Monthly Archives: Styczeń 2008

Kurs na Irlandię

To, co się dzieje, zaczyna mnie (nas?) coraz bardziej denerwować. Plany wprowadzenia in vitro opłacanego z budżetu, a tym samym publiczny obowiązek przykładania ręki do zabijania nienarodzonych, totalnie mnie rozwaliły. Nie mam pojęcia o co temu wściekłemu światu chodzi. Skąd takie pomysły, żeby człowiek stawiał się w miejsce Boga? Ostatnio przeczytałem książkę pani Rosy Alberoni pt. „Wygnać Chrystusa”. Świetna lektura, polecam każdemu, zwłaszcza osobom zainteresowanym ostrym debatom na tle filozoficznym. Tak czy inaczej – pani ta wkłada mnóstwo serca w opisanie tego, jak ludzie, począwszy od XVIII wieku, zabrali się za wyrzucanie z umysłów ludzkich wszystkiego, co związane z Jezusem, z wiarą, z Prawdą, a nawet z metafizyką. To naprawdę zabawne, że dziś przez to nauki, które przez wieki stały na szczycie i na których opierało się życie świata, czyli filozofia i teologia, dziś są wyśmiewane i równane z parterem. Bo rozwinięto nauki szczegółowe, które sprawiły, że to wszystko już niepotrzebne… A przy okazji wykształciło się coś, co nazywa się relatywizmem. Każdy człowiek ma prawo mieć swoje poglądy filozoficzne (i nikt nie ma prawa powiedzieć, że w rzeczy samej są to rzeczywiście poglądy filozoficzne), swoją wiarę (bo oczywiście i ateiści są wierzący: wierzą, że Boga nie ma), swoją moralność. Kartezjańskie „cogito, ergo sum”, bo od tego wszystko się zaczęło, wprowadziło w życie ludzkie to totalne pomieszanie, które sprawia, że wydaje się człowiekowi, iż prawdziwym jest to, co on uzna za prawdziwe. Nagle ludziom brakuje pokory. Pokory nie tylko przed samym Bogiem. Pokory choćby przed złożonością, skomplikowaniem świata. Przed tym, że rzeczywistość istnieje w rzeczy samej poza rozumem człowieka i niezależnie od niego. Człowiek nie jest bogiem, który decyduje o tym, czy coś jest, czy nie jest. Ale dziś, gdy wiara i filozofia (czyli prawdziwa mądrość) są wyśmiewane, niejednemu wydaje się, że właśnie bogiem jest.

Przytoczę krótki fragment książki pani Alberoni. Ten, który najmocniej chwycił mnie za serce.

„Gdyby Kartezjusz mógł przewidzieć, że ludzie, wykorzystując jego formułę cogito, ergo sum, dojdą do tego punktu, byłby ją zachował dla siebie.

Jednak formuła ta, wbrew woli filozofa, tak głęboko zakorzeniła się w mentalności istot ludzkich, że skłoniła również zwykłych ludzi do działania zgodnie z tą samą logiką. Dzisiaj, jeśli para, która nie jest głęboko wierząca w Chrystusa, zapragnie mieć dziecko – zatem pomyśli o tym, by je mieć – dziecko zaistnieje i będzie mieć godność istoty ludzkiej od pierwszego drgnięcia embrionu w matczynym łonie. Ponieważ technologia na to pozwala, ogarnięci ciekawością i niepokojem, czy istnieje naprawdę i czy to nie złudzenie, zaczynają robić USG od początku drugiego miesiąca. Widząc na monitorze bijące serce płodu, wzruszają się. A zatem jest, pomyśleli, by je mieć, więc istnieje, ma godność dziecka. I zaczynają je adorować, kołysać w swoich myślach jako istotę ludzką, stworzoną na ich obraz i podobieństwo, patrzą, jak raczkuje, krzyczy, kaprysi, kochają je. Jeśli natomiast nie myśleli o tym, by je mieć, lecz poczynają je przez nieuwagę, przeszkadza im już sama myśl, że to mogło się zdarzyć. Nie „podoba im się” posiadanie dziecka, gmatwa ono ich plany życiowe, więc nie jest to już istota ludzka w zarodku, lecz tylko embrion, zlepek komórek, których trzeba się pozbyć. Nie pomyśleliśmy cię, więc nie możesz istnieć.” (Rosa Alberoni, Wygnać Chrystusa, Warszawa 2007, str. 171-172).

Czyż to nie jest zaskakujące, jakie to oczywiste? Dziś na PUDELKU przeczytaliśmy artykuł o tym, że Lily Allen straciła dziecko przez poronienie. Mnóstwo komentarzy od osób, które współczują tragedii i pocieszają, i mówią nawet, że nie powinno się takich rzeczy pisać, bo to zbyt prywatne. Zastanówmy się – nie nad tym, że to nie tragedia, bo ja również współczuję. Zastanówmy się nad tym, że komentują to te same prawdopodobnie osoby, które w artykułach na PARDONIE wypowiadają się za całkowitą wolnością aborcji, czyli decydowaniu kobiety o tym, czy chce rodzić, czy nie. Te same osoby, które dziś współczują Lily utraty dziecka, jutro wypowiedzą się za odskrobywaniem embrionów. Bo pierwsze dziecko było przez „właścicielkę” pomyślane do istnienia, a drugie, niestety, nie. Tylko ktoś tu chyba zapomniał, że to nie my jesteśmy właścicielami naszych dzieci. To nie my pomyślamy sobie kogokolwiek, by istniał. Robi to Bóg. Czasem niezależnie od nas…

Przy całym tym zamieszaniu doszliśmy do wniosku, że mamy tego dość i jeśli przyjdzie nam płacić z naszej kieszeni na in vitro, jedziemy do Irlandii. W Irlandii bowiem nie ma mowy o legalizacji aborcji, ani o opłacaniu in vitro z budżetu państwa, Irlandia pozostaje chyba ostatnią europejską ostoją normalnego, zdrowego myślenia. Cóż… prawie. Ostatnio, na blogu Oli, nasz współlokator GEJ poinformował nas, że szykuje się właśnie irlandzka ustawa o legalizacji związków homoseksualnych. Jedyne, co powstrzymało mnie przed wyrwaniem sobie włosów z głowy, to fakt, że tego się z budżetu nie opłaca. Choć pewnie będą jakieś ulgi, jak dla zwykłych małżeństw… I tak, o ile dotychczas uważałem, że dobrze się stało pod koniec XIX wieku, że zlikwidowano Państwo Kościelne, o tyle teraz po raz pierwszy zaczynam żałować. Że też nie ma żadnej możliwości zamieszkania na stałe w Watykanie…

Jeszcze a’propos związków homoseksualnych i relatywizmu, także w Kościele. Tym razem tylko w anglikańskim, ale klękajcie narody… LINK. Właśnie dziś na Pardonie przeczytaliśmy ten artykuł. O parafii anglikańskiej w Kanadzie, która będzie błogosławić śluby homoseksualistów. Jak pisze very bardzo mądra pani redaktor Magda H., „Wierni mają więc pełną kontrolę nad finansami swego Kościoła oraz jego działalnością polityczną. Mają też rzeczywisty wpływ na głoszoną przez ich Kościół naukę społeczną. W związku z tym stanowi ona raczej odzwierciedlenie poglądów tworzących Kościół ludzi, nie idealistycznych wyobrażeń oderwanych od realnego życia dostojników.” Pomyślelibyśmy, świetnie! Biskupy przestały się rządzić, teraz wszystko zależy od ludzi. A ja zapytam: ile jeszcze zależy od Objawienia? Od Pisma Świętego? Tego, które aprobuje tylko małżeństwa mieszane? Tego, które niszczy Sodomę i Gomorę? Tu już nawet nie mamy do czynienia z własną interpretacją PŚ. Tu mamy do czynienia z całkowitym odrzuceniem Go na rzecz demokracji w Kościele. Którego ja Kościołem już nazwać bym się nie odważył.

To wszystko doprowadza mnie powoli do białej gorączki. A ja się nie lubię wkurzać. Wyjechalibyśmy do Irlandii, ale są studia. I to jeszcze akurat studia, które chcę skończyć choćby ze względów ideologicznych. Więc nawet nie po to, by mieć lepszą pracę. A z drugiej strony Irlandia też przestaje być ostoją Prawdy. Kiedyś w podobnych sytuacjach katolicy szli na śmierć przez ukrzyżowanie, albo przez pożarcie, albo przez ścięcie. Już widzę, że wkrótce i nam, współczesnym, przyjdzie tak kończyć. Nie mogę powiedzieć, że w pewnym sensie o tym nie marzę. Taki powrót do źródeł. Odnowienie Kościoła. Któż by przypuszczał, że prędzej czy później to rzeczywiście będzie musiało nastąpić…?

A na koniec chciałem jeszcze powiedzieć, że mam już dość i że oni mogliby przestać nareszcie robić podchody, i przejmować się sesją, i znajdować mnóstwo wymówek, bo zbankrutują. A ja na ich miejscu wolałbym zbankrutować na kwiatki i Lawendowe Pola, niż na SMSy, o!

Tak przy okazji, jak ktoś ma o 1,22 za dużo, to może kliknąć w takie zielone po prawej, a może wygram laptopa :P.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | 8 Komentarzy

In vitro a dusza ludzka

Przez Polskę przeszła fala dyskusji na temat zapłodnienia in vitro. Padły ostre słowa, zarówno ze strony przeciwników, jak i zwolenników. Jeden z komentarzy, które zdarzyło mi się czytać, twierdził, że Kościół jest przeciwko zapłodnieniu in vitro, bo kłóci się ono z dogmatami na temat nieśmiertelności duszy. Że niby tylko przez zapłodnienie naturalnym sposobem uzyskuje się efekt zwany duszą rozumną. Pozwolicie, choć pewnie zainteresowanie tematem już dawno minęło, a niewielu chętnych przeczyta co ja wymodzę, że również oddam swój głos w dyskusji.

Zacznę od tego, co jest najważniejsze, czyli dlaczego zapłodnienie in vitro jest złe. Otóż jest tak dlatego, że nie da się (w obecnym stadium rozwoju tej metody) i być może nigdy nie będzie się dało zrobić tak, by za pomocą jednego plemnika zapłodniono jedną komórkę jajową, w efekcie czego powstanie jeden zarodek, który rozwinie się w jedno żywe i zdrowe dziecko. W rzeczywistości powstaje wiele zarodków. Część z nich wszczepia się matce, większość z nich umiera, najczęściej rodzi się jedno dziecko. Pozostałą część zamraża się na przyszłe czasy. Na wypadek np. gdyby matka poroniła wszystkie płody umieszczone w jej brzuszku i potrzebowała ponownego umieszczenia kolejnych. Tudzież gdyby za kilka lat znów zechciała mieć dziecko. Z dużym prawdopodobieństwem jednak żaden z zamrożonych zarodków nie zostanie już nigdy ponownie wykorzystany. Będą sobie leżały w bankach zarodków, małe zamrożone ludziki, żyjące całą wieczność, nigdy nie mające się rozwinąć i urodzić.

Więc, aby urodziło się jedno dziecko, wiele innych musi oddać życie. A te, które nigdy nie zostaną wykorzystane, będą leżały w bankach, dopóki ktoś nie stwierdzi, że dosyć tego i że trzeba to wszystko spalić najlepiej. Albo zakopać obok odpadów radioaktywnych, no wiecie, tam, gdzie już nikt nigdy nie zajrzy, gdzie trzyma się wszystko, co niepotrzebne, ale niedające się zneutralizować. Jaki to argument, że zarodki nie zostają zabite, tylko zamrożone? Myślę, że już lepiej byłoby je zabić, niż kazać im żyć wiecznie. Nie, nie jestem zwolennikiem zabijania. Tylko kto z nas wolałby żyć w stanie wiecznej hibernacji?

I jeszcze jeden argument: dzieci są darem, a nie własnością należną. Ktoś, komu nie jest dane urodzić dzieci naturalną metodą, powinien spróbować zrozumieć, że dobry Bóg ma w tym jakiś cel. Że może chce od tego kogoś np. przyjęcia dziecka z adopcji? Zresztą zastanówmy się: jak wiele par rzeczywiście jest bezpłodnych z natury, a jak wiele z nich uległo przykrym skutkom antykoncepcji hormonalnej…

Ale o duszy miało być. Otóż argument twierdzący, że Kościół sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro, bo wyklucza ono istnienie duszy, jest głupotą. Bo to nie Kościół daje duszę, nie doktorek w klinice, nie mamusia z tatusiem, tylko Bóg. I Bóg daje duszę człowiekowi zawsze w momencie, w którym człowiek ten zyskuje ciało. Bóg nie wkłada duszy tam, gdzie już jest gotowe ciało. Dusza powstaje wraz z ciałem, czyli na początku istnienia człowieka. Na początku istnienia zygoty. I to ona jest odpowiedzialna za dalszy rozwój człowieka, jego ciała i myśli. Jeśli człowiek płodzi istotę ludzką w naturalny sposób, istota ta zyskuje duszę w momencie zapłodnienia. Jeśli tworzy człowieka metodą in vitro, człowiek zyskuje duszę w momencie wytworzenia. Jeśli człowieka klonuje, klon otrzymuje od Boga osobną duszę w momencie sklonowania. Bo to nie od człowieka, lecz od Boga zależy istnienie dusz i to Bóg daje prawdziwe życie. Człowiek nigdy nie był i nie będzie panem życia.

A jeśli wymyśli komputer myślący, mający inteligencję równą człowiekowi? Robota, potrafiącego myśleć, tworzyć, kochać? Mającego swój własny charakter, sposób bycia, być może zaprogramowany, ale własny, osobisty, niezależny. Posiadającego własną wolność? To czyste sci-fi. Ale w pewnym stopniu prawdopodobne. Jeśli kiedykolwiek zdarzy się coś takiego, opisany przez nas robot, opisany przez nas komputer, będzie posiadał własną, niezależną duszę rozumną. Nadaną mu przez Boga. I nikt nie jest w stanie obalić tego dogmatu. Bo ten dogmat nazywa się Bożą miłością. A dokładniej ukochaniem do życia. I do wolności.

Categories: Bóg i miłość | 11 Komentarzy