Sto i internetowy kaming ałt

Długo się nie mogłem zebrać, żeby coś wreszcie napisać, ale nareszcie się udało. Czasem potrzeba silnego impulsu. No to jest impuls.

Notka miała być jakaś specjalna. Podsumowanie. Bo to notka numer sto. Choć tak naprawdę numer 101, bo po drodze pojawiła się jedna taka, która nazywała się „Pocieszacz”, a którą usunąłem w chwilę po zamieszczeniu. Nie liczę „Wizji…”, która pojawiała się dwa razy, ale uważam ją za jedną notkę.

No i miała być notka specjalna, to może w pewnym sensie będzie. Tylko to nie będzie podsumowanie 100 not, czy też jakaś lista przebojów. Podsumuję sobie swoje życie. Tak sobie a muzom, a Wy możecie też poczytać i pokomentować.

Nazywam się (…)*. Urodziłem się (…)*. Byłem dzieckiem zaplanowanym, z prawowitego łoża. Dlatego też narodziłem się w wakacje i nigdy w zasadzie nie miałem możliwości, by świętować urodziny.

Nic ciekawego nie działo się u mnie w zasadzie do pewnego momentu. Całe życie chodziłem z mamą i rodzeństwem do kościoła, w pewnym momencie zostałem ministrantem, bo mi się nudziło na kościele. W szóstej klasie podstawówki po raz pierwszy związałem się z dziewczyną. Już wówczas wierzyłem w to, że można być z jedną osobą przez całe życie. Już wówczas chciałem się żenić. Rozstaliśmy się po trzech miesiącach, a ona przyniosła do szkoły listy, które do niej pisałem, i pokazała koleżankom. Wtedy zacząłem się panicznie bać kobiet.

Wtedy też mniej-więcej zacząłem mieć kłopoty z czystością. I dobra, może to brzmi jak jakieś świadectwo z „Miłujcie się”. Ale ja bardzo lubię to pismo. I ono samo pomogło mi bardzo poradzić sobie z samogwałtem.

Na początku nawet nie wiedziałem, że to grzech. Później właśnie trafiło w moje ręce owo pismo. I po lekturze w towarzystwie kilkorga prześmiewców z KSM zacząłem się zastanawiać. Wkrótce rozpocząłem spowiadanie się z tego grzechu. A później zauważyłem, że mam z tym poważny problem.

Wtedy właśnie uwierzyłem, że jeśli Bóg da mi Jedną, Wielką, Prawdziwą i Nieskończoną Miłość, dla której będę mógł się zmienić, to natychmiast się zmienię. Pojawiła się Gośka. I rzeczywiście. Cztery lata niemożliwego do pokonania nałogu zostało za mną. Z Gośką mieliśmy brać ślub. Dzięki niej przestałem się bać kobiet.

Niestety, okazało się w pewnym momencie, że gdzieś popełniliśmy błąd. Że nie jesteśmy gotowi na ślub. Wtedy po raz kolejny poczułem się oszukany. Nie wróciłem już do samogwałtu. Zacząłem się zagłębiać w erotykę. Rozstaliśmy się w zasadzie głównie przez to. Przestałem sobie dawać z tym radę, a ona nie potrafiła tego wytrzymać. Wcale jej się nie dziwię.

Potem było Seminarium. Najpiękniejszy rok mojego życia. Choć bywały duże porażki. Na tle mojego uzależnienia od erotyki również. Również na seminaryjnych komputerach w tamtejszej kafejce. Raz mnie przyłapano. Na szczęście dokonał tego jeden ze starszych kolegów. Skończyło się na panice, płaczu, spowiedzi i reprymendzie. Do rektora nie dotarło.

Nie wywalono mnie za erotykę. Ani za inne złe rzeczy. Jak wiecie, wywalono mnie za bloga. I tylko czasami sobie myślę, że być może Pan Bóg chciał mnie jakoś za to wszystko ukarać. I mnie pożegnał w roli kapłana. Tak, starałem się. I wydaje mi się, że robiłem dużo dobrego. Ale było też we mnie wiele zła. Nadal jest.

Nie mogę powiedzieć, że z erotyką sobie poradziłem. W tej chwili jestem abstynentem od Środy Popielcowej. Zresztą, wiąże się to wszystko też z czymś, o czym chwilowo nie napiszę, o czym część z Was wie (ale również nie napisze), a czego nie da się do końca pokonać przez zwykłe zerwanie z erotyką.

Po Seminarium była Aneta, Monika i bagienko. Myślę że to, iż pozwoliłem sobie na zapuszczenie się w bagienko, zaowocowało powiększeniem się nałogów. Kobiet się bałem jeszcze bardziej i w zasadzie ten strach próbowałem pokonać przez dość przedmiotowe ich traktowanie.

A potem pojawiła się Ola.

O tym też już wszyscy wiecie.

I może myślicie „No, teraz to się nie może nachwalić, teraz jest super”. Otóż nie do końca. Prawda jest taka, moi drodzy, że jestem szczęśliwy. Tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy nie byłem. Kocham. Jestem kochany. Bierzemy ślub i planujemy rodzić dzieci. I staramy się żyć po katolicku. Jak prawdziwi, ortodoksyjni katolicy. Jak Boży Wariaci.

Tylko nie zawsze się to udaje. I nie tylko o kwestię czystości chodzi. O to akurat w małej mierze. Oczywiście mówię o nas, a nie o mnie, który to w dalszym ciągu mam problemy związane z erotyką. Mówię o nas.

Kłopoty z modlitwą. Mało i rzadko. Choć prawie codziennie modlimy się razem przed zaśnięciem. Do kościoła na tygodniu się tak strasznie nie chce. Na rekolekcje też nam za daleko. I co, niby studiuję tę teologię, ale do Boga jakoś wcale mi nie bliżej.

To znaczy nie, nie do końca. W zasadzie to bliżej niż wcześniej. Dużo bliżej niż wtedy, kiedy byłem sobie w bagienku. Ale chyba nie do końca tak blisko, jakbyśmy tego chcieli. I czasem rodzi się bunt. Dlaczego niektóre rzeczy wyglądają tak, a nie inaczej. Dlaczego niektóre rzeczy Bóg stworzył właśnie tak? I czy to jest sprawiedliwe?

Czasem się podnosimy. Zwracamy się w stronę krzyża. Wkładamy w to wszystko więcej serca. Ale często upadamy. Często zapominamy, że Bóg jest pierwszy. Że zawsze był. Był zanim czas nastał. Musimy sobie o tym bardzo intensywnie przypominać. To wcale nie jest takie łatwe.

Katolicyzm nie jest łatwy. Nigdy nie był. Bycie w Kościele wymaga poświęceń. Może właśnie dlatego tak wiele osób z tego rezygnuje. Szuka łatwiejszej drogi. My nie zamierzamy. Nie będziemy szli na łatwiznę. Nawet, jeśli czasem niektóre rzeczy wydają się być takie głupie, niepoważne. I niesprawiedliwe.

I jest Bóg.

I miłość wystarczy. Nie dlatego, że niby jest czymś magicznym, co zastąpi wszystko. Raczej właśnie dlatego, że zawiera wszystko w sobie. A to oznacza, że wszystko wystarczy. Tylko czy nie prościej powiedzieć: miłość.

I tak, wiem, jestem wielkim grzesznikiem. Ale kocham. Umiem kochać. Bóg mi pozwala. Za wszystko chwała Panu.

Rzuciłem polonistykę. Nie wyrobiłem na dwóch kierunkach. Zostaję na teologii. Zamierzam być w tym dobry. Zamierzam się nawrócić. Całe życie oddać Panu. W końcu Mu przysięgałem…

Będzie dobrze.

Obiecuję.

Oto ja. Nagi. Niemalże. Tak, są rzeczy, o których jeszcze nie czuję się gotów mówić. O których Ola nie czuje się gotowa, bym mówił. Ale przyjdzie czas. Przyjdzie czas.

Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni.

Dziękuję wszystkim, którzy wysłuchali i nie kiwają głowami. Tym, którzy kiwają, też dziękuję.

I zapraszam na Jasmine. Siedmiopak Sapkowskiego do wygrania :).

* Z pewnych przyczyn niektóre dane zostały ocenzurowane. Osoby, które chcą wiedzieć kim jestem i tak pewnie dobrze to wiedzą.

Reklamy
Categories: O mnie | 8 Komentarzy

Zobacz wpisy

8 thoughts on “Sto i internetowy kaming ałt

  1. Wiola

    Hmmm.. Odważnyś.. Nie wielu napisało by publicznie o tym wszystkim w taki sposób.. Większość zostawiłaby to dla siebie i swoich drugich połówek, ale Twoja wola. Powtórzę raz jeszcze.. odważnyś i.. świadom siebie, a to dobrze.

  2. Maggie B.

    Witam :) Tym razem napiszę tylko jedno: pochwalę Cię za to, ile napisałeś. A raczej za to, czego nie napisałeś, a widać, że masz obgadane, przemyślane i niekoniecznie trzeba się tym dzielić :)
    3maj się cieplutko, Ty i Ola :)
    Pozdrawiam,
    M.

  3. PSO

    Spłoniesz w piekle grzeszniku i pociągniesz swoją kobiete za sobą!

  4. Maggie B.

    A w ogóle, Robaczku i Pani Robaczkowa, gdzie Wam się podział link do jednego takiego bloga? :P
    I drugie w ogóle: bardzo dziękuję wiecie za co, ciągle i zachłannie proszę o jeszcze i odwdzięczam się ;)
    Pozdrawiam,
    M.

  5. Tak tylko króciutko, by Maggie odpowiedzieć. Otóż Pan Oluś S. po kilkakrotnych zapowiedziach ostatecznie zamknął swojego bloga. Link był więc zupełnie nieodnoszący się do żadnych treści – więc go zlikwidowaliśmy :). Jakbyś chciała wiedzieć co u niego, możemy Ci, jako naoczni świadkowie w szarej codzienności, komunikować na bieżąco :). Oczywiście to co obiecaliśmy, kontynuujemy. I prosimy o wzajemność.
    M.

    PS. Panie ONZ czy jak się tam Pan nazwał. Zgadzam się z Panem – jak będę grzeszył, pójdę do piekła. Tylko czemu mam tam wciągnąć za sobą swoją kobietę?

  6. ...

    ech..
    nie wiem, czy mam prawo do napisania słów ‚życie nie jest łatwe’. prawie 18 lat, ale to jeszcze smarkate takie..
    za to katolicyzm owszem, nie jest łatwy. Dwie sprawy: pokora, praca nad sobą. zawsze to tak sobie wyjaśniałam..
    nie kiwam głową.. a jeżeli kiwam, to z pewnym zrozumieniem..
    bo to jest właśnie to, że dostrzegłeś w tym całym uzależnieniu błąd. nie usprawiedliwiłeś się, że jesteś tylko człowiekiem i masz swoje potrzeby..

    mam nadzieję, że ludzie zdobędą się na pokorę zaakceptować innych za to, co robili kiedyś i zaakceptować innych z tym, z czym walczą..
    ja akceptuję. ale też proszę o pokorę.. kto wie, kiedy mi coś odbije.. kto wie, czy to, co uważam za swoją pokorę nie jest tylko czymś ładnym, pięknym i złudnym.

    pozdrawiam Cię! :)

  7. Nie ma go tu. Zmartwychwstał!

  8. ...

    Ile to już lat? Może pora zapomnieć o seminarium, czy nie da się? Wcześniej, czytałem artdico.. hehe dzięki za tamten blog rozwiał trochę wątpliwości, wszedłem na tę drogę pewniej.

    Może nie mam tego bagażu na plecach ale wcześniej nie przepraszałeś teraz przepraszasz, no i po co? Przecież jest lepiej, prawda? Byłem niedawno na ewangelizacji, spałem u cudownej rodziny, ojciec był rok w seminarium, odszedł, takiej rodziny nie widziałem nawet na filmach, myślę, że wy też tak możecie. Teraz to ja przepraszam za otwartość. Ale człowieku zacznij żyć! ;)

    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s