Ciężkie czasy

Mamy datę. 13 września 2008 roku. Trochę ponad dziewięć miesięcy. Wszystko staje się coraz bardziej realne. Wszystko zaczyna się coraz bardziej układać. Coraz dokładniej widzimy, o co w tym wszystkim chodzi.

Michalinie należą się przeprosiny. Bo Michalina w dużym stopniu ma rację. Jeśli chodzi o mieszkanie ze sobą przed ślubem. Niestety, a może na szczęście, nie oznacza to, że zacząłem się zgadzać z księdzem Malińskim. Nie, nadal uważam, że Malina racji nie ma. Malina nie trafił w problem. To znaczy trafił – ale nie w jego sedno.

Michalina, przepraszam, że nie zgadzałem się z Tobą. Masz rację. Szkoda, że w swym wytłumaczeniu problemu w zasadzie ograniczyłaś się do polecenia ks. Malińskiego. A nie podjęłaś się interpretacji.

Jeszcze raz przypomnę jakie dwa problemy wymienia Maliński. Problem pierwszy to to, że dwie osoby mieszkają ze sobą i żyją jak małżeństwo, ale w zasadzie nie czują się jakby byli małżeństwem, co wywołuje u nich schizofrenię. Problem drugi polega na tym, co wiąże się z męską buraczaną potrzebą seksu. To, że mężczyzna leżąc tak blisko kobiety (dodam: kobiecego ciała) podnieca się i nie ma jak tego podniecenia wyładować, bo nie są małżeństwem.

Po odsłuchaniu Maliny doszedłem do wniosku, że problem kogoś, kto postanowił kochać, nie dotyczy. Bo po pierwsze nie podnieca się leżąc przy swojej narzeczonej, bo nie traktuje jej jako przedmiotu, na którym mógłby wyładować swoje napięcie, które zresztą ładuje się samą obecnością tego przedmiotu. Traktuje ją jak najbliższą sobie na świecie osobę, jak kogoś, komu oddałby wszystko, jak kogoś, komu należy się cześć. Kogoś, kogo kocha jak nikogo. Po drugie zaś nie ma problemu ze schizofrenią, bo od początku ewentualnego wspólnego mieszkania, a może nawet od momentu podjęcia nienaruszalnej decyzji pokochania żyją i traktują się jak mąż i żona. Czują się jakby byli małżeństwem. I marzą o tym, by wreszcie tym małżeństwem zostać.

Jak już wspomniałem, Malina nie trafił w sedno problemu. Brał pod uwagę sytuacje w których dwie osoby mieszkają ze sobą traktując się jak osobne jednostki, ja jestem ja, ty jesteś ty. Nie mówił nic o tych, którzy niczego tak nie pragną, jak tego, by być jednym, by stać się wspólnotą. On o tym nie mówił, a my sądziliśmy, że problem nie istnieje, bo właśnie tak mamy. A sedno problemu tkwi tutaj dokładnie.

W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Do mieszkania ze sobą. Do gotowania sobie obiadów. Do chodzenia rano po pieczywo. Do odrywania się od swoich przyzwyczajeń i nałogów po to, by mieć więcej dla siebie czasu. Do wspólnego chodzenia do kościoła i do modlitwy. Do porannego mierzenia temperatury. Do wspólnego kupowania ciuchów. Do zrozumienia, że przyjaciele, rodzice, rodzeństwo i cały ten kram nie może być dla nas nigdy ważniejszy niż my dla siebie nawzajem. Do tego, że jesteśmy dla siebie najpiękniejsi na świecie, bo jesteśmy swoi i kochamy się, po prostu. Do wszystkiego tego, co mogę nazwać przyzwyczajeniem i rutyną. Tą totalnie najpiękniejszą rutyną, która z dnia na dzień jest coraz piękniejsza. Którą z dnia na dzień celebrujemy – to ciekawe, doszliśmy do tego niedawno – coraz pełniej. I owszem możecie pomyśleć, że to wszystko to zakochanie i jak już przejdzie, to będzie dopiero koszmar prawdziwy. No dobra, jest zakochanie. Są tacy, którzy mają to do siebie, że im bardziej kochają i im bardziej są kochani, tym piękniej się zakochują. Może nazwę to raczej zachwytem. Zachwyt jest związany z zakochaniem. Tylko trochę bardziej zależy od woli.

Wróćmy do tematu. Powoli dorasta się do tego wszystkiego. Kwestia seksualności może pozostać jakby obok. Śmialiśmy się, że problemy nas nie dotyczą (rzeczywiście – nie dotyczyły), bo traktujemy się jak osoby, i to sobie najbliższe. Mogliśmy też mówić, że seks jest oczywiście dobry, ale w małżeństwie i że mamy ku sobie pociąg (tak, ten, który nazywamy seksualnym tudzież cielesnym), ale jesteśmy wolni i skoro nie chcemy, to nie chcemy i nie musimy, bo to nie działa tak, że woda się musi zagotować, fizyki pan nie oszukasz. Tymczasem podświadomie seks jawił się nam jako coś złego. Różne przejścia na tym tle. Moje i Oli. Ale nie tylko przejścia. Także to, czego nie nazwę wstydliwością, ale raczej to, co nazwę tabu. Coś o czym się nie mówi. Coś, co jest tylko moje. I owszem, seks jawił nam się jako coś w tym stylu:

„No. Mój mąż jest cudowny. Wspaniały wręcz. Taki miły i kochany. Kupuje mi kwiaty. W mieszkaniu posprząta. Pieniążki przyniesie. A jakie ma cudowne zainteresowania! No wspaniały człowiek. Tylko czasem wieczorem przychodzi, kładzie się na mnie, robi co ma zrobić i idzie spać. Nie, w ogóle o tym nie rozmawiamy. To jest do przeżycia. Trochę boli czasami…”

Zgadza się. Oboje w pewnym sensie mieliśmy właśnie takie wyobrażenie. I ja mówiłem o zjednoczeniu, o wspólnocie, o „dwoje jednym ciałem” i takie inne. A podświadomie czułem, że nie będę dość dobry. Mówiłem, że miłość wystarczy. Ale bardzo się bałem, że nie wystarczy. I przez to śmialiśmy się z problemów przytoczonych przez Malinę, a nadal wydają się nam niesłuszne, ale nie widzieliśmy sedna problemu. Sedno problemu musieliśmy odkryć sami.

Sedno problemu polega na tym, że seks nie jest czymś oddzielonym od reszty życia. Nie jest czymś ponad, albo obok. Nie jest czymś cudownym i niesamowitym, wielką egzaltacją i ekstazą, wobec tego wszystkiego, co pozostaje poza nim. Jest wypełnieniem, owszem. Jest najwyższym stadium zjednoczenia małżeńskiego i wspólnoty. Ale nie jest czymś ponadnaturalnym. Czymś wyjątkowym. Czymś, co sprawia nagle, że życie małżeńskie dopiero teraz jest życiem małżeńskim. Jest czymś najzupełniej normalnym. Czymś, do czego dojrzałe małżeństwo dąży w tym samym stopniu jak do chodzenia razem na zakupy czy wspólnego jedzenia posiłków. I owszem, seks należy celebrować. Tak samo – co już przecież zaznaczyłem – jak każdy inny element życia małżeńskiego. Wspólnego życia ze sobą, we dwoje. Wtedy seks przestaje być czymś, czego się podświadomie boimy. Bo staje się zwyczajną sprawą. Czymś, do czego małżeństwo dojrzałe dąży w bardzo naturalny sposób. Staje się czymś, co nazywamy nie tyle zjednoczeniem, co ostatecznym i najwyższym stadium zjednoczenia.

W różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. I sądzę, że to działa podobnie we wszystkich przypadkach. Jeśli ludzie nie traktują narzeczeństwa tak, jak powinno się je traktować, czyli jako dorastania do małżeństwa, czyli do wspólnoty, muszą do tego wszystkiego dorastać tak samo będąc już małżeństwem. Na samym końcu dorasta się do seksu. Bo seks jest ostatnim, najwyższym etapem. I śmiem twierdzić, że jeśli bierzemy ślub nie próbując dorosnąć do tego wszystkiego przed nim, musimy dorosnąć po nim. I dorośniemy do wspólnych zakupów. I do gotowania obiadu pewnie też. Nie sądzę, by za łatwo przyszło nam dorosnąć do odcinania pępowiny. Od rodziców czy przyjaciół. Do rozmawiania o wszystkim ze współmałżonkiem, a nie z najlepszym przyjacielem. A jestem niemal pewien, że nie dorośniemy do seksu. Dlaczego? Z prostych przyczyn: bo zaczniemy go uprawiać zanim do niego dorośniemy. Zaczniemy go uprawiać w noc poślubną, zanim zdążymy dorosnąć do czegokolwiek co jest związane z życiem małżeńskim. Tak. Dziś stwierdzę coś bardzo dziwnego i macie pełne prawo do tego, by się ze mną nie zgodzić. Nie polecam uprawiania seksu w noc poślubną, jeśli w narzeczeństwie nie włożyliśmy całej swojej woli i całej miłości, i ogromu pracy w to, by dorosnąć do wszystkiego, co z małżeństwem związane, na końcu dorastając do seksu.

Tak, pewnie dlatego twierdzi się, że zjednoczenie seksualne zaczyna być prawdziwie piękne po 10 latach małżeństwa. Bo po narobieniu sobie nawzajem traum w noc poślubną potrzebujemy 10 lat by dorosnąć do seksu…

Jak już mówiłem, w różnych kwestiach do wspólnego życia dorasta się w różnym czasie. Godziny rozmów. Czekania na siebie. Doceniania i pracy. Na końcu dorasta się do seksu.

I tak, jeszcze raz podkreślę, Michalina ma rację. Bo przez to, że ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, jestem pewien, że dorastają do tego za wcześnie. Bo stają się jak małżeństwo zanim stają się małżeństwem. I oczywiście twierdzę, że większość tego, co dzieje się w ludzkim życiu, jest zależne od naszej woli. Czyli od nas samych. I to, czy współżyjemy przed ślubem nie zależy od naszej natury, od uwarunkowań społecznych, genetycznych, hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Zależy od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie – czy na to przyzwalamy, bo nie możemy wytrzymać. Tylko od tego, czy tego chcemy.

Dopóki nie jest się dojrzałym do seksu, można śmiać się z argumentów przyrodniczo wodogotujących, bo jest się wolnym i decyduje się samemu za siebie. I zwyczajnie można nie chcieć uprawiać seksu, bo się do niego nie dorosło. Potem może się zacząć chcieć…

Do niczego nie doszło. Podjęliśmy decyzję. Wcześniej chcieliśmy doczekać do ślubu, bo w ogóle nam się nie spieszyło. Dziś wiemy, że gdybyśmy sobie pozwolili na dopełnienie przed złożeniem sobie przysięgi, żałowalibyśmy tego bardzo. Pewnie do końca życia. I dlatego postanowiliśmy, że tak, poczekamy z tym do dnia, w którym po raz pierwszy powiemy sobie „mężu”, „żono”. Pamiętamy, że jest to moment, w którym sami się połączymy, a Bóg to pobłogosławi. I tylko, niestety, trochę bardziej jawi nam się to jako bezsensowne czekanie. Jako czekanie na papierek. Bo do sakramentu dojrzali jesteśmy już dzisiaj. Owszem, nie sądzę, by w pełni. Ale wystarczająco bardzo. Tylko wszelkie uwarunkowania zewnętrzne sprawiają, że musimy jeszcze bezsensownie czekać.

I tylko wiem teraz, że jeśli naprawdę dotrwamy, jeśli w noc poślubną zbliżymy się do siebie w pełni radości, to będziemy z siebie bardzo dumni. Że daliśmy radę. Teraz, kiedy już nie mogę powiedzieć, że problemu nie ma. Tylko dlatego, że faktycznie problemu nie ma, a jest tylko głupie czekanie. Bo kto wytrwa do końca…

Categories: Duchowość i moralność | 9 Komentarzy

Zobacz wpisy

9 thoughts on “Ciężkie czasy

  1. Magdalena

    Głupie czekanie… Hmm, dziewięć miesięcy czekania to nie jest dużo… Może ja Ciebie nie rozumiem, może Ty mnie też nie zrozumiesz. Na mój ślub czekam ponad cztery lata i poczekam jeszcze półtora. Tak się czasami życie układa… Studia w innych miastach , chęć pokazania dojrzałości do wspólnego życia i zaprzeczeniu zachciance. Bo chociaż tyle jesteśmy winni rodzicom. Też czekamy na tą noc poślubną, choć to się dzisiaj wydaje niepojęte. A tu choć wiele by się chciało od razu trzeba się codziennie uczyć cierpliwości. Twoje czekanie nie będzie długie, może więc nie trzeba na nie narzekać…

  2. Expugnis

    Ze tak powiem… czlowiek tym rozni sie od zwierzecia ze zawsze potrafi powiedziec „nie”. Masz mozg? Zdajesz sobie sprawe z tego jak go wykorzystywac? To wykorzystaj go jak chcesz, jak uwazasz za sluszne…

    A co do notki w ogole: „Leżę obok niej, pała mi furkocze jak ruski wentylator, a ja nic. Jak po ślubie to po ślubie” Testosteron. Fistach

  3. Maggie B.

    Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, ale między wierszami wyczytałam coś, co mnie bardzo zaskoczyło…

    I Ty mnie, Mateuszu, bardzo zaskakujesz… I mam nadzieję, że z tego zaskoczenia nic złego nie wyniknie…

    Napiszę tyle: nie bardzo sobie wyobrażam wzięcie ślubu z kimś, kto nie jest moim przyjacielem, to raz, a z kim wcześniej nie pomieszkam, dwa.

    Bo skoro miałabym zamiar wziąć ślub, to z pełną przygniatającą świadomością, że to decyzja na całe życie, pierwsza i jedna z niewielu… Taka, która będzie miała wpływ na życie, też całe, kogoś innego. Ze świadomością tego, że mnóstwo razy będę musiała znosić czyjeś gorsze dni albo się pokłócę, albo wolę nie myśleć co, ale podjęłam decyzję.
    Nie wyobrażam sobie, żebym w tym momencie nie była „dorośnięta” do gadania z tą osobą o wszystkim tak, jak z przyjacielem, do rozwiązywania problemów razem z nią, do wspierania jej w jej trudnych chwilach, chociaż ja będę mieć akurat milion zajęć i nie wiedziała o niej całego mnóstwa rzeczy. I „przyjaciel” to jest kluczowe słowo, bo mój małżonek to będzie przyjaciel na całe życie.

    Nie wyobrażam sobie braku mieszkania przed ślubem razem, bo (jak powiedział kolega kiedyś, i to słusznie), może się nagle i niespodziewanie okazać, że komuś przeszkadza zostawiona podniesiona deska klozetowa albo nagle się okazuje, że skarpetki się brudzą, a same nie piorą, albo co tam jeszcze. No po prostu nie jest tak fajnie jak wtedy, kiedy chodziło się razem na randki i do kina.

    No i: nie sądzę, żeby z seksem w małżeństwie, które do małżeństwa dorosło, były jakieś problemy. Ani też, żeby był jakiś problem z powstrzymaniem się aż do ślubu. Ani też, że to koniecznie noc poślubna miała być tym, na co się czeka przez x czasu. Odniosłam wrażenie, że właśnie z tego (nie jedynego, ale coraz bardziej znaczącego) powodu czekasz na ślub, i jakbyś dni odliczał… Jeśli postanowiliśmy, że przed ślubem nie, to się tego trzymamy. Bo wprawdzie tylko krowa nie zmienia poglądów, ale jakieś stałe w życiu muszą być. I koniec, nie ma gadania rozdrabniania się na kawałki.
    A co do dorastania do seksu: wcale nie trzeba skonsumować małżeństwa w noc poślubną, można przecież rok później albo jeszcze w jakimś innym dowolnym terminie. No a nauczyć się całokształtu i tak trzeba będzie, co jest chyba naturalną koleją rzeczy w życiu, niekoniecznie z perspektywą lat dziesięciu. Jeśli się ma o tej sferze wyobrażenia zbiegające do obrazu z romantycznych filmach, to dojrzałe one nie są… I nad innymi dziedzinami codziennej obecnej i przewidywanej przyszłej egzystencji się zastanowić. Co nie znaczy oczywiście, że nie można do takiego stanu rzeczy dążyć (z jednoczesną bolesną świadomością, że nic w życiu nie jest tak, jak w filmach, a jednocześnie życie ma dużo bardziej interesujący scenariusz niż najlepszy film).

    Aha, jeszcze jedna sprawa: uważam, że małżeństwo zawierać się powinno wtedy, kiedy rysują się już w miarę pewne perspektywy na przyszłość – takie, że będziemy mieli za co się utrzymać – sami, bez pomocy rodziców. Znaczy mniej więcej: mamy dyplom w ręku i mamy jakąś pracę, z której da się wyżyć. A przynajmniej to drugie z perspektywą pierwszego. Co naprawdę nie jest awykonalne. Odkąd czasy, w których brało się szybciej ślub, bo był potrzebny przydział mieszkaniowy, bezpowrotnie minęły, 2-3 lata nie robią naprawdę aż tak ogromnej różnicy…

    Pewno czegoś jeszcze zapomniałam, ale co tam, się dopisze…

  4. Drogie Magdaleny! :)

    Mogę powiedzieć, że obie pisząc, przedstawiacie podobny problem.

    Magdaleno pierwsza. Nie twierdzę, że Cię nie rozumiem. Różnica między Twoim czekaniem, a naszym czekaniem polega na tym chyba właśnie, że Ty studiujesz w innym mieście niż Twój mężczyzna i z dużym prawdopodobieństwem widujecie się dość rzadko. Osobiście będąc z kimś na serio nie zgodziłbym się na studiowanie w innych miastach. Nie z braku zaufania. Raczej z tęsknoty. My mieszkamy razem. A to ogromna różnica.

    Chęć zaprzeczenia zachciance i ukazania dojrzałości do dorosłego życia… Komu chcecie pokazać, że Wasze plany nie są zachcianką? Rodzicom czy sobie? I czy naprawdę potrzeba do tego aż tak dużo czasu? I czy rzeczywiście nie łatwiej byłoby dojrzewać do wspólnego życia spotykając się trochę częściej?

    Maggie B. Piszesz bardzo ciekawie i bardzo… teoretycznie :). Michalina również pisze teoretycznie – i Michalina trafia bliżej prawdy. Dlatego, że do niedawna również ja pisałem teoretycznie. I twierdziłem, że można ze sobą mieszkać i nie mieć problemów z czekaniem jednocześnie. W praktyce naprawdę nie okazuje się to być aż tak łatwe.

    W sprawie przyjaźni ze swoją najbliższą osobą całkowicie się z Tobą zgadzam. I życzę każdemu, by do tego dorósł. W sprawie mieszkania przed ślubem mam diametralnie odmienne zdanie.

    Nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem mieszkania ze sobą przed ślubem i nikogo nie chcę i nie będę namawiał w tą czy w tą stronę. To, co Ty proponujesz, jest takim mieszkaniem ze sobą żeby się sprawdzić. Żeby zobaczyć, czy będzie, czy nie będzie tak słodko, jak wtedy, kiedy się chodziło ze sobą na randki. Mogę Ci zagwarantować – kiedy podchodzisz do tego w ten sposób – na pewno nie będzie tak słodko. Ja podchodzę do mieszkania ze sobą przed ślubem inaczej. Niczego nie muszę sprawdzać. Nic nikomu nie muszę udowadniać. Kocham i jestem kochany. I bez względu na wszystko chcę z tą osobą spędzić całe życie. Bez względu na to, czy przeszkadza jej podniesiona deska, czy że nie lubi prać skarpetek. I czy to się okaże przed, czy po ślubie, nie ma już większego znaczenia. Jeśli jest miłość. Jeśli jest to, o czym już wspomnieliśmy, czyli przyjaźń. Czyli rozmawianie ze sobą o wszystkim. Ja od zawsze najbardziej marzyłem nie o tym, by chodzić na randki i kupować prezenty i patrzeć na drugą osobę jak na księżniczkę. Marzyłem o tym, by ta księżniczka była kimś najbliższym, z kim przyjdzie mi spędzić całe życie i komu przyjdzie mi chrapać do ucha, i przypalać obiad. I śmiać się z tego. I w wolnych chwilach chodzić na randki i kupować prezenty. I w tej, jedynie w tej sytuacji, popieram mieszkanie ze sobą przed ślubem. Nie po to, by się sprawdzić i dograć. Tylko dlatego, że bez względu na wszystko i tak będziecie razem. Nie ważne co się stanie.

    Co zaś się tyczy tematu notki. Myślę, że nie wiesz, naprawdę nie wiesz o czym mówisz, mówiąc, że 2-3 lata mieszkania ze sobą przed ślubem bez wypełnienia nie sprawia różnicy. Dlaczego? Bo ja też tak właśnie myślałem… Czy czekam tylko na to? Nie. Na to w dużej mierze również, bo jest to naturalna kolej rzeczy. I odliczam dni. Jeszcze tylko 288…

  5. A, i jeszcze jedno. W sprawie pracy i dyplomu. Już kilka notek było o ślubie, jako o tym, o czym jest w rzeczywistości. Czyli nie o traktacie handlowym, lecz o poświęceniu, oddaniu i zjednoczeniu. I dlatego nie polecam nikomu (choć mówię: JA nie polecam) czekania do ukończenia studiów i dorobienia się. Jeśli rzeczywiście się kochamy i chcemy spędzić razem życie, zacznijmy już dzisiaj. „Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” (Mt 6, 31-33) Jeśli rodzice zechcą, to pomogą nam. A jak nie zechcą? To gnamy do Wielkiej Brytanii na zarobek :).

    PS. Na szczęście zechcą.

  6. Maggie B.

    Zapomniał wół, jak cielęciem był i sam teoretyzował ;)
    Nie podchodzę do mieszkania ze sobą przed ślubem jak do sprawdzenia tylko tego, czy będzie różowo, czy nie będzie, i potwierdzenia faktu, że nie, nie będzie, bo z takim założeniem zamieszkaliśmy ze sobą. Hm, może ja się na tej swojej uczelni robię coraz bardziej zgorzkniała i pragmatyczna? :P Po prostu, jak się mieszka ze sobą, jest inaczej, niż jak się nie mieszka. I nie jest źle, jak się to wie przed ślubem. Wiem, piszę z pozycji teoretyka, bo w ogóle mieszkam sama i nawet jak przyjeżdżam do domu, to jest to dla mnie trochę dziwne doświadczenie, bo nie zawsze mogę sobie wtedy funkcjonować własnym trybem, nieco innym niż tryb moich domowników. Ale jakoś daję radę. I chyba jednak bym polecała.
    Co do dojrzałości, dyplomów i źródeł utrzymania: ja bym wolała swoich rodziców na takie utrzymywanie nie „narażać”, choć pewnie nie mieliby nic przeciwko. Tylko kiedyś nadejdzie taki moment, że trzeba się będzie ostatecznie usamodzielnić i wolałabym nie przeżywać wtedy szoku ;)No i: nie jest tak hop siup wybrać się za granicę na zmywak z dzieciakiem na ręku…

  7. Maggie B.

    Aha, żeby nie było: nie na zmywak też nie jest hop siup :P

  8. xyz

    O tym ze nie jest tak hop siup Mateusz juz sie chyba raz przekonal. Szkody tylko ze tak szybko zapomnial jakie finansowe konsekwencje mial jego ostatni wypad do UK.

  9. Wół nie zapomniał i dlatego właśnie bardzo serdecznie przeprosił Michalinę za swoją pomyłkę teoretyzacyjną w niniejszej notce :). Tak jak zaznaczyłem, do przed chwilą miałem takie samo podejście do czekania z całą bezproblematycznością jak Ty. Michalina mówiła inaczej, również teoretyzując. A prawda jest taka, że by dobrze teoretyzować, trzeba zapoznać się ze zdaniem praktyków. Tudzież przestać teoretyzować :).

    Piszesz jeszcze o jechaniu gdziekolwiek z dzieckiem na ręku. A kto Ci powiedział, że jesteśmy w ciąży? :P Póki co nic nie pisałem o dzieciach, bo owszem, nawet mamy już konkretne plany, ale nie na najbliższą przyszłość. Nie wybiegajmy za daleko, bo się pogubimy :).

    Wół nie zapomniał również swej porażki ze Szkocji. Przypomnę jednak, że wyjechaliśmy na 2 miesiące i wróciliśmy po miesiącu ze względu na brak ofert dotyczących krótkoterminowej pracy. Otrzymaliśmy za to posadę w miejscu, w którym zgodzili się nas przyjąć na co najmniej pół roku. A to znaczy, że gdybyśmy zostawali na pół roku (lub, zgodnie z tym, co w komentarzu napisałem, na długie lata), pracę byśmy mieli. I po jakimś czasie przestalibyśmy nawet pamiętać, że nie mogliśmy znaleźć pracy choćby przez miesiąc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s