Monthly Archives: Luty 2008

Fatalne skutki edukacji seksualnej

Na naszym ulubionym lewicowo antykatolskim portalu informacyjnym zwanym Pardonem odkryliśmy dziś artykuł o tym, że w GB pojawiła się propozycja sterylizacji (oczywiście na pewien czas) nastoletnich dziewcząt, co miałoby być obowiązkowe, a miałoby jednocześnie zapobiec pladze ciąż wśród nieletnich Brytyjek. TUTAJ daję link do tego artykułu.

Pomysł polegać ma na tym, że dziewczętom w wieku 12-17 lat wszczepia się (wkłada?) coś, co ma zablokować ich płodność na około 5 lat. Dzięki temu rodzice dziewczynek będą mogli swobodnie wypuszczać je na imprezy nie obawiając się, że po wypiciu kilku drinków mogą przyjść z towarzyszem w brzuchu, którego to towarzysza należałoby później albo odchować, albo odskrobać.

Edukacja seksualna w Wielkiej Brytanii jest na poziomie niezwykle wysoko rozwiniętym, a antykoncepcja dostępna niemal każdemu bez problemu. Wszyscy doskonale wiedzą do czego służy i jak działa (oczywiście prawdopodobnie nie licząc skutków ubocznych). Powstał pomysł, by antykoncepcję rozdawała na życzenie pielęgniarka w szkole, a tabletki 72h były przepisywane dziewczynkom bez wiedzy rodziców. Wszystko jest jak najbardziej w porządku. Tylko odsetek ciąż wśród nastolatków jest również najwyższy w Europie.

Niektórzy komentują artykuły za/przeciw aborcji w następujący sposób: aborcja owszem, powinna być dostępna, ale pod warunkiem ogólnie dostępnej antykoncepcji i edukacji seksualnej. Ci sami ludzie czytają artykuły takie, jak ten, który przytaczam. I tam mówią, że owszem, cudownie, w GB edukacja seksualna na poziomie jak najbardziej europejskim, a odsetek ciąż wśród nieletnich nie jest spowodowany tym, że coś w tych kwestiach wymknęło się spod kontroli, lecz faktem, że nastolatkowie są niemądrzy i nie korzystają z tego, co się im na niezbędnych dla ich zdrowia i życia zajęciach przekazuje. Czyli Polska i Polacy sobie nie radzą, bo nie ma edukacji seksualnej, antykoncepcji ogólnodostępnej i aborcji na życzenie. Brytyjczycy natomiast nie radzą sobie, bo bardzo się starają mądrze mówić, ale nikt ich nie słucha. „Człowieczku katoprawicy. Przeczytaj DOKŁADNIE ARTYKUŁ. A szczególnie końcówkę. Nastolatkowie wiedzą wszystko o możliwościach zabezpieczania sie, ale tego nie robią, to nie wina edukacji seksualnej, ale głupoty młodych ludzi. A co do wieku inicjacji: to zależy od człowieka. Jedni chcą szybciej, z byle kim; a inni z kimś wyjątkowym.”

Jeśli fakty nie zgadzają się z waszymi urojeniami to tym gorzej dla faktów.

Jestem jak najbardziej zwolennikiem edukacji seksualnej. Prawdziwej i rzetelnej. Powinna ona odbywać się w domu rodzinnym. Wiem, nie mogę powiedzieć, póki co nie mam dzieci. Ale mam nadzieję, że jak będę miał, to będę umiał im przekazać to, co najważniejsze.

Co najważniejsze:

1. Jedynym skutecznym w 100% sposobem na niezajście w ciążę i niezłapanie żadnej choroby wenerycznej jest wstrzemięźliwość seksualna.

2. Każdy, kto decyduje się rozpocząć współżycie seksualne, bierze na siebie odpowiedzialność za ew. skutki tego czynu, przede wszystkim za powstające w jego wyniku nowe życie.

3. Współżycie seksualne powinno odbywać się w towarzystwie tylko i wyłącznie osoby, z którą nie tylko chciałoby się spędzić życie, lecz spędzi się to życie, i z którą nie tylko chciałoby się mieć dzieci, ale i będzie się te dzieci miało. Czyli z własną żoną/mężem.

4. Antykoncepcja jest czymś złym nie tylko dlatego, że przynosi wymierne szkody dla organizmu (mowa zwłaszcza o antykoncepcji hormonalnej) przede wszystkim w postaci bezpłodności, choćby okresowej, ale głównie dlatego, że uczy egoizmu, dostępności seksu na zawołanie i czerpania przyjemności bez brania pod uwagę skutków.

5. Metody naturalnego planowania rodziny nie są antykoncepcją, ponieważ nie służą do tego, by zapobiec zajściu w ciążę, lecz do tego, by urodzić dzieci wówczas, gdy Bóg sam będzie miał ku temu ochotę. Nie są niezgodne z naturą, a opierają się wyłącznie na naturalnym rytmie biologicznym organizmu kobiety. Nie można też mówić w tym przypadku o skuteczności/nieskuteczności, bo nie stosuje się ich, by nie zajść w ciążę – a każde, nawet nieplanowane zajście w ciążę jest potwierdzeniem skuteczności NPR.

Oczywiście są to tylko najważniejsze punkty edukacji seksualnej, której powinni podejmować się wszyscy rodzice we wszystkich domach. I wtedy dopiero będziemy mogli powiedzieć, że nieplanowane zajście w ciążę dziewczęcia w wieku 12-17 lat jest skutkiem jej własnej głupoty, która oparła się edukacji seksualnej.

Nie musi tego robić nauczyciel. Pedagog. Psycholog. Ksiądz z ambony. Powinien zrobić to rodzic, a najlepiej oboje razem, mamusia i tatuś. A ich dziecko powinno czerpać przykład z rodzinnego domu i uśmiechać się do tego, co robią jego rodzice, na potwierdzenie słuszności ich własnych działań.

Bo spójrzmy na klasyczny model edukacji seksualnej. Uczymy jak zakładać prezerwatywę. Skąd wziąć tabletki. Jak i kiedy zażywać znaną i lubianą pigułkę „tuż po”. Dowiadujemy się jak zapobiegać niechcianym ciążom. A, no i oczywiście podkreślamy skuteczność metody antykoncepcyjnej zwanej kalendarzykiem małżeńskim (że zacytuję moją licealną panią pedagog: „Dowodem na skuteczność tej metody są moje trzy córki, rech rech rech”). Dzieci, mając ogólną wiedzę na te tematy, a także wszechobecny dostęp do antykoncepcji wyruszają w tany, szaleją, bawią się, korzystają z uciech cielesnych (niekoniecznie zapominając o użyciu prezerwatywy, w końcu nie ma 100% skuteczności, si?) i zachodzą w ciążę.

Cóż mogę powiedzieć? Katolicki sposób wychowania seksualnego jest z pewnością niezwykle restrykcyjny. Stosunek tylko małżeński. Wytrysk tylko w pochwie (żony). Żadnej antykoncepcji. Planowanie rodziny zgodnie z cyklami natury. To wszystko takie „katolskie i niemodne”. I tylko chciałbym widzieć odsetek dziewcząt zachodzących w ciążę w wieku 12-17 lat, gdyby każdy jeden rodzic włożył całe swoje serce i życie w przekazanie dzieciom tych potwornych, nieludzkich, restrykcyjnych metod. Myślę, że byłoby ich znacznie mniej.

Tak. Mówię: serce i życie. Bo nie chodzi tylko o słowa. Chodzi głównie o przykład. Bo jeśli w GB współczesne pokolenie nastolatków rodzi dzieci, to polecałbym najpierw, przed sterylizowaniem ich, sprawdzić, w jakim wieku byli ich rodzice, gdy ono się poczęło. I czy aby na pewno nie powinniśmy przypomnieć sobie tego, co zwie się przykazaniem miłości. Raz jeszcze…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | 5 Komentarzy

Tytuł niech będzie milczeniem

Spaghetti z sosem grzybowym, wymieszanym z ketchupem i sosem koperkowym (mam nadzieję, że był jeszcze wystarczająco świeży…). Niestety, Warszawa to nie Bełchatów, nie można sobie wyskoczyć na kebaba w środku nocy (sic!). Spaghetti dość smaczne zresztą. Ach, zapomniałbym o serze. Z serem jeszcze. Przygotowując je pewnie przebudziłem parokrotnie Goodwitcha, bo mi się garnki rozwalały po kuchni… Zjadłem i zamiast się uczyć na romantyzm, to piszę. Mam nadzieję, że zdążę przed 4, żeby mi MyLoga nie zamknęli…

Od dawna marzę o napisaniu trzeciej riposty, bo Zgredzik powoli przegina pałę (żartuję, żartuję, nie denerwuj się, Świerszczyku. Naprawdę uwielbiam Twoje komentarze). Chciałem też jednak dać odpowiedź Zbulwersowanej, czyli Hugo wie komu, ale chyba Ola już wystarczająco odpowiedziała. No cóż, wyszedł inny temat. Ważniejszy i poważniejszy. Choć może, jak zwykle, nie powinienem się wtrącać. Choćby dlatego, że moja poprzednia notka zaginie w czeluściach mojej wszechwiedzy połączonej z boskością nie tylko wobec Was, ale i wobec mnie samego.

Najpierw euforia i śmiech, choć chyba nie radość. Niektórzy może odczuwali radość, może odczuwają ją do tej pory. Może będą odczuwać niezależnie od zależności. Ja się nie cieszyłem. Gratuluję i zazdroszczę – to owszem. Ale nie wiem do końca komu i czego. Czego mogę albo powinienem zazdrościć czy gratulować.

Najpierw euforia, dziki telefon do Najdroższej, wiadomość GG do Goodwitcha (gdyż z Krzakiem akurat rozmawiała – nie tylko Mojżesz takie cuda potrafi), potem jakiś czas spędzony na szaleństwie w towarzystwie wspomnianej wcześniej Goodwitch (nie pomnę w co była ubrana, ja zresztą również za skromnie się w owym czasie nie nosiłem; ach, te studenckie komuny… :). A potem odprawienie Goodwitcha na spoczynek, zabawa w spaghetti i przemyślenia, przemyślenia, przemyślenia.

Karol… Karol… Karol…

Zaczynam i nie wiem od czego zacząć, a zaczęcie takie długie jak zwykle u mnie. Po pierwsze odniosę się do tego, co Zgredzik mawia: w Prawie kazali kamienować matkę wraz z dzieckiem, jeśli było nieślubne. Mamy wszyscy wielkie szczęście, że przyszedł Jezus i powiedział „Kto jest bez winy…” i takie tam. Widzisz, Karolu, dałeś mi chyba niechcący możliwość, bym jednak odpowiedział Zgredzikowi. Ciesz się więc, że dziś obowiązuje przede wszystkim Prawo Miłości, a nie Prawo Mojżeszowe. I że jedyne kamienie, którymi oberwiecie od wierzących, to kamienie słów i gestów, a nie prawdziwe skały…

Po drugie, powinieneś się spodziewać i nie mieć do nikogo pretensji, że zostaniesz tymi kamieniami obrzucony. Że pojawią się opinie podobne to tej, którą wydał/a Anonim. O Wiolę raczej chyba nie musisz się martwić. To nie ona była animatorką, nie ona działała prężnie w Oazie, nie ona tylu ludzi napominała, jak należy żyć. A nawet jeśli, to wystarczająco cicho, by nikt jej o to nie podejrzewał. Nie, nie żyjemy w czasach Starego Testamentu, gdy mężczyzna był nieczysty aż do wieczora, a kobietę kazali ukamienować wraz z dzieckiem. I nie przypuszczam, by zbyt wiele kamieni uderzyło w nią, chyba, żeby liczyć te, które trafiają w Ciebie, a ją bolą równie mocno. Powinieneś się spodziewać, że Ty oberwiesz, i nie powinieneś się bać o Wiolę. Anonim rzucił w Ciebie. W Ciebie, który wszystko potrafisz napisać tak, by wyglądało, jakbyś znów był górą, jakby znów wszystko Ci się udało. Przeczytaj jeszcze raz swoją notkę. Przeczytaj jeszcze raz swój komentarz w odpowiedzi do Anonima. Pomyśl o księdzu Węcławskim, wielkim teologicznym autorytecie, który przez lata nauczał, a dziś twierdzi, że Jezus Bogiem nie jest. Że Kościół nie istnieje. I wciąż, wciąż naucza z tą samą mocą i pewnością. I pewnie to samo dokładnie co Ty myśli o kamieniach lecących w jego stronę. Tylko to nie są tak naprawdę żadne kamienie. To jest tylko prawda.

Grzeszy człowiek. Grzeszy sklepowa, praczka, stolarz, biznesmen i informatyk. Grzeszy ksiądz i zakonnica. Papież też grzeszy. I święty Augustyn mówił: nie patrzcie na mnie, bo jestem grzeszny. Słuchajcie tylko tego, co mówię, bo przekazuję słowa Chrystusa. I św. Katarzyna Sieneńska mówiła, że jeśliby brudny, zmęczony posłaniec przyniósł ci bardzo ważną wiadomość, to i tak byś ją przyjął, bez względu na posłańca. Ale wiesz od czego są święci? Od tego, że człowiek poszukuje przykładu tutaj, teraz, blisko siebie. Chce widzieć Jezusa blisko, w człowieku obok. Bo po to Jezus zostawił nam Kościół, żebyśmy szli i owoc przynosili. I dla mnie nie jest obojętne, czy ksiądz, który potępiał mnie jako kleryka, za chwilę odszedł z kapłaństwa dla byłej dziewczyny swojej. Nie, ale ja nie patrzę na tego człowieka jak na wysłańca Bożego, jak na obraz Jezusa. Ja. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że są osoby, które potrzebują mieć blisko siebie kogoś, kto świeci nie tylko słowem, ale i przykładem.

Nie powinieneś się więc dziwić, że rzucają w Ciebie kamieniami. I że nie rzucają nimi w innych. Że w życiu nie rzuciłbym nimi np. w mojego szkolnego kumpla Bila, któremu w tej chwili gorąco zazdroszczę dzieciątka, mimo, że nadal nie wziął ślubu. Że nie rzuciłbym w moją kuzynkę, z którą muszę się wkrótce spotkać (może zrobi nam pazurki na ślub? :). To tylko przykłady. Nie rzuciłbym nie dlatego, że oni nie popełnili grzechu, a Ty owszem. Nie rzuciłbym dlatego, że oni nigdy nie twierdzili, że byłoby w tym coś złego. Dla nich zawsze było to coś normalnego. Ot, wpadka, wypadek przy pracy. W Ciebie też nie rzuciłbym kamieniami. Ale nie dziwię się i dziwić się nie będę, że są ludzie, którzy to robią i będą robić. Wiesz dlaczego? Bo to Ty ich pouczałeś. Mówiłeś im, co jest dobre a co złe. Wywoływałeś w nich poczucie grzechu, poczucie winy. Pchałeś ich do konfesjonału. I wszyscy wiemy, że robiłeś to też przez wzgląd na siebie. Na swoje wyrzuty sumienia. Na swoją słabość.

I nie mów, że nie spodziewałeś się tych kamieni lecących w Twoją stronę. Że się ich nie bałeś. Że nie uważałeś ich w dużym stopniu za słuszne. Obaj wiemy, że to prawda. Są pewnie rzeczy, o których nie wiesz, o których jednak nie będę Ci pisał ani tu, ani prywatnie. Jest mnóstwo rzeczy, o których wiesz. I wiemy obaj, że zawsze bałeś się, co pomyślałaby Twoja grupa Oazowa. Wiedziałeś, że mogą obrzucić Cię kamieniami. I dziś, tak myślę, powinieneś stanąć naprzeciw tego faktu. Dziś dowiadujesz się, co pomyślałaby. Wiesz, co myśli. I dziś, jak myślę, powinieneś pochylić głowę. Nie tylko przed Bogiem. Przed ludźmi, którzy Ci wierzyli, którzy Cię słuchali, którzy się w Ciebie wpatrywali również. Przed tymi, których uczyłeś, a którzy uśmiechali się pod nosem widząc, jaki jesteś w rzeczywistości również. Bo oni dziś powiedzą Ci: „A mnie pouczał”. Tak Ci powiedzą. Choć możesz tego bezpośrednio nie usłyszeć.

Czytałeś Grosera? Kojarzysz Zuzannę? Nikt jej nie potępił. Z wyjątkiem jej samej. „Nie płaczcie nade mną, lecz nad dziećmi swoimi” – jakoś tak mówił Jezus do płaczących niewiast. Na Twoim miejscu wziąłbym przykład z Zuzanny. Troszeczkę pokory…

Po trzecie z nikim się nie ścigamy. To tak na wszelki wypadek, żeby nie było. Zarezerwowaliśmy sobie datę na 13 września, żeby móc zrobić skromne przyjęcie. Owszem, gdybyśmy zrezygnowali z przyjęcia, bralibyśmy ślub wcześniej. Gdybyśmy zagrali trochę bardziej niezgodnie z zasadami – również. Nie uważam czekania za coś bezsensownego – pod warunkiem, że jest na co czekać, co już kiedyś powiedziałem. I my dziś czekamy i czekać będziemy na ślub. Jako sakrament. Dar od Boga. Ale muszę przyznać, im dłużej czekamy, tym ciężej. Choćby dlatego, że coraz bardziej okazuje się, że czekamy np. na to, by niektórzy ludzie uznali fakt, że jesteśmy razem i że wszystko uważamy za wspólne. Taka mała odskocznia od tematu, bo obawiam się, że w tej małej dyskusji wokół Józka i nam się trochę oberwało.

Po czwarte, powrócę do tematu, po czwarte cieszę się, że się cieszysz. Że jesteś w stanie po tak długim czasie niezdecydowania podjąć naraz wszelkie poważne, życiowe decyzje i nie mieć nagle wątpliwości, że tym razem wszystko się uda. Gratuluję, mam nadzieję, dojrzałego, mądrego podejścia, które w obliczu tego, co ja wyprawiam ze swoim życiem i ze swoimi życiowymi decyzjami musi wydać się mistrzostwem. Gratuluję faktu, że pracowałeś nad tym wszystkim tak niemiłosiernie długo, iż nagle wszystko wypracowałeś. Cóż… Tak przynajmniej wynika z Twojej notki. I zobaczymy jak okaże się być w rzeczywistości. Wszystko to tylko, niestety, w moich oczach, przyćmiewa fakt, że tu chodzi o Ono. O dziecko. Nie o Ciebie, o Wiolę, o Was. Przede wszystkim o dziecko. I, pozwól, że wyrażę swoją opinię, wydaje mi się, że gdybym ja był Tobą, a gdyby nie chodziło o dziecko, te wszystkie decyzje (choć z tego, co mi się zdaje, prawdopodobnie decyzję o pokochaniu podjęliście wcześniej) nie podjęłyby się tak mądrze nagle po tylu latach rozmyślań i doświadczeń, lecz jeszcze swobodnie by poczekały.

Myślę, czysto subiektywnie, że w moich oczach to wszystko usprawiedliwiłby tylko fakt, że rzeczywiście to dziecko jest, bo nie mogliście się już go doczekać. Ale to pewnie dlatego, że swoje postępowanie mógłbym próbować tak usprawiedliwiać w podobnej sytuacji.

Idę se herbatkę strzelić.

Po piąte. Każde dziecko jest cudem. Ale każde dziecko jest cudem nie dlatego, że jego rodzice cudem go uczynili. Cudem uczynił je Bóg. I bardzo, bardzo często to, jak i dlaczego uczynili je rodzice z cudem nie ma nic wspólnego. Dlatego powinieneś, choć nie, nie będę pisał co powinieneś… Ja na Twoim miejscu powiedziałbym o tym światu trochę inaczej. Dokładnie. „Popełniłem (nie zrzucając winy na to czarodziejskie MY) wielki błąd. Prawdopodobnie największy błąd w moim życiu. Bóg jednak jest w stanie ze wszystkiego wyciągnąć dobro. Z każdego zła. I mimo mego wielkiego grzechu, który zranił nie tylko mnie, ale również moją dziewczynę, moich najbliższych, moją grupę Oazową, przede wszystkim moje dziecko, jestem szczęśliwy. Nie jest prawdą, że nie ma nad czym płakać. Bo jest. Ale jest też z czego się cieszyć. Bo Bóg powierzył mnie, takiemu grzesznikowi, nie tylko niezwykle ufną kobietę (bo jak można zaufać komuś takiemu jak ja?), ale również nowe życie, które dostaję za zadanie wychować na mądrego, mądrzejszego niż ja, dorosłego człowieka”. Tak bym powiedział ja. Bo jest się z czego cieszyć. Ale nie ma żadnego powodu, by tą radością usprawiedliwiać zło, które jest na samym początku.

Cała Twoja notka, a już zwłaszcza komentarz dany Anonimowi, przypomniał mi to, jak kiedyś napisałeś: „Mamy święte prawo traktować te dwa słowa niemal na równi z sakramentem. I zachować je na odpowiednią chwilę (tak, wiem, tak właśnie powinienem był traktować płciowość. Za późno, ale płakać z tego powodu więcej nie zamierzam, tylko żyć dalej).” Coś w rodzaju: jest wiele cudowności w tym co i jak robię, a od tego co złe, pozwólcie, umyję ręce. Bardzo mi przykro, ale właśnie tak to odebrałem.

I na koniec, bo nie chcę, żeby mi MyLoga zamknęli, przyłączę się do tego, co Ci Goddwitch napisała: „Karol… Karol… Karol… gratuluje rodzącego się ojcostwa:)”. Odpowiedziałeś, że mówi do Ciebie ludzkim głosem. Owszem. Ludzkim. Ale przede wszystkim: do Ciebie. I znam Cię tylko z opowiadań (kilku różnych świadków), nie będę więc wystawiał ocen. Jednak przypominam, że to, co my z Olą wyprawiamy, jest bardzo małym wariactwem w stosunku do tego, co wyprawiacie Wy. A najbardziej Ty – który tyle mówiłeś o gotowości do miłości, o dorastaniu, o poważnych decyzjach, a nie takich hop-siup. Więc powiem Ci, musisz bardzo szybko urodzić w sobie to ojcostwo. Bo już jesteś tatą. Nie zapominaj o tym.

Dodam jeszcze, że najgoręcej modlę się o Wiolę i dziecko. Bo to oni spędzą w Twoim towarzystwie resztę życia. A potem o Ciebie, żebyś okazał się rzeczywiście być na to gotowym. Pamiętną Burzę, którą śmiem zwać z dużej litery, a która wszystkim nam dała bardzo do myślenia, wywołaliśmy (a w zasadzie ja wywołałem) po to, aby nie doszło do tego, do czego doszło. Cóż. Nie udało się. Dziś już nie chcę wywoływać więcej burz. Nie obrażę się, jeśli ktoś zechce mi dać komentarz w stylu „tu byłem”, na który odpowiem i zamkniemy temat.

Gratuluję nie wiem czego i nie wiem komu. Już nie zazdroszczę. Poczekam do września.

I postaramy się przyjechać 12 kwietnia. Jak tylko Pan Bóg pozwoli. Dziękuję za zaproszenie.

Categories: Duchowość i moralność | 6 Komentarzy

Wstęp do Wielkiego Postu

Miało być najpierw o Historii Zbawienia. Miała być odpowiedź na napastliwe komentarze. Miało być mnóstwo różnych rzeczy. Miało być pisane z mocą, werwą i znawstwem. Miało być. I się nie mogłem zebrać.

Będzie o mnie. Nie o mnie jako o mistrzu, nie o mnie – wszechwiedzącym. Jak niektórzy lubią mówić – jak o czwartej osobie boskiej. Jak o członku świętej (prawie) rodziny. Bo dziś po raz pierwszy od bardzo dawna zapłakałem nad samym sobą.

Nie będę się przed Wami spowiadał ze swoich grzechów. Problemów. Nałogów. Nie dlatego, że nie chciałbym. Nie, bo pragnę gorąco wyrzucić to wszystko z siebie, powiedzieć Wam, nie kryć tego w sobie. Nie zrobię tego, bo boję się o moich najbliższych. Bo odkąd Bóg dał mi kogoś, kto mnie naprawdę kocha, muszę zawsze pamiętać, że wszystko, co robię, ma konsekwencje nie tylko w stosunku do mnie, lecz także w stosunku do niej. Więc nie będę się przed Wami spowiadał.

26 listopada napisałem w pamiętniku przysięgę. Z mocą i mądrością, „Panie Boże, przysięgam Ci”. Jeah, ja, najbeściejszy, jak tylko będę chciał, dam radę. No i co? Okazało się, że nie dałem. Nie, nie jestem mistrzem świata. Nie jestem Bogiem. Bóg jest jeden. Ja? Ja jestem taki malutki. Tylko to zazwyczaj jest gołosłowie. Chyba wszyscy chcieliby się czuć wybrańcami Bożymi. Największymi z największych. A Bóg? Bóg uczy nas pokory.

Dziś jakoś mi przyszło do głowy, żeby sobie poszukać Jesus Christ Superstar na Youtube. I jakoś przez przypadek kliknąłem w pieśń o Ostatniej Wieczerzy. Kiedy zaczęli śpiewać, ja zacząłem płakać… Nie pamiętałem, że ten kawałek był z owego musicalu. Macie, podlinkuję Wam: PIOSENKA. Śpiewają to na początku, a potem po odesłaniu Judasza. Słuchając to śpiewałem sobie po polsku. Ryczałem i wyłem, błagając Boga o pomoc. Boże! Boże, jestem nikim! Prochem… Tylko Ty dajesz mi moc. Siłę. Każda chwila mojego życia ma miejsce tylko dlatego, że Ty na to pozwalasz.

Dostałem czas. Jeszcze żyję. Nie wiem jak długo, nie wiem jak dużo życia każdemu z nas zostało. Dostałem czas, żeby się nawrócić. Nawrócić to nie tylko – odwrócić się od złego. Nawrócić to przede wszystkim odwrócić się w stronę Boga. Paść na kolana. I błagać o przebaczenie.

Dziś zapisałem coś w pamiętniku po raz pierwszy od dwóch i pół miesiąca. Zapisałem słowa tej piosenki. I błaganie o ratunek. I te dwa słowa: Wielki Post.

Domyślam się, że pod tą notką komentarzy za dużo nie będzie. Szukamy sensacji i plotek, a nie czyjegoś wyznania grzechów. Jednak pewnie to przeczytacie. Więc mówię do Was, ja, wyjący o błaganie do Pana: padnijcie na kolana. Wielki Post.

Categories: O mnie | 4 Komentarze