Monthly Archives: Listopad 2008

Zamiast

Jest sobie taki stary dowcip, który ostatnimi czasy uwielbiają wszelkie antykatolickie portale, takie jak Pardon: „Jaki jest najlepszy sposób na zapobiegnięcie niechcianej ciąży?” „Szklanka wody” „Przed czy po?” „Zamiast…”

Nie o tym będzie ta notka.

To znaczy o tym w zasadzie. Tylko nie o szklance wody. Za to dokładnie o tym, czego czepiają się wyżej wymienione portale. Bo nie mam wątpliwości, że część z czytających mnie osób uważa się za katolików. Co więcej – część z tej części osób zdaje sobie z pewnością sprawę z tego, że katolicka moralność zabrania używania antykoncepcji, część z tej części części wie dlaczego i nawet jest w stanie się zgodzić, ale tylko część z części części części wie co zamiast i nie mówię o szklance wody.

Bo można się spotkać z takimi ciekawymi sytuacjami, jak ta, w której będąc z Gośką znajdowałem się sam. Absolutnie mowy nie ma o antykoncepcji w małżeństwie (choć takie myślenie miałem dopiero pod koniec naszego związku). Ale nie miałem pojęcia cóż można zasugerować w zamian. Niektóre niewiasty mogą zakomunikować: „Ale ja nie chcę mieć 20 dzieci!” Co na to odpowiemy? „Przemyślimy to”, czy może „Jakoś cię przekonam”?

O antykoncepcji już kiedyś pisałem, jeszcze jako kleryk (ZBADAJ). Przypomnę, że katolicka moralność zakazuje jej używania dlatego, że akt płciowy (znany także jako akt małżeński – jako że moralnie dobry jest tylko w małżeństwie) ma dwa ukierunkowania: ku płodności i ku wspólnocie. Oznacza to, że każdy stosunek powinien otwierać się na płodność (co absolutnie nie oznacza, że każdy stosunek musi zakończyć się zapłodnieniem) i na stworzenie jedności cielesno-duchowej z żoną/mężem. Antykoncepcja zamyka pierwsze z tych ukierunkowań, blokuje drugie. Nie dość więc, że zbliżamy się do siebie zabezpieczając się przed ewentualnymi konsekwencjami, to jeszcze łączymy się w dalszym ciągu na odległość, takiego gumowego twora chociażby.

Nie wszyscy muszą się zgadzać z powyższym, nie wszyscy muszą rozumieć, że seks to nie jest naturalna potrzeba człowieka, którą trzeba rozładować, albo że nie służy do przyjemności (to, że nie służy nie znaczy, że przyjemność jest zła. Wręcz przeciwnie). Ja sam długo nie rozumiałem. Myślę jednak, że są wśród nas tacy, którzy rozumieją. A owi „tacy” mają np. partnerów, którzy nie do końca rozumieją. A nawet jak rozumieją – to może właśnie nie koniecznie chcą mieć dziesięcioro dzieci, bo muszą być otwarci na płodność. I ja ich rozumiem – bo sam dziesiątki nie planuję. To teraz Wam powiem: zanim powiecie człowiekowi, z którym planujecie przyszłość (małżeństwo chociażby), że nie akceptujecie antykoncepcji, powinniście mieć przygotowane jakieś „zamiast”. Ja wiem, że to może nie być takie proste. Ale naprawdę chcecie się kłócić w stylu „Bo nie!”?

Naturalne planowanie rodziny, zwane popularnie eNPeeRem, jest genialnym „zamiast”. I nie, nie ma nic wspólnego z tym, co nazywa się kalendarzykiem małżeńskim. Środowiska opłacane przez firmy produkujące tabletki hormonalne czy prezerwatywy uwielbiają stawiać metody kalendarzykowe na pierwszym miejscu kiedy mowa o eNPeeRze. A my, niby mądrzy ludzie, dajemy się cudownie oszukiwać. Bo tu trzeba mieć niezwykle regularne cykle (najlepiej 28-dniowe), nie chorować i w ogóle to rosyjska ruletka. Owszem, to jest rosyjska ruletka. Tylko z NPRem nie ma już dziś za wiele wspólnego.

Nie ma też nic wspólnego ze szklanką wody.

Ani z antykoncepcją. Co mnie zdziwiło niezmiernie, w pewnym artykule na Onecie, który pognębiał cudownie naturalne metody planowania rodziny, zostało podkreślone, że nie są one metodą antykoncepcyjną. Nie robi się tu bowiem nic, by w jakikolwiek sposób zapobiec zajściu w ciążę. Nie robi się nic zupełnie, co mogłoby sprawić, że nie dojdzie do poczęcia mimo współżycia wtedy, kiedy normalnie do poczęcia dojść powinno. NPR jest tak naprawdę tylko poznawaniem swojego ciała. Tzn. przez kobiety. Bo facet musi się tylko nauczyć wstrzemięźliwości. Jak lubi, może pić wodę.

Naturalne planowanie rodziny opiera się na kilku prostych zasadach, które nie my wymyśliliśmy, lecz Pan Bóg (lub Matka Przyroda – zależnie od światopoglądu :P). Przede wszystkim cykl (czyli to, co dzieje się z ciałem od miesiączki do miesiączki) u kobiet składa się z trzech faz: faza względnej niepłodności (licząc z czasem trwania okresu), faza płodna i faza niepłodna. W ciągu całego cyklu w ciążę można zajść tylko przez 1 (słownie jeden) dzień. Ponieważ wyzwolone z jajnika jajeczko, jeśli jest pozostawione samo sobie, może przeżyć tylko jedną dobę. Faza płodna trwa trochę dłużej. Zaczyna się w momencie, gdy pojawi się coś, co nazywamy płodnym śluzem. Śluz ten wydziela „w sobie” ciało kobiety. W tych kwestiach się akurat za bardzo nie orientuję, ale gwarantuję, że każda kobieta, która od czasu do czasu korzysta z toalety, jest w stanie rozpoznać u siebie śluz płodny, jeśli powie się jej, jak on wygląda. Na czym polega ten tzw. płodny śluz? Wiemy, że jajeczko żyje dobę. Plemnik (wiemy, co to plemnik? :P) żyje jeszcze krócej. Zresztą odległość do jajeczka ma tak dużą, że nie jest w stanie go dosięgnąć w odpowiednim czasie. Tutaj wchodzi śluz. Plemnik „żywi się” śluzem – co sprawia, że jest w stanie przeżyć nawet trzy dni, czekając na jajeczko (niektórzy twierdzą, że może przeżyć i tydzień, ale nie wiem, czy można dać im wiarę). Śluz dodatkowo zwiększa możliwości transportowe – i tak oto dzielny wojownik dociera sobie do celu. Tak też okres płodny trwa nieco dłużej, choć do zapłodnienia może dojść zaledwie w ciągu jednej doby.

By dobrze określić okres płodny, sprawdzamy nie tylko śluz, lecz również mierzymy temperaturę. Bardzo obeznany ginekolog konsultujący dla Bravo wypowiedział się niedawno, że należy mierzyć ją w jednym miejscu, np. pod pachą. Większej bzdury nie słyszałem. Temperaturę należy mierzyć tam, gdzie znajduje się śluzówka. Są trzy miejsca do wyboru – ja polecam usta :P. Temperaturę mierzymy zawsze o tej samej godzinie, na przykład o szóstej. Można się obudzić na 8 minut, zmierzyć i pójść spać. Poleca się nie zasypiać podczas mierzenia – ale jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko działa nawet, gdy się zaśnie :).

No dobra, ale o co chodzi z tą temperaturą? Otóż organizm kobiety wydziela kilka różnych hormonków. I jest też taki progesteron, odpowiedzialny za przygotowanie organizmu pod zagnieżdżenie się jajeczka w błonie macicy. I ten oto progesteron jest również odpowiedzialny za wzrost temperatury. Najczęściej co najmniej o 2 kreski w stosunku do temperatury przedprogesteronowej :P. Okej, biologia. Wcale nie musimy tego wiedzieć. Grunt, że jeśli skoczyła temperatura, to prawdopodobnie jajeczko się uwolniło. Mija dzień – ona nie spada, prawdopodobnie jajeczko już nie żyje (chyba, że doszło do zapłodnienia). Na wszelki wypadek mierzymy jeszcze w trzecim dniu. Czwarty już z całą pewnością możemy uznać za niepłodny. I tak aż do samej miesiączki…

Między owulacją a miesiączką jest zazwyczaj 12-16 dni (jeśli czas ten trwa krócej, należy zgłosić się do lekarza z prostej przyczyny – bo jeśli dojdzie do zapłodnienia, organizm wydali zapłodnione jajeczko zanim zorientuje się, że jest w ciąży). W ciągu tych dni temperatura nadal jest wysoka – progesteron działa, by zamontować jajeczko w błonie macicy. I przez te dni można współżyć nie martwiąc się nieplanowaną ciążą (nie piszę „niechcianą”, bo pierwszym, podstawowym założeniem NPR jest to, że każda ciąża jest chciana, nawet, jeśli jest nieplanowana). A w dniu, w którym zmierzysz temperaturę i okaże się, że drastycznie opadła – z dużym prawdopodobieństwem dostaniesz okres.

Jest jeszcze faza względnej niepłodności. Trwa od początku okresu do siedmiu dni przed owulacją. Śluz płodny może pojawić się wcześniej, niż tydzień przed owulacją – ale, jak już wiemy, żaden plemnik nie przeżyje dłużej niż siedem dni. NPR ma również propozycję dla osób, które chcą współżyć nie tylko pod koniec, ale i na początku cyklu. Z tym, że jak możemy się zorientować, określenie pierwszego dnia płodnego nie jest możliwe aż do momentu nastąpienia owulacji. Dlatego nazywamy poprzedzający go etap czasem względnej niepłodności. I dlatego NPR proponuje (zależnie od różnych ekspertów) rozpoczęcie przewidywania czasu niepłodnego poprzedzającego owulację po dokładnej obserwacji kilku wcześniejszych cykli. Wówczas bierzemy najkrótszy z tych cykli i odejmujemy od jego długości „bezpieczną” ilość dni – co daje nam w wyniku kilka dni w okresie względnej niepłodności, w czasie których możemy współżyć nie spodziewając się dziecka. Obliczanie ilości dni przebiega tak, by pozostawić sobie granicę na wypadek, gdyby np. kolejny cykl okazał się być o dzień czy dwa krótszy. Informuję jednak, postępując w ślad za moją nauczycielką, że jest to już metoda dla osób bardziej zaawansowanych, mniej pewna w swej sprawdzalności i w mniejszym stopniu oparta na bieżącej obserwacji (zwłaszcza, że jeśli decydujemy się na współżycie w okresie względnej niepłodności, to z obiektywnych przyczyn nie mamy możliwości obserwacji śluzu – jak zaczniecie, powinniście zrozumieć).

Dla mniej zaawansowanych pozostaje współżycie przez ok. dwa tygodnie w czasie miesięcznego cyklu, chyba, że akurat mają nadzieję na zajście w ciążę. Wydaje się to mało? Z pewnością nie jest to jakiś niezwykły ogrom, zwłaszcza, że przez pozostałe (ponad) dwa tygodnie należy zachować wstrzemięźliwość. Co więcej – kobieta ma akurat największą ochotę na seks wtedy, kiedy jajeczkuje (natura sama dąży do zapewnienia jak największej płodności – jakież to przebiegłe!). Ale jest mnóstwo dobrych stron wynikających z NPRu. Po pierwsze – zdobycie niesamowitej, medycznej wiedzy na temat swojego, tudzież swojej żony, organizmu (której to wiedzy częstokroć nie posiadają nawet ludzie, którzy uważają się za specjalistów ginekologów). Po drugie – dokładne przewidywanie zarówno dnia owulacji (w tym również i wiedza o DOKŁADNEJ dacie poczęcia dziecka), jak i zbliżającego się okresu. Po trzecie – nauka panowania nad swoimi popędami, zaraz po wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej (może Was to zdziwić, ale strasznie się przydaje – na przykład podczas zagrożonej ciąży, w jakiej choćby my się znaleźliśmy); wcale nie trzeba, by mąż spał w osobnym łóżku gdy żona nie może współżyć tylko dlatego, że nie nauczył się spać blisko swojej kobiety bez obawy, że „nie wytrzyma” (patrz NOTKA O MALIŃSKIM). I po czwarte – uczy także dbania nie tylko o siebie i swoją przyjemność, lecz głównie dawania siebie drugiej osobie. Bo to może i racja, że facet musi się trochę bardziej namęczyć, by rozgrzać kobietę, która akurat ma okres niepłodny, ale właśnie dzięki temu zbliża się do niej o wiele bardziej i zwiększa dawkę czułości. Ona zresztą również – bo on, nie odczuwając tej odurzającej dawki feromonów wysyłanych przez nią w czasie jajeczkowania, także nie ma aż takiej ochoty. To czwarte podobno zdarza się zresztą dość rzadko – dwutygodniowa wstrzemięźliwość działa bowiem lepiej niż najlepszy afrodyzjak :). A po piąte – gdybyśmy jednak chcieli mieć dziecko, możemy sobie je cudownie zaplanować znając dokładnie swoje ciało. Nie ma problemów z „powrotem płodności” po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych; nie ma problemu z określeniem optymalnego momentu współżycia, by zajść w ciążę; nie ma problemu z określeniem niemal dokładnej daty przyjścia na świat potomka (nasza medyczna data porodu określona jest na 16 czerwca, ale dzięki wiedzy o tym, kiedy zaszliśmy w ciążę, wiemy, iż data 20 czerwca 2009 roku jest bardziej prawidłowa); ba, istnieje nawet pewna możliwość zaplanowania płci! Wynika to z prostego, biologicznego faktu, że faceci mają więcej siły w krótkim czasie, kobiety są za to zdolne do mniejszych wysiłków przez długaśne okresy (dlatego to my rozładowujemy towar w hurtowniach, a one niańczą dzieci :). Jak to się przekłada na NPR? Otóż plemniki o układzie chromosomów XY (męskie) osiągają cel z dużo większą prędkością, niż plemniki XX (żeńskie). Są jednak dużo mniej żywotne – i jeśli zostaną wpuszczone na trzy dni przed owulacją, raczej nie mają szansy na doczekanie owego celu. Plemniki XX natomiast są dużo wolniejsze i wpuszczone w dniu jajeczkowania raczej nie zdążą dotrzeć do jajeczka przed kolegami XY, ale jeśli wpuści się je odpowiednio wcześniej – mogą przeżyć swoich męskich kumpli i swobodnie przeczekać w śluzie aż nadejdzie wielkie jajo. Oczywiście płci nie da się przewidzieć czy zaplanować z dużym prawdopodobieństwem, zwłaszcza gdy współżyje się przez cały okres płodny (nie wiesz, czy ten wpuszczony świeżo zdąży wyprzedzić tego, który czeka od trzech dni). Ale jest to sposób znany od starożytności, a dziś już znamy jego biologiczne podstawy.

To nie są wszystkie powody, dla których warto zainteresować się NPRem, nawet jeśli nie jest się katolikiem praktykującym. Jednym z tych powodów, dodatkowo, może być to, co zaraz wyjaśnię na własnym przykładzie, a co mnie bawi niezmiernie. Jak wiele osób wie, ciąża trwa 40 tygodni. My, ja i moja żona, jesteśmy w tym momencie na przełomie dziesiątego i jedenastego tygodnia. I owszem, wiele dociekliwych głów może złapać kalkulator (albo kalendarz) – o co podejrzewam również moje dzieciątko rozwijające się chwilowo w cieplutkich wodach, oczywiście gdy będzie nieco starsze – i obliczyć dokładną datę naszego zajścia w ciążę. Jak się okaże – nasza ciąża zaczęła się 9 września. Wszyscy wiemy, że wzięliśmy ślub 13. O nie! Co za bezbożni źli ludzie! Zaszliśmy w ciążę cztery dni przed ślubem!

Nie! Pewnie wiele pań wie (zwłaszcza te, które same kiedyś były w ciąży), że medycznie ciążę liczy się od momentu rozpoczęcia ostatniej miesiączki. Czyli, najczęściej, od około 2 tygodnia PRZED zajściem w ciążę. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nielogiczne, ale w gruncie rzeczy gra sobie z logiką w karty i najwyraźniej wygrywa. Oto bowiem mało która kobieta faktycznie wie, kiedy w rzeczywistości zaszła w ciążę. Dlatego medycyna przyjęła, że przy 28 dniowym cyklu ten moment wypada w jakieś dwa tygodnie po rozpoczęciu okresu (czy ktoś mówił coś o kalendarzyku małżeńskim?). Co, de facto, rzadko zgadza się z prawdą. My, na przykład, zaszliśmy w ciążę 18-19 dnia cyklu (wahanie bierze się stąd, że mierzymy temperaturę o 6 rano, kiedy jajeczkowanie i jej skok mogły nastąpić równie dobrze poprzedniego dnia popołudniu), czyli sporo po upływie rzeczonych dwóch tygodni. I stąd bierze się to, że przesuwamy datę porodu o 4 dni dalej w stosunku do tej wyliczonej przez ginekologa.

I owszem, jeśli ktokolwiek spyta mnie, czy w naszym małżeństwie naturalne metody się sprawdzają, powiem mu, że póki co stuprocentowo. Planowaliśmy zajść w ciążę w pierwszym cyklu po ślubie i się udało. Co będzie dalej – czas pokaże. Są tacy, którzy śmieją się z NPRu, bo twórcy jednej z dwóch części składowych metody, polegającej na badaniu śluzu, Billingsowie, mieli 9 dzieci. Ale skąd ta drwina? Skąd w nas wszystkich pewność, że skoro z takim zapewnieniem propagowali tę metodę, to na pewno nie zaplanowali tej gromadki? Ja sądzę, że wszystko poszło dokładnie tak, jak miało pójść…

Teraz już wiemy, co jest dobre „zamiast”. Zamiast antykoncepcji, nerwów, niezadowolenia czy zmian hormonalnych wywołanych tabletkami. By wiedzieć więcej, możecie kupić podręcznik (O TU). No i oczywiście jeden niezbędny przedmiot – nieco tańszy od kartonów prezerwatyw i ton pigułek. Nazywa się termometr.

Categories: Duchowość i moralność | 6 komentarzy