Wake me up when September ends, vol. 2

Mijają dwa lata. Już za chwileczkę, za kilka dni, miną dwa lata odkąd przeżyłem najgorszy dzień mojego życia. Odkąd zostałem wywalony z Seminarium, z mojego Domu, z miejsca na świecie, w którym mogłem czuć się bezpieczny. I kochany. W którym byłem szczęśliwy. W którym miałem spędzić całe życie, choć po 6 latach dostałbym już przecież święcenia. Dwa lata. Chłopaki ode mnie z roku noszą już sutanny. Dwa lata odkąd wszedłem do bagienka po raz pierwszy. Z którego wyjście zajęło mi dwa lata.

Za dwa dni miną dwa lata od momentu napisania przeze mnie notki o tym samym tytule. Notki, która oznaczała wyjście z marazmu i powrót na drogę wiary. Prawda jest taka, że wówczas jeszcze w żadnym marazmie nie byłem. Że może poza Seminarium ciężej było utrzymać bliski kontakt z Bogiem, ale dopiero ta notka, mająca być czymś w rodzaju granicy, otworzyła drzwi do prawdziwej zmiany na gorsze.

A potem kilka chwil totalnego zwątpienia we wszystko, kilka tygodni uczucia, jakobym został wrzucony na głęboką wodę bez koła ratunkowego, kilka miesięcy zawieszenia w próżni, dwie naiwne nadzieje, że będę w stanie zbudować sobie z kimś szczęście, dwa lata niemal zawieszenia, odliczanego miesiącami w których na blogu pojawiały się co najwyżej dwie notki. A potem Ola. I Olśnienie.

Rozmawiałem ostatnio z Olą na gg i stwierdziłem, że okej, Olśnienie, fajna sprawa, tak, Ola była mi potrzebna żeby to Olśnienie się pojawiło, ale w zasadzie lepiej by było, gdyby to wszystko wyszło inaczej. Wolniej i spokojniej. I wtedy to uderzyło we mnie z ogromną mocą.

Nie dało się wolniej i spokojniej. Miałem 2 lata bagienka za sobą, oraz jedną obietnicę, że wszystko się zmieni na początku wakacji. Że na początku wakacji będę już zupełnie innym człowiekiem. I wszyscy jakoś czuliśmy, że początek wakacji oznacza 1 lipca. Dwa lata bagna, pół roku zatapiania się z własnej woli i z przyjemnością, dwa tygodnie przed terminem – wyciągnięcie ręki po pomoc. Którą całkowicie źle zinterpretowałem. Jak zazwyczaj do tej pory. Że jest ten człowiek, a w nim jest mnóstwo Boga, że on mi pomoże. Pokaże mi Boga. Błąd. Bo człowiek to człowiek, nawet, gdy ma w sobie tyle wyraźnego Boga, że aż promieniuje. A ja nie człowieka potrzebowałem, tylko Boga. I człowiek był narzędziem.

Więc jeszcze raz: wyciągnięcie ręki po pomoc na dwa tygodnie przed końcem czasów. I uchwycenie się tak mocno, że aż bolało. A ta osoba nie czuła się kompetentna. Bała się. I jeszcze, tak, to też było potrzebne, i za to również muszę Wam dziękować, komentarze przerażające tą osobę, tak, iż kompletnie przestała mi ufać. Że wysłała mnie do psychologa. I mój wstrząs. Zbliżający się ogromny atak histerii. Że przecież nie tak miało być. Że to była ostatnia nadzieja! Że wszystko się sypnęło. Że nie udało się.

I wtedy Bóg powiedział: Dość! Dość, głupcze! Nie rozumiesz planów! Nie rozumiesz o co chodzi! Dość!

I ja tam stałem, wiedząc, że żaden psycholog mi nie potrzebny, że ja mam rację. I zrozumiałem, że może i mam, ale nikt nie ma obowiązku wierzyć mi na słowo. Nikt oprócz Boga nie jest Bogiem. I nikt, oprócz Boga, nie musi mnie rozumieć. Stałem tam i cała histeria przeszła. Zacząłem się śmiać.

Mogło być delikatniej i łagodniej. Mogło. Gdybym zaczął działać wcześniej. Gdybym wcześniej zaczął się zastanawiać nad zmianą. Dwa lata. Albo i pół roku. Zacząłem się zastanawiać na dwa tygodnie przed końcem, a dla człowieka to stanowczo za krótko. Dla mnie. I dla niej przecież. Przede wszystkim dla niej.

Więc może i mogło być delikatniej i łagodniej. Ale już nie wtedy. Wtedy Bóg nie miał wyjścia w zasadzie. Zostały nam dwie godziny. Dwie godziny, i zamiast trwałej zmiany na lepsze, nadchodziło kolejne załamanie. Bóg nie mógł czekać dłużej. Musiał mi przyłożyć, żebym wypełnił obietnicę. Przywalił mi takim zastrzykiem radości, że zostałem posądzony o zmienne nastroje. Dwie godziny przed wyznaczonym terminem. Już nie było czasu na delikatniej i łagodniej. Było to, co być musiało.

Dwa lata siedzenia w bagienku, wyłączając trzy miesiące. Dziś jestem szczęśliwszy po stokroć niż wtedy, gdy byłem w Seminarium. Bo jest Ola? Tak, z pewnością to również jest duży powód. Ale gdyby Oli nie było? I tak byłbym najszczęśliwszy na świecie. Bo jest jeszcze Bóg. I Bóg sam wystarczy. Ostatnio mieliśmy jakąś rozmowę o uzależnieniu. Że mógłbym się uzależnić od mojej ukochanej. Nawet sam coś takiego mówiłem. Ale to raczej, z mojej strony, były żarty. Tak. Bo nie wyobrażam sobie możliwości uzależnienia się od niej. A gdyby coś przyszło jej do głowy i powiedziałaby, że się pomyliła, i że w zasadzie nie wie czy mnie kocha, a ja poczułbym się oszukany, odszedłbym. I byłoby mi łatwiej niż poprzednim razem. Tak naprawdę z każdym poprzednim razem jest coraz łatwiej. No i dziś jest jeszcze Bóg. Który nigdy mi nie powie, że mnie nie kocha.

Zaczyna się. Koniec września. Początek października. Studia. Marzenie. Teologia. I do tego jeszcze polonistyka. Kościół dwa kroki od uczelni. Więc prawdopodobnie codzienna msza święta. Jeśli nie przy uniwersytecie, to chociaż na osiedlu – tam też jest blisko. Modlitwa całym swoim życiem. Bóg na pierwszym miejscu, a dalej wszystko musi się ułożyć. Będzie trudniej niż trzy lata temu. Bo tym razem Judym jest z kobietą. I zamierza pozostać przy niej tak długo, jak długo oboje będą tego chcieli. Czyli, w zasadzie, ma nadzieję, że do końca życia. Ale będzie trudniej. Co nie znaczy – gorzej. Ja naprawdę czuję się dużo szczęśliwszy. Również dużo bardziej wystraszony. Bo nadchodząca zima jeszcze nigdy nie była takim problemem. Ale jest Bóg. Zawsze, nawet jeśli… Nawet jeśli będzie naprawdę ciężko.

I tak. Tak, nie jestem psychologiem. I można mi się śmiać w słuchawkę, że nie jestem psychologiem. I jestem dumny z tego, że nie jestem. Mnie samemu czasem naprawdę przydałby się psycholog. Ale wiem jedno. Wiem, że Bóg sam wystarczy. Wiara, nadzieja i miłość. Nic i nikt więcej nigdy nie był potrzebny. W jakiejkolwiek sytuacji i komukolwiek. Tylko trzeba chcieć. Naprawdę chcieć. Modlić się. Zawsze i wszędzie.

Nie jestem psychologiem. Jestem terrorystą. I będę walczył z zimą. I zima mnie nie pokona. Zima nas nie pokona. Nadal nie będę się rozstawał z różańcem. Ale teraz różaniec będzie tkwił także głęboko w moim sercu. A oprócz tego jest jeszcze kino. I basen. I łyżwy też tam na pewno są. I ja sam na nie chodzić nie będę. Obiecuję. Tak, moi drodzy, tak. Alleluja i do przodu. I nie poddam się.

Nie poddam się, dopóki będę potrzebny. Dopóki Bóg będzie chciał, bym był potrzebny.

I tylko musimy umieć nie przekraczać wyznaczonych granic. A w zasadzie nie nie przekraczać. Tylko nie przesuwać. Tak, jakoś ostatnio sobie uświadomiłem, że trudno jest przekroczyć granice. Bo potem jest dołek, zawiecha i wyrzuty sumienia. Dużo trudniej jest nie przesuwać granic. Tak, że cofam je, o kilka centymetrów. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy, okazuje się, że nie istnieją. Tak, to jest dużo trudniejsze. I wierzę, że z tym też damy sobie radę. Bo pamiętam bardzo dobrze, jak to oddala od Boga. Bo jak byłem z Gośką, Bóg został gdzieś, daleko z tyłu. Zastąpił go seks. Żadnego przesuwania granic!

„A na koniec, bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu – jak już postępujecie – stawajcie się coraz doskonalszymi! Wiecie przecież, jakie nakazy daliśmy wam przez Pana Jezusa. Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie: powstrzymywanie się od rozpusty, aby każdy umiał utrzymywać ciało własne w świętości i we czci, a nie w pożądliwej namiętności, jak to czynią nie znający Boga poganie. Niech nikt w tej sprawie nie wykracza i nie oszukuje brata swego, albowiem, jak wam to przedtem powiedzieliśmy, zapewniając uroczyście: Bóg jest mścicielem tego wszystkiego. Nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do świętości. A więc kto [to] odrzuca, nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który przecież daje wam swego Ducha Świętego.” (1 Tes 4, 1-8).

Musimy za to jak najszybciej przełamać sztuczne granice, które nie wiadomo dlaczego utworzyliśmy. Jest ich kilka. I z całą pewnością, mogę powiedzieć, one również oddalają nas od Boga. Czekam. I będę czekał. I wiem, że się doczekam. Różaniec mam zawsze przy sobie.

Minęły trzy miesiące odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dwa lata odkąd wszedłem do bagienka. Teraz będzie trudniej. I łatwiej zarazem. Trudniej, bo zaczynają się schodki. Bo idzie zima. Łatwiej, bo nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Nie czułem się taki kochany. I nie byłem tak bardzo blisko Boga. Blisko światła.

Pan dał mi trudne zadanie. Nam. Dał nam trudne zadanie. Ale nie zostawił nas z nim samych. Trzeba tylko chcieć wziąć w łapę ten różaniec. Nie jestem psychologiem. A jednak wiem, że to wystarczy. Wiara. Nadzieja. I Miłość.

Wyjeżdżam. Będę pisał trochę rzadziej. W zależności od dostępu do komputera. Do internetu. Nadrobicie zaległości w czytaniu notek :). Będę też czasem otwierał skrzynkę mailową. Więc, jeśli ktoś coś, to ja jestem. O tutaj:

artdico@poczta.onet.pl

„To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie – odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko z powrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!”

Reklamy
Categories: O mnie | 4 Komentarze

Zobacz wpisy

4 thoughts on “Wake me up when September ends, vol. 2

  1. To autentyczny cud, że przeczytałam to wszystko i nie poddałam się w połowie. Chciałam się zapytać o coś czego nie wiem, a co mnie nurtuje, jeśli mogę, oczywiście… Dlaczego wyrzucili Cię z seminarium, za co? Nie musisz odpowiadać, przecież to Twoja sprawa. Nie każdy lubi wracać do rzeczy, które są dla niego przykre, ale czy nie powinniśmy z błędów czerpać nauki na przyszłość- czy nie o to Ci chodzi? Nie zawsze się z Tobą zgadzam, ale wierzę, że Bóg ma dla nas wszystkich plan i choćby nie wiem co, jest przy nas. Bądźmy jak najbliżej Światła.

  2. xyz

    „…dwa lata niemal zawieszenia, odliczanego miesiącami w których na blogu pojawiały się co najwyżej dwie notki….” naprawde czestotliwosc pojawiania sie notek na blogu az tak dobrze odzwierciedla poziom twojego zycia i stanu emocjonalnego?

  3. *+Służebnica+*

    Pamiętam w modlitwie…

  4. Paweł po przemianie stal sie wiekszym przestepca niz byl przed. (niech to zostanie miedzy nami). Co do seksu. ” A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo” jesli Jezus promawał wstrzemięźliwośc, to ja nawracam sie na katolicyzm. A co do Różańca :Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (7) Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. (8) Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.” a co do dyskrecji, to jak zwykle…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s