Monthly Archives: Wrzesień 2007

Wake me up when September ends, vol. 2

Mijają dwa lata. Już za chwileczkę, za kilka dni, miną dwa lata odkąd przeżyłem najgorszy dzień mojego życia. Odkąd zostałem wywalony z Seminarium, z mojego Domu, z miejsca na świecie, w którym mogłem czuć się bezpieczny. I kochany. W którym byłem szczęśliwy. W którym miałem spędzić całe życie, choć po 6 latach dostałbym już przecież święcenia. Dwa lata. Chłopaki ode mnie z roku noszą już sutanny. Dwa lata odkąd wszedłem do bagienka po raz pierwszy. Z którego wyjście zajęło mi dwa lata.

Za dwa dni miną dwa lata od momentu napisania przeze mnie notki o tym samym tytule. Notki, która oznaczała wyjście z marazmu i powrót na drogę wiary. Prawda jest taka, że wówczas jeszcze w żadnym marazmie nie byłem. Że może poza Seminarium ciężej było utrzymać bliski kontakt z Bogiem, ale dopiero ta notka, mająca być czymś w rodzaju granicy, otworzyła drzwi do prawdziwej zmiany na gorsze.

A potem kilka chwil totalnego zwątpienia we wszystko, kilka tygodni uczucia, jakobym został wrzucony na głęboką wodę bez koła ratunkowego, kilka miesięcy zawieszenia w próżni, dwie naiwne nadzieje, że będę w stanie zbudować sobie z kimś szczęście, dwa lata niemal zawieszenia, odliczanego miesiącami w których na blogu pojawiały się co najwyżej dwie notki. A potem Ola. I Olśnienie.

Rozmawiałem ostatnio z Olą na gg i stwierdziłem, że okej, Olśnienie, fajna sprawa, tak, Ola była mi potrzebna żeby to Olśnienie się pojawiło, ale w zasadzie lepiej by było, gdyby to wszystko wyszło inaczej. Wolniej i spokojniej. I wtedy to uderzyło we mnie z ogromną mocą.

Nie dało się wolniej i spokojniej. Miałem 2 lata bagienka za sobą, oraz jedną obietnicę, że wszystko się zmieni na początku wakacji. Że na początku wakacji będę już zupełnie innym człowiekiem. I wszyscy jakoś czuliśmy, że początek wakacji oznacza 1 lipca. Dwa lata bagna, pół roku zatapiania się z własnej woli i z przyjemnością, dwa tygodnie przed terminem – wyciągnięcie ręki po pomoc. Którą całkowicie źle zinterpretowałem. Jak zazwyczaj do tej pory. Że jest ten człowiek, a w nim jest mnóstwo Boga, że on mi pomoże. Pokaże mi Boga. Błąd. Bo człowiek to człowiek, nawet, gdy ma w sobie tyle wyraźnego Boga, że aż promieniuje. A ja nie człowieka potrzebowałem, tylko Boga. I człowiek był narzędziem.

Więc jeszcze raz: wyciągnięcie ręki po pomoc na dwa tygodnie przed końcem czasów. I uchwycenie się tak mocno, że aż bolało. A ta osoba nie czuła się kompetentna. Bała się. I jeszcze, tak, to też było potrzebne, i za to również muszę Wam dziękować, komentarze przerażające tą osobę, tak, iż kompletnie przestała mi ufać. Że wysłała mnie do psychologa. I mój wstrząs. Zbliżający się ogromny atak histerii. Że przecież nie tak miało być. Że to była ostatnia nadzieja! Że wszystko się sypnęło. Że nie udało się.

I wtedy Bóg powiedział: Dość! Dość, głupcze! Nie rozumiesz planów! Nie rozumiesz o co chodzi! Dość!

I ja tam stałem, wiedząc, że żaden psycholog mi nie potrzebny, że ja mam rację. I zrozumiałem, że może i mam, ale nikt nie ma obowiązku wierzyć mi na słowo. Nikt oprócz Boga nie jest Bogiem. I nikt, oprócz Boga, nie musi mnie rozumieć. Stałem tam i cała histeria przeszła. Zacząłem się śmiać.

Mogło być delikatniej i łagodniej. Mogło. Gdybym zaczął działać wcześniej. Gdybym wcześniej zaczął się zastanawiać nad zmianą. Dwa lata. Albo i pół roku. Zacząłem się zastanawiać na dwa tygodnie przed końcem, a dla człowieka to stanowczo za krótko. Dla mnie. I dla niej przecież. Przede wszystkim dla niej.

Więc może i mogło być delikatniej i łagodniej. Ale już nie wtedy. Wtedy Bóg nie miał wyjścia w zasadzie. Zostały nam dwie godziny. Dwie godziny, i zamiast trwałej zmiany na lepsze, nadchodziło kolejne załamanie. Bóg nie mógł czekać dłużej. Musiał mi przyłożyć, żebym wypełnił obietnicę. Przywalił mi takim zastrzykiem radości, że zostałem posądzony o zmienne nastroje. Dwie godziny przed wyznaczonym terminem. Już nie było czasu na delikatniej i łagodniej. Było to, co być musiało.

Dwa lata siedzenia w bagienku, wyłączając trzy miesiące. Dziś jestem szczęśliwszy po stokroć niż wtedy, gdy byłem w Seminarium. Bo jest Ola? Tak, z pewnością to również jest duży powód. Ale gdyby Oli nie było? I tak byłbym najszczęśliwszy na świecie. Bo jest jeszcze Bóg. I Bóg sam wystarczy. Ostatnio mieliśmy jakąś rozmowę o uzależnieniu. Że mógłbym się uzależnić od mojej ukochanej. Nawet sam coś takiego mówiłem. Ale to raczej, z mojej strony, były żarty. Tak. Bo nie wyobrażam sobie możliwości uzależnienia się od niej. A gdyby coś przyszło jej do głowy i powiedziałaby, że się pomyliła, i że w zasadzie nie wie czy mnie kocha, a ja poczułbym się oszukany, odszedłbym. I byłoby mi łatwiej niż poprzednim razem. Tak naprawdę z każdym poprzednim razem jest coraz łatwiej. No i dziś jest jeszcze Bóg. Który nigdy mi nie powie, że mnie nie kocha.

Zaczyna się. Koniec września. Początek października. Studia. Marzenie. Teologia. I do tego jeszcze polonistyka. Kościół dwa kroki od uczelni. Więc prawdopodobnie codzienna msza święta. Jeśli nie przy uniwersytecie, to chociaż na osiedlu – tam też jest blisko. Modlitwa całym swoim życiem. Bóg na pierwszym miejscu, a dalej wszystko musi się ułożyć. Będzie trudniej niż trzy lata temu. Bo tym razem Judym jest z kobietą. I zamierza pozostać przy niej tak długo, jak długo oboje będą tego chcieli. Czyli, w zasadzie, ma nadzieję, że do końca życia. Ale będzie trudniej. Co nie znaczy – gorzej. Ja naprawdę czuję się dużo szczęśliwszy. Również dużo bardziej wystraszony. Bo nadchodząca zima jeszcze nigdy nie była takim problemem. Ale jest Bóg. Zawsze, nawet jeśli… Nawet jeśli będzie naprawdę ciężko.

I tak. Tak, nie jestem psychologiem. I można mi się śmiać w słuchawkę, że nie jestem psychologiem. I jestem dumny z tego, że nie jestem. Mnie samemu czasem naprawdę przydałby się psycholog. Ale wiem jedno. Wiem, że Bóg sam wystarczy. Wiara, nadzieja i miłość. Nic i nikt więcej nigdy nie był potrzebny. W jakiejkolwiek sytuacji i komukolwiek. Tylko trzeba chcieć. Naprawdę chcieć. Modlić się. Zawsze i wszędzie.

Nie jestem psychologiem. Jestem terrorystą. I będę walczył z zimą. I zima mnie nie pokona. Zima nas nie pokona. Nadal nie będę się rozstawał z różańcem. Ale teraz różaniec będzie tkwił także głęboko w moim sercu. A oprócz tego jest jeszcze kino. I basen. I łyżwy też tam na pewno są. I ja sam na nie chodzić nie będę. Obiecuję. Tak, moi drodzy, tak. Alleluja i do przodu. I nie poddam się.

Nie poddam się, dopóki będę potrzebny. Dopóki Bóg będzie chciał, bym był potrzebny.

I tylko musimy umieć nie przekraczać wyznaczonych granic. A w zasadzie nie nie przekraczać. Tylko nie przesuwać. Tak, jakoś ostatnio sobie uświadomiłem, że trudno jest przekroczyć granice. Bo potem jest dołek, zawiecha i wyrzuty sumienia. Dużo trudniej jest nie przesuwać granic. Tak, że cofam je, o kilka centymetrów. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy, okazuje się, że nie istnieją. Tak, to jest dużo trudniejsze. I wierzę, że z tym też damy sobie radę. Bo pamiętam bardzo dobrze, jak to oddala od Boga. Bo jak byłem z Gośką, Bóg został gdzieś, daleko z tyłu. Zastąpił go seks. Żadnego przesuwania granic!

„A na koniec, bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu – jak już postępujecie – stawajcie się coraz doskonalszymi! Wiecie przecież, jakie nakazy daliśmy wam przez Pana Jezusa. Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie: powstrzymywanie się od rozpusty, aby każdy umiał utrzymywać ciało własne w świętości i we czci, a nie w pożądliwej namiętności, jak to czynią nie znający Boga poganie. Niech nikt w tej sprawie nie wykracza i nie oszukuje brata swego, albowiem, jak wam to przedtem powiedzieliśmy, zapewniając uroczyście: Bóg jest mścicielem tego wszystkiego. Nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do świętości. A więc kto [to] odrzuca, nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który przecież daje wam swego Ducha Świętego.” (1 Tes 4, 1-8).

Musimy za to jak najszybciej przełamać sztuczne granice, które nie wiadomo dlaczego utworzyliśmy. Jest ich kilka. I z całą pewnością, mogę powiedzieć, one również oddalają nas od Boga. Czekam. I będę czekał. I wiem, że się doczekam. Różaniec mam zawsze przy sobie.

Minęły trzy miesiące odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dwa lata odkąd wszedłem do bagienka. Teraz będzie trudniej. I łatwiej zarazem. Trudniej, bo zaczynają się schodki. Bo idzie zima. Łatwiej, bo nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Nie czułem się taki kochany. I nie byłem tak bardzo blisko Boga. Blisko światła.

Pan dał mi trudne zadanie. Nam. Dał nam trudne zadanie. Ale nie zostawił nas z nim samych. Trzeba tylko chcieć wziąć w łapę ten różaniec. Nie jestem psychologiem. A jednak wiem, że to wystarczy. Wiara. Nadzieja. I Miłość.

Wyjeżdżam. Będę pisał trochę rzadziej. W zależności od dostępu do komputera. Do internetu. Nadrobicie zaległości w czytaniu notek :). Będę też czasem otwierał skrzynkę mailową. Więc, jeśli ktoś coś, to ja jestem. O tutaj:

artdico@poczta.onet.pl

„To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie – odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko z powrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!”

Categories: O mnie | 4 komentarze

Indeks notek

Poniżej znajduje się indeks notek. A w zasadzie 3 indeksy. Pierwszy to indeks wszystkich notek w kolejności pojawiania się ich – z krótkim opisem każdej. Drugi to indeks tematyczny, a trzeci – alfabetyczny. Odnośnik do indeksu notek będzie się znajdował w każdej notce, nad linkami. Indeks będzie regularnie uzupełniany, z pojawieniem się nowej notki. Proszę o zamieszczenie choć małego komentarza pod tą notką, bym wiedział co sądzicie o moim pomyśle.

Proponuję również, byśmy może spróbowali, korzystając z indeksu, rozwinąć dyskusję w interesujących nas tematach. Obiecuję regularne zaglądanie do wszystkich notek (choć przy tej ilości to może być trudne :).

Spis notek w kolejności pojawiania się

Blog pierwszy: Z pamiętnika stukniętego kleryka…

1. Rozpoczyna się show! – Notka otwierająca bloga, podająca kilka ogólników na mój temat, mówiąca, co blog będzie w sobie zawierał.
2. Karol – człowiek który został papieżem – Krótki opis moich wrażeń po obejrzeniu filmu o papieżu.
3. Ale dlaczego seminarium? – Historia mojego powołania do kapłaństwa do czasu gdy jeszcze byłem klerykiem.

4. Memento mori – Pierwsza z notek o śmierci i o zmartwychwstaniu.
5. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu – Trochę o życiu w Seminarium, trochę bardziej apel o wsłuchiwanie się w głos Boga w sobie samym. Moja ulubiona notka.
6. Krzywe spojrzenie na Kościół – O ludziach, którzy widzą w Kościele same negatywy, i o tym, dlaczego takie spojrzenie nie jest dobre.
7. Czystość gwarantem człowieczeństwa – Notka argumentująca to, że panowanie nad instynktami związanymi z seksualnością pozwala nam prawdziwie być ludźmi.

8. Z nich zaś największa jest Miłość – Pierwsza notka ukazująca to, jaka moim zdaniem jest naprawdę miłość i czym różni się od zakochania.
9. Przepisy liturgiczne – O przepisach na których opiera się celebracja Eucharystii.
10. Pismo Święte a Święta Tradycja – O dwóch filarach, na których opiera się nasza religia.
11. Wybory – O wyborach politycznych, czym powinniśmy się kierować podejmując te wybory.

12. Duchowa adopcja dziecka poczętego – O braniu na siebie odpowiedzialności za życie dzieci zagrożonych śmiercią przed urodzeniem.
13. He’s got the whole world in His hand – Na temat filmu “Lot skazańców”, modlitwy, która na wszystko pomoże, i trochę przeciwko karze śmierci.
14. Słów kilkoro o antykoncepcji – Kontrowersyjna notka o tym, dlaczego antykoncepcja nie jest dobra.

15. Wesołe jest życie kleryka – Historia o tym, jak w towarzystwie dwóch dziewczyn ochraniałem św. Tereskę i jadłem lody.
16. Kleryk też człowiek – Na temat tego, że każdy człowiek ma swoje słabości, przyzwyczajenia, i że każdy ma takie samo prawo do popełniania błędów.
17. Wake me up when September ends – Pożegnalna notka pisana przed moim powrotem do Seminarium po wakacjach.
18. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka – Notka zamykająca pierwszego bloga po tym, jak wydalono mnie z Seminarium.

Blog drugi: W Obronie Życia i Świętości

19. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni – Pierwsza notka na nowym blogu, otwierająca nowy rozdział mojego życia.
20. Powołanie do życia w świętości – Powód, dla którego nazwałem bloga właśnie w ten sposób.
21. Super impreza at Saint Franciszek’s – Opowieść o zabawie, która odbyła się pewnego dnia u Franciszkanów w Skarżysku.

22. Przypowieść o talentach – Własna interpretacja mojej ulubionej przypowieści.
23. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! – Notka o myślach erotycznych.
24. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików – Moje uprzedzenia do dwóch typów ludzkich zachowań.
25. Radość odchodzenia – Druga notka o śmierci.

26. Bóg jest… – Notka o mojej Paczce, grupie ludzi, których poznałem na polonistyce, w tym również o Albinie.
27. Cierpienie ma sens – O braniu krzyża i o tym, dlaczego cierpienie ludzkie przynosi wymierne korzyści.
28. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka – Na temat American Pie i innych amerykańskich komedii o seksie.
29. Jeden jest cel mego życia – Wytłumaczenie, iż każdy człowiek ma obowiązek dążyć do zbawienia, bo jest ono jedynym naszym celem.

30. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj – Świąteczna notka o walce świętości z komercją.
31. Nowe dziecię już na Świecie – Notka pisana w 9 miesięcy po duchowej adopcji.
32. Awans – Pierwsza notka na temat mojego upadku po opuszczeniu murów Seminarium.
33. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym – Początek przygody moich przyjaciół z Bogiem i wiarą.

34. Jestem Judym; Tomasz Judym – O mojej ukochanej postaci literackiej oraz o tym, dlaczego zwykłem się z nią identyfikować.
35. It’s all ’bout the money! – O pojedynku moich ideałów z pokusami dzisiejszego świata.
36. Myron – Istota sakramentu Bierzmowania.
37. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna – Potrójna notka, o poznaniu przeze mnie mojej drugiej narzeczonej, o słownym pojedynku z pewną nowoczesną niewiastą nt. czystości przedmałżeńskiej, oraz wielkanocna notka o spowiedzi.

38. Miłość, jaką jest, moimi oczami – Podsumowanie całej mojej wiedzy i moich przypuszczeń na temat wzajemnej miłości dwóch osób przeciwnej płci.
39. O literaturze fantasy – Na temat, przede wszystkim, klasyki fantasy, oraz o powiązaniu powyższej z wiarą w Jedynego.
40. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki… – Moja recenzja książki Dana Browna i filmu nakręconego na podstawie „Kodu Leonarda daVinci”.

41. Here I go again on my own… – Autobiograficzna notka podsumowująca najcięższy, jak mi się wówczas zdawało, rok mojego życia.
42. W pierwszą rocznicę – Jubileuszowa notka, pisana w rok po założeniu bloga.
43. Uczmy się żyć modlitwą – Wbrew pozorom to również jest notka autobiograficzna, mówiąca o stanie mojego ducha po pielgrzymce, wyrzutach sumienia i największym w mym życiu ataku histerii.
44. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze – Uzasadnienie dlaczego nie piję alkoholu.

45. Bóg na pierwszym miejscu – O tym że jeśli postawi się Boga na pierwszym miejscu, wszystko się ułoży, oraz o tym dlaczego nie należy Boga nazywać abstraktem.
46. Historia o pewnym Aniele – O Tikuli Amarie, zwanej również Animaedimidium, notka wychwalająca.
47. Ja czy nie ja? – Kolejna notka mówiąca o moim wielkim upadku po opuszczeniu Seminarium, o mojej zmianie na gorsze.
48. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony – Na temat mojego pojedynku słownego z człowiekiem będącym prześmiewcą Kościoła i Boga.

49. Zabiłem Boga – Opowieść o tym, jak każdy z nas przyczynił się, i nadal przyczynia, do śmierci Jezusa na krzyżu.
50. Mamy czas…? – Mój ulubiony temat, o czasie, który nie istnieje, to znaczy, którego w zasadzie nie mamy.
51. Marysia – Bożonarodzeniowo o aborcji.
52. Siedemdziesiąt siedem – O przepraszaniu, przebaczaniu, bardzo osobiście.

53. Gavson kontra Artdico Gnorofex – Ja, jako doctor Jekyl i mr. Hyde, czyli kolejna notka o moim upadku, oraz o postanowieniu poprawy planowanej z półrocznym wyprzedzeniem.
54. Lustro – O tym, jak wielki wpływ mamy na samych siebie i na swoje zachowanie.
55. Bóg potrzebuje wariatów – O Bożym Wariactwie, czyli o katolikach, którzy nie są niedzielni.
56. Bojkot Bożego Narodzenia – Wielkanocna notka o spowiedzi, czy też o omijaniu konfesjonału.

57. And that’s the way the cookie crumbles – Na temat życia i śmierci mojego przyjaciela z Seminarium, Kuby Płusy.
58. Walczyć igłą – O walce miłością, krótko i na podstawie cytatu z listu Kuby.
59. Statystyka – Prezentacja o aborcji zrobiona przez Olę, Magdę i Martę; notka wyznaczająca początek nowego życia tego bloga.
60. Perełka pośrodku niczego – Ciechanowiec, najcudowniejsze, moim zdaniem, miejsce na świecie. Miejsce, w których dzieją się cuda.

61. You can have Your cake and eat it – O podejmowaniu wariackich wyborów, wywracających życie do góry nogami. Autobiograficznie.
62. Przeklęty na miłość – Notka o zmianie, która dokonała się we mnie po pół roku od postanowienia, oraz o wdzięczności istocie, która właśnie wtedy zaczęła znaczyć naprawdę wiele w moim życiu.
63. Olśnienie – Z całą pewnością najwspanialsze wydarzenie mojego życia, moment, w którym ponownie uwierzyłem w to, że jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko będzie na właściwym miejscu.
64. Nota raz w miesiącu – Notka pisana w drugą rocznicę założenia bloga.

65. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym – Moje wytłumaczenie się z czynów ubiegłych dwóch lat, a w głównej mierze, ostatniego półrocza, bardzo osobiste.
66. List do Albina – Notka inaugurująca nasz wakacyjny pobyt w Szkocji, pisana w formie listu do mojego przyjaciela.
67. Moje ideały – Próba wytłumaczenia, dlaczego jestem taki, a nie inny, i dlaczego wszyscy się mnie boją.
68. Piękno i odpowiedzialność – O miłości dwóch osób, ich seksualności i braniu odpowiedzialności za siebie nawzajem.

69. O małżeństwie będzie to piosenka – Prawda na temat sakramentu małżeństwa i zachęta do brania ślubu.
70. Wczasy za czternaście tysiaków – Podsumowanie naszej wyprawy do Szkocji.
71. Dziś są cztery lata – O Adasiu i Adze, moim bracie i jego dziewczynie, oraz o ich związku.
72. Sześć snów – Na temat Anity i Kuby, który objawia się jej w snach.

73. Kolej na nas – Notka osobista, dotycząca kilku osób i ich problemów z odpowiedzialnością i dojrzałością.
74. Letnia miłość, tak, to letnia miłość! – Urodzinowa notka dla Oli.
75. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba… – O patrzeniu z nadzieją na Boga z wiarą, że jeśli Mu się zaufa, wszystko musi się ułożyć.
76. Zastępcza notka o czasie – Znów na mój ulubiony temat, trochę bardziej osobiście.

77. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena – Na temat dziewictwa odzyskanego.
78. Pierwsza zasada rządząca światem – Prowokacja na temat mojej romantyczności.
79. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość – Odpowiedź na twierdzenie niektórych, że Bogu nie przeszkadza to, że jesteśmy niedzielnymi katolikami i że jest nam w stanie to wybaczyć.
80. Riposta druga – na niejedzenie świnek – Odpowiedź na zarzut, że nie wolno nam jeść mięsa zwierząt nieczystych, czego zakazał Bóg.

81. Indeks notek – Ta notka.
82. Wake me up when September ends, vol. 2 – Notka mówiąca o zmianie mojego życia i wyrażająca nadzieję, że tym razem wszystko się ułoży.
83. Big City Life – Króciutki opis co się ze mną działo po dwóch tygodniach życia w wielkim mieście.
84. Tomasz Liga i Samoobrona, czyli nie taki Tusk wysoki, jak go filmują – Refleksje na temat stronniczości mediów, na kilka dni przed wyborami.

85. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie – Komentarz o wychowywaniu i zatrzymywaniu przy sobie męża, do konferencji ks. Mieczysława Malińskiego.
86. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery – Notka o moich i Oli planach dotyczących ślubu.
87. Na drugi brzeg – Notka o śmierci na Wszystkich Świętych.
88. Brata Jasia głos w dyskusji – Dalszy ciąg rozważań na temat czystości i seksualności.

89. Love actually – Jeszcze raz na temat miłości i wolności.
90. Ciężkie czasy – Na temat dorastania do małżeństwa.
91. Że niby święty Mikołaj nie istnieje – O tym, jak i dlaczego wierzę w świętego Mikołaja.
92. El Manifico Albano del Dreed – Z okazji 21 rocznicy urodzin mojego przyjaciela Albina.

93. Duc in altum – O pływaniu, jeżdżeniu na rowerze i innych umiejętnościach związanych z miłością.
94. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu – Abyśmy nie zapominali, że powinniśmy kochać, i że Bóg jest na pierwszym miejscu.
95. In vitro a dusza ludzka – O Bożej mocy dawania życia.
96. Kurs na Irlandię – Przemyślenia na temat relatywizmu i wyjazdu do Irlandii.

97. Wstęp do Wielkiego Postu – Moje wyznanie grzechów i zwrot w stronę Boga.
98. Tytuł niech będzie milczeniem – Przemyślenia po tym, jak Karol i Wiola ogłosili, że są w ciąży.
99. Fatalne skutki edukacji seksualnej – Na temat antykoncepcji i aborcji w obliczu nowych pomysłów Brytyjczyków.
100. Sto i internetowy kaming ałt – Setna notka która wygląda tak, że się z lekka wywnętrzam.

Tematyczny spis notek

O mnie

1. Rozpoczyna się show!
2. Ale dlaczego seminarium?
3. Wesołe jest życie kleryka

4. Kleryk też człowiek
5. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka
6. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni
7. Awans
8. Jestem Judym; Tomasz Judym
9. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

10. Here I go again on my own…
11. Uczmy się żyć modlitwą
12. Ja czy nie ja?
13. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony
14. Gavson kontra Artdico Gnorofex
15. Bóg potrzebuje wariatów

16. Perełka pośrodku niczego
17. You can have Your cake and eat it
18. Przeklęty na miłość
19. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym
20. List do Albina
21. Moje ideały

22. Wczasy za czternaście tysiaków
23. Pierwsza zasada rządząca światem
24. Wake me up when September ends, vol. 2
25. Big City Life
26. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery
27. Wstęp do Wielkiego Postu

28. Sto i internetowy kaming ałt

Ku chwale innych

1. Bóg jest…
2. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym
3. Historia o pewnym Aniele
4. And that’s the way the cookie crumbles

5. Dziś są cztery lata
6. Sześć snów
7. Letnia miłość, tak, to letnia miłość!
8. El Manifico Albano del Dreed

Bóg i miłość

1. Memento mori

2. Z nich zaś największa jest Miłość
3. He’s got the whole world in His hand
4. Radość odchodzenia
5. Myron
6. Miłość, jaką jest, moimi oczami
7. Bóg na pierwszym miejscu

8. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość
9. Na drugi brzeg
10. Love actually
11. Duc in altum
12. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu
13. In vitro a dusza ludzka

Duchowość i moralność

1. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu
2. Czystość gwarantem człowieczeństwa
3. Duchowa adopcja dziecka poczętego
4. Słów kilkoro o antykoncepcji
5. Powołanie do życia w świętości

6. Przypowieść o talentach
7. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!
8. Cierpienie ma sens
9. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka
10. Jeden jest cel mego życia
11. Nowe dziecię już na Świecie

12. It’s all ’bout the money!
13. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze
14. Zabiłem Boga
15. Mamy czas…?
16. Marysia
17. Siedemdziesiąt siedem

18. Lustro
19. Bojkot Bożego Narodzenia
20. Walczyć igłą
21. Statystyka
22. Olśnienie
23. Piękno i odpowiedzialność

24. O małżeństwie będzie to piosenka
25. Kolej na nas
26. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…
27. Zastępcza notka o czasie
28. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena
29. Riposta druga – na niejedzenie świnek

30. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie
31. Brata Jasia głos w dyskusji
32. Ciężkie czasy
33. Kurs na Irlandię
34. Tytuł niech będzie milczeniem
35. Fatalne skutki edukacji seksualnej

Świat i Kościół

1. Karol – człowiek który został papieżem
2. Krzywe spojrzenie na Kościół
3. Przepisy liturgiczne
4. Pismo Święte a Święta Tradycja
5. Wybory

6. Super impreza at Saint Franciszek’s
7. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików
8. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj
9. O literaturze fantasy
10. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…
11. Tomasz Liga i Samoobrona, czyli nie taki Tusk wysoki, jak go filmują

12. Że niby święty Mikołaj nie istnieje

Pozostałe

1. Wake me up when September ends
2. W pierwszą rocznicę
3. Nota raz w miesiącu
4. Indeks notek

Alfabetyczny spis notek

A

1. Ale dlaczego seminarium?
2. And that’s the way the cookie crumbles
3. Awans

B

1. Big City Life
2. Bojkot Bożego Narodzenia
3. Bóg jest…
4. Bóg na pierwszym miejscu
6. Bóg potrzebuje wariatów

7. Brata Jasia głos w dyskusji

C

1. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…
2. Cierpienie ma sens
3. Ciężkie czasy
4. Czystość gwarantem człowieczeństwa

D

1. Duc in altum
2. Duchowa adopcja dziecka poczętego
3. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena
4. Dziś są cztery lata

E

1. El Manifico Albano del Dreed

F

Fatalne skutki edukacji seksualnej

G

1. Gavson kontra Artdico Gnorofex

H

1. Here I go again on my own…
2. He’s got the whole world in His hand
3. Historia o pewnym Aniele

I

1. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka
2. In vitro a dusza ludzka
3. Indeks notek
4. It’s all ’bout the money!

J

1. Ja czy nie ja?

2. Jeden jest cel mego życia
3. Jestem Judym; Tomasz Judym
4. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj

K

1. Karol – człowiek który został papieżem
2. Kleryk też człowiek

3. Kolej na nas
4. Krzywe spojrzenie na Kościół
5. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony
6. Kurs na Irlandię

L

1. List do Albina

2. Letnia miłość, tak, to letnia miłość!
3. Love actually
4. Lustro

M

1. Mamy czas…?
2. Marysia

3. Memento mori
4. Miłość, jaką jest, moimi oczami
5. Moje ideały
6. Myron

N

1. Na drugi brzeg

2. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików
3. Nota raz w miesiącu
4. Nowe dziecię już na Świecie
5. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni

O

1. O literaturze fantasy

2. O małżeństwie będzie to piosenka
3. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym
4. Olśnienie
5. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…

P

1. Perełka pośrodku niczego

2. Pierwsza zasada rządząca światem
3. Piękno i odpowiedzialność
4. Pismo Święte a Święta Tradycja
5. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze
6. Powołanie do życia w świętości
7. Przeklęty na miłość

8. Przepisy liturgiczne
9. Przypowieść o talentach

Q

1. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym

R

1. Radość odchodzenia
2. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna
3. Riposta druga – na niejedzenie świnek
4. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość
5. Rozpoczyna się show!

S

1. Siedemdziesiąt siedem
2. Słów kilkoro o antykoncepcji
3. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!
4. Statystyka
5. Sto i internetowy kaming ałt
6. Super impreza at Saint Franciszek’s

7. Sześć snów

Ś

1. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu

T

1. Tytuł niech będzie milczeniem

U

1. Uczmy się żyć modlitwą

W

1. W pierwszą rocznicę
2. Wake me up when September ends

3. Wake me up when September ends, vol. 2
4. Walczyć igłą
5. Wczasy za czternaście tysiaków
6. Wesołe jest życie kleryka
7. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery
8. Wstęp do Wielkiego Postu

9. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu
10. Wybory
11. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie

Y

1. You can have Your cake and eat it

Z

1. Z nich zaś największa jest Miłość
2. Zabiłem Boga
3. Zastępcza notka o czasie
4. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka

Ż

1. Że niby święty Mikołaj nie istnieje

Categories: Pozostałe | 2 komentarze

Riposta druga – na niejedzenie świnek

Druga riposta będzie trochę trudniejsza. Bo i z cięższym przeciwnikiem przyszło mi się zmierzyć. O poziomie myślenia z pewnością wyższym, niż mój. Respekt!

Chciałem tylko zaznaczyć, że jestem szczerze zawiedziony poziomem dyskusji pod poprzednią notką. Cieszę się, że chociaż Wiola i Ola postanowiły cokolwiek napisać. Tęsknię za gorącymi wymianami zdań, które spotykało się tutaj przecież jeszcze w czerwcu… A teraz cisza. Może dziś będzie lepiej?

Ripostowany tekst znajdziecie w jednej z notek na blogu Zgredzika.

KLIK

Ripostowany tekst:

„Moja mama skończyła 80 lat. Była niezła impreza. Jak zwykle pod koniec, kiedy bylismy w ścisłym gronie zeszlo na Biblie i moją prywatna religię. Oczywiście siostra wyśmiewała mój szacunek do Prawa.
Skoro Kościół pozwala jeśc wieprzowinę, to znaczy że wolno (taka esencja wypowiedzi). Ja na to cos w stylu Kościół twierdził, że Ziemia jest centrum Wszechswiata.
Nie jem wieprzowiny i odradzam innym, bo Biblia zakazuje. Siostra na to, że przeciez to były inne czasy, inna higiena etc.
Dzien po urodzinach mamy Polske obiegła wiadomośc o włosnicy. Ponad sto osób skazanych na inwalidztwo (media wspominały o 111, teraz o 60, ale pewnie sporo więcej, bo nim podano nazwę firmy i nim wstrzymano sprzedaz wedlin, to jeszcze pare osób zjadło to czy tamto) na problemy do końca życia. Niby mam satysfakcję, ale żal taki, gdzies w środku…”

Następnie przytoczono fragment Pisma Świętego:

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 5, 17-20)

Co na to inne fragmenty Pisma Świętego:

„Potem przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: Słuchajcie i chciejcie zrozumieć. Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym. Wtedy przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to powiedzenie? On zaś odrzekł: Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną. Wtedy Piotr zabrał głos i rzekł do Niego: Wytłumacz nam tę przypowieść! On rzekł: To i wy jeszcze niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. To zaś, że się je nie umytymi rękami, nie czyni człowieka nieczystym.” (Mt 15, 10-20)

„A nazajutrz, kiedy oni już byli w drodze i zbliżali się do miasta, Piotr wyszedł na dach, aby się pomodlić. Było już około godziny szóstej. Zaczął odczuwać głód i chciał coś zjeść. Kiedy zaś przygotowywano mu posiłek, miał widzenie: Zobaczył niebo otwarte i coś na kształt wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Znajdowały się na nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy i ptaki. Potem dał się słyszeć głos: Zabijaj to, Piotrze i jedz! Lecz Piotr odpowiedział: O nie, Panie! Nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego. Ale głos odezwał się po raz wtóry: Nie uważaj za nieczyste tego, co Bóg już oczyścił. To samo powtórzyło się trzykrotnie, po czym tajemnicze płótno uniosło się ku górze i znikło.” (Dz 10, 9-16)

Co na to ja:

Nie będę się tu rozpisywał na temat tego co na to Kościół pierwszych wieków, ani Kościół współczesny, bo w gruncie rzeczy nie mogę wiedzieć do końca. Kościół pierwszych wieków, gdy Jesus umarł, zmartwychwstał i wstąpił do nieba, składał się nie tylko z Żydów, ale również w dużej mierze z nawróconych pogan. Kościół założony przez Boga to Żydzi, Rzymianie, Grecy, Egipcjanie, itp. itd. Ludzie od wieków nauczeni, że świnek się nie je, jak również Ci, którzy nic poza świnią nie zjedli. Kościół chrześcijański nie opierał się na Starym Testamencie. Na Prorokach. Na Mojżeszu i Abrahamie. Kościół chrześcijański opierał się, i opiera nadal, na całym Piśmie Świętym. Nie, nie tylko na Nowym Testamencie (przyznajcie, baliście się, że to napiszę :). Na Starym i na Nowym. A Prawo było po to, żeby przygotować naród żydowski na przyjście Mesjasza. A Prorocy byli po to, by Mesjasza zapowiedzieć. A cała Historia Zbawienia, od początku, ukierunkowana była na to, by wreszcie nie tylko Żydzi byli wybrani, lecz również poganie. Nie tylko ci, co nie jedli świnek. Ale również ci, którzy te świnki jedli. Nie tylko obrzezani. Ale również nieobrzezani. Tak, o obrzezaniu i nieobrzezaniu również można znaleźć wiele fragmentów w Księdze.

Czy to oznacza, że Prawo się znosi? Nie. Po pierwsze dlatego, że Jezus przyszedł Prawo wypełnić. A wypełnić znaczyło doprowadzić do końca. Spełnić na sobie. I, co bardzo ważne, dopisać do Niego to, czego przez te wszystkie wieki nie dopisano. Po to, by nie tylko Żydzi, ale również Grecy i Rzymianie, i Polacy, mogli zostać dopuszczeni do Jego Królestwa. Jezus nauczał, że samo wypełnianie prawa nie jest najważniejsze. Jeśli już je wypełniamy, róbmy to z miłością. I owszem, Jezus mówił, żeby nie odwoływać przykazań. Ale nie chodziło o przestrzeganie ich pod linijkę. Jak faryzeusze i uczeni w Piśmie. Chodziło o przestrzeganie ich, aż się wszystko wypełniło.

Śmiem twierdzić, że wypełniło się. W momencie gdy Jezus Chrystus zmarł. I zmartwychwstał. Być może pamiętacie taki ciekawy szczegół – że Jezus, przed swoją męką i zmartwychwstaniem, zabraniał nauczać wśród pogan. Kazał skupić się na Żydach.

„Tych to Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie.” (Mt 10, 5-6)

A później wysłał uczniów mówiąc im:

„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.” (Mt 28, 19)

Nastąpiły zgoła inne instrukcje. Dlaczego? Dlatego, że Prawo się wypełniło. W Chrystusie się wypełniło. I oczywiście, że większość przykazań pozostała niezmieniona. Ale są takie, jak to o obrzezaniu, jak również to o jedzeniu nieczystym, które zostały przez Jezusa osobiście oddalone. Co potwierdzają przytoczone przeze mnie cytaty.

Prawo jest ważne. Ale nie kończy się na Abrahamie i Mojżeszu. Na Prorokach też się nie kończy. Kończy się na Chrystusie. Chrystusie, który dokończył ustanawiania praw. Dokończył? No, to może jeszcze jeden cytat…

„Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.” (Mt 18, 18)

Władza dana Kościołowi. Nad którym Duch Święty pełni ustawiczną opiekę.

Memory. Find. Siara. I wszystko jasne.

Categories: Duchowość i moralność | 2 komentarze

Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość

Zacznę od przeprosin. Przepraszam Makotę i Kabaczka za prowokowanie. Za bzdurną, zbyt osobistą kontrargumentację. Za to, że zawsze muszę być najmądrzejszy i że nie jestem w stanie schylić głowy i przyznać, że może akurat w tym wypadku nie mam racji. Za urażanie Waszego honoru. Obiecuję poprawę w tej kwestii (oczywiście jeśli kiedykolwiek rzeczywiście nie będę miał racji :). I wcale nie chcę żadnego „żegnaj”. Więc mam nadzieję, że jakoś się dogadamy.

Przepraszam również wszystkich, których uderza kwestia mojego ekshibicjonizmu emocjonalnego na forum bloga. Mojego wynurzania się ze wszelkimi kwestiami mojego „ja”. W tej kwestii nie obiecuję poprawy. Mam jeszcze zbyt wiele do opisania :).

Kolejna sprawa – nim przejdę do sedna, pragnę zaznaczyć, że poniższa riposta nie jest pisana w celu ubliżenia komukolwiek i udowodnienia, że ta konkretna osoba nie ma racji. Piszę ją tylko po to, by pokazać, że konkretny sposób myślenia jest nieprawidłowy, niezależnie od tego, kto go podziela. Piszę to na wszelki wypadek, żeby się później nie okazało, że znów uraziłem czyjś honor, czego absolutnie nie mam w zamiarze.

Ripostowany tekst znajduje się pod notką „Bojkot Bożego Narodzenia”. KLIK

Ripostowany tekst:

„A gdybyś była zaproszona na jakieś wielkie święto bliskiej Ci osoby, ale nie kupiłaś sobie przedtem nowego ciucha i przez to będziesz odstawać od innych, nie będziesz może tak błyskotliwa, taka atrakcyjna, to nie pójdziesz na tę wielką uroczystość? Zrobisz komuś przykrość? Swojej bliskiej osobie? Tak, wiem- Bóg jest wyrozumiały i zawsze Cię zrozumie. Ale czemu nie zrobić mu tej przyjemność? Przecież Mszy Świętej nie wymyślili kapłanie tylko sam Bóg, Jezus. On chce żebyśmy uczestniczyli w tym sakramencie (najlepiej czynie i tu znów schodzi na temat spowiedzi). Właśnie dlatego, że jest tak wyrozumiały, nie będzie Mu przeszkadzać, że nie jesteś odpowiednio przygotowana do spotkania z Nim. Będzie się cieszyć, że mimo wszystko odwiedziłaś Go.”

Co na to Pismo Święte:

„A potem powiedział do służących: Uczta jest gotowa, ale zaproszeni nie okazali się godnymi. Idźcie tedy na rozstaje dróg i zwołujcie na ucztę wszystkich, których tylko tam znajdziecie. Rozeszli się słudzy na drogi i zgromadzili wszystkich, których spotkali, złych i dobrych, i sala godowa wypełniła się ucztującymi. Wtedy wszedł na salę król, żeby zobaczyć ucztujących. I oto ujrzał tam człowieka, który nie był ubrany w szaty weselne. I powiedział do niego: Przyjacielu, jakżeś tu wszedł nie będąc ubranym w szaty weselne? A on nic nie odpowiedział. Rzekł tedy król do służących: Związawszy mu ręce i nogi, wyrzućcie go na zewnątrz w ciemności, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wielu jest bowiem wezwanych, lecz mało wybranych.” (Mt 22, 8-14)

Co na to Kościół pierwszych wieków:

Pierwotny Kościół rzeczywiście przypominał bardziej sektę niż wspólnotę religijną. Opierał się na Ewangelii, spotykał się na Ucztach w domach prywatnych. Nie było spowiedzi usznej. Niektórzy twierdzą, że spowiedź była ogólna. To znaczy nie tak, jak u protestantów, że „Spowiadam się Bogu Wszechmogącego” i to wszystko, i do gabloty, powtórz. Tylko spotykała się wspólnota, z kapłanem oczywiście, i słuchała tego, co sobie mieli do powiedzenia. Tak jak dziś Świadkowie Jehowy. Tzn. w naszej religii również mamy coś takiego, że można się spowiadać przed wspólnotą. Tylko jakoś niewielu z tego korzysta.

Niektórzy twierdzą zaś, że nie było spowiedzi w ogóle, ale wszyscy się znali bardzo dobrze i obserwowali swoje czyny. I wyłapywali swoje grzechy. I potem był sakrament pokuty. Tak, nie spowiedzi świętej, tylko pokuty właśnie, tudzież pojednania, bo tak się właśnie nazywa. Jakkolwiek by nie było – czy ta spowiedź była, czy nie – następowała pokuta. Pokuta polegała na tym, że grzesznik był wyłączany poza obręb wspólnoty. Dostawał tam dwa tygodnie czy miesiąc czy iletam na poprawę. Choć nie. Poprawa miała być natychmiastowa. Ten czas dostawał na odpokutowanie swojego błędu. Przez ten czas nie miał wstępu na Uczty, nie świętował męki i zmartwychwstania. I to była dla grzesznika największa kara. Potem, po wyznaczonym czasie pokuty, wracał do wspólnoty i następowało wielkie święto. Radość z powrotu syna marnotrawnego do domu. Tylko, niestety, im dalej w historię, tym mniejszą karą było wykluczenie. Tym mniej ludzie cierpieli z powodu niemożliwości uczestniczenia w Eucharystii. Tym więcej grzeszyli i tym dłuższe pokuty im się nabudowywały. No i jeszcze był ten potworny pomysł z uczynieniem chrześcijaństwa religią narodową… Wtedy wprowadzono odpusty. A jeszcze później spowiedź uszną.

Co na to dzisiejszy Kościół:

Krótko po wielkiej chwale chrześcijańskiej sekty pełnej radości i męczeństwa, i radości w męczeństwie, uczyniono z niego religię narodową. Czyli ogólną. Każdy człowiek miał obowiązek się ochrzcić i być chrześcijaninem. Chodzić na Uczty. Itp. Potem się wszystko zaczęło komplikować. Liturgia zmieniona na język łaciński. Idea, jakże szczytna, a jakże beznadziejnie wykorzystana, krucjat. I parę innych bzdur, które doprowadziły do reformacji, kontrreformacji, szmerów bajerów i w końcu do Soboru Watykańskiego Drugiego. Który to Sobór, z całym Janem XXIII, a potem Pawłem VI, zastał Kościół w stanie największego rozkładu, zmaterializowania, pogrążenia w grzechu. Trzymający się Boga chyba tylko wolą Boga, a w małym stopniu wolą Kościoła. Całkowicie niemal spoganizowany.

I Jan XXIII powiedział: dość tych cyrków! Zwołać mi tu wszystkich biskupów (Co? – zapytali biskupi – Teraz, w epoce gazet i telefonów?) i musimy coś z tym zrobić.

I postanowili, że powrócą do źródeł. Ale ciężko jest. Bo chyba cała idea też nie do końca wyszła. Nie dość, że Kościół pozostał spoganizowany, to jeszcze wstęp na Ucztę mają wszyscy. Ludzie z zewnątrz i ludzie ze środka. Nikt nawet nie musi się spowiadać, by dochodzić do ołtarza i przyjąć Święte Ciało. Bo nikt tego nawet nie sprawdzi… Ten cały upadek nie przez Sobór. Sobór go tylko ukazał. Ukazał to, co gniło od wieków.

Dziś do Kościoła wstęp ma każdy. Twoim chrzestnym może zostać muzułmanin. A na Komunię najważniejszy jest laptop. I przejażdżka limuzyną. W Japonii bierze się ślub w obrządku katolickim – bo tak jest najładniej. I naprawdę niewielu zdecydowałoby się umrzeć męczeńsko za wiarę w Boga.

A Kościół jest powszechny. Tak, jak był na początku wieków. Tylko, cóż, komuś się pomyliło znaczenie. Bo powszechny oznacza, że każdy może do niego dołączyć. Każdy, kto ma ochotę się nawrócić i zacząć żyć Bogiem. A nie to, że każdy sobie może przyjść, sprofanować sakrament, sprofanować Ucztę i jeszcze nasikać do konfesjonału. To, że każdy może chcieć zostać członkiem wspólnoty. Zakończyć wszystko, co było dotychczas i zacząć żyć Bogiem. A nie to, że może sobie w niedzielę iść do kościoła na mszę, zaraz po upojnej nocy z dziewczyną spotkaną w barze. I dlatego owszem, współczesny Kościół dąży powoli do tego, by stać się Kościołem pierwszych wieków. Ludzie odchodzą ze wspólnoty, parafie kurczą się w oczach. Kościół umiera? Nie. Kościół się odradza. Odsiewa plony od chwastów… Trochę szkoda. Ale czego? Że mniej ludzi na Mszy? Czy może raczej właśnie tych ludzi szkoda. Nie, że odchodzą. Tylko raczej, że nigdy nie należeli…

Co na to wszystko ja:

Ja już nie muszę za dużo dodawać. Akapit przytoczony z komentarza pod notką po prostu natychmiast skojarzył mi się z przytoczonym przeze mnie akapitem z Ewangelii. Bo niektórym się wydaje, że Bóg ze Starego Testamentu to zły był. A z Nowego to już dobry. A tymczasem Jezus robił rozgardiasz w świątyni. Jezus mówił o grobach pobielanych. Jezus mówił o kubku pełnym robactwa. Jezus mówił, owszem, o odsiewaniu plew od zbiorów. Ani Bóg w Starym, ani w Nowym Testamencie nie był zły. Zawsze był dobry. I kochający. I miłosierny. Ale nigdy, nigdy nie był wyrozumiały. Nie w tym znaczeniu, że możesz robić co chcesz, a On Ci i tak wybaczy. Miłosierny. Bo wybaczy, jeśli żałujesz. Nie wyrozumiały. Bo jeśli nie zechcesz, nie wybaczy. Zostaw wszystko i idź za mną. A nie – możesz wpaść, będzie spoko. Porzuć swój majątek. A nie chodź do mnie, choć nie jesteś wcale chętny do zmiany życia. Tak. Nie kupiłaś nowej sukienki. I Bóg to zauważył. I będzie płacz i zgrzytanie zębów. Niektóre przypowieści wydają się być okrutne. Jak np. ta o talentach. Ale nie są. Jeśli umie się je zinterpretować. Wyciągnąć z nich symbolikę.

Ludzie odchodzą od Kościoła. Plewa same się przesiewają. I na końcu wszystko będzie tak, jak być powinno. Tak, jak Bóg chce. Kościół będzie świętą wspólnotą grzeszników. A nie tylko wspólnotą grzeszników. Już jest w zasadzie. Jeszcze tylko plewa muszą się przesiać. A my? My jesteśmy od tego, by dalej siać ziarno. Mówić Bożą Prawdę. By ci, co mają wykiełkować, wykiełkowali. By to, co mówił Jezus, było spełnione. I zróbmy do tego wszystko co w naszej mocy, by nie okazać się plewą na sam koniec świata.

„A tak poza tym… jeśli mamy być bierni we Mszy Świętej, bo Bóg nam to wszystko i tak wybaczy, to po co jest piekło wymyślone??” – Qrczak Expugnis.

Categories: Bóg i miłość | 3 komentarze

Pierwsza zasada rządząca światem

Są na świecie rzeczy, zasady, które tym światem rządzą. Których wcale nie trzeba udowadniać, są i już. Zasada grawitacji. Dopóki Newton nie dostał jabłkiem po głowie, nikt nie udowodnił, że jest grawitacja, a jednak była. Albo zasada ruchu – że wszystko się zmienia. To postanowiono udowodnić już na początku istnienia nauki. Ale dopóki nauka nie istniała, ruch i tak istniał. Bóg rządzący światem. Kilka pięknych argumentów św. Tomasza, kilka paru innych osób. Ale Bóg istniał na długo przed św. Tomaszem i nie przeszkadzał Mu brak dowodów na Jego istnienie.

Niektórzy próbują zaprzeczyć zasadom rządzącym światem. Wiele argumentów można spotkać przeciw istnieniu Boga. A Zenon z Elei wystawił przeciw zasadzie zmienności Heraklita kilka pięknych, interesujących dowodów. A mimo tego Bóg istnieje nadal i ruch nadal istnieje. I ruch jest jednym z argumentów św. Tomasza za istnieniem Boga.

Jest też coś, co nazywam Pierwszą zasadą rządzącą światem. Zasada ta brzmi: Mateusz Gajek nie jest romantyczny. Tudzież krócej: Baryła nie jest romantykiem. Prawda ta wydaje się oczywista i do tej pory wszyscy, którzy ją wyznają, tylko mówią, że chętnie by argumentowali. Ale nie muszą argumentować, ponieważ i tak jest to oczywista oczywistość. A jeśli ktoś porwie się na kontrargumentację, to jest skazany na niepowodzenie. Bo nie da się zaprzeczyć oczywistej prawdzie.

Zabawię się w Zenona z Elei. Bo pana, którego dotyczy Pierwsza zasada rządząca światem, znam dość dobrze. Może nie perfekcyjnie. Ale na tyle dobrze, by podważyć oczywiste prawdy dotyczące owego.

Po pierwsze, co powiedziała Wyrocznia. Oczywiście o Wyroczni miałem osobną notkę napisać, i napiszę. Ale chciałbym ten jeden konkretny punkt omówić zanim zabiorę się za ogół. Wyrocznia powiedziała: „Pan Mateusz jest osobą sentymentalną i romantyczną, o żywej i bogatej wyobraźni, zdolną do wzruszeń. (…) Nuży go prozaiczność życia, pociąga romantyzm nowych doświadczeń. (…) Im mniej sentymentalnego klimatu tym trudniej o wytrwałość i wierność.” Wyrocznia nie mówi o badanym w superlatywach. O nie, skąd! Wręcz przeciwnie – mówi prawdę. Mówi o jego wadach i zaletach. Które są, istnieją, i z których badany zdaje sobie sprawę.

Człowiek zwany Baryłą jest osobą sentymentalną. I potrzebuje sentymentalnego klimatu, by żyć szczęśliwie. Nie jest to do końca zaletą. Ale jest cechą charakteru, którą albo Baryła dostosuje do siebie, albo będzie musiał dostosować się do niej. A ów nie ma w zwyczaju poddawać się niczemu, łącznie z cechami swego pokopanego charakteru. Więc, by móc żyć w ogóle, albo musi się dostosować (czyli iść tam, gdzie najbardziej sentymentalny klimat), albo dostosować wszystko inne (a więc samemu stworzyć sobie klimat sentymentalny tam, gdzie akurat przebywa). Baryła tworzy klimat sentymentalny. Z egoizmu. I z miłości. Z egoizmu, bo nie czuje się dobrze tam, gdzie nic się nie dzieje. Z miłości, bo nie chce ranić bliskich sobie osób, na przykład zakochując się, twierdząc, że to jest dopiero to, i zostawiając swoją partnerkę na lodzie.

Jak Baryła tworzy sobie klimat sentymentalny.

Baryła pisze. Romantycznie, jak mu się wydaje, nieraz. Lubi, gdy, jeśli droga mu osoba, niekoniecznie aktualna narzeczona, dostanie SMSa, ucieszy się, że jemu zależy. Pisze również opowiadania. I notki wychwalające. Wierszy raczej nie pisze. Nie zna się na tym.

Baryła kupuje kwiaty. Na pierwszą randkę. I na drugą. Na trzecią, czwartą i piątą. Na spotkanie towarzyskie. Na spotkanie z przyjaciółką, której nie widział od pół roku, a umawiają się na kawę w Łodzi. Na spotkanie z koleżanką, która ma mu opowiedzieć o szkole, do której ten się wybiera. A jak przyjaciele byli u niego na Walentynki w Łodzi, postanowił, że żadna z przybyłych dziewcząt nie odejdzie bez kwiatka. A gdy jedzie na nocleg do Szawła, to kupuje kwiatek nie tylko Szawłowi, ale również jej mamie, bo wie, że to jest najwięcej ile może zrobić, żeby się odwdzięczyć za gościnę. A gdy jedzie na urodziny do swojej ukochanej i również zamierza zostać na noc, kupuje kwiatek nie tylko swojej ukochanej, ale również mamie. Ale również ukochanej. Nie dlatego, że to jej urodziny. Z tej okazji kupił jej torbę. Kwiatka kupił dlatego, że nie widział jej 2 tygodnie.

Baryła świętuje każdą okazję. Świętuje urodziny, imieniny, gwiazdkę, Mikołajki, Walentynki, Dzień Kobiet i Dzień Dziecka. Robi niespodzianki i wymyśla różne dziwne prezenty, jak na przykład nowego laya na bloga. Albo kupuje srebrne kolczyki na półrocznicę. Kolczyki, których osobiście nie cierpi. Lubi robić niespodzianki i dawać niespodziewane prezenty, bo uwielbia, kiedy ktoś, kto je otrzymuje, cieszy się szaleńczo. Choć jest świadom, że nigdy, żadnym prezentem, nie przebije tego, co już otrzymał.

Baryła świętuje również bez okazji. Okazje woli, bo zawsze to jest jakieś usprawiedliwienie, że znowu te kwiaty… Ale uwielbia również świętować bez okazji, kupować kwiaty zwyczajnie i na co dzień, sprawiać przyjemność, nosić na rękach. Świętuje bez okazji, bo każdy dzień jest świetną okazją do tego, by pokazać, jak bardzo mu zależy.

Baryła zachowuje się sentymentalnie również w sytuacjach codziennych. Również w tych wypełnionych rutyną. Robi herbatkę każdego wieczoru i stawia ją niepostrzeżenie koło łóżka, choć po pewnym czasie to rzeczywiście staje się przyzwyczajeniem. Gdy jest w gościnie u swojej ukochanej, z radością pełni rolę pana domu, nakładając jej przyjaciołom ciasto. Kiedy do domu przychodzi tata ukochanej, musi się przywitać. Kiedy goście wychodzą, odprowadza ich do drzwi wraz z nią.

Baryła uwielbia rozpieszczać. Uwielbia prawić komplementy, które w jego przypadku zawsze są prawdziwe. I służą tylko do tego, by drugiej osobie sprawić przyjemność. Mówiąc jej prawdę. Baryła, niestety, a może na szczęście, uwielbia również być rozpieszczany. I uwielbia być kochany tak, jak uwielbia kochać. Uwielbia gdy mu się mówi, że się go kocha, tak, jak sam uwielbia to mówić. I uwielbia gdy mu się udowadnia tą miłość życiem, tak jak on uwielbia to udowadniać. I uwielbia gdy mówi mu się komplementy. I gdy jest dla kogoś najpiękniejszy na świecie. Uważa, że jeśli ktoś kocha tak naprawdę, to kochana osoba staje się dla niego najpiękniejsza. Dlatego wie, że nigdy dotąd nie był aż tak bardzo kochany.

Baryła płacze. Lubi płakać i śmieje się z hasła „chłopaki nie płaczą”. Jest chłopakiem, a płacze. Najczęściej ze szczęścia, tudzież ze wzruszenia. Uwielbia pieśni oazowe i łzawe komedie romantyczne, a także kreskówki Disney’a. Kiedy jest mu smutno i źle, nie słucha Comy i innych jeszcze bardziej dobijających zespołów. Włącza sobie w głowie jakąś „Łanię”, albo „Duchu Święty przyjdź”, a jak ma CD pod ręką, to ostatnią piosenkę z płyty Pokemon, która podnosi go na duchu jak nic innego. „Możesz wszystko”. Albo odmawia różaniec. Płacząc. Bo uwielbia płakać.

Baryła ma przyjaciela. Przyjaciel ma na imię Albin. Gdyby Albin nie istniał, Baryła powiedziałby o sobie, że jest najromantyczniejszym facetem, jakiego zna. Co za szczęście, że jest jeszcze Albin…

Baryła zna jeszcze kilka innych osób. Które znają go z zewnątrz. I mogłyby podać jeszcze kilka argumentów przemawiających za tym, że Baryła rzeczywiście jest romantyczny. I uwielbia swoją romantyczność. I pewnie jeśli przyszłoby się sądzić, świadczyliby za romantycznością Baryły. Ale to tutaj, to sam M.G. o sobie samym. Jego prywatne argumenty. Argumenty próbujące podważyć to, co jest najoczywistsze na świecie. Pierwszą zasadę rządzącą światem. Bo, jak mówi jedna z osób wyznających zasadę: „nie jesteś romantykiem-to wiadome od dawna”.

To tu napisane nie świadczy o mojej idealności, tylko o mnie takim, jakim jestem. Nie napisałem tego, żeby pokazać, jak wspaniały jestem. I nie twierdzę, że mój romantyzm jest wyłącznie zaletą. Twierdzę, że jest, istnieje. Choć to tylko słaba argumentacja z subiektywnego punktu widzenia. A jednak, mam nadzieję, że po podaniu przeze mnie odpowiedniej argumentacji w stylu Zenona z Elei, zechcecie kontrargumentować. I wytłumaczyć mi, skąd niby wiadomo, że nie jestem romantykiem…

Categories: O mnie | 18 komentarzy

Dziewictwo, czyli Maria Magdalena

Maria Magdalena? Jak to? Przecież ona była kur… no, kurczę prostytutką była! Co to za pomysł by ją stawiać obok dziewictwa? Tak, wiem, miewam dziwne pomysły. I ten pomysł jest dziwny.

Po pierwsze wiemy, dla tych, którzy zaraz zaczną się czepiać, że prostytutkę z Marii Magdaleny „uczyniła” wczesna chrześcijańska Tradycja, łącząc fragmenty z Pisma Świętego mówiące, być może, o kilku różnych osobach. Tradycyjnie więc uważa się najwierniejszą służebnicę Chrystusa za tą samą niewiastę, którą Chrystus uratował przed kamienowaniem. Więc, owszem, zgodnie z Tradycją, jest to ta sama osoba.

Po drugie owszem, była kobietą lekkiego prowadzenia. Więc skąd dziwaczny pomysł określenia jej dziewictwem? Cóż… Bo wiecie, dziewictwo można odzyskać.

Z medycznego punktu widzenia, jak wszyscy wiedzą dobrze, dziewictwo traci się w momencie przerwania błony dziewiczej. I prawda jest taka, że to się może stać często nawet przez przypadek. Na przykład podczas ćwiczeń na wuefie, jak gdzieś kiedyś czytałem. Nigdy nic nie wiadomo. Ktoś mi kiedyś twierdził, że Maryja matka Jezusa nie była dziewicą, bo Jezus jak z niej wychodził, to jej przerwał błonę. Rzeczywiście, koronny argument. Tak więc umówmy się od razu, że coś takiego jak dziewictwo z medycznego punktu widzenia nie interesuje nas dzisiaj za bardzo.

Zwłaszcza, że męskiego dziewictwa zazwyczaj nie da się określić medycznie.

Jeśli ktoś nigdy z nikim i w ogóle nic. Taki ktoś wcale nie musi być dziewicą. To znaczy powiedzmy, że on jednak coś z kimś. Ale bez stosunków płciowych. Wiecie, środki zastępcze. Zadowalanie się nawzajem na różne sposoby, spoko, przecież nie uprawiamy seksu, przecież nie było zbliżenia płciowego. Tacy ludzie nie są dziewicami. Nawet jeśli z medycznego punktu widzenia no, tej błony jej nie przerwał. Nie muszę, mam nadzieję, tego tłumaczyć. Dziewictwa nie traci się mechanicznie. Dziewictwo traci się w swoim sumieniu. Tak, bardziej przyzwoleniowo, woluntatywnie. Bardziej, niż fizycznie.

To oznacza na przykład, że kobieta zgwałcona wcale nie przestaje być dziewicą.

Za to kobieta/mężczyzna, która/który naprawdę nic nigdy i z nikim. Ale tak bardzo by chciał/chciała. Wiadomo, nie da się. Bo ten za daleko, ona za brzydka dla niego. Ale jakby tylko mogła, to z nim to dziewictwo by straciła. Nie koniecznie musi kiedykolwiek dojść do zbliżenia w zasadzie. Ale ta osoba już w swojej woli, w swoim sumieniu z zimną krwią pozbawiła się dziewictwa. Tęskniąc za zbliżeniem.

To dotyczy nie tylko nieczystych myśli, ale również masturbacji czy oglądania filmów erotycznych. Również chodzenia na dyskoteki i podrywania dziewczyn. Sprzątania pokoju przed wyjściem, na wypadek, gdyby miał się ktoś dodatkowy na noc trafić. Tak, również kupowanie prezerwatyw w wieku 16 lat przed wyjazdem na kolonie, bo przezorny zawsze ubezpieczony. Do tej pory jedną z tych prezerwatyw noszę w portfelu. Na pamiątkę mojej głupoty. Tak. Z Gośką nigdy nie doszło do stosunku płciowego. A ja straciłem dziewictwo dużo wcześniej, niż ją w ogóle poznałem.

Maria Magdalena była panią co stoi pod latarnią. Takie się kamienowało. A Jezus przyszedł i ją pobłogosławił. A potem porzuciła niecny proceder. I poszła za nim. Nigdy więcej nie posunęła się już do tego, by zarabiać własnym ciałem. Do końca służyła Bogu i była Jego najwierniejszą służebnicą. Jezus przyszedł do Marii Magdaleny i się nawróciła. Oddał jej dziewictwo.

To, że któreś z nas przechodziło kiedyś przez kłopoty z seksualnością, a jak znam życie, każdy kiedyś przechodził, nawet to, że być może któreś z nas uprawiało jednak stosunki seksualne z naszej własnej woli, nie oznacza, że nie jesteśmy dziewicami.

No nie, ale gadam! Dopiero powiedziałem, że dziewicami nie są ci, którzy mają nieczyste myśli, a teraz twierdzę, że ci, którzy seks uprawiali, są dziewicami. Czyli zupełnie na odwrót? Nie koniecznie.

Dziewictwa z medycznego punktu widzenia nie da się odzyskać. Błona raczej nie odrasta. Wiadoma sprawa. Ale jestem przekonany, że dziewictwo sumienia i woli odzyskuje się bardzo łatwo. Wystarczy się nawrócić. Poczuć dotyk Boga. Uwierzyć, że to co zostawiam za sobą, było złe. Że nie należało do mnie, takiego, jakim powinienem być. Że nie należało do Boga. I zostawić to naprawdę. Chcieć to zostawić. Ślubować czystość do ślubu. Albo wieczną czystość. I to nagle sprawia, że jesteś dziewicą, od nowa, choćby nie wiem ilu partnerów seksualnych było za Tobą. I Twój mąż/Twoja żona, kiedy wreszcie weźmiesz ślub, będzie Twoim pierwszym. I ostatnim. Choćbyś wcześniej była prostytutką. Jak Maria Magdalena.

I dlatego jestem dziewicą. Dziewicą nawróconą.

Bo nie znoszę słowa „prawiczek”. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

A w małżeństwie? Jak to jest w małżeństwie, jak już dojdzie do zbliżenia? Cóż, śmiem twierdzić, że jeśli nie stosuje się antykoncepcji, jeśli planuje się rodzinę w sposób naturalny, jeśli się nie zdradza i jeśli nie uprawia się seksu po to, by brać, lecz po to, by dać i by się łączyć w jedność, pozostaje się dziewicą do końca życia. Dziewicą woli i sumienia. Czyli jedyną prawdziwą dziewicą.

To koniec, a teraz sprawy organizacyjne. Zlikwidowałem linka do forum. Nic się nie działo, więc nie było potrzeby, by to tu śmieciło. Dałem za to kilka linków do moich znajomych, serdecznie zapraszam. Wrzuciłem link do Jasmine, mam nadzieję, że jakoś jednak ruszy po półtora roku zastoju… Link do forum młodzieżowego Lorda Nicona, serdecznie polecam. I kawałki Gibona do ściągnięcia, jakby ktoś chciał posłuchać. Hip-hop niby, a wymiata.

Na samym końcu ogłaszam powrót Klubu Bożych Wariatów! Będziemy go prowadzić w tej chwili we troje – ja, Ola i Michalina. Zapraszam do lektury i komentowania, mam nadzieję, że tym razem będzie to szczęśliwsze przedsięwzięcie. Jeśli czyta nas Tikula, proszę o odezwanie się!

Jeszcze raz zapraszam i pozdrawiam dziewiczo :).

Categories: Duchowość i moralność | 4 komentarze

Zastępcza notka o czasie

Przepraszam Marka i Zarębiankę. Spodziewaliście się notki, w której miała się objawić Agnieszka, a nie otrzymaliście jej. Otóż obiecana notka została napisana i nawet przez 10 minut siedziała na serwerze. Ale z przyczyn pewnych postanowiliśmy tą notkę skasować. To jest notka zastępcza. Tamta siedzi sobie w pamięci komputera. I w odpowiednim czasie zostanie zamieszczona. W takim kształcie, w jakim już istnieje.

A ja się znowu do czasu przyczepiam. Lubię ten temat, zwłaszcza, że wywołuje dużo kontrowersji, ciekawe dyskusje, a takowe mnie intrygują, a już się ich nie boję. Czas, tak samo jak przestrzeń, istnieje dlatego, że Bóg postanowił nam ułatwić sprawę. Bo Bóg do istnienia nie potrzebuje ani czasu, ani przestrzeni. Ani czegokolwiek innego. My pewnie również tego nie potrzebujemy. Ale to bardzo ułatwia sprawę. Niestety, perspektywa istnienia czasu częstokroć wodzi nas na pokuszenie. Bo wydaje nam się, że my jednak tego czasu potrzebujemy. Do czegoś. Nie wiem do czego.

To znaczy wiem. Bo pół roku temu, jak już mówiłem, było ze mną kiepsko. Tak kiepsko, że kłóciłem się ze wszystkimi, z Aniołem na czele. A żebym ja się pokłócił z Aniołem, to naprawdę musiało być ze mną źle. Przestałem wierzyć w wolę Bożą, w miłość, w moje ideały. A to pokryło się z tym, że zacząłem wierzyć w czas… Upadek ideałów, całkowity. To było straszne. Artdico wierzący w czas. Z całą pewnością nie byłem wówczas Artdico.

Dałem sobie pół roku na zmianę. Powiedziałem sobie, że tak, przez pół roku będę nad sobą pracował, a w ostateczności wszystko wypracuję. Będę próbował się zmienić, a w ostateczności się zmienię. Będę się potykał i podnosił, a w końcu ostatecznie się podniosę i już się nie potknę. Przez pół roku. To jest, Moi Kochani, właśnie to, co Michalina nazywa zawijaniem gówna w złoty papierek. Bo ja sobie obiecałem, że się zmienię, a tak naprawdę wcale nie miałem ochoty się spieszyć. Spieszyć się? Dokąd? Przecież mam całe pół roku. Jeszcze nie dziś i jeszcze nie jutro. Pół roku na to, by sobie do woli pogrzeszyć. Popodrywać dziewczynki. By wreszcie całować się z dziewczyną na pierwszej randce i jeszcze budować sobie w swojej głowie wizję owej jako rozpustnicy, bo co to niby za dziewczyna, która się całuje z nowopoznanym facetem. A ja w tym wszystkim nie byłem winny. Pół roku wspaniałego, ciepłego bagienka.

Dałem sobie pół roku na zmianę. Dobrze, że ustaliłem termin. Bo kiedy zbliżył się moment, kiedy lipiec miał nastąpić za dwa tygodnie, wreszcie podszedłem do Dziewczyny, którą przez całe to pół roku widziałem jako moją jedyną nadzieję. Ale nie podszedłem do Niej rano. Podszedłem wieczorem. Nie na początku tego pół roku. Tylko pod koniec. Dobrze, że zamknąłem termin, że nie zostawiłem sobie otwartej furtki. Że powiedziałem sobie „daję sobie pół roku na próbowanie, a potem koniec”. Że nie powiedziałem „będę próbował aż do skutku”. Bo prawda jest taka, że nie próbowałem. Że może i chodziłem na dyskoteki, a potem w niedziele do spowiedzi, ale w następną sobotę znowu byłem na dyskotece, a w niedzielę w kościele, i tak w kółko. Nie próbowałem się podnosić i jedynym moim przestrachem był zbliżający się termin. Po co dawałem sobie pół roku? Byłem głupcem. Bo mogłem od ręki postanowić, że to już koniec.

Dlaczego cenię sobie krucjaty, Ruchy Czystych Serc, tym podobne? Bo one nie dają nam czasu. Podpisujemy się pod tym. I koniec. Amen. Dalej się nie da. Nie możesz powiedzieć, że spoko, mogę się potknąć. Bo nie możesz. Masz obowiązek stać prosto. Tak samo jest z przysięgą małżeńską. Nie ma odwrotu. Nie ma „daj mi czas”. Nie. Czas nie istnieje.

Czas dał nam Bóg nie po to, żeby się uczyć kochać. Dał po to, by kochać i pokazywać to, że kochasz w czasie. Nie dał czasu by sobie go dawać na zmianę. Dał po to, by się zmienić na początku, a potem żyć tą zmianą. Nie dał go po to, by wystawiać na próbę swojego faceta, swojej dziewczyny, swoich rodziców, swojego Boga. Dał go po to, by na próbę wystawiać samego siebie i wychodzić z tej próby obronną ręką. I wiem, że dając sobie pół roku na zmianę, owinąłem gówno w złoty papierek. A dziś, gdy wciąż mam problemy z niektórymi sferami swojego życia, nie daję sobie czasu. Że jeszcze raz. Nie ma jeszcze raz. Tamten wtedy był ostatni. Tylko wiecie co trzeba zrobić? Nie dawać sobie czasu na zmianę. Tylko co?

„chcieć naprawdę, bo chcieć to móc. i nie ma przebacz.”

Categories: Duchowość i moralność | 5 komentarzy

Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…

Nota codziennie? Heh… Rzeczywiście, bardzo dziwna sytuacja. Dopiero pisałem po jednej nocie na miesiąc, żeby nie wisiał pusty miesiąc w archiwum, a teraz nagle wrzucam jedną po drugiej. Wiecie, jak się Wam zbierze na komentowanie częstsze, to może nawet zrobi się z tego dziennik? Tylko trzy podstawowe zasady mojego bloga muszą być spełnione: 1. Nota co najmniej raz w miesiącu; 2. Nota co najwyżej raz na dobę; 3. Nowa nota dopiero po ukazaniu się pod poprzednią co najmniej jednego komentarza :). Więc chcecie dziennika? To proście o dziennik :).

Co u mnie, może krótko. Stworzyłem szablon. Oczywiście pomogła mi Makota, a także Piętuś, oddaję honory i dziękuję bardzo. Wróciłem z miasta B. jak mawia Michalina. Spędziłem w jego wnętrzu wspaniały dzień, prawie całkowicie przespaną noc przy głośnym tykaniu zegarów, i kawałek dnia kolejnego. Towarzyszyłem Oli w chorobie :). Poznałem nareszcie Olusia i Diankę. I chyba zostałem polubiony przez, jak pójdzie dobrze wszystko, przyszłych teściów. Teściów? Przyszłych, jak dobrze pójdzie. Bo chyba już nie ma tu człowieka, który nie wie co to jest 164…

No dobrze. Ale czemu notka codziennie, po tym jak dopiero waliłem notę co miesiąc? Bo ci, co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…

Natchnienie nie przychodzi co dwie minuty, nie przychodzi co dwie sekundy. Nie przychodzi kiedy się je do tego zmusza, jak to wyglądało przez ponad rok ostatnio. Trwa. Trwa, trwa i ja tylko nie wiem o czym napisać najpierw, bo bym chciał o wszystkim. I z Olą się śmialiśmy dziś nawet, że co chwila rzucam: „Można by o tym notkę napisać”. A dziś temat z kosmosu. Bo się tak nie mogłem zdecydować i złapałem za deskę ratunkową.

„Adaś, skąd ty wziąłeś ten opis co go masz na gadu?” „Jaki?” „No, ten, ci co patrzą pod nogi…” „A! Nie wiem, jakoś kiedyś chyba wymyśliłem.” „Mogę notkę tak zatytułować?” „Jasne.”

Twardziele. Stąpają po ziemi, gonią za pieniądzem, w piątki piwo z kumplami, w sobotę panienki na dyskotekach, w niedzielę na sumę na kacu, a jak nie da rady, to na 18 wieczorem. Twardziele pędzący za zyskiem, za pieniążkami leżącymi na ulicy (to przenośnia, nie brać do siebie! :), patrzący pod nogi. Patrzący pod nogi także po to, by się nie potknąć o krawężnik, o śpiącego psa, o nogę towarzyszy niedoli, o własne sznurowadło. A w niedzielę do kościółka szorują i gapią się na klęcznik, albo na swoje spracowane dłonie, albo na nastolatkę w letniej sukience.

Ja. Przez ostatnie pół roku z pewnością. Poprzednie pół roku – w dużym stopniu. W nosie mam ideały. W nosie mam staranie się. W nosie mam pisanie bloga. Nie tylko bloga. Wszystko w odstawce. Ja właśnie, ale nie, że niby nikt inny. Ja, zniszczony przez samego siebie, zniszczony, jak mi się wydawało, przez wierzenie we wszystko naiwnie, przez wiarę we wszechmoc Boga. W Boga nie zwątpiłem nigdy. Ale był dla mnie taką zawadą. Zawadą w patrzeniu pod nogi. W sobotę Eucharystia Neokatechumenatu, potem wyprawa na miasto, na disko, na podryw, rano pobudka i do kościoła na mszę. I tylko gapiłem się pod nogi, żeby nikt nie wpadł na to, co tam ja też robię w moim małym życiu. Z Bogiem nawet nie rozmawiałem. I notka raz w miesiącu, zgodnie z zasadą numer jeden.

Ziemia. Pieniądze, seks, władza, seks, pieniądze, seks. I tylko patrzymy pod nogi, bo tam najszpetniej, czyli najpiękniej. Bo tam powietrze najgęstsze, czyli najbardziej pachnące. Bo tam się najwięcej bezpańskich rzeczy wala, więc strasznie bogato się robi. Dałem sobie pół roku na zmianę. Ja! Ja dałem sobie pół roku. To chyba oczywiste, że coś musiało być nie tak.

Kiedyś myślałem, że nigdy nie spojrzę pod nogi. A potem już tylko tam się gapiłem. Na jedyną część mojego ciała, która znajdowała się na samym dnie bagienka. Nawet, gdy Kuba mi powiedział, żebym walczył igłą. A ja powiedziałem Wam. Sam miałem to w nosie. Choć jeszcze obie ręce miałem i mogłem wziąć tą pikę. Czy tam dzidę…

Wyszedłem. Nie wiem, czy na zawsze. Się zobaczy. To znaczy, nie chciałbym tego oglądać raczej. Bo odkąd wyszedłem, nie patrzę pod nogi. Nie zastanawiam się już, czy się nie potknę. Czy się nie pomylę. Czy się nie wystraszę. Czy przypadkiem mateczka Ziemia nie zaoferuje mi małego, złotego pieniążka. Mam już pieniążki. Się talenty nazywają. I mam je rozwijać, i je rozwijam. Patrząc w niebo nie mogę patrzeć pod nogi. Ale jednocześnie patrząc w niebo nie muszę patrzeć pod nogi. Nikogo nie podepczę. Bóg mnie niesie. Za włosy. Tak, moje włosy to z całą pewnością po to, żeby mógł mnie za nie nieść. I gapię się w niebo.

Bo to wszystko nie ja. To Bóg.

Tak, wróciłem. Mam nadzieję, na zawsze. Ktoś chce dziennika?

Nie wiem, czy Adaś rzeczywiście sam wpadł na taki opis. Czy może znalazł to gdzieś w necie, albo w gazecie, albo na innej planecie, wiecie czy nie wiecie. Wiem, że cokolwiek, ale ja uwielbiam mojego brata. W zasadzie to niezły z niego brat jak na przyjaciela.

Categories: Duchowość i moralność | 3 komentarze

Letnia miłość, tak, to letnia miłość!

Za to, że pojawiłaś się w moim życiu w momencie, w którym Bóg najbardziej potrzebował Cię, żebyś mi pomogła. Ani wcześniej, ani później. W najodpowiedniejszej chwili.

Za to, że wyciągnęłaś mnie z bagienka, choć tak naprawdę byłaś tylko narzędziem w rękach Boga. Ale to w zasadzie oznacza, że byłaś AŻ narzędziem w rękach Boga.

Za to, że myślałem, iż to ja jestem w Ciebie zapatrzony, a okazało się, że było na odwrót.

Za nazywanie mnie „mój facet z tałką”, na długo przed tym, jak zostałem Twoim facetem z tałką.

Za to, że uważasz, iż „niebieskie koszule wymiatają”. Bo ja też lubię niebieskie koszule.

Za szopoloki. I za kręcenie filmów ze mną w roli głównej.

Za to, że podobają Ci się moje dłonie. Nawet gdy są od góry do dołu uciapane atramentem.

Za to, że przez pół roku byłaś we mnie zapatrzona jak w obrazek, a mimo tego podeszłaś kompletnie racjonalnie do możliwości ewentualnego bycia ze mną.

Za prezentację o aborcji, dzięki której mogłem przejrzeć od góry do dołu to, jaka jesteś, zanim w ogóle Cię poznałem. I za to, że pozwoliłaś mi tą prezentację zamieścić na tym blogu.

Za pierwszy Twój komentarz, w notce o prezentacji właśnie.

Za kombinowanie z Magdą i Martą nad tym, jak tu się ze mną zapoznać. A ja biedny, nieświadomy niczego, myślałem, że nie mam u Ciebie szans.

Za książkę Terakowskiej, którą mi pożyczyłaś. W której pozaznaczałaś mnóstwo fragmentów, dzięki którym mogłem prześwietlić Cię na wylot. W której poprosiłaś o kalejdoskop, nie mając pojęcia, że o niego prosisz. W której napisałaś o swoim „mniej-więcej” największym marzeniu, które postanowiłem pomóc Ci spełnić. Za książkę, która pomogła mi Cię pokochać.

Za książkę, którą obiecałaś mi na własność. I jak dobrze pójdzie, to w jakiś przewrotny sposób ona rzeczywiście będzie moja.

Za krzyżyk, który nosisz na szyi. Zawsze na ubraniu. Nigdy pod ubraniem.

Za to, jak się ubierasz. W każdym najdrobniejszym szczególe. Za spódnice noszone w niedzielę do kościoła „bo przecież dzisiaj niedziela!”, za pasujące jeansy na co dzień, za skarpetki-podkolanówki, za trampki z biedronką i za glany nawet, choć nie cierpię glanów.

Za najcudowniejsze oczy. Za najpiękniejszy na świecie uśmiech. Za Twoją śliczną buzię i za burzę włosów. Za to, że nie jesteś niską biuściastą dziewczyną przy kości. Za to właśnie, że jesteś najpiękniejsza.

Za to, że się mnie bałaś. I że mi nie ufałaś. I że mi nie wierzyłaś na słowo. Że musiałaś sprawdzić wszystko doświadczalnie, żeby się przekonać. Za to, że niczego nie brałaś za pewnik, i że się przestraszyłaś tego, co mówili o mnie inni. Gdyby nie Ty, nie doznałbym Olśnienia…

Za to, że mi zaufałaś, uwierzyłaś i przestałaś się bać, choć na dobrą sprawę przestałem wierzyć, że coś takiego może się w ogóle zdarzyć.

Za to, że uwierzyłaś mi w to, że Cię kocham, choć Cię to zdziwiło. Choć uznałaś, że muszę być nienormalny, bo Cię nie znam i pewnie się wycofam, jak Cię poznam.

Za to, że nie powiedziałaś mi od razu, że też mnie kochasz. To był dla mnie prawdziwy cud, że ktoś może się chcieć zastanowić nad tym, czy mnie kocha, czy chce mnie w ogóle pokochać. Bo wiedziałem, że to będzie na zawsze, jeśli w końcu zacznie być.

Za to, że w końcu powiedziałaś mi, że mnie kochasz. Stwarzając najpiękniejszy dzień mojego życia.

Za to, że kochamy się, mimo, że jesteśmy w sobie zakochani. I że jesteśmy w sobie zakochani mimo, że się kochamy. Że nie musimy czekać, aż ta chemia wygaśnie, żeby być pewnymi, że to wszystko i tak na zawsze. I że tak naprawdę mógłbym przejść z 10 chemii, a i tak będę Cię kochał. A Ty mnie.

Za to, że mimo, iż mi nie ufałaś, zaufałaś mi do tego stopnia, by powiedzieć mi o sobie wszystko to, co w Tobie najtrudniejsze. Że choć odrobinę uwierzyłaś w moje „wtedy też Ci to powiem”.

Za to, że polubiłaś Albina, choć spotkałaś go raptem dwa razy w życiu. To dla mnie bardzo wiele znaczy.

Za to, że zostałaś polubiona przez Albina :).

Za najcudowniejszy prezent urodzinowy, jaki otrzymałem w życiu. A otrzymałem go od Ciebie.

Za to, że uwierzyłaś mi, że to będą najcudowniejsze urodziny w Twoim życiu. I, jak sądzę, nadal mi wierzysz.

Za Avril Lavigne.

Za to, że przestałem żałować tego, że wydalono mnie z Seminarium.

Za słonecznik, który mi kupiłaś. Nie pamiętam, bym już kiedyś wcześniej dostał od dziewczyny kwiatek. A słonecznik to też kwiatek. Si?

Za to, że nauczyłaś się „si”, i brzmi ono w Twoich ustach niezwykle sympatycznie.

Za wspólne jeżdżenie do Warszawy, choć mogłaś siedzieć w domu i nie wydawać kasy.

Za wyjazd do Szkocji, który rzecz jasna nie był spowodowany tym, że ja tam jadę, lecz dlatego, że od dawna chciałaś tam pojechać. A ja się i tak cieszę.

Za to, że zgodziłaś się spać ze mną na materacu. Choć pewnie bałaś się, czy przypadkiem nie będę kładł rąk tam, gdzie nie potrzeba.

Za koszule, które mi kupiłaś. Czarną i białą.

Za codziennoranne „ceść”, „ceść ceść”.

Za pyszne obiady gotowane w Paisley, na 19 Neilston Road.

Za to, że mogłem się do Ciebie przytulić, gdy smażyłaś naleśniki.

Za to, że pozwoliłaś sobie pożyczyć mój jasiek.

Za to, że mogłem Cię przykrywać swoim śpiworem.

Za to, że pozwalałaś zmywać po sobie naczynia, robić sobie herbatkę i wstawiać tościki.

Za „jestem głodna” o wpół do drugiej w nocy. I jedzenie drugiej kolacji.

Za najcudowniejszy miesiąc w moim życiu, który zastąpił ten, który, byłem pewien, ma nienaruszalną pozycję najcudowniejszego miesiąca w moim życiu.

Za to, że kupiłaś sobie miniówkę. Chyba bardziej z myślą o swoim facecie, niż o sobie samej.

Za to, że jesteś taka cieplutka i milutka, i tak bardzo dobrze się do Ciebie przytula.

Za to, że naprawdę niesamowicie całujesz.

Za komplementy, których nigdy od nikogo nie słyszałem. Zwłaszcza za ten najpiękniejszy: „Nikt nigdy nie traktował mnie tak czysto”.

Za wspólne Msze Święte, za słuchanie Pisma i wspólną modlitwę. Póki co skromną, tylko w czasie Eucharystii, ale i tak ogromną.

Za to, że nie muszę Cię zmieniać i reformować. Że to już bardziej Ty musisz reformować mnie.

Za ideały, za wariactwo Boże, za wiarę, która jest w Tobie ogromna, choć taka malutka.

Za wielkie połacie odwagi mimo Twego wszechobecnego strachu.

Za Boga, który bije od Ciebie jak od nikogo innego. Choć sama zdajesz się tego nie zauważać.

Za to, że nie lubisz równego podziału obowiązków, tylko służbę bliźniemu.

Za to, że potrafisz mi powiedzieć prawdę, a jeśli zrobię coś nie tak, to dajesz mi naganę. Z wpisem do akt.

Za kwiaty, które mogłem Ci kupować i które przyjmowałaś z radością.

Za to, że nie odtrąciłaś mnie, gdy złapałem Cię w kinie za dłoń i nie odrzuciłaś, gdy tą Twoją dłoń pocałowałem.

Za Oleńkę i Diankę, Twoje najlepsze przyjaciółki, które tak ładnie wkręciły się do mojego życia.

Za Michalinę. Cud nad cudami. Człowieka-cud.

Za Olusia. Czyli za wyzwania, które stawia przede mną nasz związek :).

Za wszystkie inne postacie związane z Twoim życiem, a teraz również związane i z moim. Siłą rzeczy, i bardzo dobrze.

Za nasze kłótnie, w których potrafimy się nawzajem wysłuchać, przemyśleć i dojść do konkluzji, potem przeprosić. Z których zawsze wychodzimy lepsi i bogatsi.

Za to, że rozumiesz, że wkurzam się o głupoty, które dla mnie nie są głupotami. I rozumiesz dlaczego nie są.

Za Twoje fazy i humorki.

Za to, że masz wady.

Za Twoje wady.

Za to, że nie uciekasz, kiedy mam atak histerii. Tylko jesteś przy mnie i mnie wspierasz.

Za to, że stałem się Twoim najlepszym przyjacielem. A Ty moją najlepszą przyjaciółką.

Za Twoje zaangażowanie, jeszcze większe niż moje, choć nie wierzyłem, że można się zaangażować bardziej, niż ja się angażuję.

Za to, że stałaś się niemal monotematyczna. I że ciągle latasz po serwisach internetowych dotyczących tego jednego tematu.

Za to, że jesteś zazdrosna o to, że Michalina ma świetny głos.

Za to, że nie wyjechaliśmy ze Szkocji bez tego, bez czego absolutnie nie mogliśmy wyjechać. Że wydałaś na to wszystkie swoje oszczędności bez najmniejszego wahania. I że zdecydowałaś, że to ja Ci to kupię. Nawet jeśli nie za swoje pieniądze.

Za to, że nawet nie musiałem pytać.

Za to, że mówisz, że jestem romantyczny. I że znam się na kobietach. No tak, o komplementach już mówiłem.

Za to, że zaczynasz mówić. Się odzywać. Że wystawiasz głowę spod piasku.

Za to, że nawet zaczęłaś mnie bronić.

Za całonocne rozmowy na gadu-gadu.

Za maile i rozmowy telefoniczne.

Za to, że się maślimy.

Za to, że w zasadzie nawet to lubisz.

Za fakt, że jesteś dla mnie tak ważna, że jak nam nie wyjdzie, z dużym prawdopodobieństwem wyjdę na pustynię. I będę jadł węże.

Za to, że najnowszą notkę nazwałaś „Letnia miłość”, choć nadal nie wiem co sądzisz o twórczości Gibona.

Za to, że dla Ciebie zmieniłem wreszcie laya na blogu.

Za wszystko inne, czego tu nie wymieniłem, a za co z pewnością.

Za to, że na samym początku dałaś mi tyle, że nie będę w stanie Ci się odwdzięczyć do końca życia. A każdego dnia dajesz mi jeszcze więcej.

Za to, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie.

Za to, że jesteś.

Ludzie mówią, że nie kocha się za coś. Niektórzy mówią, że kocha się mimo wszystko. Ja nie kocham Ciebie ani za coś, ani mimo wszystko. Kocham Cię, po prostu. I piszę to tutaj, na tym blogu. Choćby niektórym się to miało nie spodobać.

Ale jeśli miałbym Cię kochać za coś, rzeczywiście, jeśli nie starałbym się, by to była miłość bezinteresowna, to właśnie za to wszystko bym Cię kochał.

Wszystkiego najlepszego!

Categories: Ku chwale innych | 7 komentarzy

Kolej na nas

Zaczęła Ola. Wystawiła głowę z piasku, nagle, niespodziewanie, i to było tak niesamowite, że zszokowała mnie, choć muszę przyznać, często jej się to zdarza. Ola już następnego dnia rano żałowała, że się w ogóle odezwała. Ale byłem dumny, bardzo, bardzo dumny, że Ola przestaje być strusiem. Choć jeszcze tego żałuje.

Potem ja przypuściłem atak. Pierwszy, raczej delikatniejszy. Miałem nic nie pisać. Ale przecież sam zaznaczył, w naszej pierwszej dyskusji: „A do polemik wszelakich zachęcam, jeśli tylko przyjdzie Ci ochota.” Skoro Ola zaczęła, poczułem się upoważniony, by zacząć coś robić. Męski głos. Może się przydać. Si.

Odpowiedzieli. Ola się załamała. Bo znów odpisałem, ostrzej i z wyższością. I oni znowu odpisali. I Ola zaczęła mówić, że wolałaby, gdyby to w ogóle nie miało miejsca. Gdyby siedziała cicho i nic nie mówiła. Nie mogłem jej przekonać, że właśnie zasiała ziarno. I że teraz trzeba czekać na plony. Tylko się okazało, że jestem pyszny. I że trzeba trzymać gębę na kłódkę, milczeć, a nie się wywnętrzać. Nie wiedziałem jak sobie poradzić. Nie musiałem, tak naprawdę.

Michalina, Anioł Stróż, normalnie. Jak zobaczyłem, nie mogłem słowa wymówić, ledwo co mogłem w ogóle napisać: „Michalina…” „Co Michalina?” „Michalina! AAAAA! U niego!” „Gdzie?” „No tam!”

A po pewnym czasie: „Boże! Michalina jest największym cudem, jaki mi się w życiu trafił!” Nawet nie byłem zazdrosny. W zasadzie stwierdziłem to samo. Nawet, gdyby nie napisała za chwilę, że może na równi ze mną ten cud. Że może ewentualnie ja jestem odrobinkę z przodu. Gdyby się okazało, że Michalina rzeczywiście jest największym cudem, a nie ja, nie byłbym zazdrosny. Bo jest.

Dziś Ola już mi nie powie, że źle zrobiła, cokolwiek pisząc. Dziś wszyscy wiemy, że zrobiła kawał dobrej roboty, zasiewając to ziarenko. Wystawiając głowę z piasku. Wszyscy, to znaczy ja, to znaczy Ola, to znaczy Michalina. Ich Troje.

„Bo jeśli dwóch lub trzech zbierze się w imię moje, to i Ja tam będę wśród nich.” (Mt 18,20).

No to zostałem ostatni. Bo Wy, dziewczęta, macie kompa na własność. A ja musiałem czekać, aż się siostra wysiedzi. Ale przynajmniej wiem, że mogę napisać wszystko. I się nie obrazicie. Bo zdążyłyście już i tak wszystko napisać.

Myślę, że jak dam radę, przypiję się do większej ilości osób. Bo tak, tak, po raz pierwszy zupełnie na serio (chyba, że liczyć „O spalonych mostach…”) zamierzam się przypić do kogoś. Bójcie się :).

Są ludzie, którzy uważają, że mają monopol na prawdę. Ja jestem często o to oskarżany. Co ciekawe – zazwyczaj właśnie przez tych ludzi, którzy właśnie ten monopol mają. Chyba nie wiedzą o tym. To podświadome. No i projekcja – sami to mają, więc wydaje im się, że to nie ich, tylko kogo innego. Najlepiej jeszcze jak się przyczepią do kogoś, kto mądrze gada. A ja, nieskromny będę i pyszny, a Hugo z tym, mądrze gadam.

Cóż. Nie sądzę, bym wiedział wszystko. „Jeśli komuś się zdaje” – jak mawiał ks. Marek – „że wie wszystko, to ma rację. Zdaje mu się.” Wiem, że wiem niewiele. Może nawet wiem, że nic nie wiem, jak mówił św. Augustyn. A jednak, przy całej swej niewiedzy, Augustyn wiedział całe mnóstwo. Bóg go oświecił i dał mu poznać. Nie twierdzę znowu, że Bóg mnie oświecił. Ale wiem, że byłem rok w Seminarium. Krótko. Wystarczająco długo, rzekłbym, by Bóg rzucił mnie w świat bez koła ratunkowego. Nauczyłem się tam. Teorii. I praktyki. Nauczyłem się miłości, choć wiem jednocześnie, że jest to proces niedokończony. Bo to coś tak niezwykle nieskończonego, że nie da się do końca umieć kochać. Więc wiem, że można jednocześnie umieć kochać, i nie mieć o tym pojęcia.

Nauczyłem się również pewnych zasad dotyczących moralności. Czystości. Małżeństwa. Duchowości. Chciałem kilkakrotnie przekazać te zasady dalej. Potem chciałem już tylko trafić na kogoś, komu nie muszę ich przekazywać. Bo prawda jest taka, że kochałem/kocham nadal cztery kobiety. Gosię. Anetę. Monikę. Olę. U Gosi nie wiem, co słychać. Dwie kolejne, cóż, nie do końca się nam układa ostatnio. Oczywiście, Michalina nie mówi źle. Wina jest po obu stronach, zawsze. Moją winą było to, że od początku tak bardzo chciałem się zaangażować. Tak bardzo, że aż można się było tego wystraszyć. Moją winą było to, że od wejścia mówiłem „kocham” i wiedziałem, że to na zawsze. A to było przerażające i można było przed tym uciekać. Winę ponosiłem w tym, że myślałem od początku o ślubie i dzieciach. Zamiast tylko o kwiatkach i poduszkach za dużo złotych. Nie, żebym o tym w ogóle nie myślał. Ale nie tylko. To zapewne jest moim brakiem romantyzmu. I to potwierdza, że się nie znam na kobietach.

Były cztery. I wiem, że jeśliby nie stało się to, co się stało, nie pojawił się strach spowodowany moimi ideałami, moim zaangażowaniem, moimi marzeniami, byłaby tylko jedna. Dwie. Może trzy. Tylko ja nie zgadzam się na deklaracje, z których się wycofujesz. Na obietnice, których nie dotrzymujesz. Na wątpliwości, które nie mijają po miesiącu. Z którymi trzeba żyć, jak z wyrokiem, przez które nie można spać po nocach.

Piszecie mi, że wszystkie nasze nieporozumienia są przez to, że ja Was nie rozumiem. A nie zastanowiłyście się nad tym, że może to Wy mnie nie rozumiecie? Że może Wy nie widzicie we mnie dobrego człowieka, który próbuje dać z siebie wszystko? Okej, nie twierdzę, że Was rozumiem. Bo nie rozumiem. Dałyście mi kosza. Odrzuciłyście to, co mogłem Wam dać, na zawsze i na wyłączność. A gdy się okazało, że nie załamałem się po tym psychicznie, tylko poszedłem żyć dalej i szukać woli Pana gdzie indziej, obraziłyście się na cały świat. A na mnie już zwłaszcza. I stwierdziłyście, że nie znam się na kobietach. I za każdym razem to ładnie potwierdzacie, choć ja to piszę z ironią. No dobra. Może ja się nie znam na kobietach. A Wy się nie znacie na mnie. Hmmm… I na Bartusiu też się nie znacie. I nie wiem, czy kiedykolwiek się poznacie.

Chciałbym jeszcze powiedzieć, że nie cierpię dwulicowości. Tego, że tak bardzo mnie pognębiasz gdy jesteśmy tu. I gdy piszemy ze sobą. I gdy masz okazję nastraszyć moją nową dziewczynę za pomocą mojej niekonsekwentności. A gdy się spotykamy, rzucasz mi się na szyję, tak, jakby to tutaj nigdy nie istniało.

Nie twierdzę, że posiadam prawdę na wyłączność. Twierdzę, że Prawda jest jedna. I nie jestem jedynym jej posiadaczem. Prawda jest w Bogu, i choćbyście wszyscy próbowali mi udowodnić, że to nie prawa, jest przekazywana przez Kościół. Nie znam całej prawdy. Ale znam jej wystarczająco dużo, by móc powiedzieć, tak, to jest prawda, a nie to, co Ty czy Ty czy Ty sobie wymyśliłeś. Bo ja sobie prawdy nie wymyśliłem. To nie ja piszę większość notek na tym blogu. To nie ja wygłaszam moje ukochane natchnione gadki. Sam bym nigdy czegoś takiego nie wymyślił. Nie ja. Bóg. I dlatego jestem wrogiem fałszywej skromności. To nie znaczy, że jestem pyszny. Czasem jestem. Ale fałszywa skromność nie oznacza pokory. Oznacza kłamstwo. Nic nie mogę, na nic mnie nie stać, nie mam żadnych talentów. No i zakopuję ten talent w ziemi. A Pan Bóg dał mi talent! I kazał go rozwijać. I nie mogę mówić, że nic nie umiem. Umiem. Bo mnie Bóg nauczył. Bo Bóg przekazał mi prawdę. Jedyną.

Ale, pragnę podkreślić, nie jesteście same w swoich racjach. Okazało się, że jest ktoś trzeci. Wy go nie znacie, ale Was też jest troje. Czytał bloga. I czytał Wasze komentarze. I, jak sądzę, a myślę, że sądzę dobrze, uśmiechał się do nich i twierdził, że strasznie mądrze mówicie. Bo zgadzało się to z jego teorią. A to, co ja pisałem o miłości, z jego teorią się nie zgadzało. No i jasne było to, że Wy macie rację, a ja się mylę. Tylko, niestety, o ile Wy jeszcze w pewnym sensie możecie być dla mnie jakimś autorytetem, o tyle o tym człowieku nie śmiem powiedzieć tak wzniosłego słowa. Skąd sądzę, że on zgadzał się z Waszymi wypowiedziami? „Wiesz, Mateusz, przykładając swoją miarę do was, mógłbym powiedzieć, że to Wy się mylicie. Że powtarzane przez Mateusza wszędzie w Sieci “kocham Cię” to nie rzeczywistość, tylko pobożne życzenie was obojga. Że wyciągnąłem wnioski z błędów przeszłości, a on nie. Ale nie ośmielę się wysunąć takiego stwierdzenia. To jest wasz związek, nie będę go oceniał, nie będę go mierzył swoją miarą i swoim postrzeganiem świata – was (a w zasadzie Ciebie, bo Ola się do takich ocen nie posunęła) proszę o to samo.” -> Stąd, o! I chciałem powiedzieć, że owszem, nie zmieniłem się. Michalina, gdy pierwszy raz mnie broniła, co było cudowne, bo nie miała o mnie pojęcia, twierdziła, że nie można mieć tak przyćmionego umysłu. Że trzeba spojrzeć na mnie inaczej, że może coś się we mnie zmieniło. A ja Wam powiem – nic się nie zmieniło. Ola to wie. I chyba wcale tego nie żałuje. Michalina? Nie wiem, czy nie żałuje. Ja nie żałuję. I nie zamierzam nic zmieniać. No, może coś, ale nie za wiele. I nie wyciągnąłem wniosków z błędów przeszłości. Tak jak i ten człowiek, który nie ośmielił się wysunąć takiego stwierdzenia, tego nie zrobił. Tylko ja twierdzę, że nie popełniłem aż takich błędów. Twierdzę zaś, że on popełnił.

Seksualność. Wow, co za pomysł, pisać o tym tutaj! Tak. Seksualność. Myślę, nie, wiem, że to jeden z najdelikatniejszych i najsłabszych punktów naszego człowieczeństwa. Jeden z tych, które najszybciej mogą nas zezwierzęcić, albo rozanielić. Ten, który może przynieść ogromną radość, jedność i dopełnienie szczęścia, albo gigantyczne rany na całe życie. Trudno się o nim pisze. Bo każdy człowiek, jak mi się dobrze wydaje, ma problemy na punkcie swojej seksualności. O, i ja, ten, który bluzki z dziewczyny nie zdejmie, złotowłosy aniołek, ten, który nie dotknie przed ślubem gdzie nie trzeba, któremu można powiedzieć, że nie chcesz się całować przed ślubem i on powie, że okej, ja też mam problemy. Tylko, przykro mi, nie jestem gotów, by o tym pisać tu, na blogu. Nie jestem gotów, by opowiadać Wam o swoich uzależnieniach, z którymi nie mogę sobie poradzić. To znaczy, prawda jest taka, że sam sobie z nimi nigdy nie poradzę. Że potrzebny mi jest Bóg. I ostatnio daję sobie radę, coraz lepiej. Tylko ja o tym nie będę tu pisał. Mogę napisać, jak już sobie poradzę. Jak już mnie nie będzie ciągnęło. Jak Miłość zwycięży, wtedy dam świadectwo. Bo prawda jest taka, że każdy ma problemy ze swoją seksualnością, i nie tylko z seksualnością. Tylko nie każdy się z tym obnosi.

Ty, a wiesz do kogo mówię, niestety, obnosisz się.

Bo prawda jest taka, że to nie Ola zaczęła. Zacząłeś wszystko sam. Sam zacząłeś wywlekać brudy na ten temat. Sam zacząłeś opowiadać o swoich (Waszych?) uzależnieniach i problemach. Co druga notka na Twoim blogu traktowała na ten temat. To było tak normalne wreszcie, że Ola nie wytrzymała. Potem ja doskoczyłem. A na końcu Michalina, teoretyczka. Ale to wszystko spowodowane było tym, że już nie potrafiliśmy dłużej znosić tego, jak niszczysz kolejną dziewczynę w ten sam sposób, i jak się z tym cały czas, w kółko, obnosisz. Nie znam osobiście Twojej nowej dziewczyny. I nie wiem, czy ją kiedykolwiek poznam. Ciebie też nie znam. Ale wierz mi, Ola nie musiała mi opowiadać o tym, co dokładnie było między Wami, abym mógł zrozumieć, jaki to wpływ na nią wywarło. A Ty to robisz znowu i znowu, i znowu. Wyciągnąłeś wnioski z błędów przeszłości? No, ja też nie.

Odpowiem na Twoją notkę. Tak, wiem, to tu jest i tak bardzo długie. Ale jak nie chcecie, nie czytajcie. Nikt nikogo nie zmusza. Zacznę od tego: „Szczerze mówiąc, nie do końca widzę sens tłumaczenia wam dalej racji moich i Wioli i tego, czym się kierujemy. Dlatego to będzie ostatnie słowo z mojej strony.” Nie wiem, czy to są racje Twoje i Wioli. Zależy co do czego. Co do miłości? Okej, może. Może Wiola nie ucieszyłaby się, gdybyś jej powiedział, że ją kochasz. A jednak, ostatnio się zastanawiałem nad tym, jak Ola mi to powiedziała, przemyślawszy i podjąwszy decyzję. Bardzo współczuję Twojej dziewczynie. Ale to nie jest najważniejsze.

Kolejne, o czym już pisałem powyżej, problemy z seksualnością. Wszyscy je mamy. Ja i Ty, i Ola i Wiola, i mój brat, i ksiądz proboszcz, i Michalina, jak już u siebie napisała. Tylko tu jest znów mowa o wyciąganiu wniosków z przeszłości. O tych korzeniach, które bardzo głęboko zapuściły się w Wasze wnętrza, czy coś takiego. Jak to jest, że jestem z Olą, która dokładnie to samo przechodziła w Twoim towarzystwie? I jak to jest, że Ola nie ma z tym problemów? Nie tylko nie ma problemów, ale w ogóle nie widzi żadnych możliwości zaistnienia takowych. No dobrze, czasem miewa. Miewa. Wyrzuty sumienia. I tak strasznie ciężko jest mi ją wtedy przekonać, że to nie jej wina. Ale już mi się chyba udało. Skąd wiem? A zacytować? No to masz: „Wiolu – przepraszam za ostre słowa. Ciebie tak, bo wciąż uważam, że jesteś niewinna.” Zastanów się. Czy te korzenie się zapuściły w Was. Czy może w Tobie. I niszczą kolejną niewinną istotę. Której potem pozostaną po Tobie tylko wyrzuty sumienia.

Nie mogę powiedzieć, że to nie jest wojna. Nie jest mała, to z całą pewnością. Ale jest to przede wszystkim Twoja wojna. W którą wciągasz raz po raz kolejne ofiary. Jest to Twoja wojna, z którą obnosisz się na forum publicznym. Ale jak ktoś już napisze komentarz, to zakazujesz wypowiadania się na temat. To co ja mam napisać w komentarzu do notki o Twojej wojnie? To nie są problemy czysto chemiczno-biologiczne? Może. Nie znam się na tym. Wiem, że w tej sytuacji nie masz do czynienia z kasetą wideo. Ze stroną internetową. Z własnym, no, tym, kręgosłupem (sam się domyśliłem, do nikogo pretensji!). Masz do czynienia z człowiekiem, a nie przedmiotem. Nie możesz sobie go wykorzystać. Choćby nie wiem od czego to zależało. Już to pisałem. W notce „Piękno i odpowiedzialność”. I proszę, jak człowiek człowieka, kiedy jesteś w towarzystwie kobiety, schowaj ręce w kieszenie.

Nikomu tak nie zaufałeś? Nikomu tyle nie powiedziałeś? A jednak śmiałeś powiedzieć Oli, że ją kochasz, a Wioli już nie śmiesz? Tak. To jest chyba właśnie ten Twój wniosek wyciągnięty z przeszłości. Żeby nie mówić, że się kocha, bo jeszcze się można przejechać. A jeśli się nie powie, to zawsze można powiedzieć, że przecież niczego nie deklarowałeś. I niczego nie obiecywałeś. Jak to jest ze mną? Monika wiedziała o tyle więcej od Gosi, o ile więcej się w moim życiu w tym czasie wydarzyło, i o ile więcej się o sobie dowiedziałem. Ola wie o tyle samo więcej od Moniki. Kiedy jestem z kimś na serio i myślę o przyszłości, o małżeństwie, o dzieciach, mówię mu o sobie wszystko. Aneta i Monika czują się oszukane. Okej. Wyobraź sobie w takiej sytuacji, jak bardzo oszukana może czuć się Ola. Nie czuje się. Już nie. Po prostu ma to wszystko gdzieś. Trafiła na kogoś, o kim może powiedzieć, że jest dla niego jedyna. Nie dlatego, że tylko jej zaufał. Dlatego, że ufał również każdej poprzedniej. Od dziś na zawsze. I to jest świetną gwarancją, że zaufa jej tak samo, czyli do końca. I nie przeniesie tego zaufania na kogo innego, jeśli sama sobie tego nie zażyczy.

Jaką dajesz gwarancję swojej dziewczynie, której nie mówisz, że ją kochasz, że nie pojawi się kolejna (nie mam pojęcia ile ich było wcześniej), której zaufasz jeszcze bardziej? Której powiesz jeszcze więcej? Której jeszcze bardziej nie powiesz, że ją kochasz, zawijając, jak to było, Michasiu? Gówno w złoty papierek.

Nie mówisz, że kochasz, bo to dla Ciebie na równi z sakramentem. Świetny argument. No dobra, średni raczej, ale jak chcesz. Ja bym się nigdy nie oświadczył nikomu, kto mi nie powie, że mnie kocha. Bałbym się odrzucenia. Czyny są ważne. I słowa ich nie zastąpią. Tylko słowa też są naprawdę bardzo ważne. Potwierdzają czyny. A czyny potwierdzają słowa. Słowa wymiatają! Wiesz, jak to pięknie usłyszeć, że ktoś Cię kocha? Czyli że chce być z Tobą, na zawsze i pielęgnować Was. Wasze „My”. I wtedy możesz patrzeć na czyny. Jak na coś, co potwierdza. A nie jak na jakąś nieznośną nadzieję, że może jednak, fajnie by było, kocha, i może kiedyś mi to powie.

Jakby Cię zapytała, czy ją kochasz, co byś odpowiedział? Nie zapyta. Boi się, jak znam życie. Ja bym się bał. Tak. Bałem się przez jakieś pół roku, jeśli mam być szczery.

I znowu seksualność. Nie zamierzasz płakać. Ja bym sobie popłakał. Kiedy Gosia powiedziała, że ze ślubu nici, popłakałem sobie. I, jak już pisałem, skończyłem wszystko co związane z tą sferą natychmiast. A myślisz, że było łatwo? Nie. Nie było. Tylko spojrzałem na nią jak na człowieka. Który ma prawo oddać siebie swojemu mężowi. I mnie kupa do tego. I nie mam do niej prawa. Popłacz sobie. I skończ z tym. To nie jest jak anoreksja. Anoreksja dotyczy człowieka osobiście. Dopiero gdzieś daleko dalej innych ludzi. Kłopoty z seksualnością w związku dotyczą twojej partnerki. Jej przyszłych partnerów. Twoje przyszłe partnerki. Waszych przyszłych współmałżonków. Ale nie musisz myśleć tak daleko. Spójrz kogo ranisz bezpośrednio. Spójrz na kogoś, komu wyrządzasz krzywdę tu i teraz. I przestań zrzucać winę na nią. O ile między mną a Gośką ogromna wina leżała po jej stronie, o tyle wiem, że sfera seksualności była moim indywidualnym problemem. A ją tylko w to wszystko wciągnąłem…

Na końcu do Oli. Nie nazywaj Karola tak brzydkimi wyrazami. Mam szczerą nadzieję, że jego matka nie ma z tym nic wspólnego…

Porozbezczeszczałem, choć nie mam o tym pojęcia. Nie tylko dla Ciebie i Twojej dziewczyny. Dla wszystkich, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, czegoś nauczyć, niekoniecznie na błędach swoich, można też na błędach innych.

Nasze opisy na gadu:
Mateusz: „Kocham Cię, Misiaczku (w sumie nie jestem już nastolatkiem :)”
Ola: „też Cię kocham, Koteczku :D”
Michalina: „A ja nie kocham żadnych misiów ani świnków. Jestem teoretykiem”

Linki dla zainteresowanych podam, proszę tylko napisać w komentarzach, podać maila czy coś, wszystko jest udokumentowane.

A, no właśnie, a’propos! Nie wyłączam komentarzy. Ktoś chce polemizować, bić się, albo przytakiwać, proszę o nie pisanie do mnie maili, ani nie zagadywanie na gadu-gadu. Od tego są komentarze, żeby notkę komentować. A jak znowu nikt nie będzie mi komentował, to sobie sam skomentuję, ot co! :)

„Ja mimo wszystko wciąż siedzę i piszę, oni chcą mnie uciszyć, ja pieprzę ich ciszę. Nie chcę być ciszej, trzeba krzyknąć głośniej. Więc krzyczę i puszczam ten hip-hop w Polskę!”

Kawon, Vaust, Gibon – Kolej na nas.

Categories: Duchowość i moralność | 15 komentarzy