El Manifico Albano del Dreed

Tak mniej-więcej wpisał mi się na blogu wkrótce po tym, jak zrobił sobie dredy. W zasadzie zrobili mu, bo on sam się raczej w tym nie rozeznaje. Wcześniej nosił afro. Nie specjalnie.

Piszę „mniej-więcej”, bo ta wersja, którą zawarłem w tytule, jest krótsza o literkę. Zamiast Magnifico jest Manifico. Kiedy grałem w Simsy i tworzyłem jego postać, musiałem skrócić imię, bo nie chciało się zmieścić.

No. To na czym ja… acha. Wcześniej nosił afro. Nie z własnej woli, lecz z urodzenia. Z własnej woli, można rzec, był chudy, choć może to też sprawa genów. Na pewno z własnej woli nosił spodnie w kancik. I długi płaszcz. Parasol. Kapelusz. Później kupił neseser. Paczka na pierwsze wspólne urodziny podarowała mu piersiówkę. Żeby pasowało do stylu.

Poznaliśmy go na polonistyce, choć dziennie studiował filozofię. W zasadzie patrząc na kogoś takiego można mniej-więcej ocenić, co może studiować. Kierunek, muszę przyznać, bardzo interesujący. Sam przecież, jako student teologii, chłonę elementy filozofii, które niezwykle mnie ciekawią. Po semestrze odszedł z polonistyki, i choć w zasadzie Paczka przestała mieć miejsce, na ślub Ani pojechaliśmy razem. Bo w jakiś dziwny sposób z całej Paczki pozostaliśmy wtedy tylko my, razem. Bez podtekstów.

Romantyk. Choć niektórzy mogliby mieć co do tego wątpliwości. Osobiście uważam go za wielkiego romantyka. Dwakroć do wiatru wystawiony, ale żyć dalej trzeba. W wielu miejscach widzę między nami punkty zbieżne. Nawet do miłości podchodzimy w bardzo podobny sposób. Powiecie: miłość to podstawa. Do miłości trzeba podchodzić w podobny sposób, jeśli chce się być dla siebie kimś ważnym. A ja powiem – zgadza się. Ale podchodzenie do miłości tak, jak do miłości powinno się podchodzić jest niezwykle trudne. I może dlatego właśnie jest moim najlepszym przyjacielem.

Tak, nad tym też się zastanawiałem. Bo poznałem go w momencie, kiedy moje życie się skończyło. Kiedy mój świat, moja przyszłość, to, w co wierzyłem, wszystko się zawaliło. Przyjechałem do Łodzi i już pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wtedy również jego świat walił się po raz pierwszy. Pamiętam. Zapytałem go, dlaczego ma tak na imię. Przecież jest czarny.

Mogę więc powiedzieć, że on był osobą, która pomogła mi się choć trochę odrodzić po mojej „śmierci”. A może właśnie był tym, kto sprawił, że nie umarłem do końca?

Towarzyszył mi w najtrudniejszych chwilach. Od mojego końca świata do początku nowego życia. Całe moje łódzkie losy wiążą się z nim. Dzięki niemu przetrwałem dwa straszne, najgorsze lata w moim życiu. Był przy mnie kiedy było źle, potem, gdy zaczęło być przez chwilę lepiej, i na końcu, gdy wszystko jeszcze raz padło i straciłem wiarę. Kiedy poznałem wreszcie Olę, on był osobą, z którą musiałem zapoznać Olę w pierwszej kolejności.

Choć ortodoksyjnym katolikiem nie jest, do Pana Boga nic nie ma. Kiedy miałem się z nim spotkać w niedzielę, z radością towarzyszył mi na Mszy Świętej. Podczas pobytu u mnie w Skarżysku również nie wahał się nawet przez chwilę by odwiedzić klasztorek. Pomagał mi poza tym rozwiązywać różne rozterki związane z wiarą za pomocą swego filozoficznego rozumu. To on podpowiedział mi, dlaczego spowiedź uszna jest konieczna. Otóż chodzi o to, że człowiek wyznający swoje grzechy przed drugim człowiekiem czuje większy wstyd, większe upokorzenie i większe wyrzuty sumienia. A tym samym ma mocniejsze postanowienie, by to się już więcej nie powtórzyło.

Jak już mówiłem, towarzyszył mi przez dwa lata, od upadku do powrotu do życia. Kiedy pojawiła się Ola i kiedy postanowiłem, za namową Magdy, o wyjeździe do Warszawy, zapytałem go o zdanie. Wiedziałem, że jeśli się przeniosę, jego będzie mi brakowało najbardziej. I otrzymałem jego błogosławieństwo. Choć oczywiste było, że będziemy za sobą tęsknić. I tęsknimy. To oznacza, że nasza przyjaźń stała się jeszcze mocniejsza. I nie sądzę, by kiedykolwiek zdołała się skończyć.

To, że piszę o nim w czasie przeszłym nie oznacza nic złego (choć zależy czy to, o czym myślę, jest złe, bo nie sądzę. Ale nie oznacza, że coś mu się, powiedzmy, stało). W zasadzie oznacza tylko tyle, że dziś, w dniu, w którym piszę tę notkę, i wczoraj, od dnia w którym ją publikuję, ma i miał swoją 21 rocznicę urodzin. Bull’s eye! Oczko. Z tej okazji życzymy Tobie, Albinku, tego, czego się w urodziny zawsze życzy.

A przede wszystkim dużo miłości. Takiej Bożej. I takiej innej, może trochę bardziej ludzkiej. Trochę bardziej różowej…

Categories: Ku chwale innych | 3 komentarzy

Zobacz wpisy

3 thoughts on “El Manifico Albano del Dreed

  1. ...

    Dobrze jest mieć takiego kogoś…
    Ja choć otoczona wieloma naprawdę świetnymi osobami czuję, że żaden z nich nie jest w stanie mi pomóc.
    Bo choć szkoła Pijarska nie widzę wśród nich nikogo kto jest w stanie stanąć przed moim kryzysem.
    I choć staram się nie odwracać od Kościoła, jest coś co nie pozwala mi od tak po prostu znów stanąć w pełni sił przed ołtarzem.
    Wciąż poszukuję… chociaż wiem czego szukam i gdzie tego szukać.
    A ja znów piszę o sobie…

  2. Expugnis

    Och Albinku:D Wszystkiego czego potrzeba, a nawet znacznie wiecej! Aby zylo sie prosciej, aby problemow nie bylo, aby zycie nie bylo szuja i dalo wytchnac:) Tego i wiele innego zycze Tobie ja:D

  3. Artdicomylog.pl

    A piękne jest podejście do życia Owego Pana, szacunek do czyjejś wiar. Pięknie! Bo czy w dzisiejszych czasach można łatwo tak po prostu? Nie, można ale już mniej łatwo. świat za bardzo przytłacza swoimi fantastycznymi racjami. Zbawieniem są Ci indywidualiści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s