Monthly Archives: Lipiec 2008

Mieszkać przed ślubem

Nareszcie udało się nam zainstalować internet… Mieszkamy sobie w naszym ciasnym, trzypokojowym mieszkanku na Chomiczówce, choć słowo „mieszkamy” jest z pewnością dużą przesadą – jako, że co chwila albo pędzimy do Bełchatowa, albo do Skarżyska. Wiecie jak to jest, na dwa miesiące przed ślubem… Dlatego muszę podkreślić, że cudownym jest ze strony naszych rodziców, że kupują nam mieszkanie i możemy spędzić te dwa miesiące przygotowań razem, na wspólnym. Że nie musi być tak, iż Ola mieszka w Bełchatowie, ja w Skarżysku, a jak przychodzi do załatwiania dokumentów i innych ważnych spraw, to albo Ola załatwia wszystko sama, albo ja wsiadam w pociąg o 5, jadę do Łodzi, a z Łodzi do Bełchatowa PKSem, żeby następnego dnia wracać tą samą trasą, tylko na odwrót. Bo oczywiście gdyby nie nasi rodzice, nie mielibyśmy też samochodu.

Mieszkamy więc razem. Nigdy nie byłem przeciwnikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Nie wymyślam tego dla własnego widzimisię – nawet jak byłem w Seminarium i nie zamierzałem kiedykolwiek być z kobietą, nadal twierdziłem, że mieszkanie ze sobą jest dobre. Nigdy nie twierdziłem jednak, że powinno się mieszkać ze sobą przed ślubem po to, by się poznać. Sprawdzić. Dowiedzieć się o sobie jak zachowujemy się w różnych sytuacjach. Jak możecie zauważyć po moim dotychczasowym postępowaniu (zaręczyny po trzech miesiącach, ostatnio nawet po miesiącu – 29 oczekujemy życzeń :), raczej od początku staram się pokochać, a po pokochaniu jestem gotów przyjąć wszystko, poza kłamstwem i niezdecydowaniem. Bo te dwie rzeczy sprawiają, że czuję się niepewnie, tak, jakbym tracił grunt pod nogami. Te dwie rzeczy naruszają moje zaufanie. Zawsze byłem zwolennikiem mieszkania ze sobą jeśli jesteśmy zdecydowani, pewni siebie, pełni zaufania, i jeśli postanowiliśmy pokochać na dobre i złe. Nie jestem więc oficjalnie ani przeciwnikiem, ani zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Jestem zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem w określonych uwarunkowaniach przyrodniczych.

Nie wiem, czy wspominałem, że w całe to sprawdzanie się często wstawia się pojęcie dopasowania seksualnego. Nie wiem, czy wspominałem, że coś takiego jak dopasowanie seksualne nie istnieje. I nie, my nie sprawdzamy się. I nie dopasowujemy się seksualnie.

Mieszkamy ze sobą. Razem jemy, śpimy w jednym łóżku, całujemy się. Nie współżyjemy. Kiedyś, Ola już o tym pisała nawet, przekroczyliśmy kilka granic, takich, których miałem już nigdy w życiu nie przekroczyć (po mojej historii z Gośką, może ktoś pamięta?). Zrobiliśmy to na mocy własnej decyzji, a nie za sprawą hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Nie dlatego, że krew nie woda, lecz dlatego, że tego chcieliśmy. Później, ze względu na nasze częste nieporozumienia na tym tle, zechcieliśmy również z tego zrezygnować. Postanowiliśmy więc, że kończymy z tym, poszliśmy do spowiedzi i teraz żyjemy w czystości (choć z pewnością nie tak, jak brat z siostrą). Ale nigdy nie współżyliśmy i nie współżyjemy, a większość granic wróciło na swoje miejsca. Tak, mieszkamy razem pod jednym dachem, śpimy obok siebie i wbrew pozorom (i księdzu Malińskiemu) nie mamy problemów z zachowaniem czystości. Tłumaczę to trochę tak, jak ojciec Salij tłumaczy na czym polegają cnoty: np. ktoś, kto kształci w sobie cnotę unikania alkoholu najpierw grzecznie odmawia, choć ma z tym problemy. Później jednak ma wewnętrzną niemożność picia alkoholu – a więc nie wyobraża sobie, że w ogóle mógłby się napić. Tak samo jest z seksem pozamałżeńskim. I z czystością małżeńską, jak sądzę, również.

Chwilowo nie chodzę do spowiedzi. Od dwóch tygodni nie byłem u Komunii – a naprawdę ostatni raz, kiedy w niedzielę opuściłem pełną Eucharystię, był bodajże kiedy miałem 16 lat i prowadziłem wątpliwe życie na wakacjach we Włoszech. A więc 7 lat temu. Jeszcze nie zdarzył mi się problem z otrzymaniem rozgrzeszenia – to Ola poszła do spowiedzi i go nie dostała. Ale uznałem, że jesteśmy tu na tym samym poziomie, i konsekwencje musimy ponosić razem.

I teraz jeszcze raz (choć notki o Malińskim kiedyś już były) pytanie: konsekwencje czego? Co takiego robimy? Okej, mieszkamy ze sobą. Śpimy ze sobą. Całujemy się – świetnie. A teraz wyobraźmy sobie sytuację następującą: jest sobie dziewczyna i jej chłopak, idą razem na imprezę, na tej imprezie się całują (są grzeczni, więc do niczego więcej nie dochodzi), potem ona, zmęczona, usypia w jego ramionach, on usypia obejmując ją, może nawet położą się na łóżku. Rano budzą się, idą razem do kościoła i prawdopodobnie nawet im do głowy nie przyjdzie, że mieliby się z czego spowiadać. Mnie by przynajmniej nie przyszło.

Jaka jest różnica między nami, a tamtymi ludźmi? Jemy razem posiłki? Spoko, a co jeśli oni przed kościołem zjedli śniadanie? Nie mogę powiedzieć – pewne różnice z wielkim prawdopodobieństwem są. Jeśli to coś złego – ksiądz u spowiedzi może powiedzieć: nie róbcie tego to a tego. I okej. Mógłby powiedzieć: nie śpijcie w jednym łóżku. Powiedzielibyśmy: postaramy się (choć Ola na przykład w czasie burzy boi się spać sama). Powiedziałby: żyjcie do ślubu jak brat z siostrą. Odrzeklibyśmy: da się zrobić. Choć zwykli nastolatkowie nie mają problemu moralnego podczas całowania się z własnym chłopakiem/dziewczyną, my moglibyśmy tego zaniechać. Ale nie o to chodzi. Ola powiedziała: Nie współżyjemy. Ksiądz odpowiedział: Siejecie zgorszenie. Wobec kogo? Kto się gorszy? Ludzie, którzy widzą, że mieszkamy razem. I wyobrażają sobie. To, co sobie wyobrażają, jak sądzę, to już ich sprawa. Spotkałem się przecież z wyobrażeniami ludzi, że skoro nie współżyję z Olą, to znaczy, że jestem impotentem. Wyobraźnia każdego człowieka działa w różny sposób i ktoś, kto ma ochotę, ma prawo powiedzieć sobie, że osoby które ze sobą nie mieszkają, również ze sobą współżyją. A jaka jest prawda – to wiedzą zawsze tylko zainteresowani. Chyba, że pojawią się dowody.

Ksiądz Galej na kursie powiedział nam o jakimś dokumencie kościelnym, jakiejś instrukcji, w której napisano do spowiedników, żeby nie udzielali rozgrzeszenia mieszkającym ze sobą przed ślubem. Nigdy nie udało nam się dotrzeć do tej instrukcji, choć szukaliśmy, bo byliśmy ciekawi. Malińskiego chyba nie zrozumieliśmy, ale sami zauważyliśmy, że seks jest pewną naturalną konsekwencją bycia w stałym związku. Dzięki temu musieliśmy trochę mocniej nad sobą popracować – i wypracowaliśmy to, że nadal żyjemy w czystości. Nie mamy pojęcia jaka jest tak naprawdę oficjalna wizja Kościoła – i dlaczego. Wiemy, że jedni księża myślą tak, a drudzy inaczej. Trafiliśmy na takiego, który twierdził, że rozgrzeszenia dać nie może. Podjęliśmy więc kolejną decyzję – będziemy przez ostatnie dwa miesiące żyć bez spotkania z Panem Bogiem w Eucharystii, bo potrzebujemy siebie nawzajem, by przygotować się do ślubu. Tylko to naprawdę bardzo zabawne, że po to, by móc dobrze przygotować się do ślubu, musimy oddalić się od Boga. Czy nie powinno być inaczej?

Na koniec zapytam jeszcze, mam nadzieję, że się nie obrazicie, z czystej ciekawości, państwa Sz.: Powiedzcie mi, czy Wy też, po zamieszkaniu ze sobą, mieliście problemy z uzyskaniem rozgrzeszenia? Czy udało się Wam jakoś z tym poradzić?

A, jeszcze, chciałem dodać, że blog ma już trzy lata. No, wiecie, razem z dwoma poprzednimi :). Ale noty rocznicowej nie będzie. Jest tylko notyfikacja :).

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze