Daily Archives: 15 listopada 2007

Love actually

Wolność nie jest swobodą ani sielanką. Wolność jest wówczas wolnością, gdy umieścimy ją w ramach Bożych przykazań. Boże przykazania zaś nie są dla naszej wolności ograniczeniami. Prawda jest taka, że ramy Bożych przykazań są wyraźną granicą między wolnością, a zniewoleniem. Między radością i szczęściem, a uzależnieniem. „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.” (1 Kor 6, 12).

Bóg tak nas ukochał, że pozbawił się dobrowolnie części swej wszechmocy, by dać nam wolność. Ukochał nas jeszcze bardziej, dodając do tej wolności to wszystko, co mówi nam, jak daleko możemy się posunąć, by wolności nie utracić. Tak więc jest wolność i łaska – ta wieczna (jak dekalog) i ta codzienna, osobista.

Wolność łączy się z decyzyjnością i z dojrzałością. Człowiek podejmuje wybory zgodnie z własnym sumieniem. Te wybory nie muszą być mądre i korzystne: o ich korzystności dla nas i dla innych świadczy nasza dojrzałość. A może odwrotnie: o dojrzałości świadczy dorosłość, mądrość naszych wyborów.

Są wybory mniej ważne. Jak choćby to, że pójdę na studia tu czy tam. Te wybory można weryfikować, zmieniać, można podejmować również wybory odwrotne. Trafiam na studia do Łodzi, ale okazuje się, że to nie jest to, o czym myślałem. I mogę z tego zrezygnować, zmienić plany. Z zastrzeżeniem, że nie pozostanie to bez wpływu na moje dalsze życie.

Są wybory ważniejsze. Jak to, że chcę wziąć ślub. Z tych wyborów też można się wycofać. Tylko wówczas zastrzeżenie też jest poważniejsze.

Są jednak wybory sakramentalne. Decyzje życiowe. Kiedy już zawrzemy małżeństwo. Kiedy już przyjmiemy święcenia. Kiedy już się ochrzcimy. Nie da się tego cofnąć. Nie da się, z jakimkolwiek zastrzeżeniem, stwierdzić, że wycofuję się z takiej podjętej decyzji. Nie da się powiedzieć już po święceniach, że ja jednak nie chcę być księdzem. Wtedy możesz sobie chcieć albo i nie. Ale odwrotu nie ma. Dlaczego? Bo decyzje sakramentalne są najdojrzalszymi, najmądrzejszymi decyzjami, świadczącymi o tym, że jesteśmy ludźmi dorosłymi. I z tej dorosłości zdajemy relację wobec siebie, wobec innych, z tej dorosłości zdają relację o nas nasze decyzje. Kościół nie zezwala na rozwody – bo szanuje mądrość i dojrzałość naszych decyzji.

A do sakramentalnych decyzji nie zaliczam jedynie tego, co wiąże się z sakramentami bezpośrednio. I myślę, że można się z tym zgodzić ogólnie. Rzeczy w stylu KWC również traktuję jako decyzję sakramentalną, mądrą i dojrzałą. Złamanie takiej decyzji (bo absolutnie nie da się z niej wycofać) świadczy przeciw nam, a za to za naszą dziecięcością, i to nie tą, którą pochwalał Chrystus.

A jak mówił św. Augustyn – najdoskonalszym aktem woli, a więc najdoskonalszą decyzją, jest miłość.

Tak więc miłość, jako najdoskonalsza decyzja, jest najbardziej na świecie nieodwołalna.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wybieramy studia, jedziemy do Krakowa. Siedzimy w tym Krakowie 2 tygodnie i nam się nie podoba. Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie idę na studia do Krakowa? Nie możemy! Dlaczego? Bo już za późno. Bo już poszliśmy. Możemy jedynie powiedzieć, że jednak nie zostajemy na studiach w Krakowie, bo nam się nie podoba.

Jesteśmy małżeństwem, na ten przykład. No i żona się nuuuudzi! Czy możemy powiedzieć: Nie, ja jednak nie chcę się z tobą żenić, nie chcę być twoim mężem? Nie możemy! Bo już podjęliśmy decyzję i zostaliśmy związani sakramentalną wstęgą. Możemy najwyżej powiedzieć, że nie chcę z tobą mieszkać, że nie chcę cię widzieć na oczy, że odchodzę. To oczywiście oznacza brak dojrzałości, ale nie oznacza rezygnacji z decyzji. W najgorszym wypadku oznacza ekskomunikę – na własną odpowiedzialność.

Miłość, co może dziwić, bo wydaje się być tak nieuchwytna i jakaś transcendentna, jest tak naprawdę ponad tym wszystkim. Jest decyzją przewyższającą wszelkie decyzje. I jeśli podjęło się decyzję, że kocham, nie możemy z niej zrezygnować najbardziej ze wszystkich decyzji. Bo w zasadzie nie da się z niej zrezygnować. Wiemy, że pisał o tym m.in. św. Paweł: „Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.” (1 Kor 13, 8)

Nie można powiedzieć, że się kochało, bo się podjęło taką decyzję, ale się już nie kocha, bo się podjęło decyzję inną. Spróbujmy spojrzeć na to czysto utylitarnie. Byłeś z dziewczyną ileśtam lat. Mówiłeś, że ją kochasz. Potem powiedziałeś, że już nie kochasz. Zabiłeś w niej wszystko, całe poczucie bezpieczeństwa, wiarę w dojrzałość. Idziesz do drugiej, która zna Twoją historię. Wyżalasz się, a potem mówisz, że kochasz. Jakie podstawy ma ta osoba, by Ci uwierzyć? By zaufać, że po tych iluśtam latach nie powiedz, że już jej nie kochasz?

Dużo prościej i użyteczniej jest powiedzieć, że nie kochałeś tak naprawdę nigdy. Że tak naprawdę Ci się zdawało. Albo się pomyliłeś. Wtedy łatwiej Ci uwierzyć, że masz rację, że tym razem mówisz prawdę i Ci się nie zdaje. Sprzeciw!

Jesteś w tym Krakowie na tych studiach. I teraz – nie wiesz… Czego nie wiesz? Nie wiesz czy zdecydowałeś się studiować w Krakowie czy nie… Hmmm… Cóż. Siedzisz w ławce na UJ, notujesz jakieś tam rzeczy, i zastanawiasz się nad swoją niewiedzą – czy rzeczywiście zdecydowałem się by przyjechać do Krakowa? Czy to, gdzie siedzę, to aula Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy nie?

Idźmy dalej. Byłeś w Krakowie. Jedziesz do Łodzi na przykład. Spotykasz ludzi. Rozmawiasz z nimi. I co im mówisz? Nie no, co ty! Nigdy nie studiowałem w Krakowie! Jak to? Masz świadków, że niby owszem? Nie, teraz dopiero studiuję.

Podkreślam, że za przykład podaję decyzję mało ważną. Miłość jest ze wszystkich najważniejsza. I wszystkie te przykłady odnoszą się do niej najbardziej.

A więc możesz w zasadzie powiedzieć, że nigdy nie kochałeś. Oraz, że nie wiesz, czy kochasz, czy nie. Pierwsza rzecz świadczy o tym, że kłamałeś, oszukiwałeś, tak, że nigdy nie podjąłeś decyzji, choć zawsze twierdziłeś, że podjąłeś. Druga rzecz świadczy o rozdwojeniu jaźni. Totalnym braku dojrzałości. Albo – w najmniej drastycznym przypadku – o nieprawdziwej definicji miłości.

Bo miłość można sobie próbować utożsamić z zakochaniem. Z uczuciami. I motylkami w brzuchu, wiecie jak to jest. Możemy mówić, że miłość przemija. Tylko to świadczy o tym, że próbujemy iść na łatwiznę. A na łatwiznę z miłością, jako i z Bogiem, jako i z wolnością, iść się nie da.

I dalej – ktoś jeszcze może powiedzieć, kochamy się, ale nie możemy się dogadać. W jakich kwestiach? Nigdy się nie dogadacie we wszystkich błahostkach. Jeśli chodzi o podstawy, o wartości, o priorytety – prawda jest taka, że jeśli się naprawdę kochacie, jeśli jesteście dla siebie najważniejsi po Bogu, to ze wszystkim się jakoś domówicie. A jak nie? No weź, przestań! Wyłącz wreszcie swój egoizm!

Miłość jest decyzją najwyższą, nieodwracalną, nie można nie wiedzieć czy się kocha i można powiedzieć, że jednak się nie kochało, z założeniem, że jest się tym samym najstraszniejszym kłamcą na świecie.

Nie można natomiast budować związku na innym fundamencie niż dana nam od Boga i zgodnie z naszą wolą postanowiona miłość. I owszem, możesz żyć jakiś czas w związku, w którym nic nie budujesz. I to jest jeszcze możliwe do przeżycia. Do przetrzymania. Możesz jakiś czas żyć w związku, w którym kocha tylko jedna osoba. Z założeniem, że ta druga stara się prawdziwie pokochać. I że nadejdzie wreszcie ten moment, w którym pokocha i będą mogli zacząć coś razem budować.

Nie można za to żyć w związku opartym od początku na kłamstwie. Bo nie mówię o jednym małym kłamstwie. Czy, powiedzmy, o zdradzie. Miłość ludzka nie jest doskonała. I czasem się o niej zapomina. To jest jak uderzenie młotem w budynek, który stoi na twardym fundamencie. Będzie ciężko naprawić szkodę. Ale w końcu się uda zaleczyć rany. Mówię o kłamstwie, które trwa od początku. O tym, że mówisz „kocham” kiedy tak naprawdę nie kochasz. I wtedy druga osoba, która postanowiła pokochać naprawdę, myśli, że coś budujecie. Tym czasem stawiacie dom na piasku – a Ty do tego nawet nie mówisz swemu partnerowi, że nie położyłeś fundamentów.

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty kochasz mnie, mamy jakieś 99% szans na zbudowanie szczęśliwego małżeństwa i spędzenie razem cudownego życia. Bo gdy kochamy, potrafimy odnaleźć spokój, potrafimy się zaangażować, zmobilizować i poustawiać swój system wartości tak, jak ustawiony być powinien. Bardzo ważne jest jednak właśnie to, że najpierw musimy kochać. Nic nie zbudujemy, jeśli miłości nie postawimy na pierwszym miejscu w hierarchii naszej wartości (a Bóg jest miłością, tak dla przypomnienia).

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty mnie nie, mogę poczekać i dać Ci szansę, a potem, jak już pokochasz, zaczniemy razem budować.

Jeśli ja kocham Ciebie, a Ty twierdzisz, że kochasz mnie, ale potem okazuje się, że jednak nie wiesz, albo że Ci się zdawało, albo że już nie kochasz, oznacza, że nie kochałeś od początku. To znaczy, że oszukiwałeś od początku. To znaczy, że nie umiesz podejmować decyzji dojrzałych, to znaczy, że jeśli w ogóle chcesz coś na czymś budować, to właśnie na kłamstwie i niedojrzałości, bylebym tylko ja się nie skapował.

I takiego związku, między osobą dorosłą (w pewnym sensie), a dzieckiem, nie da się budować. Nie da się budować na czymś, co od początku było iluzją.

I owszem, podejmuję decyzję już na początku. Tam, gdzie się nie zdarzyło – raniłem i niszczyłem ludzi (przepraszam Sylwię, jeśli nadal czyta, i Kasię, która nie czyta). I podejmuję ją z wszelkimi konsekwencjami. I z założeniem, że sam nic nie zbuduję. A uwierzcie, tu, na ziemi, nie mam całej wieczności na czekanie, aż ktoś, kogo pokochałem, przestanie być dzieckiem, a stanie się dorosłym. A już z całą pewnością nie zamierzam marnować czasu dla ludzi, którzy kłamią w żywe oczy, ale nawet nie przyznają się do tego przed samymi sobą. I Wam też tego nie polecam…

Oczywiście można jeszcze mylić się co do istoty miłości. Można twierdzić, że to uczucie, że to tęsknota, że to… No cóż. W tej sytuacji choćbym kochał najmocniej na świecie, i tak nic nie osiągnę. Sam niczego nie zbuduję, choćbym bardzo pragnął.

Miłość nie zobowiązuje mnie do męki. Do czekania w nieskończoność na coś, co może nigdy nie nastąpić. Miłość zobowiązuje mnie do budowania. Do marszu naprzód, nie zaś cofania się. Miłość nie jest tragedią, która mnie spotkała na mojej drodze, a do której muszę się dostosować. Miłość jest decyzją. Na której mogę zbudować wszystko, jeśli znajdę kogoś, kto nie chce budować na kłamstwie. I tak, jak bita przez męża żona nie ma obowiązku mieszkać z nim pod jednym dachem, tak ktoś kto nie jest kochany nie ma obowiązku tracić życia dla tej osoby. Czemu, w takim razie, jako jeszcze nie małżonek mogę odejść, a jako małżonek już nie? Bo decyzja małżeńska składa się z czterech części: miłości, wierności, uczciwości i tego, że nie opuszczę aż do śmierci. Taka decyzja. Nawet, jeśli nie jestem w małżeństwie kochany, to zdecydowałem o wierności i nie opuszczeniu. Kiedy postanawiam o miłości tylko, nic nie każe mi żyć całe życie przy kimś, kto mnie okłamuje, nie kocha, czy daje mi kosza. Przy kimś, kto w zasadzie wcale nie chce żyć przy mnie na zasadach zgodnych z miłością. I to wcale nie znaczy, że nigdy nie kochałem. I że nadal nie kocham. Tylko do tanga jednak trzeba dwojga…

Dziękuję osobom, które jednak umieją kochać…

Pod koniec w swej łaskawości zapraszam do dyskusji zarówno tu, jak i jeszcze pod poprzednią notką.

No i na samiutki koniec dziękuję serdecznie Wesołemu Siewcy Pesymizmu. Za wszystko co uczynił. Tak, żeby nie myślał, że nie umie przewidywać przyszłości.

Categories: Bóg i miłość | 2 Komentarze