytania po angielsku. W bibliotece można było pożyczyć do 15 książek naraz. Wracało się z ciężkimi reklamówkami pełnymi powieści i komisów, a potem się czytało. W bibliotece był też Internet, 2 godziny dziennie, za darmo. W ogóle biblioteka wymiatała na całej linii. Chciałoby się mieć takie biblioteki w Polsce… Uczyłem się śpiewać po japońsku. Ola może potwierdzić, jak to śmiesznie brzmiało:

Yuuki rinrin genki hatsuratsu
Kyoumi-shinshin iki-youyou!
Pokenabi motte jumbi kanryou…
Sente hisshou yudan taiteki
Yaruki manman iki-tougou!

Haruka kanata umi no mukou no
Minamo-shiti ni shizumu yuuhi yo
Daburu batoru de moeru ashita
Mahha jitensha tobashite susumou!

WAKU WAKU shitai yo
Bokura no yume wa kesshite nemuranai
Atarashii machi de
To-ki-me-ku nakama
Sagashite ikunda yo…

A to dopiero pierwsza zwrotka :).

W niedzielę kościół, a w poniedziałek zaczął się Sajgon z szukaniem pracy. Job Centre Plus to obok biblioteki najczęściej odwiedzane przez nas miejsce. Najpierw wydawało się, że złożymy CV w jedno miejsce i od jutra zaczniemy pracować. Ale jakoś wszyscy mówili, że oddzwonią, a nie oddzwaniali. Ola chciała sprzątać w hotelu, ja robić na nocki na stacji benzynowej, Daga chciała do jubilera. A tu nic. Nic kompletnie.

Potem był 29 lipca. I te dziwne wyznania na materacu w kuchni, które doprowadziły do tego, do czego doprowadziły. Czyli do 149+15=164. Tylko to akurat później. Ogólnie śmieszna sprawa. No, może bardziej wesoła, niż śmieszna. Do tej pory mamy trudności z uwierzeniem, że to rzeczywiście mogło się wydarzyć.

Nie martwcie się, dzieci z tego nie będzie :).

No to, droga Makoto, jak tam praca?

Nando’s. Interview, skaczemy, śpiewamy, budujemy wieże z papieru. Następny dzień był okropny dla mnie i dla Oli; nie, nie pokłóciliśmy się. Szczerze mówiąc było dużo gorzej. No i jeszcze telefony od Nando’sa. Ja i Daga się dostaliśmy, Ola niestety nie. Prawie cały dzień spędziłem poza domem, mijaliśmy się, ale czułem się potwornie z tym, że to mnie wzięli, a nie Olę. Trudno, na bezrybiu i rak ryba. Z Olą się w końcu dogadałem. No i Ona również nie czuła się za dobrze z tym, że my tak, a ona nie. Później śmialiśmy się, że to rzeczywiście straszny problem był.

No bo po próbnych zmianach zadzwonili do nas. I ktoś im powiedział, że podobno zostajemy tylko na 2 miesiące, i im to nie pasowało, bo mogą co najmniej na pół roku zatrudniać, i że niestety nas nie przyjmą, chociaż się sprawdziliśmy bardzo dobrze, i że szkoda. I że nie zapłacą nam za próbną zmianę trzygodzinną, bo to była zmiana nieodpłatna.

Pieprzony Nando’s.

A my już zamówiliśmy te 164 i teraz z czego to?

Ola miała w Cafe Su interview i też się spodobała, i też mieli jej dać w przyszłym tygodniu zmianę próbną. Jak minął przyszły tydzień, zapytaliśmy co z tą próbną zmianą. A oni, że już mają komplet i już nie rekrutują.

Pieprzony Nando’s!

Potem zaczęliśmy wozić CV gdzie się tylko dało. Zostawialiśmy wszędzie. W Sanepidzie (tak na serio to Somerfieldzie) nawet mi powiedzieli, że moja aplication form była jedną z najlepszych. I że spoko, ale oni nie wiedzą, czy w zasadzie będą jeszcze kogokolwiek potrzebowali. Dziękuję bardzo.

Jedyne pieniądze zarobiła Daga, pracując 3 godziny w sobotę, u Turka, który okazał się Pakiszem, czy, jak się zwyczajowo mówi, Pakistanem. Wyniosła z tego 15 Funtów i rysy na psychice, które, mam nadzieję, nie okażą się trwałe.

No i tyle o pracy, czyli nic w zasadzie. Nie ma o czym mówić, na Harry’ego nie poszliśmy, do lunaparku nie pojechaliśmy, w Nando’sie nie zjedliśmy. Ale to nic, bo i tak jedliśmy dużo i do syta. Dziewczyny nie pozwoliły mi głodować. Co i raz były jakieś kurczaki z frytkami, a tyle naleśników co się nasmażyły, to w życiu całym nie widziałem. A mimo tego, kurczę z rusztu, schudłem 5 kilo. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Cieszę się, bo chciałem schudnąć. Nie jest mi za dobrze, bo obawiam się, że mogłem nie być jedyną ofiarą tego chudnięcia. No i powiedzcie, że coś może być tylko białe, albo tylko czarne.

Oluś dzwonił do Oli prawie codziennie. Trochę mnie nie lubi, ale nie udało się zeń wyciągnąć, dlaczego właściwie. Ja się tak przyzwyczaiłem do tych jego telefonów, że jak nie dzwonił przez dzień, to się zastanawiałem co się też takiego stało.

Z rozmów Oluś – Ola:

Oluś: Chciałem zapytać. Wy śpicie z Mateuszem w jednym łóżku?
Ola: Tak.
Oluś: No i co?
Ola: No i nic.
Oluś: Jak to, nic?
Ola: Normalnie, nic i już.

I wiele jeszcze innych rzeczy. Maciek, dryblasty przystojniak, którego polubiłem. I który pracę znalazł. Kaśka, poznana w Nando’sie, średnio fajna, być może była sprawczynią naszej porażki w owej restauracji. Dom dziadków, w którym też mnie nie chcieli. Konto bankowe, karta do bankomatu, które pewnie nigdy do niczego się już nie przydadzą. „Cio?” „Nicio” „Cio cio?”

Okazało się, że nie mamy opłacone do końca miesiąca. Musimy zapłacić za drugi miesiąc do 19. No i pojawiły się dwie propozycje: zawijamy do Olusia, żeby tam chociaż trochę zarobić, albo wracamy na chatę. W ostatniej chwili okazało się, że u Olka też raczej pracy aktualnie nie ma. No to zabukowaliśmy bilety na poniedziałek.

I wygrzebaliśmy 164. W zasadzie 144, bo część poszło już wcześniej. To znaczy, nie że wygrzebaliśmy, tylko że Ola wygrzebała. I pozbyliśmy się ich w perfidny sposób. Tak, zabawna, zabawna sytuacja.

Jestem winny rodzicom 3000 złotych. Dagunia 5000, Ola wydała w sumie około sześciu. To nam daje wszystko razem wczasy dla trzech osób za 14000 złotych. Kurna, niezła kwota, w mordę jeża!

Nauczyłem się zmywać naczynia. I robić herbatę. Wstawiać tościki. Nauczyłem się żyć pod jednym dachem, 24 godziny na dobę, bez możliwości ucieczki, z dziewczyną, z którą być może przyjdzie mi spędzić całe życie. I najbardziej na całym świecie nie chciałem wracać do domu. Ze świadomością, że kolejny miesiąc przyjdzie nam przeżyć na osobności. Nie wyobrażałem sobie tego.

To był najpiękniejszy miesiąc mojego życia. Kiedy to stwierdziłem, poczułem wstrząs. Bo nie sądziłem, by cokolwiek było w stanie pobić tamten miesiąc spędzony w Ciechanowcu, gdy miałem 15 lat…

Plączę się po domu, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Pozmywałem naczynia po obiedzie, automatycznie. Mama była w szoku. Jutro idę na Kamienną do biura pośrednictwa. Może będą mieli coś na wrzesień. Jakieś grosze w miesiąc. Które w Szkocji zarobiłbym w ciągu pół tygodnia. Gdyby tylko mi pracę dali.

Tęsknię nieziemsko. Wyobrażam sobie, że zaraz przejdziesz przez drzwi, nachylisz się nade mną, pocałujesz delikatnie. Że powiesz swoje „Ceść”, do którego nawet Daga się przyzwyczaiła. Że uśmiechniesz się, tym swoim najpiękniejszym na świecie uśmiechem, spojrzysz na mnie swoimi najcudowniejszymi oczami. Pokażesz mi jeszcze raz 164.

Dlaczego musieliśmy wracać?

– Bo ja chciałem sprzedać misia.
– Spadaj, nie mam 25 złotych!

Jestem. W domu. Wróciłem.

I chyba pierwszy raz w życiu czuję, że nie tutaj już jest mój dom.

Kocham.

Categories: O mnie | 4 komentarzy

Zobacz wpisy

4 thoughts on “Wczasy za czternaście tysiaków

  1. spodziewalem sie lepszego zakonczenia calej wyprawy… dlatego przezornosci nigdy za wiele ziutki:P chcecie pracowac za granica?? zabookojcie sobie pracke juz w Polsce, a potem dopiero jedzcie…

  2. Szczerze mówiąc nie jestem zaskoczona takim zakończeniem całej tej wyprawy, ale muszę przyznać – sądziłam, że odrobisz koszty podróży ;)
    Fajnie, że było fajnie.
    Kiedy sie widzimy? :)

  3. ...

    ech, to ja już nie rozumiem, czy ten skutek był pozytywny, czy negatywny.
    ale historia to niezła.;D

  4. :D

    ps. ten piaty tez jest czasem, prostopadlym do 4 czasu. Tak wynika z eksperymentu ze schlodzeniem, materii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s