Niezły kanciarz z tego Kanta

„Błogosławieni” – tak zaczyna Jezus swoje Kazanie na Górze. Błogosławieni, to znaczy szczęśliwi. Cała Ewangelia, cały Nowy Testament, opiera się na zapowiedzi szczęścia. Na zapowiedzi Królestwa Bożego, zmartwychwstania ciał, wiecznej radości, oglądania Boga twarzą w twarz. Autorzy wspominają oczywiście również o tym, co może czekać grzeszników, wymieniają, kto nie osiągnie zbawienia, ale nie opierają swego nauczania na straszeniu ludzi piekłem. Ewangelia to Dobra Nowina. To obietnica wiecznego szczęścia.

Wczoraj na kazaniu ksiądz podkreślił, że pobożny chrześcijanin przez 40 dni pości, przybiera smutny wyraz twarzy, umartwia się, śpiewa gorzkie żale, chodzi na Drogę Krzyżową. A Wielkanoc dla niego trwa jeden, czasem dwa dni. I potem koniec. Prawda jest taka, że wielu i w czasie Wielkanocnym, który trwa 7 tygodni, jest w stanie wykorzystać piątek dla odprawienia Drogi Krzyżowej. A proboszcz od franciszkanów mówi na Rezurekcji o tym, jak wielkiej dostępujemy radości tak, jakby zaraz miał się popłakać ze smutku. Dlaczego zapomnieliśmy, że chrześcijaństwo jest religią radości, religią miłości, religią zmartwychwstania? Dlaczego tak wielką wagę przykładamy do czczenia krzyża, męki, śmierci Pana Jezusa? Dlaczego pozwalamy innym kpić z naszego Boga, który to ich zdaniem jest bezwzględny, bo skazał swego Syna na śmierć, Syn ten zaś, ze wszelką mocą jaką posiadał, zwyczajnie popełnił samobójstwo? Dlaczego nie potrafimy przeczytać Ewangelii od końca i powiedzieć kpiącym, że przecież Jezus zmartwychwstał?

Odpowiedź może tkwić w etyce wprowadzonej w życie przez Kanta. Immanuel Kant żył i tworzył w XVIII wieku i nikt chyba przed nim nie wpadł na tak rewelacyjny pomysł. A jaki pomysł miał Kant? Otóż etyka tego pana miała początek w dobrej woli. I to było bardzo mądre – wolna wola jest bowiem tym, dzięki czemu decydujemy ku dobru, a nie ku złu. Ale zapytany kiedy wola jest dobra, Kant odpowiada, że właśnie wtedy, gdy działamy pod wpływem obowiązku, a nie skłonności.

Co to oznacza dla jego uczniów i dalszych pokoleń? To, że robimy dobrze kiedy czynimy coś, co musimy zrobić. Jeśli nie robimy tego, co zrobić musimy, wówczas postępujemy źle. Postępowanie nie dlatego, że chcemy, lecz dlatego, że musimy, jest dobre zdaniem Kanta. By być dobrym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, dobrym ojcem, matką, musisz zrobić to, to, to, to i to. Jeśli tego nie zrobisz, nie masz co liczyć na to, że cokolwiek ci się uda. To jest metoda kary. A nie metoda nagrody. Metoda kija, a nie metoda marchewki.

Jaka jest więc różnica? Czy powiedzenie dziecku, że jak posprząta pokój to obejrzy bajkę, jest czymś innym, niż powiedzenie mu, że jak nie posprząta pokoju, nie obejrzy bajki? Teoretycznie znaczy to samo. Ale postawcie siebie na miejscu tego dziecka.

Niniejsze zagadnienie kojarzy mi się z „pojedynkiem” wspólnot chrześcijańskich – i użyję tu przykładu dwóch pokrewnych wspólnot: Oazy Rodzin i Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Jak wielu z nas wie, Oaza to wspólnota radości. Wspólnota obietnic i nagród. Na rekolekcjach RRN byłem zaś sam i choć towarzystwo było całkiem sympatyczne, ogólny klimat nie przypadł mi do gustu. Ruchy takie, jak Oaza opierają swe myślenie na hasłach takich, jak „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Bóg jest ze mną, kocha mnie, dlatego jestem kimś, jestem ważny, obdarzył mnie łaską, więc mam talenty. Potrafię kochać, bo Bóg pozwala mi kochać. Żyję, bo Bóg daje mi życie. RRN działa zaś zupełnie na odwrót. Jestem niczym. Prochem, nic nie znaczę, zatapiam się we własnym grzechu, w złu tego świata i samego siebie. Nic nie potrafię, do niczego nie jestem zdolny. Gdyby nie to, że jest Bóg, nie byłoby dla mnie żadnej nadziei. To samo? Teoretycznie to samo. Tylko dlaczego pierwsze spojrzenie budzi w nas radość, a drugie przygnębia i przytłacza?

Nie potępiam ludzi, którzy widzą swoje słabości. Sam je widzę – trzeba je widzieć, by z nimi walczyć. Ale patrzenie na nie jak na wielkie, ciężkie głazy, jak na dystans nie do przebycia, jak na przeszkodę nie do pokonania nie ma większego sensu. Sens jest tylko w tym, że widzimy siebie w świetle Dobrej Nowiny. Że widzimy Boga, który ciągnie nas do przodu, nawet, gdy sami nie dajemy już rady. Wtedy nagle pokonywanie problemów i słabości przychodzi z łatwością. Bo widzimy cel przed sobą. Widzimy, że jest nadzieja. Że będziemy szczęśliwi. Nie mamy obowiązków, które nas przytłaczają. Mamy wiarę, nadzieję i miłość, które pomagają nam pokonać trudności. Błogosławieni! Wróćmy w naszej mentalności do etyki Ewangelii. Zmniejszmy znaczenie etyki krzyża, a skupmy się na etyce zmartwychwstania. Stańmy się pierwszymi chrześcijanami, którzy szli na śmierć z radością i imieniem Zmartwychwstałego na ustach. I nie uczmy dzieci, że jak będą złe, to je Bóg ukarze. Mówmy im, że ich zbawi, jak będą dobre. To samo? A jednak nie do końca.

I kto by pomyślał, że jeden gość mógł nas wpuścić w taki Kant…

Categories: Świat i Kościół | 5 Komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Niezły kanciarz z tego Kanta

  1. Michalina

    a ja bym nie mówiła o etyce ani Krzyża ani Zmartychwstania.
    o teologii – proszę bardzo…

    i nie od dziś twierdzę, że jednym z podstawowych błędów jest podciąganie pod wiele mówiące hasło „to jest mój krzyż, który niosę przez życie”… tylko i wyłącznie tego wszystkiego co dotyka, co boli, smuci.
    tak. Krzyż zmusza mnie do chwili refleksji, zadumy. czy raczej porusza mnie i w konsekwencji pochylam głowę, zginam kolana. ale w podobnym stopniu Krzyż jest moją radością. moją nadzieją. moją miłością. moją wiarą. moim szczęściem. błogosławieństwem. zresztą… nie da się oddzielić tej Śmierci(Krzyża) od Zmartwychwstania…

    hmmm. karać można i trzeba – jeśli robi się to mądrze, z głową znaczy się. psychologia – zwłaszcza rozwojowa – daje nam dobrą radę: chcesz ukarać? Uczyń to. tylko powiedz wcześniej, że ktoś zostanie ukarany i wytłumacz z jakiego powodu się tak stanie.

    w wierze jest podobnie. Bóg powiedział przez Usta Konkretne co i jak. i nigdy nie pozostawia bez odp na pytanie, dlaczego ponoszę konsekwencje czynów – takie nie inne.
    często jest tak, że dziecko nie może decydować czy przylgnie całą swoją wolną wolą do reguł jakie ustalają rodzice. rzadko rodzice konsultują je z dziećmi. w wierze jest inaczej, prawda? nikt nikomu nic nie może kazać itd…

    M – uciekłam myślą troszkę w bok, przepraszam…. :)

    pozdrawiam przy okazji…

  2. Zgredzik

    Za takie myslenie grozi eks komunika (ta przerwa to żart). Kościół nie afirmuje Zmartwychstania, a Życie i to doczesne. Z drugiej strony gdyby Stwórca nie powołał Kanta, czy była by mozliwa powyzsza notka, skad inąd bardzo sympatyczna?

  3. Ernest

    A Ty Mateuszu jesteś pewny, że dobrze zrozumiałeś myśl Kanta…? Przecież działanie pod wpływem obowiązku wcale nie musi oznaczać działania przeciw dobrej woli czy woli w ogóle a np. uświadomioną konieczność, która może współgrać z wolą a nie być jej pozbawieniem – to tak jakby powiedzieć, ze praca zawodowa musi sprawiać przykrość bo jest obowiązkiem, a przeciez są ludzie, którzy swoją pracę lubią… Nie do końca tez rozumiem jak teza Kanta ma się do metody kija i marchewki ale nasz wszystkowiedzący Mateusz pewnie nam to teraz ładnie i przejrzyście jeszcze raz wyjaśni;]

  4. Jestem człowiekiem, który wyznaje prawdę, że wszechwiedzący to jest tylko Bóg. Ja co najwyżej jestem drugi po Bogu :). A tak na serio – nie lubię tego typu złośliwości, Erneście, nawet od najlepszego kolegi z klasy. Nie lubię tego typu bezpośrednich szpilek wpinanych tylko dlatego, że ktoś akurat ma jakieś pojęcie na dany temat. Proszę więc o małą odrobinę uprzejmości więcej w stosunku do innych ludzi.

    Myśl Kanta rozumiem tak, jak mi się ją przekazuje na uczelni, na zajęciach z historii filozofii nowożytnej przede wszystkim. Nie czytałem Kanta osobiście, a opieram się przede wszystkim na wykładach. Myślę, że wiele osób traktuje to, co jest im przekazywane na studiach jako godne zaufania – i ja należę do tych osób.

    Kant, zgodnie z tym, co mi wiadomo (a nie świadczy to bynajmniej o mojej wszechwiedzy), rozumował dokładnie tak, jak twierdzisz w części swojego komentarza. Że wypełnianie obowiązków oznaczało właśnie zgodność z dobrą wolą. Tylko ten obowiązek, jak się okazuje, wcale nie oznaczał nic przyjemnego. Kant wychodził z założenia, że ten, kto robi coś, co sprawia mu przyjemność, co jest w jego odczuciu miłe, jest egoistą. Ten zaś czyni dobrze, kto powstrzymuje się przed robieniem tego, co przyjemne, na korzyść tego, co, mimo swej przykrości, wynika z poczucia obowiązku.

    Różnica? Ewangelia: Pracuj nad sobą, a otrzymasz nagrodę w niebie. Kant: Pracuj nad sobą, mimo, że to nie jest przyjemne, ale za to wynika z moralnego obowiązku. Zmieniaj pieluchy dzieciakom, bo to twoje latorośle i kręcenie się wokół nich to czysta (no, może nie do końca taka czysta) przyjemność, albo: zmieniaj pieluchy dzieciakom, choć to przecież ohydne, ale musisz to zrobić, żeby przestały płakać.

    Jak pójdziesz do pracy, to utrzymasz rodzinę i będziesz mógł więcej dla niej zrobić, albo: musisz iść do pracy chociaż to przykre, bo inaczej nie dostaniesz pensji. Czy to nie wygląda jak zasada kija i marchewki, kary i nagrody?

    Ewangelia nie wyklucza tego, że można pracować i czerpać z tego nie tylko korzyść, ale i przyjemność. Nauczanie Kościoła mówi, że w stanie pierwotnej szczęśliwości człowiek też pracował – tylko praca była dla niego czymś pożytecznym i rozkosznym. Kant właśnie to wyklucza. Taka jest różnica. Która pokutuje do dzisiaj.

    Nie jestem, nie byłem i nie będę nigdy wszechwiedzący. Przekazuję tylko to, czego nauczyłem się na wykładach i tylko to, co zgadza się z oficjalną nauką Kościoła. Jak się chcesz czepiać, czep się tramwaja. A co, też Ci nawrzucam! ;P

    Michasiu, absolutnie się z Tobą zgadzam. Karać za zło należy, tako dzieci, jako dorosłych. Każdy odpokutuje za to, co złego w życiu zrobił. Rzecz tylko w tym, by nie przesadzać z mówieniem o tym, co jest złe i jaka za to czeka kara. Lepiej mówić co jest dobre i jaka nagroda czeka nas za to. Wówczas właśnie robimy dobrze, bo wiemy, że przyniesie nam to korzyść. Robimy to dla samego dobra, a zło popełniamy z wiedzą, że w ten sposób odwracamy się od nagrody. A nie robimy tego, co dobre z przykrego obowiązku. Wówczas, niestety, dobro nie jest dla nas atrakcyjne. I dlatego częściej czynimy zło.

    Drogi Zgredziku! Ja widzę, że znasz się na nauce Kościoła, skoro wysnuwasz takie wnioski. Twoje twierdzenie jest zgodne z tym, co sam zaobserwowałeś, czy może z jakimiś oficjalnymi źródłami? Prawdą jest, że niektórzy księża mają problem z pozbyciem się zbytniego myślenia o doczesności. Ale sam Jezus powiedział: „Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać?” (Mt 6, 31). Zbytnio – to oznacza, że trochę należy się troszczyć o doczesność. Zwłaszcza, że kształt naszego doczesnego życia jest kluczem do przyszłego, tego po zmartwychwstaniu…

  5. Ernest

    Nie czepię się tramwaja bo bardziej lubię Ciebie Mateusz;P Chyba po to piszesz te swoje notki, żeby zachęcić do myślenia i stymulować do rozwoju własnego i innych – gdyby wszyscy się tylko z Tobą zgadzali nie byłoby to możliwe, a Ty sam co najwyżej popadłbyś w samozachwyt i stał się próżny a chyba nie o to chodzi, prawda?;> Muszę powbijać Ci Mateuszu trochę szpilek, żeby Cię przed tym uchronić, nie miej mi za złe bo to z troski o Ciebie;]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s