Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…

Nota codziennie? Heh… Rzeczywiście, bardzo dziwna sytuacja. Dopiero pisałem po jednej nocie na miesiąc, żeby nie wisiał pusty miesiąc w archiwum, a teraz nagle wrzucam jedną po drugiej. Wiecie, jak się Wam zbierze na komentowanie częstsze, to może nawet zrobi się z tego dziennik? Tylko trzy podstawowe zasady mojego bloga muszą być spełnione: 1. Nota co najmniej raz w miesiącu; 2. Nota co najwyżej raz na dobę; 3. Nowa nota dopiero po ukazaniu się pod poprzednią co najmniej jednego komentarza :). Więc chcecie dziennika? To proście o dziennik :).

Co u mnie, może krótko. Stworzyłem szablon. Oczywiście pomogła mi Makota, a także Piętuś, oddaję honory i dziękuję bardzo. Wróciłem z miasta B. jak mawia Michalina. Spędziłem w jego wnętrzu wspaniały dzień, prawie całkowicie przespaną noc przy głośnym tykaniu zegarów, i kawałek dnia kolejnego. Towarzyszyłem Oli w chorobie :). Poznałem nareszcie Olusia i Diankę. I chyba zostałem polubiony przez, jak pójdzie dobrze wszystko, przyszłych teściów. Teściów? Przyszłych, jak dobrze pójdzie. Bo chyba już nie ma tu człowieka, który nie wie co to jest 164…

No dobrze. Ale czemu notka codziennie, po tym jak dopiero waliłem notę co miesiąc? Bo ci, co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…

Natchnienie nie przychodzi co dwie minuty, nie przychodzi co dwie sekundy. Nie przychodzi kiedy się je do tego zmusza, jak to wyglądało przez ponad rok ostatnio. Trwa. Trwa, trwa i ja tylko nie wiem o czym napisać najpierw, bo bym chciał o wszystkim. I z Olą się śmialiśmy dziś nawet, że co chwila rzucam: „Można by o tym notkę napisać”. A dziś temat z kosmosu. Bo się tak nie mogłem zdecydować i złapałem za deskę ratunkową.

„Adaś, skąd ty wziąłeś ten opis co go masz na gadu?” „Jaki?” „No, ten, ci co patrzą pod nogi…” „A! Nie wiem, jakoś kiedyś chyba wymyśliłem.” „Mogę notkę tak zatytułować?” „Jasne.”

Twardziele. Stąpają po ziemi, gonią za pieniądzem, w piątki piwo z kumplami, w sobotę panienki na dyskotekach, w niedzielę na sumę na kacu, a jak nie da rady, to na 18 wieczorem. Twardziele pędzący za zyskiem, za pieniążkami leżącymi na ulicy (to przenośnia, nie brać do siebie! :), patrzący pod nogi. Patrzący pod nogi także po to, by się nie potknąć o krawężnik, o śpiącego psa, o nogę towarzyszy niedoli, o własne sznurowadło. A w niedzielę do kościółka szorują i gapią się na klęcznik, albo na swoje spracowane dłonie, albo na nastolatkę w letniej sukience.

Ja. Przez ostatnie pół roku z pewnością. Poprzednie pół roku – w dużym stopniu. W nosie mam ideały. W nosie mam staranie się. W nosie mam pisanie bloga. Nie tylko bloga. Wszystko w odstawce. Ja właśnie, ale nie, że niby nikt inny. Ja, zniszczony przez samego siebie, zniszczony, jak mi się wydawało, przez wierzenie we wszystko naiwnie, przez wiarę we wszechmoc Boga. W Boga nie zwątpiłem nigdy. Ale był dla mnie taką zawadą. Zawadą w patrzeniu pod nogi. W sobotę Eucharystia Neokatechumenatu, potem wyprawa na miasto, na disko, na podryw, rano pobudka i do kościoła na mszę. I tylko gapiłem się pod nogi, żeby nikt nie wpadł na to, co tam ja też robię w moim małym życiu. Z Bogiem nawet nie rozmawiałem. I notka raz w miesiącu, zgodnie z zasadą numer jeden.

Ziemia. Pieniądze, seks, władza, seks, pieniądze, seks. I tylko patrzymy pod nogi, bo tam najszpetniej, czyli najpiękniej. Bo tam powietrze najgęstsze, czyli najbardziej pachnące. Bo tam się najwięcej bezpańskich rzeczy wala, więc strasznie bogato się robi. Dałem sobie pół roku na zmianę. Ja! Ja dałem sobie pół roku. To chyba oczywiste, że coś musiało być nie tak.

Kiedyś myślałem, że nigdy nie spojrzę pod nogi. A potem już tylko tam się gapiłem. Na jedyną część mojego ciała, która znajdowała się na samym dnie bagienka. Nawet, gdy Kuba mi powiedział, żebym walczył igłą. A ja powiedziałem Wam. Sam miałem to w nosie. Choć jeszcze obie ręce miałem i mogłem wziąć tą pikę. Czy tam dzidę…

Wyszedłem. Nie wiem, czy na zawsze. Się zobaczy. To znaczy, nie chciałbym tego oglądać raczej. Bo odkąd wyszedłem, nie patrzę pod nogi. Nie zastanawiam się już, czy się nie potknę. Czy się nie pomylę. Czy się nie wystraszę. Czy przypadkiem mateczka Ziemia nie zaoferuje mi małego, złotego pieniążka. Mam już pieniążki. Się talenty nazywają. I mam je rozwijać, i je rozwijam. Patrząc w niebo nie mogę patrzeć pod nogi. Ale jednocześnie patrząc w niebo nie muszę patrzeć pod nogi. Nikogo nie podepczę. Bóg mnie niesie. Za włosy. Tak, moje włosy to z całą pewnością po to, żeby mógł mnie za nie nieść. I gapię się w niebo.

Bo to wszystko nie ja. To Bóg.

Tak, wróciłem. Mam nadzieję, na zawsze. Ktoś chce dziennika?

Nie wiem, czy Adaś rzeczywiście sam wpadł na taki opis. Czy może znalazł to gdzieś w necie, albo w gazecie, albo na innej planecie, wiecie czy nie wiecie. Wiem, że cokolwiek, ale ja uwielbiam mojego brata. W zasadzie to niezły z niego brat jak na przyjaciela.

Categories: Duchowość i moralność | 3 komentarzy

Zobacz wpisy

3 thoughts on “Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…

  1. Achtung, achtung!
    Ostrzegam, że dziś nabawiłam się obstrukcji mózgu, więc mogę pisać od rzeczy.

    Jedyne co przyszło mi do głowy po przeczytaniu tej notki, to to, że ja nie patrzę na dłonie, ani nawet na nastolatki w letnich sukienkach. Patrzę na cienie, materiały, faktury, kształty…hmmm.

    Uprzedzałam…

  2. kabaczek

    164…? Chyba ja nie wiem o co chodzi… Ale przyszli teściowie? Hmm, to brzmi interesująco :].

  3. Ja tam nie mam kłopotów z komentowaniem :)
    Zawsze pierwsza, a co!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s