Monthly Archives: Kwiecień 2008

Krucjata Wyzwolenia Człowieka

Przy okazji pobytu w Bełchatowie udało się odnaleźć zapomnianą niegdyś przez Olę deklarację KWC, przywiezioną bodajże z Trójki, i spełnić jedno z moich marzeń. Wprawdzie dawno, dawno temu Maggie, po tym jak sama podpisała na rok, polecała mi, bym się zastanowił, a przynajmniej przeczytał jakąś pozycję traktującą na ten temat, czego ostatecznie nie zrobiłem, ale uparłem się, że podpiszę – to podpisałem.

Marzyłem o tym odkąd byłem z Gosią. Wówczas przyszło mi do głowy, byśmy podpisali oboje. Przestałem pić alkohol we wrześniu 2002, kiedy to ostatni raz napiłem się z kuplami by odstresować się po naszym pierwszym zerwaniu. Tydzień później wróciliśmy do siebie – i wtedy postanowiłem, że możnaby podpisać. Już kiedyś napisałem notkę o tym, dlaczego nie piję alkoholu. Myślę, że jeśli chcecie się dowiedzieć – poszukajcie w indeksie na poprzednim blogu. Notka nazywa się „Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze”. Tak mi się kojarzy.

Kiedy Gosia zaczęła się powoli ze wszystkiego wycofywać, wycofała się i z tego. Stwierdziła, że owszem – możemy nie pić, ale nie czuje się na siłach by tak poważnie się deklarować. Na całe życie. A potem poszedłem do Seminarium.

Abstynencja z powodów pierwotnych (trzeźwość w rodzinie, czyli chociażby to, by moje dzieci nigdy nie chowały się przed tatusiem po kątach, bo wrócił do domu podchmielony) została poszerzona o kolejne powody – czyli choćby o to, że chciałem być takim księdzem, który zawsze panuje nad tym, co robi, co mówi, itp. A oprócz tego klerycy byli zobowiązani do całkowitej abstynencji na czas trwania formacji. I papierosów też nam nie wolno było palić.

Z M. było inaczej. Ona nie piła z powodu tej przysięgi, którą czasami składa się podczas Pierwszej Komunii. Czyli do ukończenia osiemnastego roku życia. Będąc z nią marzyłem już o weselu bezalkoholowym. Ale ona nie wyobrażała sobie czegoś takiego. Chodziło o gości – co oni pomyślą, jak się będą czuć, jak się będą bawić. Kiedyś pożyczyłem jej artykuł z jakiejś gazety, dotyczący wesel bezalkoholowych. Ale nie wiem, czy to cokolwiek zmieniło.

Kiedy nie wyszło z M., przyznam szczerze, pragnąłem związać się z kimś, kto nie pije. Nie dlatego, że nie skończył 18 lat, ale dlatego, że zupełnie szczerze i w wolny sposób o tym postanowił. Trafiłem na Olę. Trafiłem na ideał. Ola miała podpisaną Krucjatę. Dożywotnio. Opowiedziała mi jak do tego doszło, że to w zasadzie pod wpływem emocji – ale dla mnie takie decyzje, jeśli jest się w stanie w nich wytrwać, są właśnie najbardziej szczere. Najpiękniejsze. Byłem więc z dziewczyną, która miała podpisaną Krucjatę. A to oznaczało jedno – że nie potrzebuję tak naprawdę żadnego innego argumentu, by nasze wesele było bezalkoholowe.

Może wyjaśnię, tak pokrótce, do czego służy taka Krucjata. Nie jest to bynajmniej taka sobie karteczka, która ma być dla ciebie argumentem, by nie pić. Ofiarowujesz swą przysięgę w intencji wykorzenienia nałogu alkoholizmu panującego w Polsce. Twoja abstynencja jest nie tylko świadectwem dla innych, ale także swoistym rodzajem modlitwy. Na tym to właśnie mniej-więcej polega.

Wróćmy do tematu. Ola miała Krucjatę, a ja byłem w siódmym niebie. Ola zresztą też – myślała, że na świecie istnieje tylko jeden facet, który alkoholu nie pije, a tu Zonk :). Potem się zaręczyliśmy, obmyśliliśmy jak wszystko będzie wyglądało, a potem musieliśmy powiedzieć rodzicom. No i powiedzieliśmy. Kiedy zorganizowało się coś w rodzaju oficjalnych zaręczyn (czegoś takiego w zasadzie nie było – chodzi mi o pierwsze spotkanie obu par teściów w celu obgadania warunków naszych zaślubin – Geez, jak to poważnie brzmi! – w gruncie rzeczy było raczej wesoło :), wyszedł temat alkoholu. Omawialiśmy go już wcześniej indywidualnie – bez wyraźnej aprobaty ze strony jednych czy drugich. Rozmowa nas dwoje przeciw ich czworgu była nie lada wyzwaniem. O ile tata Oli nie bywa zdenerwowany – o tyle tym razem nie było z nim żartów. Wiedzieliśmy jednak, że o alkoholu na obiedzie ślubnym (obawiam się, że i tak rodzice postarają się, by wyszło z tego w miarę tradycyjne wesele) mowy być nie może. Nie planowaliśmy argumentować. Krucjata Oli wystarczyła za wszystkie argumenty. Kiedy jednak widzieliśmy, że temat alkoholu na weselu, bo wesele jest dla gości, bo nie będą się dobrze bawić, bo to nie my go kupujemy, bo to nie my nim częstujemy, bo to nie dla nas wreszcie wesele, tylko dla gości, pozostaje wciąż punktem tragicznie dyskusyjnym, odpaliłem z grubej rury: „Dobrze. Zgoda. Może być alkohol, jeśli chcecie” – nastąpiło pewne uspokojenie w szeregach – „Ale wtedy będziecie się bawić bez nas”.

Ostatecznie udało się opanować sytuację – i po pójściu na kilka bezdyskusyjnych kompromisów (polegających między innymi na tym, że zaprosi się członków rodziny, których widzieliśmy 2 razy w życiu) – doszliśmy do wspólnego wniosku, że obiad będzie bezalkoholowy. I mam nadzieję, że nie postanowią jednak otworzyć jakiegoś alkoholowego podziemia.

To wszystko super. Ale ja nadal, od 5 lat już, marzyłem o podpisaniu Krucjaty. W końcu i tak nie piję – co mi szkodzi? Okazało się, że Ola ma gdzieś jakieś stare druczki. Udało się jeden odnaleźć, ale zapominaliśmy o braniu go ze sobą. A ja chciałem zrobić to bardzo uroczyście. W kościele, po mszy, wyspowiadawszy się uprzednio. No i nareszcie się udało.

Wczoraj i tak mieliśmy iść do spowiedzi. Druczek od naszego ostatniego pobytu w Bełchatowie leżał na wierzchu. Wziąłem go więc ze sobą, wraz z zielonym cienkopisem – bo zieleń to taki radosny kolor. Po spowiedzi (strasznie sympatyczny ksiądz, i taki miły, i takie radosne porady dał, że aż się buzia śmieje) odczekałem do końca mszy, klęknąłem w ławce, odmówiłem modlitwę zawartą na karteczce i wypełniłem deklarację. Już. Tak oto ja również stałem się członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.

W rzeczywistości jest wiele argumentów za tym, dlaczego nie piję. I dlaczego obiad wieńczący nasz ślub musi być bezalkoholowy. Chociażby to, że goście przyjeżdżają by się bawić i cieszyć z nami, a nie z butelką wódki. Ale dwa argumenty wystarczą za wszystkie inne. Pierwszy to to, że Ola ma Krucjatę. A drugi to to, że teraz ja też ją mam :).

A wczorajsza spowiedź może być krokiem ku złożeniu przez nas jeszcze jednej deklaracji składającej się z trzech literek. Już się nie mogę doczekać! :D

A, jeszcze dodam coś! To taki edit :). Otóż postanowiliśmy, że w naszym domu na Bielanach nie będzie alkoholu. To znaczy nie tyle, że my nie będziemy pić. Tylko jak przyjadą goście i będą się chcieli napić, to mogą wyjść na podwórko. Stajemy się nieznośni!

Categories: O mnie | 2 komentarze

Bóstwo Jezusa

Zgredzik nie tak dawno napisał notkę, w której przytacza dyskusję ze swoją mamą na temat bóstwa Jezusa. LINK do notki macie tutaj. Zgredzik nie tyle twierdzi, że Jezus Bogiem nie był, lecz raczej, że nie ma to w rzeczy samej większego znaczenia. Ośmielę się nie zgodzić z owym stwierdzeniem.

Od najwcześniejszych lat istnienia chrześcijaństwa wierzono w bóstwo Jezusa. Problem był nie w tym, czy Jezus jest (jest, a nie był, gdyż Bóg nie może istnieć tylko w określonym czasie) Bogiem, tylko w tym, jak godzą się Jego dwie natury w jednej osobie, oraz jak to możliwe, że jednocześnie i On, i Ojciec jest Bogiem. Później, później, próbowano rzeczywiście udowadniać, że nie ważne czy Jezus jest Bogiem, lecz to ważne, czego nauczał. Przez to pojawiały się takie kwiatki jak pochwała spacerów (bo Jezus dużo podróżował) czy tym podobne. Prawda jest jednak taka, że nie da się oddzielić nauki Jezusa od Jego faktycznego bóstwa. Z jednej prostej przyczyny: Jego nauka oraz jej moc opiera się na tym, że jest Bogiem.

Myślę, że aby udowodnić to, co chcę przekazać, oprę się głównie na słowach, które autorzy Ewangelii wkładają w usta Jezusa. Bo mógłbym na przykład przytoczyć listy pawłowe, w których nazywa on Jezusa Kyriosem – czyli Panem. W których niejednokrotnie stwierdza, że Jezus Bogiem jest. Czy choćby początek Ewangelii wg. św. Jana, gdzie „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”. I tu początek nie oznacza wcale początku czasów, lecz to, co było przed czasem. Czyli w wieczności. Jednym Słowem – Słowo, które było Bogiem, istniało zawsze. A potem zeszło na świat i rozbiło między nami namiot.

Ale zostawmy to w spokoju i skupmy się na nauce Jezusa. Jezus całą moc swojej nauki opierał na tym, że jest Synem Bożym, że jest Synem Człowieczym. My z pewnością nie do końca rozumiemy te słowa – Syn Boży nie znaczy przecież „Bóg”. Ale nie jesteśmy Żydami. Nie do końca pojmujemy to, co pojmują ludzie żyjący w czasach Chrystusa. Co pojmują faryzeusze. Owszem, Syn Boży to jest tytuł bardzo bliski w znaczeniu do tytułu „Bóg”. Nikt nie miał prawa nazywać siebie synem Boga. To do dziś podkreślają choćby mahometanie. A teraz przytoczę fragment Ewangelii, ukazujący słowa Jezusa i Jego polemikę z Żydami, właśnie na temat bóstwa: „Rzekł do nich Jezus: ‚Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec. Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy’. I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: ‚Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?’ Odpowiedzieli Mu Żydzi: ‚Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga.’ Odpowiedział im Jezus: ‚Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli /Pismo/ nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym?’” (J 10, 25-36).

W tym krótkim fragmencie mamy wszystko. Całą naukę Jezusa – nie licząc tego, co większość przeciwników Jego bóstwa usiłuje ukazać jako wyłączne. Nauka moralna Jezusa Chrystusa jest niezwykle, niezwykle ważna. Pod dwoma warunkami: że uwierzy się w Jego naukę o Jego własnym bóstwie oraz w naukę (główny temat Ewangelii) o Królestwie Niebieskim. W przytoczonym fragmencie Jezus mówi nam, że to On daje życie wieczne swoim owcom, tym, które idą za Nim. Może my tego nie rozumiemy jednoznacznie, jako dowodu na boskość, ale przypominam, nie jesteśmy Żydami. U Izraelitów mówienie o tym, że należy podążać za kimkolwiek po to, by uzyskać zbawienie jest niewątpliwie roszczeniem sobie prawa do bycia Bogiem. I dalej: „Nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. (…) I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca.” Czyżby chodziło o dwie różne ręce? Za chwilę sam Jezus nam odpowiada: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Jedno – w oryginale to słowo jest zapisane dokładnie tak samo. Jedno to liczba pojedyncza. „Jesteśmy” oznacza dwie osoby. Mimo, że Ojciec i Syn stanowią dwie różne osoby, są jednocześnie jednym i tym samym. Są tym samym, jedynym Bogiem. Chodzi absolutnie, jednoznacznie o tą samą, jedną, boską rękę. Później sami Żydzi mówią, że chcą ukamienować Jezusa za to, iż nazwał siebie Bogiem. A On ukazuje im tekst z ich Pisma, udowadniający, że nie mają do tego prawa…

Wiele jeszcze innych cytatów da się przytoczyć (i oczywiście przytoczę, jeśli nadejdzie taka konieczność), by ukazać, że Ewangelia przedstawia Jezusa jako Boga. I tylko na tej podstawie przestrzeganie zasad moralnych, które zostały w Nowym Testamencie zapisane, ma jakikolwiek sens. Mowa o oblubieńcu, nie znacie dnia ani godziny, odnosi się właśnie do przestrzegania zasad moralnych – tylko w jakim celu? Bo nie wiemy, kiedy po każdego z nas przyjdzie oblubieniec. Oblubieniec, o którym jednoznacznie mówi Apokalipsa jako o Jezusie Chrystusie. Który przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

Jeśli wierzymy w słowa zapisane w Ewangelii, musimy, czy chcemy tego, czy nie, uznać, że Jezus uważał siebie za Boga. Neusner, teolog żydowski, świetnie orientujący się w kulturze starożytnego Izraela, proponuje, by przenieść się w czasy Jezusa i stać się jednym z faryzeuszów. Stwierdza on, że w ostateczności Jezus mówi bardzo mądrze, ale on nie może pójść za Nim. Właśnie dlatego, że Jezus uważa się jednoznacznie za Boga. Bez żadnej wątpliwości.

Nie możemy stwierdzić, że Jezus za Boga się nie uważał – bo to nieprawda, jeśli przyjmiemy wiarygodność Ewangelii. Możemy jedynie uznać, że albo mówił prawdę, albo kłamał, albo był wariatem. Drugą i trzecią opcję na Waszym miejscu bym wykluczył. Trudno spodziewać się po kimś, kto prezentował sobą tak wysoką moralność, kto wyzywał faryzeuszów od grobów pobielanych, kto ratował jawnogrzesznice i jadał z celnikami, a mimo wszystko nie można było Mu niczego zarzucić, by robił to w zakłamaniu, tudzież by kłamał w tak poważnej sprawie jak bycie Bogiem. Nie był także wariatem. Ciężko mi wyobrazić sobie kogoś, kto będąc wariatem, byłby jednocześnie tak zrównoważony, spokojny, mądry, kto potrafiłby w każdej sytuacji zachować się dokładnie tak, jak sytuacja tego wymagała. Jeśli myślimy trzeźwo, możemy więc uznać jedynie to, że mówił prawdę. Czyli że de facto był Bogiem. Czy, by być ścisłym, jest, był i zawsze będzie.

A co do kwestii genialnego teologa ks. Węcławskiego – sprawa wygląda zupełnie inaczej. To, czego złapał się ów człowiek, Benedykt XVI nazwał drugą dehellenizacją. Zjawiskiem polegający na próbie powrotu do czystej Ewangelii, oczyszczeniu jej z XX wieków interpretacji, z narośli hellenistycznej filozofii, więcej! z interpretacji pierwotnej gminy chrześcijańskiej, świętego Pawła czy nawet samych ewangelistów. Czyli na próbie powrotu do czystej nauki Jezusa Chrystusa. Do której powrotu nie ma, bo Jezus nic nigdy nie napisał i wszystko, co znamy, znamy jedynie z przekazu Jego uczniów, lub nawet z przekazu uczniów tych uczniów. Węcławski nie jest tu pierwszy. Zaczęło się w XIX wieku od niejakiego Adolfa von Harnacka. A Węcławski opiera się na protestanckim egzegecie Theissenie, który w swej książce „W cieniu Galilejczyka” napisał, iż wszystko, co wiemy o Jezusie, pochodzi od świadków, ale nie od samego Jezusa. A co za tym idzie – słowa zapisane przez ewangelistów wcale nie muszą mieć za wiele wspólnego z prawdą. W tej sytuacji rozumiem za podstawne negowanie bóstwa Jezusa – bo nie wiemy do końca, co mówił. I czy zmartwychwstał. Bo wcale tego nie zanotował. Tylko w tej sytuacji nie próbujmy namawiać kogokolwiek do przestrzegania nauki moralnej Jezusa Chrystusa. Bo nie mamy pojęcia tak naprawdę, czy Jezus czegokolwiek kiedykolwiek nauczał. Ani czy w ogóle, moi drodzy, kiedykolwiek istniał.

Oczywiście człowiek imieniem Jezus istniał. Oczywiście nauka zanotowana w Ewangelii jest Jego nauką, oczywiście zmartwychwstał i oczywiście był Bogiem. Oczywiście również można do tego dojść poprzez poznanie historii i dokładną lekturę Ewangelii. Ale, jeśli będzie potrzeba, posłuchacie mnie o tym innym razem…

Categories: Bóg i miłość | 5 komentarzy