Monthly Archives: Grudzień 2007

Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu

Tradycyjnie. Bo świąteczna notka jest co roku. Najpierw była ta o walce Jezusa Chrystusa ze świętym Mikołajem (coca-colowym). Potem była o Marysi i o aborcji. A dziś będzie zupełnie nie wiem o czym i nie wiem, czy komuś się spodoba.

O modlitwie chyba.

Są w życiu przeróżne różne ciężkie momenty. Kłótnie i sprzeczki, i zrządzenia losu. Obrażamy się na cały świat. Zapominamy o innych. Najważniejsi jesteśmy my sami, nasze „ja”, nasze wyrzuty sumienia. Nasze pomysły, my my my. Nic innego nie istnieje.

Wpadamy na jakiś pomysł, ktoś nam mówi, że to może nie do końca dobrze, to się denerwujemy. Owszem, zapominamy o całym bożym świecie. Z Bogiem na czele.

I chyba naprawdę niewielu z nas przypomina sobie o istnieniu Boga na czas.

To znaczy owszem – czasem sobie przypominamy. Albo cały czas pamiętamy. Tylko wówczas Go nie chcemy. Odrzucamy. „Nie Panie, teraz jestem wściekły, teraz nie chcę żebyś był przy mnie”. Ja też tak mam. Zawsze tak miałem. Czasem darłem się na Niego, pod samo niebo.

A potem przychodzi to: „Duchu Święty przyjdź, niech wiara zagości, nadzieja zagości, niech miłość zagości w nas”.

A dziś akurat, dla odmiany, przyszło to: MIŁOŚĆ TWA.

Siedzę przy komputerze i się śmieję w ekran. Bo jest mi cudownie. Bo jest Bóg. I Bóg na pierwszym miejscu. Przypomina mi, że jak Mu zaufam, jak o Nim nie zapomnę, to się wszystko, wszyściutko ułoży.

Nie wszyscy mi wierzą. Nie dziwię się. Nie na wszystkich może to działa. Nie wszyscy pewnie próbowali. A jednak po coś Bóg zszedł do nas jako człowiek. Po coś nauczał. Po coś zginął na krzyżu i po coś zmartwychwstał. Po to, żebyśmy kochali. Żebyśmy karmili się radością ludzi, których tą radością karmimy. Po to, by to, co dajemy, zwracało nam się nie podwójnie, lecz do kwadratu, i byśmy mogli to znów kwadratować i oddawać dalej. Tak to sprytnie Bóg wymyślił.

„Miłość Twa od najwyższych gór wyższa jest.

Wielka jest Wierność Twa, do nieba sięga wzwyż.

Miłość Twa głębsza niż ocean bez dna.

Wielka jest Wierność Twa, gdy do mnie zniżasz się.”

A dlaczego to jest notka świąteczna? Bo Bóg do nas przyszedł i nam kazał kochać, i pamiętać o Nim?

A może po prostu dlatego, że dziś jest 24 grudnia…?

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | 4 Komentarze

Duc in altum

„Nie bój się, wypłyń na głębię. Jest przy Tobie Chrystus.”

Mamy mistrzów pływackich. Co pędzą jak strzała przez wodę, biją rekordy, wygrywają wyścigi. Mamy geniuszy od odległości, którzy nie boją się popłynąć wpław na drugi brzeg jeziora, zawrócić i płynąć z powrotem. Prawdopodobnie większość z nas patrzy na nich z zazdrością. Albo z podziwem. Bo my tak nie umiemy. Makota to nawet wymiata, no, Piętuś też, mnie się nawet z Dzikiem raz udało przepłynąć Rejów wpław. Na takim wąskim odcinku. No, przyznajmy, Otylka to z nas żadna. Ale jakoś tam jednak pływamy. Najpierw nauczyłem się na pleckach. Dawno temu. W Ciechanowcu. A potem jakoś poszło. A na samym, samiuśkim początku wszedłem do wody.

Człowiek staje nad brzegiem basenu i mówi sobie, że nie umie pływać. Musi się nauczyć. Woda głęboka, ale w wodzie jest instruktor (może własny tata) i on asekuruje. Żeby się nauczyć pływać, musimy wejść do wody. Bo inaczej – nic z tego.

Nie jeździmy na rowerach jak wyczynowcy. Ani jak zwycięzcy Wyścigów Pokoju i Tour de France. Niektórzy z nas – być może kiedyś – będą. Ale w każdym bądź razie jakoś tam jeździmy. Rzadko i się szybko męczymy. I Piętuś się spóźnia półtorej godziny… Ale jeździmy. A kiedyś to mieliśmy taki drążek z tyłu żeby tatuś trzymał. I zapasowe kółka. A na początku wsiedliśmy na rower.

Ktoś, żeby zagrać na klarnecie, albo na flecie, albo na trąbce, albo na tubie, musi najpierw wziąć to do ręki i dmuchnąć.

Ktoś, żeby nauczyć się angielskiego, musi najpierw otworzyć podręcznik albo wyjechać do Szkocji.

Ktoś, żeby wydać książkę, musi najpierw napisać pierwszy rozdział.

Ktoś, żeby zrobić sobie bobo…

I tak dalej, i tak dalej.

Nie możesz powiedzieć: „Sorry ziooom, nie umiem pływać. Jasne, popływamy, ale jak się nauczę. Dopiero wtedy wejdę do wody, okej?” Nie możesz też powiedzieć: „Nie wsiądę na rower, bo nie umiem jeździć, ale jak się nauczę, to wsiądę”. Nie. Najpierw musisz wsiąść na rower, najpierw musisz wskoczyć do wody.

I będziesz upadał. Albo się zachłystywał. Albo fałszował. I prawdopodobnie nigdy nie będziesz Otylią, ani Armstrongiem, ani Tolkienem (ani nawet Sapkowskim). Ale żeby na głębię wypłynąć, najpierw musisz wejść do wody.

Miłości też się uczymy. Nigdy nie będziemy kochać idealnie, jak Chrystus nas ukochał. Będziemy potykać się w swojej miłości i nigdy nie powiemy, że umiemy dość kochać. Ale nie możemy powiedzieć: „Jeszcze nie umiem, więc nie pokocham, najpierw się nauczę, dopiero potem”. Bo to jest tak, jak z nauką pływania bez wchodzenia do wody.

Najpierw musimy pokochać. Potem możemy się uczyć. Ale nigdy nie będziemy się mogli cofnąć. Bo wyjść z wody się da. Ale nie da się powiedzieć, że nigdy do niej nie wszedłeś…

Duc in altum. Wypłyń na głębię.

(Inspirację do napisania notki zawdzięczam Oleńce mojej – to Ona wpadła na pomysł z nauką pływania bez wchodzenia do wody. I Piętusiowi, za laya na blogu. Dziękuję).

Categories: Bóg i miłość | 2 Komentarze

El Manifico Albano del Dreed

Tak mniej-więcej wpisał mi się na blogu wkrótce po tym, jak zrobił sobie dredy. W zasadzie zrobili mu, bo on sam się raczej w tym nie rozeznaje. Wcześniej nosił afro. Nie specjalnie.

Piszę „mniej-więcej”, bo ta wersja, którą zawarłem w tytule, jest krótsza o literkę. Zamiast Magnifico jest Manifico. Kiedy grałem w Simsy i tworzyłem jego postać, musiałem skrócić imię, bo nie chciało się zmieścić.

No. To na czym ja… acha. Wcześniej nosił afro. Nie z własnej woli, lecz z urodzenia. Z własnej woli, można rzec, był chudy, choć może to też sprawa genów. Na pewno z własnej woli nosił spodnie w kancik. I długi płaszcz. Parasol. Kapelusz. Później kupił neseser. Paczka na pierwsze wspólne urodziny podarowała mu piersiówkę. Żeby pasowało do stylu.

Poznaliśmy go na polonistyce, choć dziennie studiował filozofię. W zasadzie patrząc na kogoś takiego można mniej-więcej ocenić, co może studiować. Kierunek, muszę przyznać, bardzo interesujący. Sam przecież, jako student teologii, chłonę elementy filozofii, które niezwykle mnie ciekawią. Po semestrze odszedł z polonistyki, i choć w zasadzie Paczka przestała mieć miejsce, na ślub Ani pojechaliśmy razem. Bo w jakiś dziwny sposób z całej Paczki pozostaliśmy wtedy tylko my, razem. Bez podtekstów.

Romantyk. Choć niektórzy mogliby mieć co do tego wątpliwości. Osobiście uważam go za wielkiego romantyka. Dwakroć do wiatru wystawiony, ale żyć dalej trzeba. W wielu miejscach widzę między nami punkty zbieżne. Nawet do miłości podchodzimy w bardzo podobny sposób. Powiecie: miłość to podstawa. Do miłości trzeba podchodzić w podobny sposób, jeśli chce się być dla siebie kimś ważnym. A ja powiem – zgadza się. Ale podchodzenie do miłości tak, jak do miłości powinno się podchodzić jest niezwykle trudne. I może dlatego właśnie jest moim najlepszym przyjacielem.

Tak, nad tym też się zastanawiałem. Bo poznałem go w momencie, kiedy moje życie się skończyło. Kiedy mój świat, moja przyszłość, to, w co wierzyłem, wszystko się zawaliło. Przyjechałem do Łodzi i już pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wtedy również jego świat walił się po raz pierwszy. Pamiętam. Zapytałem go, dlaczego ma tak na imię. Przecież jest czarny.

Mogę więc powiedzieć, że on był osobą, która pomogła mi się choć trochę odrodzić po mojej „śmierci”. A może właśnie był tym, kto sprawił, że nie umarłem do końca?

Towarzyszył mi w najtrudniejszych chwilach. Od mojego końca świata do początku nowego życia. Całe moje łódzkie losy wiążą się z nim. Dzięki niemu przetrwałem dwa straszne, najgorsze lata w moim życiu. Był przy mnie kiedy było źle, potem, gdy zaczęło być przez chwilę lepiej, i na końcu, gdy wszystko jeszcze raz padło i straciłem wiarę. Kiedy poznałem wreszcie Olę, on był osobą, z którą musiałem zapoznać Olę w pierwszej kolejności.

Choć ortodoksyjnym katolikiem nie jest, do Pana Boga nic nie ma. Kiedy miałem się z nim spotkać w niedzielę, z radością towarzyszył mi na Mszy Świętej. Podczas pobytu u mnie w Skarżysku również nie wahał się nawet przez chwilę by odwiedzić klasztorek. Pomagał mi poza tym rozwiązywać różne rozterki związane z wiarą za pomocą swego filozoficznego rozumu. To on podpowiedział mi, dlaczego spowiedź uszna jest konieczna. Otóż chodzi o to, że człowiek wyznający swoje grzechy przed drugim człowiekiem czuje większy wstyd, większe upokorzenie i większe wyrzuty sumienia. A tym samym ma mocniejsze postanowienie, by to się już więcej nie powtórzyło.

Jak już mówiłem, towarzyszył mi przez dwa lata, od upadku do powrotu do życia. Kiedy pojawiła się Ola i kiedy postanowiłem, za namową Magdy, o wyjeździe do Warszawy, zapytałem go o zdanie. Wiedziałem, że jeśli się przeniosę, jego będzie mi brakowało najbardziej. I otrzymałem jego błogosławieństwo. Choć oczywiste było, że będziemy za sobą tęsknić. I tęsknimy. To oznacza, że nasza przyjaźń stała się jeszcze mocniejsza. I nie sądzę, by kiedykolwiek zdołała się skończyć.

To, że piszę o nim w czasie przeszłym nie oznacza nic złego (choć zależy czy to, o czym myślę, jest złe, bo nie sądzę. Ale nie oznacza, że coś mu się, powiedzmy, stało). W zasadzie oznacza tylko tyle, że dziś, w dniu, w którym piszę tę notkę, i wczoraj, od dnia w którym ją publikuję, ma i miał swoją 21 rocznicę urodzin. Bull’s eye! Oczko. Z tej okazji życzymy Tobie, Albinku, tego, czego się w urodziny zawsze życzy.

A przede wszystkim dużo miłości. Takiej Bożej. I takiej innej, może trochę bardziej ludzkiej. Trochę bardziej różowej…

Categories: Ku chwale innych | 3 Komentarze

Że niby święty Mikołaj nie istnieje

Niektórzy twierdzą, że święty Mikołaj nie istnieje. Że prezenty dzieciom pod poduszkę lub pod choinkę podkładają rodzice. Niestety, muszę zaprotestować.

Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w historię. Otóż prawdziwy Mikołaj urodził się około 270 roku i był biskupem Miry. Był człowiekiem dobrym, pomocnym, znane są różne opowieści na jego temat. Prawda jest jednak taka, że znany i lubiany biskup zmarł. Szkoda…

Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w magię. Możecie powiedzieć, że gadam głupoty, ale wydaje mi się, że u człowieka pęd za wszystkim, co przyziemne i głupie w życiu zaczyna się mniej więcej około momentu, gdy przestaje on wierzyć w świętego Mikołaja. Tego pana, który wchodzi przez komin i dostarcza prezentów. Możliwe, że poniekąd wiąże się to z rozczarowaniem. Dzieci mają pewien żal do rodziców, że je oszukiwano. Może chodzi o to, może o co innego. Tak czy inaczej – święty Mikołaj jest jednym z tych magicznych elementów w naszym życiu, które sprawiają, że nie zawsze patrzymy pod nogi.

Nie wierzyć w świętego Mikołaja to tak, jakby nie wierzyć w świętych obcowanie. I pewnie wielu z nas w to nie wierzy. Część ludzi zresztą sądzi, że świętych obcowanie jest czymś, co z naszej religii czyni religię politeistyczną. Niektórzy podciągają pod to już Trzy Osoby Boskie. A jednak – święci są wśród nas i pomagają nam. Troszczą się o nas i podpowiadają nam jaką drogą należy iść, by dojść do Chrystusa. Żaden święty nie jest Bogiem. Każdy jedynie wskazuje drogę, którą należy iść, by się do Boga zbliżyć. I święci są wśród nas. Tak, jak aniołowie. I czasem z nami gadają.

I okej, może to ja musiałem dziś podłożyć Oli prezent pod poduszkę kiedy spała. Ale to nie znaczy, że Mikołaj przestał istnieć. A było to tak…

Kładąc się spać ustawiłem budzik na 3:30. Żeby wstać, wyjąć prezent z ukrycia i położyć przy poduszce. Zasnąłem. I śniły mi się różne dziwne rzeczy, z tym prezentem związane. Że Ola się budzi, że oglądamy prezent razem, albo że właśnie podkładam go pod poduszkę. Muszę przyznać, że mimo wszystko zasnąłem dość mocno. Co nie oznacza, że nie budzę się, gdy dzwoni budzik. Spałem jednak rzeczywiście dość mocno, i śniły mi się te sny o prezencie. I wtedy przyśnił mi się głos. Powiedział: „Ale wiesz dobrze, że jeszcze tego nie zrobiliśmy?” Odpowiedziałem, że wiem, po czym się obudziłem. Złapałem za telefon. Była 3:34. Wieczorem, zamiast wcisnąć przycisk potwierdzający włączenie budzika, wcisnąłem anuluj. Część z Was pewnie powie, że to potęga podświadomości. Ustawiłem się na 3:30 i o tej się obudziłem. A ja Wam powiem, że nie wierzę w potęgę podświadomości. Za to wierzę w świętego Mikołaja. Tak, jak wierzę w świętych obcowanie.

Zwłaszcza, że mnie również podłożył prezent pod poduszkę…

Categories: Świat i Kościół | 4 Komentarze