Daily Archives: 18 września 2008

Two become One

I już po wszystkim. Jesteśmy małżeństwem. I cóż mogę powiedzieć? Hmm… niewiele się zmieniło. Nosimy obrączki i mówimy do siebie „mężu”, „żono”, ale w zasadzie jakoś nam się zażyłość nie pogłębiła niespodziewanie. Wciąż tak samo się przytulamy, uśmiechamy się do siebie. Tak samo się kłócimy. A jednak przecież, nie mamy co do tego wątpliwości, zdarzył się cud.

Ostatnią noc przed ślubem, a po spowiedzi, spędziłem z Albinem w hotelu. Postanowiłem zobaczyć swą narzeczoną dopiero tuż przed ślubem. Było kilka sytuacji, w których się o siebie niemal ocieraliśmy, ale w końcowym rozrachunku plan się powiódł. Ponieważ Albin wybył do Diany na obiad, ja – zostawszy w hotelu – pełniłem honory gospodarza (obok dwóch innych osób). I z każdą chwilą coraz bardziej się wzruszałem, bo ja mam oczy na mokrym miejscu. Najpierw przybył Szejk z Arabii (pod Ciechanowcem), potem ciocia z Andrychowa. Wreszcie autobus pełen gości ode mnie (i w rzeczy samej – moich gości). W tym całkiem spore stadko Qrczaków, wraz z kilkoma całkiem nowymi sztukami, oraz Maggie B. we własnej osobie. A na sam koniec – Magdalena, Marta i Dagunia (tak, ta sama, co ze Szkocji) – nasze kochane psiapsiółki z WSSM. Potem zresztą musiałem się ubierać. I, ku memu przerażeniu, okazało się, że rano zostawiłem bieliznę w kufrze samochodu, który z kolei zostawiłem koło lokalu, w którym miało odbywać się przyjęcie. Zabiłem więc na alarm, złapałem Albina (który już przyjechał) i pana Limuzynę (który też już przyjechał) i ruszyliśmy pędem pod Starą Szkołę. Bielizna – na całe szczęście – rzeczywiście znajdowała się tam, gdzie ją zostawiłem. W tym czasie mój pokój opanowali już Expugnis z Piętusiem, więc całą ekipą nadzorowali ubieranie się pana młodego, szamotanie z częściami garderoby, oraz ocierali łzy płynące jak z Niagary. Przy wkładaniu krawata okazało się, że Albinowi jakoś nie poszło wiązanie go. Przed ostateczną rozpaczą i skoku z pierwszego piętra hotelu uratował mnie dziadek. I babcia, dzielnie dopingująca. Krawat zawiązany, garnitur ubrany, rodzice gotowi – można jechać. Jeszcze tylko zadzwoniłem do Szejka, żeby wyjechał z zespołem grającym wcześniej, by zdążyli się przygotować.

W domu przepięknie ubranej Panny Młodej (będą zdjęcia to zobaczycie – póki co jeszcze nawet my ich nie mamy) zebrało się już pół rodzinki (m.in. kuzynka, u której będziemy się bawić za miesiąc). Sesja zdjęciowa, Boro dzwoni (że niby już po 18, a Szejk się jeszcze nie stawił), ja dzwonię do Szejka, Szejk mówi, że 10 minut, błogosławieństwo. I pod kościół.

Pod kościołem tłum ludzi, którzy usiłują się z nami zobaczyć, tylko nie ma zespołu oczywiście. Lecimy do księdza ostatnie papierki załatwiać (oczywiście zapomnieliśmy przynieść karteczek ze spowiedzią, w czym zorientowaliśmy się dopiero następnego dnia), bus ze Skarżyszczanami przybywa, a Szejk z dziewczyną i zespołem wciąż nieobecny. Telefon do Szejka. Są na Szkolnej. Pan kamerzysta na to: „To w Grocholicach!” Dla wyjaśnienia – Grocholice to taka część B., która w zasadzie jest jakby miejscowością dołączoną, i z całą pewnością znajduje się na najbardziej odległym krańcu miasta. Okazuje się, że Szejk podał Alinie (taka żeńska odmiana Tomka) namiary na salę weselną, zamiast na kościół. No to go wywiozła. A wracać musiał na czuja. Dochodzi 18:45, a zespołu jak nie było, tak nie ma. W szeregach rozpacz, świadek wysłany do księdza, żeby go trochę zagadać. 18:47, panna młoda zabawia gości pod kościołem, pan młody przed bramą wjazdową wyrywa sobie włosy z głowy. Nagle są. Zielony Rover (nie mylić z rowerem) z piskiem opon hamuje na parkingu, Boro, Zarębianka i Kabaczek wysypują się z tylnego siedzenia i tylko śmigają młodemu przed oczami, z sukienkami (nie licząc Bora) w rękach. 18:50, wchodzimy do kościoła. Kabaczek z Zarębianką starają się dostroić flety, poza tym towarzyszy nam cisza. Dopiero gdy dochodzimy do ołtarza, organista zaczyna grać. Flety nie zagrały do samego końca. Ale i tak było pięknie.

Najpierw napięte oczekiwanie na Adasia i pierwsze czytanie (nie wiem, chyba siedział gdzieś na końcu kościoła). Oczywiście Zarębianka z Kabaczkiem zdążyły zejść z chóru na psalm i drugie czytanie. Na drugie ksiądz podszedł do ambonki, by założyć Kabaczkowi lekcjonarz, ona myśląc, że będzie czytał, siadła nagle w pierwszej ławce :). Ale i to czytanie wyszło świetnie (udało nam się przemycić cały rozdział 13 z 1 listu do Koryntian – ale ksiądz nie wyglądał na zaniepokojonego tym faktem). Potem ewangelia, i kazanie o cudzie właśnie (ksiądz próbował też dialogować z młodymi, ale okazali się być dla niego kiepskimi rozmówcami). „Do tej pory byliście dla siebie obcymi ludźmi. Odtąd będziecie rodziną”. No to jesteśmy.

Przysięga jakoś sama przyszła i sama poszła. I tak oto staliśmy się mężem i żoną. Dostaliśmy brawa na „możecie się pocałować” :). Jeszcze tylko obrączki – i nareszcie mogłem się popłakać. Rozwaliłem się na Baranku Boży (wspaniałe wykonanie – Zarębianka z Borem i Kabaczkiem na dwa głosy), potem pociągnąłem przez Komunię, towarzyszącą jej Łanię, Albina z chusteczkami i rozbawioną małżonkę, aż do błogosławieństwa, po którym nastąpiła Pieczęć – pieśń, którą zespół specjalnie szykował na tę okazję (mało brakło, a wypadłaby z repertuaru). Po wyjściu z kościoła życzenia – i zaskoczyli mnie niektórzy, zarówno spośród obecnych, jak i nieobecnych. A potem, autkiem pana Limuzyny, prosto na salę! Tym razem to Magda, Marta i Daga zgubiły drogę. A potem weszły nie na to przyjęcie, co trzeba. Cóż. I najlepszym się zdarza :).

Co tu dużo mówić – przyjęcie udało się wspaniale. W życiu nie przypuszczałem, że będziemy bawić się tak dobrze. Kieliszek szampana (piccolo rzecz jasna), obiadek, potem walc dedykowany Szejkowi (bo gdyby nie Szejk, nigdy bym go nie usłyszał). A dalej to już pan DJ poprowadził imprezę jak się patrzy. Na parkiecie rządziły Qrczaki, wspierane gorąco przez Maggie i Szejka z partnerami. Z drugiej strony Ola M., Ola CeHa i ich partnerzy, jak również nasi kochani świadkowie, nie pozostawali daleko w tyle. No i jeśli chodzi o moją rodzinę (tudzież znajomych rodziny), nie było pojedynczej osoby, która by choć raz nie zatańczyła. Czego nie mogę powiedzieć o drugiej części sali (wśród nich także pewien człowiek, który na wszelkich imprezach alkoholowych jest duszą towarzystwa, a tu siedział jak struty). Ukłony w stronę męża mojej chrzestnej, który stwierdził, że pierwszy raz bawił się na bezalkoholowym i bawił się naprawdę świetnie.

Nie było oczepin, był za to tort (przepyszny). Było kilka dedykacji (m.in. dla państwa świadków, którzy po północy mieli półrocznicę), tonight tonight tonight, były i prezenty (a pisaliśmy, że nie musicie przywozić… no dobra, to całkiem miłe). Mieliśmy siedzieć do 1, posiedzieliśmy do 2. Pożegnaliśmy się – a większość gości zaczęła ewakuację równo z nami. I rzeczywiście, wbrew wszelkim przypuszczeniom, bawiliśmy się idealnie. Nie tylko my zresztą. I kto mówił, że na takim bezalkoholowym złamas-party nie idzie się dobrze wybawić…?

Teraz czas na podziękowania. Dziękuję serdecznie Adasiowi za pierwsze czytanie, oraz za pełnienie roli prowodyra w zabawie; Asi, za dotrzymywanie mu kroku; Kabaczkowi za drugie czytanie, śpiew i to, że chciała przyjechać, choć pierwotnie nie była zaproszona na przyjęcie; Benzylowi, że dał się zaprosić w ostatniej chwili; Piętusiowi za walczenie głowa w głowę z Adasiem; Makocie za nasz portret (mam na nim muchę, ale nie mogłaś wiedzieć, że będę w krawacie :); Zarębiance za psalm i śpiew, i bycie szefową zespołu; Borowi za gitarkę i za to, że się nie gniewał o bezalkoholowe. Wszystkim wyżej wymienionym za cudowny prezent z dedykacjami i kartką z autografami, nad którą oboje się popłakaliśmy. Dziękuję Szejkowi za wsparcie, transportowanie zespołu i odwiezienie Maggie; Maggie za przybycie (również zaproszenie w ostatniej chwili) i szaleństwo (oraz za obiad we wtorek); Ewie i Mikołajowi za towarzyszenie powyższej dwójce. Dziękuję Oli CeHa, Oli M., Krzakowi i Jeżątkowi, a także Paulinie, za bycie z nami, wspaniałe podarki prosto z serca i moc wzruszeń z powodu naszego szczęścia. Za to samo dziękuję Magdzie, Marcie i Dadze – to przecież właśnie Wy byłyście z nami od początku. Dziękuję także Wioli i Karolowi, oraz wszystkim innym, którzy, mimo niemożności bycia z nami postanowili złożyć nam choć symboliczne życzenia. Jak również tym, którzy mieli możność bycia i przyszli na ślub, choć nie byli zaproszeni na przyjęcie.

Rodzicom (w pierwszej kolejności) za zorganizowanie wszystkiego – w dużej mierze jednak po naszej myśli, choć o dniu następnym pisać już nie będę; również dziękuję.

Dziękuję także całej mojej rodzinie (oraz przyjaciołom rodziny), zarówno tej, która zdołała przybyć, jak i tej, która wysłała tylko życzenia. Dziękuję za życzliwość i wyrozumiałość (mimo wyraźnej gdzieniegdzie niechęci – czemu się wcale nie dziwię). Za Waszą obecność dziękuję. Za to, że próbowaliście przynajmniej dobrze się bawić. Choć mogę domyślać się, że nie wszyscy przyjechaliście po to, by być tam ze mną. A jednak potrafiliście uspokoić się do tego stopnia, by spróbować się uśmiechnąć i przemilczeć pewne niewygodne kwestie…

Na koniec dziękuję świadkom. Dianko, Albinku, to cudowne, że byliście z nami. Że nam towarzyszyliście, pomagaliście, uspokajaliście, że także dzięki Wam przeżyliśmy najpiękniejszy dzień w naszym życiu. Mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia będziemy mogli się Wam odwdzięczyć (nie koniecznie jako świadkowie) i również towarzyszyć Wam w Waszym szczególnym dniu. Życzę Wam kolejnego pięknego półrocza, a potem jeszcze dużo, dużo więcej.

I zapomniałbym. Przecież żonie mojej. Oleńko. Dziękuję Ci. Bez Ciebie nie byłoby tego dnia. Bez Ciebie nie byłoby nas. „I ślubuję Ci”, Łobuziaku.

Obiecałem jeszcze Szejkowi, że napiszę jak było w nocy. Było dość chłodno. I mgliście. Coś tam mżyło z całą pewnością. Ciężko było dojechać do hotelu. A w hotelu…? W hotelu zamówiliśmy śniadanie za 30 złotych, potem się ubraliśmy i wyszliśmy. A co było przedtem, to było za zamkniętymi drzwiami. I tego akurat wiedzieć nie musisz (a pewnie źle się domyślasz :).

Na koniec dodam, że jestem niepoprawnie szczęśliwy. Choć jest malutka drzazga. Wcześniej, jak się kłóciliśmy, mogliśmy się postraszyć, że ze sobą zerwiemy. Wtedy się przestraszaliśmy, biegliśmy do siebie, i natychmiast następowała zgoda. Teraz nie możemy odejść. Możemy się tylko nastraszyć, że czeka nas małżeństwo oparte na pytaniach „co chcesz na obiad?”. To potwornie przestraszające. Ale mało motywujące. Dlatego musimy jeszcze dużo nad sobą popracować. Bo inaczej dzieci to z tego nie będzie…

Categories: O mnie | 4 Komentarze