Monthly Archives: Grudzień 2008

Okołoświątecznonoworoczne spostrzeżenia i co z nich wynika

Poczyniłem ostatnimi czasy kilka spostrzeżeń. Nie wszystkie są związane ze Świętami i Nowym Rokiem, ale postanowiłem je zebrać w kupę i opisać. Zebrać myśli – głównie swoje, nie tylko na swój temat – i przemyśleć je jeszcze raz. Zapytać samego siebie: co dalej z twoim życiem, Artdico Gnorofexie? Co czeka cię w Nowym Roku? Co czeka cię w przyszłości? Ojej, ależ ja jestem melodramatyczny…

Spostrzeżenie pierwsze: MyLog nadal nie działa. Zgredzik twierdzi, że to ze względu na ślub adminów. Ja serdecznie gratuluję adminom MyLoga i cieszę się ich szczęściem. Jednak twierdzę ja, że tak się zwyczajnie nie powinno robić. Jeśli się jest administratorem popularnego portalu na którym płaci się za usługi, to powinno się w jakiś sposób zabezpieczyć portal ten przed zniknięciem. Przy okazji – czy to nie dziwne, że MyLoga administruje tylko para adminów?

W tę czy we w tę – kończę moją karierę MyLogową. Jeśli portal wróci do końca grudnia – zamieszczę tę notkę na moim 3 blogu, po czym przekabacę jej datę tutaj. Jeśli nie wróci – zapiszę się jedynie w komentarzach, by przekierować czytelników, którzy nie mają mnie na gg, na nk, ani na zs na ten tu nowy adres. Będzie to bowiem pierwszy miesiąc, w którym na MyLogu nie pojawi się żadna notka – co jest niezgodne z nałożonymi przeze mnie samego zasadami. I inne takie. Tak czy siak, czy inaczej – zarzucam oto tu adres, na wypadek gdyby udało się wrócić przed końcem grudnia portalowi popularnie zwanemu MyLogiem (kurczę, gadam jak Wojciech Glanc, chyba powinienem się położyć). Adres mój: www.artdico.wordpress.com. Zapraszam.

A przy okazji dodam jeszcze, że już cały mój pierwszy blog przerzucony na nowy adres (przynajmniej w stopniu, w jakim pozostawał zapisany na kompie Piętusia; okazuje się bowiem, że np. w ostatniej notce od tamtego czasu pojawiły się 4 nowe komentarze i jest ich razem 45 – nijak nie daję rady się do nich jednak dostać). Jeśli ktoś zorientuje się, że wpisałem jego adres mailowy nie do końca poprawnie (wyświetla się inna mordka, niż wyświetlałaby się, gdyby był prawidłowy), jest proszony o komentarze. Cóż… Jedynym sposobem na zorientowanie się jest i tak chyba tylko skomentowanie. Btw. zwróciłem uwagę, że są ludzie, którzy z pasją czytają moje prehistoryczne notki. Sam jestem w szoku, że są one do tego stopnia aktualne :).

Spostrzeżenie drugie: Ponieważ już pewnie wszyscy wiedzą, jako że nie zaznaczałem specjalnie, żeby nikomu nie mówić, mogę wyznać, że mam pracę. Znów lepię kanapki, choć tym razem trafiłem do FreshPointa, a nie do McDonalda. Praca się przyda – to każdy może stwierdzić – bo choć dziś utrzymujemy się jeszcze z pieniędzy rodziców, to własne oszczędności przydadzą się niewątpliwie, zwłaszcza, gdy maluszek przybędzie na świat. A i nie zamierzamy się chyba całe życie opierać na pomocy rodziny… Whatsoever. W tej chwili robię na weekendy, bo w tygodniu się szkolę, a studia ukończyć zamierzam. Praca, choć zarabiam prawie dwa razy więcej niż 2 lata temu w Rzgowie, jest mało opłacalna jak na realia warszawskie. Prawdopodobnie więc, gdybym tylko miał więcej wiary we własne siły, poszukałbym czegoś innego. Niniejszym gratuluję więc tylko Albinowi posady w muzeum – fakt zdobycia jej napawa mnie podziwem w stosunku do powyższego. Prawdopodobnie również ze względu na moje niziutkie poczucie wartości, choć bynajmniej nie bez względu na wielkość mojego przyjaciela :).

Spostrzeżenie trzecie: A’propos maluszka. Dziś spostrzeżono, że żyje i ma się dobrze (a przynajmniej jego serduszko ma się jak najlepiej). Nie wiadomo, czy choruje, ale z pewnością czuje się dość dobrze. Bardzo, bardzo dziękujemy za modlitwę w jego (oraz w pewnym sensie także naszej) intencji. Mam nadzieję, że naprawdę wszystko będzie z nim dobrze. Dziękuję.

Spostrzeżenie czwarte: Nie moje, jedynie skonsultowane. Dziwi mnie, że jeszcze tak niedawno my byliśmy przez niektórych podobnie postrzegani. Mówię głównie o ludziach, którzy nie lubią masła, a wolą margarynę. To znaczy – do niedawna wzdrygali się na samą myśl o maśle, nie mówiąc już o tym jak reagowali, gdy serwowano to masło w towarzystwie. Dziś, jak się okazuje, margaryna poszła w kąt, a masła spożywa się tyle, ile my chyba nie spożywaliśmy nigdy. Choć lubimy masło (mimo, że wyjęte z lodówki jest twarde jak kość). Ciekawe, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że jak się wywali na stół tyle masła na raz, to towarzystwo momentami nie do końca nawet wie, gdzie się podziać…

Spostrzeżenie piąte: Ola CeHa uwzględniła nas w swoich planach sylwestrowych. Dziękujemy bardzo serdecznie :). Niestety, nie pojawimy się chyba, bo to nie do końca nasze klimaty. Mam nadzieję, że nam to wybaczysz i będziecie się bawić równie dobrze bez nas, jak i z nami. Pamiętaj, że i tak zawsze możesz na nas liczyć – np. gdy chodzi o wypracowanie z angielskiego :).

Spostrzeżenie szóste: My również wcale nie jesteśmy cudowni. Spotykać się z kimś, z kim mieszkało się kiedyś cały rok, i po pół roku niewidzenia mówić o tym, że wisi nam kupę kasy – to w rzeczy samej brak taktu. Potworny. I nawet nie wiesz, Gódłiczu, jak mi jest głupio. Tak, mówienie o pieniądzach podczas składania życzeń świątecznych jest głupotą, nawet jeśli wpisuje się w moje beznadziejne poczucie humoru. Może właśnie dlatego jest głupotą… Tak czy inaczej – mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce, i że jedynym tematem przez nas poruszanym nie będą pieniądze. Bardzo przepraszam za tamto… „Zachowałem się jak gówniarz, to się już więcej nie powtórzy” :P.

Spostrzeżenie siódme: Były święta. Spędzone w połowie tam, a w połowie siam. Była wigilia i opłatek, kolędy, prezenty, pasterka. Był obiad świąteczny na drugi dzień. A nam się nawet nie udało posprzątać mieszkania. Co więcej – nawet nie zrobiłem tego gdy urwałem się z B. na dwa dni, żeby pracować w weekend. Nasze pierwsze małżeńskie święta odbyły się dość normalnie. Muszę przyznać, że chyba nie przeżyłem ich przesadnie dobrze. Jakoś tak zwyczajnie. Na życzenia mi się nie chciało nawet odpisywać (Pragnę jednak podziękować chociaż Szawełkowi. Tobie również życzę wszystkiego najlepszego!). Bóg urodził się w naszych sercach? Kurczę, to z całą pewnością. Tylko co mi się pokiełbasiło, że jakoś mnie tak zmuliło dołkiem? Może faktycznie jestem już zmęczony? Taaa, wiem, zaraz idę spać.

Ale przynajmniej na prezencie dla mojego T. skorzystałem. Bo Red Alert 3 można zainstalować na 5 kompach z jednej płyty :P.

Spostrzeżenie ósme: Michalina. I wszystko jasne…

I niby nie jest źle. Ba, nawet bardzo dobrze jest! I naprawdę, ale to naprawdę naprawdę. Ale tak naj naj naj najbardziej naprawdę (i najnajnajlepsiejszą przyjaciółką! Ach, te bąbelki Aero!). No naprawdę jestem najszczęśliwszy na świecie. A jakoś większość z tych spostrzeżeń jest taka przygnębiająca. Nie wszystkie, to fakt :). Trzecie i piąte to nawet radością napawają, przyznać trzeba. Ale pozostałe? Skąd w tym wszystkim tyle tego, że aż mnie zemdliło? Nie wiem.

Wiem za to, że żona śpi obok, od dawna już, a ja klikam i klikam, zamiast się położyć obok niej i też usnąć. Wiem też, że ślicznie wygląda, także jak śpi. I że kocham ją nad życie. Miłość jest w powietrzu i to się wie, także wtedy, gdy pierwszą rzeczą, którą robi się po dwóch dniach niewidzenia się, nie jest rzucenie się na szyję, lecz płacz, połączony z rozpaczą niemal, bo przecież kupiłem tego Żyda, a nawet nie będę mógł go opchnąć… A ona rozumie, jak nikt inny nigdy.

„Bóg jest” – napisałem kiedyś taką notkę (teraz przepadła w otchłaniach MyLoga). I potwierdzam, że jest. Musi być. Nawet jeśli bardzo mądry pan Hitchens twierdzi inaczej (Dawkinsa jeszcze nie przeczytałem, przepraszam Szejku). Nawet jeśli nie przeżywa się świąt tak, jakby się czasem chciało. Bóg jest. Bo gdyby Go nie było, ona by nie spała tu, obok. I nie nosiłaby pod serduszkiem mojego maleństwa. I jeszcze…

I jeszcze…

I jeszcze Bóg jest, bo gdyby Go nie było, nie byłoby Was. Nawet, jeśli czasem mam Was dość. Wszystkich. I siebie też.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Categories: O mnie | 8 komentarzy

Zjadaczka Stokrotek

Dałem mojemu „ulubionemu” MyLogowi możliwość poprawy do połowy miesiąca. Postanowiłem, że to jeszcze nie czas i miejsce na wynurzanie się z moim zabójczym planem (powstałym w naszych głowach na chwilę przed zniknięciem MyLoga). Dzieło jeszcze nawet na dobre nie zaczęte, a chciałem wszystko najpierw dokończyć. Ale nie da się nawet dogrzebać do tych archiwów. Dlatego niniejszym ogłaszam, że notka ta jest, niezamierzenie, pierwszą notką zamieszczoną na WordPressie. Na którego przenoszę się z całym dobytkiem. To, co poniżej, oczekuje na publikację prawie od dwóch tygodni. Najwyższy czas to zmienić… Zapraszam do lektury:

Ola, czyli moja żona i matka mojego dziecka, jest najcudowniejszą i bez wątpienia najpiękniejszą kobietą świata (z czym zezwalam się Wam nie zgodzić, tylko grzecznie proszę :). Spotkanie z nią, nasz związek i ślub uważam za najwspanialsze rzeczy, które mi się w życiu zdarzyły. Poznaliśmy się ponad rok temu i choć byliśmy wcześniej razem na roku, po cichu się w sobie podkochując, to połączył nas dopiero blog.

Ola pisała bloga od bardzo dawna, czasem zmieniając adres z różnych powodów. Od kilku miesięcy przed czerwcem zdarzało jej się, wielokrotnie, wspominać o pewnym chłopaku z tauką na szyi i w niebieskich koszulach. Chłopak ów odkrył bloga, złożył na nim wyznanie tęsknoty (jako, że wzdychał do Oli od jakiegoś czasu), a dopiero potem zaczął przeglądać archiwum.

Zaskoczyły mnie wspominki na mój temat. Mnóstwo wspominków. Ale nie tylko na tym się skupiałem. Starałem się wchłonąć całą treść, przy okazji zwracając uwagę na kilka specjalnych fragmentów. Znalazłem choćby takie oto ziółko: „kino z przyjaciółką to jest jednak dzika przyjemność. nikt nie ziewa, nie rozkłada rąk, nie gmera nimi gdzie nie trzeba, nikt cię nie całuje pomimo że siedzisz w ostatnim rzędzie i jeszcze możesz spokojnie popiszczeć jaki ten Zakościelny wspaniały, i nikt nie myśli, że jesteś beznadziejną babą. tylko piszczy razem z tobą:)”. LINK jak ktoś chce. Ten konkretny, mocno zapamiętany fragment tak sobie wziąłem do serca, że gdy wreszcie znaleźliśmy się razem w kinie, to sto razy się zastanowiłem zanim złapałem Olę za rękę. Bo przecież tego nie lubi. Później okazało się, że przez pół filmu czekała, aż wreszcie to zrobię. A co z tym tekstem na blogu? Można to interpretować na różne sposoby. Na przykład tak, że jak się nie ma chłopaka, który może cię złapać za rękę w kinie, to się udaje, że wcale cię to nie kręci. Tak czy inaczej – to, co chciała napisać, ujęła w słowa, które nie wszyscy zinterpretowali tak, jakby tego chciała.

Kolejny fragment dotyczył już mnie. „w bufecie też siedzi ten człowiek, sam, i pożera okropne frytki. a mnie to coraz bardziej męczy. męczy mnie od początku roku ta tałka na jego szyi, a teraz męczy mnie cała reszta też. reszta której właściwie nie ma, ale ja jakoś podskórnie czuję, że mogłaby być. dla jasności – to jest ten rodzaj faceta, który na zawsze pozostanie tylko kumplem. w najlepszym razie przyjacielem.” (Tu macie LINK). Ja oczywiście, czytając to, bardzo i okropnie chciałem już być kimś więcej niż tylko przyjacielem. Ale w czasie pierwszej randki uroczyście zapewniłem, że absolutnie na nic więcej nie liczę. To było powodem rozterek mojej aktualnej żony – no bo czego właściwie chce ten facet? Kupuje kwiaty i zaprasza do kina, ale mówi, że nie liczy na żaden związek. A ja, choć rozpływała się nade mną na tym blogu, byłem zwyczajnie przekonany, że absolutnie nie ma ochoty na bycie ze mną. Co się okazało? Że to, co chciała napisać, ujęła w słowa, które nie wszyscy zinterpretowali tak, jakby tego chciała.

Udało nam się to po pewnym czasie dogadać. Potem zaczęliśmy się nawet z tego śmiać. Cóż, jak się okazało, Ola już tak ma. Nie zawsze pisze dokładnie to, co ma na myśli. Pisze jednak dla ludzi, którzy znają ją na tyle dobrze, by zrozumieć, że tak to właśnie wygląda. I ja przyzwyczaiłem się do tego na tyle, by nie zwracać uwagi na takie szczegóły. Jednak, ku naszemu w pewnym sensie zdziwieniu, co jakiś czas pojawiają się zupełnie nowi czytelnicy bloga. Tacy, którzy o stylu i sposobie pisania (lekko ironicznym i w dużym stopniu przesadzonym) mojej żony wiedzą niewiele. I próbują wszystko odczytać całkowicie dosłownie…

Zdarzyło się już denerwowanie o wpis [przemyślenia po północy], gdzie Ola stwierdziła, że jestem jej utrapieniem życiowym i jej misją jest uratowanie mnie – co było nieco ironiczną parafrazą notki Karola, co było zaznaczone na dole, co nie zostało przez „zainteresowanych” zauważone w ogóle. Teraz zaś okazuje się, że Ola głodzi dzieciątko poczęte w jej łonie, bo narzeka, że nic nie je z braku apetytu i przez wysoką gorączkę. I że nie interesuje jej tak naprawdę to, czy dziecko się urodzi czy nie, nie dba bowiem w ogóle o jego stan. Zerknąłem do ostatniej notki Oli. I rzeczywiście – na upartego można wysnuć taki wniosek (że przytoczę słowa żonki: „ogólnie cały miesiąc upłynął mi pod znakiem jesiennej ramówki TVNu, braku jedzenia lub braku apetytu, zamartwiania się o Bobo, bo przecież na pewno umrze z głodu [teraz to już jestem o tym w stu procentach przekonana, gdyż wczoraj prawie nic nie jadłam przez tą gorączkę i teraz ważę tak beznadziejnie mało, że ten dzieciak musiałby mieć naprawdę potężną wolę przetrwania]”) i być może ja również wysnułbym go, gdyby nie to, że tak się przyzwyczaiłem, iż na takie rzeczy nie zwracam już uwagi (serio – pewnie to przeczytałem i nie zauważyłem). Jak zgaduję (choć może się mylę), ani Karol z Wiolą, ani Diana z Albinem, ani Ola CeHa, ani nikt inny, kogo podejrzewało się do tej pory o regularne czytanie naszych blogów, również nie zwrócili na to uwagi. Przeszli nad tym do porządku dziennego, jak nad każdym zwykłym marudzeniem mojej żony na tematy jaka to ona nie jest okropna i jak się w ogóle nie stara.

Teraz kieruję więc apel do Słoni, Koni, Ktosiów, Zuzów i ogólnie całej pozostałej reszty ludzi, którzy nagle się pojawili, zainteresowali i już zostali. Moi Drodzy, Ola zwyczajnie i po prostu już tak ma. Ma tak, że niezmiennie się czymś przejmuje. Że coś będzie nie tak, że coś się stanie złego, że ona tak nie dba o to i o tamto. Że jest taka kiepska i beznadziejna. Cóż… Nie przypuszczam, by ktokolwiek z Was wiedział coś na temat niskiego poczucia własnej wartości połączonego z autoironią, ale niestety – to właśnie jest to, o czym piszę. Ludzi, którzy bardzo przejmują się tym, że Ola nic nie je i że zagłodzi dzieciątko pragnę poinformować, że ten wpis był wysoce przesadzony. Ola je zawsze wtedy, kiedy ma ochotę. Nie je przesadnie dużo – to prawda – bo wiecznie jest jej niedobrze. Ale je dokładnie tyle, ile potrzebuje i dokładnie wtedy, kiedy potrzebuje. Czasem zdarza się, że je naprawdę dużo. I nie, nie zagłodzi ani siebie, ani maleństwa, i przysięgam, że wcale nie muszę tego dopilnowywać. Ola tylko to, co chciała napisać, ujęła w słowa, które nie wszyscy zinterpretowali tak, jakby tego chciała.

Dlatego uprzejmie proszę o przymykanie oka na teksty tego typu (chyba, że zwraca się na nie uwagę naumyślnie – w tej sytuacji proszę uprzejmie o przymykanie obu oczu), przyzwyczajenie się, a w razie wątpliwości – o pisanie komentarzy do notek – mogą być bardziej lub mniej uprzejme. Postaramy się wyjaśnić sprawy tak dobrze, jak tylko jesteśmy w stanie. Bez potrzeby uciekania się do kogoś, kogo uważacie za „wyższą instancję” nad nami – zapominając, że jesteśmy małżeństwem, osobną komórką, odpowiedzialnym za własne decyzje i nie podlegającym bezpośredniej „władzy zwierzchności”.

I jeszcze jedno. Kiedy mówiliśmy o naszej ciąży najbliższym, zaznaczyliśmy, że ciąża jest zagrożona. Że coś może się nie udać, że może dojść do poronienia. Z tego powodu poprosiliśmy ich o to, by na razie nie mówili o niczym babci. Po to, by nie denerwowała się i by nie przeżyła szoku, gdy okaże się, że jednak prababcią nie jest. Popełniliśmy błąd, kiedy pisząc notkę na blogu nie poprosiliśmy czytelników o to samo. Ja chyba powinienem rozwalić sobie głowę o mur ze względu na mą niepoprawną naiwność (nie, to nie dosłowne, proszę się nie przejmować. Innych też proszę nie przejmować), bo naprawdę, ale naprawdę nie przypuszczałem, że ktoś (albo słoń, a może to sama Babcia Dusia) poleci natychmiast do ludzi nieposiadających Internetu po to, by ogłosić dobrą (czy rzeczywiście dobrą?) nowinę. Dziś zadaję sobie pytanie, czy gdybyśmy napisali w notce, że prosimy o niemówienie babci czegokolwiek, nie dowiedziałaby się tym prędzej…? A szkoda, bo mieliśmy ogromną ochotę powiedzieć jej o tym sami. Kiedy będzie już wiadomo, że wszystko jednak jest w porządku. Póki co nie wiadomo. Mogę chyba napisać, że zauważony wcześniej krwiaczek nie jest już najgorszym, co dziecku zagraża. I bynajmniej nie chodzi o wygłodzenie. Ola jest chora na cytomegalię (w związku z tym serdecznie prosimy wszystkich o modlitwę w intencji jej oraz maleństwa). Jeśli choroba przejdzie na dziecko… cóż. Możecie sobie sprawdzić w Internecie. Ogólnie rzecz biorąc można się domyślać, jak przeżyje to babcia. I naprawdę nie podejrzewam, że ktokolwiek mógłby poczytywać to sobie za sukces…

Kończę. Notki nie zamieszczę teraz (3 grudnia o 22:20), bo MyLog znów nie działa (przez cały dzień). Tak, Zgredziku, niestety, zupełnie szczerze zastanawiam się jednak nad przejściem na WordPress…

Categories: O mnie | 5 komentarzy