Monthly Archives: Styczeń 2009

To niech będzie o miłości jeszcze raz

Ile razy już pisałem notki o miłości? Właśnie zresztą przed chwilą przerzuciłem jedną taką, dokładnie na ten temat: ZERK. Ale pomyślałem, że może jeszcze raz, choćbym nigdy do końca nie wiedział, o czym piszę, mógłbym zająć się tym tematem. Taka lekka odskocznia.

Miłość jest wyborem.

Takiej definicji nauczył mnie najwspanialszy z księży i najwspanialszy z psychologów, jakiego w życiu spotkałem. Miłość jest wyborem, decyzją, której, raz podjąwszy, nie da się cofnąć. Ponieważ jest decyzją, a nie uczuciem, nie można powiedzieć „już mi miłość minęła” albo „już nie czuję miłości”, albo „coś się chyba zmieniło”. Bo nic nie mija – i niczego nie musisz czuć. I nic się tak samo z siebie nie zmienia. Nie w tej materii. Miłość jest decyzją o której nie musimy mówić światu. Musimy jednak pamiętać, że gdy już światu (czy chociażby osobie kochanej) powiemy, że kochamy – to nie jesteśmy jedynymi, którzy o naszej decyzji wiedzą. I już nie możemy powiedzieć (sobie czy komukolwiek), że nam się pomyliło. Albo że w rzeczy samej nigdy nie kochaliśmy. Bo to zwyczajnie nieprawda. I takie ewidentne negowanie prawdy, nawet w najlepszych intencjach, zawsze przyprawiało mnie o rozstrój nerwowy. I zaznaczam, że nie mówię o umiejętności kochania. Nikt prócz Boga, na dobrą sprawę, nie umie tak naprawdę kochać. Pewnie właśnie dlatego potrzebujemy pomocy Boga po to, by kochać, i po to, by pokochać.

Miłość to wybór kogoś przed sobą.

I to w całości. Nie znaczy to, że decydując się na bycie z kimś, musimy wyrzec się samych siebie, swoich poglądów i marzeń. Pamiętajmy, że będąc z kimś, ale tak na serio, kochamy się wzajemnie. I owszem – nie powinniśmy pytać, co ty jeszcze możesz zrobić dla mnie, ale co ja mogę zrobić dla ciebie. Co znaczy mniej-więcej tyle, że z pomocą Ducha Świętego będziemy najszczęśliwszą parą na świecie, w ogóle nie myśląc o samych sobie. To oczywiście ideał. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Znaczy to raczej tyle – że właśnie wybieramy dobro drugiej osoby. I dążymy do tego dobra, nawet, gdy wydaje się ono złem dla nas samych. Ale pamiętajmy – chodzi o dobro obiektywne. Nie o jakieś urojone dobro, albo o jego substytuty. Dajmy na to, druga osoba lubi wypić raz w tygodniu do nieprzytomności na imprezie, potem zwyzywa kogoś, zdewastuje lokal i wraca do domu, waląc się na łóżko. On twierdzi, że to jest dla niego dobre, bo sprawia mu przyjemność, a i musi się wyszumieć, bo lata młode. Zwróćmy uwagę na pozorność tego dobra – i oceniajmy zdrowym rozumem, czy to rzeczywiście dla kochanej osoby jest dobre. Jednak jeśli ta osoba (powiedzmy, że planujemy z nią ślub) mieszka na przykład w Warszawie, tu ma dobrą pracę i jakie takie perspektywy na wychowanie dzieci, a ja wychowałem się w Wyszkowie, tu mieszka moja rodzina (czyli dajmy na to rodzice i siostra), bez której JA nie wyobrażam sobie spędzić reszty życia, to powinienem się zastanowić, czy rzeczywiście wybrałem dobro mojej przyszłej drugiej połówki (i mojej przyszłej, prawdziwej rodziny) przed dobrem własnym.

Ale tak, jak pisałem – nie bierzmy pod uwagę dobra pozornego. Uczmy się oceniać prawdziwość dobra. Powiedzmy, że mam jakieś zasady. Wiem dobrze, że są słuszne i prawdziwe. Powiedzmy, że czasami mogę użyć sformułowania „wierzę, że są słuszne i prawdziwe”. Dajmy na to, jestem katolikiem. Najważniejsza dla mnie na świecie jest miłość do Boga i od Boga. To znaczy, że podjąłem decyzję związaną z najważniejszą Osobą mojego życia. Pojawia się w moim życiu inna osoba, która miłości do Boga na pierwszym miejscu nie uznaje. Owszem są osoby, które właśnie na związek z kimś takim się decydują. Nie pytam ich o motywy – być może im to nie przeszkadza, być może myślą, że nie będzie im to przeszkadzać, a być może zamierzają jakoś to zmienić. W takiej sytuacji pamiętajmy, że dla osoby, dla której Bóg nie jest największą miłością, coś lub ktoś musi się tą miłością stać. Może będziemy to my? Może będą to studia albo praca? Może jakieś hobby? Cokolwiek by to nie było – będzie to dla tej osoby bogiem właśnie. I pod tego boga ta osoba będzie ustawiać swoje wszelkie wartości. I, co gorsza, może nas próbować do tych wartości przekonywać. Naszym zadaniem jest starać się trwać przy naszych wartościach, jednocześnie nie ingerując agresywnie w system wartości tej drugiej osoby. Jeśli jesteśmy pewni, że to jest ta osoba, z którą chcemy spędzić życie, możemy jedynie ukazywać jej, że żyjąc zgodnie z tymi zasadami, żyjemy najlepiej jak się da.

To był akurat przykład. Mogę się przyczepić do czegoś innego, o czym już niedawno pisałem. Do dziewczynek z Oazy, które opowiadają się za czystością przedmałżeńską. Pokochują chłopaka, któremu obce są te zasady. Notka ”Szkoła uwodzenia” ładnie obrazuje, co się często potem dzieje. Ale to nie na tym polega szukanie dobra drugiej osoby. W tej sytuacji powinniśmy pamiętać, że dobro płynące z zachowania czystości przedmałżeńskiej dotyczy nie tylko nas, bo takie mamy zasady, nie tylko naszego przyszłego (często jawiącego się jako wirtualny) męża, ale w tej sytuacji chyba przede wszystkim tej naszej drugiej połówki. Bo nie tylko będziemy mogli mu/jej oddać wszystko w momencie naszego sakramentalnego „tak”, ale również zachowamy go/ją od zniszczenia i zbrakowania na wypadek, gdybyśmy się jednak rozstali. Dlatego powinniśmy się bronić przed namowami w stylu „jak mnie kochasz, to mi się oddaj”. Nie, właśnie dlatego, że cię kocham, chcę poczekać.

I to znów tylko przykład.

Miłość jest wyborem prawdy przed kłamstwem.

I na tym aspekcie chciałem się szczególnie skupić w niniejszej notce. Bo czasem coś się psuje. Nie mogę powiedzieć, że w naszym związku nie. Ja i moja żona też nie do końca mamy w sobie i między nami to, co mieliśmy na początku naszego związku. Czasem ja coś głupiego powiem, czasem Ola ma doła albo depresję zimową. Czasem mamy jakieś dzikie wymagania, którym nie umiemy sprostać. Nie w tym rzecz, że nie będzie kryzysów.

Ola kiedyś gdzieś wyczytała, że po trzech miesiącach coś się kończy w związku. W związku z tym związkiem, kiedy ja przebywałem akurat w Skarżysku, a Ola w Bełchatowie, napisała mi pewnego wieczoru, że chyba właśnie się coś skończyło. To dla mnie był duży szok. Wymieniliśmy kilka maili. Doszliśmy do wniosku w czym rzecz. Nigdy nie zaprzeczyłem, że się nie skończyło.

Związki charakteryzuje częstokroć to, że rozpoczynają się wielką euforią. Czasem jest to zakochanie, czasem jest to fascynacja sytuacją towarzyszącą początkom. Są wielkie emocje, radosne emocje. Mija jakiś czas i widzimy coraz więcej i więcej rzeczy. Uczucia mijają, pozostaje trzeźwe myślenie, postrzeganie. Nie zapominajmy, że na początku, może i w tej wielkiej euforii, powiedzieliśmy sobie „kocham cię”. Ja powiedziałem wtedy „za trzy lata też ci to powiem”. Trzy lata nie minęły, minęła za to pierwsza euforia, minęły pierwsze magiczne wakacje w Szkocji, minęły nasze początki. A ja, najsampierw, podjąłem decyzję. I wiem, z każdą chwilą bardziej, że za trzy lata powiem to samo. No, dziś to już za 1,5 roku.

Ale ja o prawdzie miałem pisać. No właśnie. Bo oliwa sprawiedliwa, i tak dalej, i tak dalej. No i po tych miesiącach bycia ze sobą może się okazać, że widzimy więcej. Więcej nas martwi i niepokoi. Że może uczucia radosne zostały zastąpione przez jakieś bolesne. Że już nie czujemy się tak świetnie, jak na początku. Problem polega na tym, że w kontakcie z drugą osobą częstokroć udajemy, że wszystko jest w porządku, że jest jak dawniej. Nic nie mówimy. Nie rozmawiamy. Błąd! Nie tego uczy nas miłość, którą przecież postanowiliśmy. Nie próbuję powiedzieć, że szczerość jest najważniejsza. Ale najważniejsza jest prawda. Bardzo ważna jest rozmowa. Druga osoba, z którą jesteśmy, ma prawo wiedzieć, znać prawdę. Ma prawo nie być oszukiwana. Mnie samemu przytrafiło się to, że czekałem na ślub, kiedy okazało się, że moja narzeczona nie jest jeszcze gotowa. Że kisi się to w niej od miesięcy. I że nie chciała mi o tym powiedzieć. Owszem, poczułem się oszukany. Bo nie było rozmowy, nie było dialogu. Nie było prawdy. Bo byłem oszukiwany.

I w tym rzecz. Widzimy problem. Kochamy drugą osobę. Przychodzimy do niej z tym problemem. „Posłuchaj, mam problem, zakochałam się w koledze z uczelni”. „Posłuchaj, mam problem, nie czuję się gotowy do ślubu”. „Posłuchaj, mam problem, nie czuję się dobrze z tym, co robimy. Myślę, że to, co robimy, jest złe”. Przychodzimy do niej z zaufaniem. Bo jest dla nas najważniejszą osobą – najlepiej by było, gdyby najważniejszą po Bogu. Przychodzimy, bo kochamy. Bo zdecydowaliśmy.

To oczywiście nie gwarantuje, że całe życie będziemy ze sobą. Seria takich rozmów, w których wychodzi nasza niedojrzałość, niezdecydowanie, częstokroć konflikt interesów, konflikt zasad (np. jestem przeciwko antykoncepcji, a ty jesteś za, ja nie ustąpię, ty również nie chcesz), może doprowadzić do rozstania. Najlepiej by było, gdyby nie w atmosferze gniewu czy zawodu. Zwyczajnie w atmosferze dialogu. Wówczas, kto wie, może uda nam się znaleźć kogoś innego, lepszego? Ale może da się wszystko zbudować. Tylko kochając, decydując się na bycie ze sobą, musimy budować razem. Pomagać sobie nawzajem. Musimy ze sobą rozmawiać. Musimy sobie mówić.

Oczywiście to, co powyżej opisałem, jest sprawdzalne jedynie wtedy, gdy kochamy. Bez miłości to wszystko nie ma jakiegokolwiek sensu.

Ale oczywiście założyliśmy też na początku, że kochasz. I nie mów, że nie wiesz, albo nie jesteś pewien/pewna.

Przecież wszyscy słyszeliśmy.

Categories: Bóg i miłość | 19 komentarzy

Nie sądźcie, czyli grzech wg Kilpatricka

Miałem napisać notkę o czym innym. Miała powstać dziś wieczorem. Nie powstanie, ale sądzę, że napiszę ją w niedługiej przyszłości. Dziś spędziłem bowiem 1,5 godziny popołudnia na pisaniu omówienia pewnego nurtującego mnie problemu związanego z wybraną z szeregu lektur książką. Na zaliczenie z psychologicznych aspektów katechezy, rzecz jasna. Po napisaniu go pomyślałem, że temat, jak i cała książka, świetnie wpisuje się w cykl naszych niedawnych sporów. Dlatego postanowiłem przytoczyć tu mój pseudo-naukowy wywód. Nie wiem, czy nadaje się on do zaliczenia przedmiotu, lecz przypuszczam, że nadaje się do obwieszczenia światu. Zapraszam więc do lektury.

Zapraszam również do zakupu tudzież wypożyczenia książki, w celu zagłębienia się w niezwykle ciekawą lekturę.

William Kirk Kilpatrick, Psychologiczne uwiedzenie, W drodze, Poznań 2007, przeł. Radosław Lewandowski, str.250.

William Kilpatrick w swej książce „Psychologiczne uwiedzenie” w ciekawy i łatwy do zrozumienia sposób ukazuje obraz społeczeństwa, które budowało i wciąż buduje swój światopogląd na popularnej psychologii. Powoduje to, jego zdaniem, wypaczenia w chrześcijańskim podejściu do życia, z którym wielu współczesnych chrześcijan próbuje łączyć psychologię. W niniejszej pracy skupimy się na aspekcie grzechu i sądzenia, poruszonym w 6 rozdziale książki.

Zdaniem autora, które poparł wieloma latami badań własnych (jest on bowiem profesorem psychologii w Boston College), psychologia współczesna skupia się na poczuciu własnej wartości, mającym za zadanie nie tyle pokonywanie w sobie zła, co akceptowanie w sobie wszystkiego, czyli de facto akceptowanie siebie takim, jakim się jest. Powoduje to, zwłaszcza wśród współczesnych, zafascynowanych psychologią chrześcijan, zanik poczucia grzechu. Co za tym idzie, znika zrozumienie dla czynów Jezusa Chrystusa, który umarł na krzyżu nie dlatego, byśmy poczuli się przez to lepsi, lecz po to, by wyzwolić nas spod jarzma grzechu, w które to jarzmo sami się zakuliśmy. „Obecnie można stworzyć atmosferę, w której ludzie mają nikłe poczucie grzechu, a zatem niewielką możliwość zrozumienia, o co w ogóle chodzi w chrześcijaństwie. Wiemy, że jest to możliwe, ponieważ taka właśnie panuje dziś atmosfera” (str. 77). Ludzie, którzy nie są z siebie do końca zadowoleni są uczeni, także przez niektórych chrześcijańskich duchownych, że powinni pogodzić się ze swoimi słabościami i zmienić swoje spojrzenie na siebie, zamiast zmieniać postępowanie. Ich poczucie winy wymaga więc wyjaśnienia, a nie pokuty.

Kilpatrick nie twierdzi przy tym, że akceptowanie siebie jest w każdym znaczeniu złe. Wyjaśnia , iż niektórzy ludzie mogą stać się lepsi poprzez zaakceptowanie samych siebie. Daje przykład człowieka, który posiada ograniczenia i wady nie do końca zależne od niego, czy nawet zależne, takie jak własna grzeszność, których nie umie zaakceptować. Kiedy jednak udaje mu się zaakceptować swoje niedoskonałości, przestaje być perfekcjonistą, zauważa w sobie to, co ma dobrego i potrafi spojrzeć na ludzi, jak na równych sobie, czyli równie ograniczonych. W tej sytuacji jednak akceptacja np. grzeszności nie oznacza akceptacji grzechu, lecz jedynie skłonności ku niemu, które wpisują się w ludzką naturę, i z którymi powinniśmy walczyć.

Autor podaje jednak przykład innego człowieka, który zawsze postępował raczej dobrze. Człowiek ten miewa skłonność do gniewu, którą stara się pokonać, czy pociąg ku przygodnym zbliżeniom seksualnym. Później jednak dowiaduje się, że jest dobry z natury, że powinien zaakceptować siebie takiego, jakim jest, że powinien zaakceptować swoje słabości, bo są naturalne. Kilpatrick przytacza tu tekst, który mówi, że lew nie wstydzi się robić tego, co robią inne lwy, więc i człowiek nie powinien się wstydzić tego, co jest dla niego naturalne. Autor podkreśla w tym miejscu zgubność takiego myślenia: zwierzęta kierujące się instynktem posiadają instynktowne ograniczenia. „Gdy jednak człowiek zaczyna kierować się w swoim postępowaniu wyłącznie instynktem, nie ma dosłownie ani jednej rzeczy, której nie byłby w stanie zrobić” (str. 81). Człowiek przytoczony w przykładzie zaczyna dostrzegać, że to, przed czym wcześniej się bronił, jest w gruncie rzeczy w porządku, daje mu nawet możliwość rozwoju. Zacznie już wkrótce robić rzeczy, które dotychczas wydawały mu się odrażające, coraz bardziej tępiąc swoje poczucie dobra i zła. Wkrótce takie popełnianie grzechów z nastawieniem, że w gruncie rzeczy jest ono dobre, a ja akceptuję siebie takim, jakim jestem, wchodzi człowiekowi w krew do tego stopnia, że staje się przyzwyczajeniem. Poczucie grzechu tłumione jest poprzez samoakceptację do tego stopnia, że ktoś, kto do niedawna czuł wyrzuty sumienia wywołane oszukiwaniem w pracy, dojdzie wreszcie do wniosku, że ma smykałkę do interesów.

Autor próbuje nam ukazać, w dalszym toku swego rozumowania, na jakiej zasadzie chrześcijaństwo podchodzi do grzechu. Mówi nam, że nie przymyka ono oczu na nasze grzechy, nie przyjmuje dziecinnych tłumaczeń usiłujących usprawiedliwić nasze czyny, ponieważ w rzeczy samej nasze czyny są dla niego najważniejsze. Chrześcijaństwo jest trudnym wyzwaniem. Ludzie nie dostrzegają tego, ponieważ zwykli identyfikować Boga z psychoterapeutą, który traktuje nas jak pacjentów szpitalnych, z którymi należy porozmawiać, dać dobrą radę, pocieszyć. Większość ludzi oczekuje właśnie tego, że dobry Bóg przytuli ich do własnego serca i powie, że przecież wszystko jest w porządku. Że należy zaakceptować to, co się robi, oraz zaakceptować to, co robią inni. Jest jednak zupełnie inaczej. „Bóg” – pisze Kilpatrick – „jeśli Pismo Święte może tu być jakąkolwiek wskazówką, nie podchodzi do naszego postępowania jak do interesującego zjawiska przyrodniczego. Wręcz przeciwnie, wyraźnie odnosi się wrażenie, że traktuje On nas tak, jak król traktuje rycerza wysyłanego z ważną misją lub jak ojciec traktuje syna, z którym wiąże wielkie nadzieje” (str. 88). Co zaś za tym idzie – za godnością człowieka idzie jego odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. Jednakże, jak podkreśla autor książki, przed chrześcijanami omamionymi współczesną psychologią stają wysokie mury, ponieważ psychologia częstokroć stosuje język chrześcijański do własnych potrzeb.

Niezwykle ciekawy wydaje się fragment tłumaczący to zjawisko, a dotyczący cytatu z Pisma Świętego brzmiącego „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7,1). Autor tłumaczy, że zbytnie zainteresowanie grzechem wydaje się nie do pogodzenia z tym cytatem. Podkreśla jednak, że w rzeczywistości „Nie sądźcie” oznacza – nie oceniajcie wewnętrznego stanu człowieka, a nie – nie osądzajcie jego czynów. „Zamiast pielęgnować postawę ‘nienawiści do grzechu i miłości do grzesznika’” – pisze dalej Kilpatrick – „nie jesteśmy już pewni, czy mamy jakiekolwiek prawo nienawidzić grzech lub nawet tak go nazywać” (str. 89). Dziś wręcz wzbraniamy się od oceniania ludzkiego postępowania – co od początku jest głównym założeniem chrześcijaństwa, wynikającym z miłości bliźniego – oceniamy natomiast jego stany duchowe i motywy postępowania (by usprawiedliwić złe czyny), co właśnie należne jest Bogu choćby dlatego, że dla nas jest to zbyt skomplikowane. Naszym zadaniem jest ocenić postępowanie, a nie postępującego człowieka. Osądzić grzech, a nie człowieka, który grzeszy. Wypomnieć grzech i pomóc pokonać go człowiekowi przez wzgląd na dobro jego i innych, podkreślając jego wielką godność wynikającą nie z poczucia własnej wartości, lecz z miłości Boga, który go stworzył.

Autor kończy artykuł wizją sądu ostatecznego, w który wierzą jego czytelnicy – chrześcijanie – choćby byli owładnięci przez teorie psychologiczne każące akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy i uważać grzech za coś zgodnego z naturą. „Nie pomoże wówczas tłumaczenie, że jedynie stosowaliśmy się do najlepszych dostępnych porad psychologicznych. Nigdy nie były to porady, do których mieliśmy się stosować. Największą nadzieją dla nas będzie wówczas świadomość, że Syn Człowieczy przyszedł, aby zbawić grzeszników, oraz że miłosierdzie Boże jest równie wielkie jak Jego sprawiedliwość” (str. 93).

Książka Williama Kirka Kilpatricka w doskonały sposób ujmuje problem współczesnych chrześcijan, którzy zaplątali się w popularny pogląd dotyczący samoakceptacji i samorealizacji, oraz przyzwolenia na grzech. Podkreśla jak bardzo szkodliwy jest to pogląd, wypaczający znaczenie Pisma Świętego, a przez to i chrześcijaństwa, doprowadzający w konsekwencji do wielu negatywnych zachowań na zasadzie „akceptując jedno wypaczenie łatwiej zaakceptujesz drugie”. Książka ta, wraz z omówionym przez nas problemem grzechu i jego sądzenia, wpisuje się idealnie w obraz współcześnie panujący nawet w tzw. konserwatywnym Kościele w Polsce.

Categories: Duchowość i moralność | 4 komentarze

O Kościele powszechnym

Kiedy w czasie mszy świętej odmawiamy Skład Apostolski, mówimy między innymi: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Chciałbym poruszyć temat jednego z tych zawołań, nie bez pewnych odniesień do poprzednich notek (które zbiły się w jakąś dziwną serię, to się chyba jeszcze na blogu nie zdarzało).

Powszechny – to znaczy mniej-więcej tyle, co ogólny. Mniej-więcej tyle, co dla wszystkich. To znaczy tyle, że każdy, kto tylko chce, kto czuje że powinien, może do niego należeć. Powszechny, bo Jezus, który go założył, powiedział do swoich uczniów: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Jezus, który go założył mówił, że jeśli zginie jedna owca, to należy pozostawić 99 i szukać tej jednej, zagubionej, aż się jej nie znajdzie. Dlatego do Kościoła należeć może każdy, ba, to Kościół powinien robić wszystko, by jak najwięcej osób do niego należało.

Z tym, że w tej całej powszechności Kościoła jest kilka „ale” i to nie takich znowu małych.

Bo robienie „wszystkiego” po to, by ściągnąć jak najwięcej osób nie może oznaczać chodzenia na ustępstwa. Z tej strony, i z tamtej. Nie oznacza robienia tego, czego ludzie akurat by chcieli, żeby robił. Oznacza to tyle, by ukazać to, jaki jest w taki sposób, by wszyscy mieli możliwość zrozumienia, że jest dobry.

I nie w tym rzecz, że Kościół się nie zmienia. Bo się zmienia, z wieku na wiek i z roku na rok. Nie w tym rzecz, że nie dostosowuje się, w pewien sposób, umiejętnie odczytując znaki czasu. Bo często się dostosowuje do panującej aktualnie sytuacji. W tym rzecz natomiast, że nie zawsze zmienia się i nie zawsze się dostosowuje tak, jak każdy pojedynczy człowiek, czy może większość człowieków, by tego chciała. Tak, Sobór Watykański II przyniósł ze sobą ogromne zmiany liturgiczne, dzięki którym mamy dziś mszę po polsku, a ksiądz stoi przodem do wiernych. Benedykt XVI natomiast odpowiada pozytywnie na postulaty ludzi, którzy pragną jednak celebrować w obrządku trydenckim, czyli po łacinie. A więc są kwestie, które Kościół układa pod ludzi. Tak było zawsze – przecież już św. Paweł kłócił się ze św. Piotrem, czy dostosowywać pogan do wymogów judeochrześcijan (obrzezanie, etc.), czy raczej dostosować część obrządków pod pogan, rezygnując z niepotrzebnych judaistycznych rytuałów. Wygrał święty Paweł, na co dowodem jest to, że symbolem inicjacji chrześcijańskiej w naszej pięknej Polandzie jest tylko chrzest.

Ale Kościół nie jest liberalny. W tym właśnie rzecz, że nie kieruje się tym, co modne, popularne, intrygujące. Nie kieruje się ludzkimi żądaniami dotyczącymi akceptacji aborcji czy małżeństw homoseksualnych. Kościół kieruje się ludzkim dobrem. Tym współczesnym, ale i tym przyszłym. Wiecznym. Niektórym wydaje się to śmieszne, ale Kościół nie zgodzi się na coś, co jest moralnie złe tylko dlatego, że tak chce większość (w domyśle: wierzących). I nie mówię o tym, co działo się kiedyś. Tak, również i Kościół jako instytucja przeżywał swe gorsze chwile. Wliczając w to kupnych papieży siedzących na szczycie. Ale te gorsze czasy już są za nami. I choć nie da się wynagrodzić wszystkich krzywd, można za nie przynajmniej przeprosić. Dziś Kościół wychodzi na prostą. Staje się lepszy. Tak, być może dlatego, że jest mniej straszny, mniej ludzi postanawia w nim pozostać…

Kościół kieruje się nauką Jezusa Chrystusa. I na podstawie tej nauki stara się wyciągać wnioski dotyczące współczesnego świata. Nie wszystkie one muszą się nam podobać. Ale trzeba nam wierzyć, że wszystkie one są dobre. Że to, co dzieje się poprzez nauczanie Kościoła, przynosi nam dobro. I jeśli Kościół wychodzi na wprost nas i mówi o zbawieniu, które przyniósł nam Pan, zachęca nas do przynależności, otwiera nam drzwi na oścież, to zanim wejdziemy do środka, mówi nam: „To, co tu widzisz, jest dobre. To, co tu widzisz, to skarby niewyobrażalne, choć mogą ci się wydawać trudne do przyjęcia. Mogą wyglądać ci na stos nakazów i zakazów, ale ja ci to wszystko wytłumaczę. Musisz tylko zechcieć słuchać”. Oczywiście, często jesteśmy już w środku, gdy dopiero się o tym orientujemy. Dzieje się tak wówczas, gdy rodzice od małego prowadzają nas do kościoła, zaczynając od naszego chrztu świętego. Ale wtedy, często (cóż, jako znajdujący się w środku, mają taki obowiązek) od samego początku tłumaczą nam to, co tu widać. A drzwi zawsze są szeroko otwarte. Choćby Jerome vel. Cooke nimi trzasnął, na wyraźną moją prośbę. Nic to nie da, bo Kościół jest powszechny. I drzwi są otwarte, zawsze. W jedną i w drugą stronę.

I on mówi: wejdź. On to Kościół. Choć tak naprawdę On to żyjący w Kościele Chrystus. Więc On mówi: wejdź, jeśli tylko chcesz. Jeśli tylko chcesz, weź swój krzyż i mnie naśladuj. Wejdź, jeśli zgadzasz się na to wszystko. A ja dam Ci w tym wszystkim o wiele więcej. I jeszcze więcej i więcej. Ja dam ci w tym wszystkim Królestwo Niebieskie. Tylko musisz chcieć.

Nie tylko chcieć wejść. Bo nie wejdziesz, jeśli nie będziesz chciał wziąć tego wszystkiego. I nawet jeśli jesteś już w środku, a przestaje ci się to podobać, to możesz wyjść. Bo drzwi są otwarte. Wrócisz, gdy tylko zechcesz.

To, że Kościół jest powszechny, oznacza również to, że jest otwarty na ludzkie problemy. Stąd coraz częściej spotykane dyskusje dotyczące apostolatu rozwiedzionych, apostolatu homoseksualistów, i tak dalej, i tak dalej. I rzeczywiście, my sami decydujemy o tym, czy znajdziemy się za drzwiami, czy przed nimi. Możemy też stanąć w progu. Bo np. żyjemy z kimś, kogo kochamy, choć on/a ma sakramentalną żonę/męża. Albo choćby dlatego, że mieszkamy ze sobą przed ślubem, co my sami swego czasu zrobiliśmy. Nie, Kościół nie mówi takim ludziom: wara! Nie mówi: żegnajcie! On raczej otwiera się jeszcze szerzej i czeka. Daje nam czas. Na tym polega jego powszechność.

Musimy przy tym pamiętać, że „nie znacie dnia ani godziny”.

I myślę, że wierzący niepraktykujący katolik nie do końca oznacza to, że nie praktykuję, bo nie mogę. Nie praktykuję, bo podjąłem/am decyzję, która sprawiła, że nie mam możliwości. Chociaż chcę. Bo wydaje mi się, że na takich ludzi, którzy przychodzą i płaczą, patrząc na Jezusa w Eucharystii, którzy mają swego rodzaju wewnętrzne rozdarcie w tych kwestiach, Kościół jest otwarty tym bardziej. Choć oni sami nałożyli na siebie ekskomunikę. Powtórzę – wydaje mi się. Choć wydaje mi się, że wydaje mi się słusznie.

Przepraszam. Byłem niemiły. Dosyć. Kazałem zamykać drzwi. I może rzeczywiście wyglądało to, jakbym oceniał i potępiał. Nie do końca mnie zrozumiano, jak często bywa. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Nie cofnę jednak tego wszystkiego, co powiedziałem. Bo Kościół Jezusa Chrystusa, pełen darów, piękna i dobra, które mogą wydać się nam głupstwem, jest Kościołem powszechnym nie na takiej zasadzie, na jakiej by(śmy?) tego chcieli. Nie wpuszcza drzwiami i oknami wszystkich, którzy chcieliby wydrzeć sobie z niego kawałek dla siebie. Wpuszcza tylko tych, którzy mają ochotę włożyć do tego skarbca wszystko, co posiadają. Wszystko. Po to tylko, by otrzymać z niego po tysiąckroć więcej.

Ale pozostałym pozwala stanąć w progu.

I jak rzadko zgadzam się z tekstami zamieszczonymi na Pardonie, tak dziś spuentuję jednym takim, przeczytanym w artykule jakiś czas temu:

„Bo jest przecież zwolennikiem „Kościoła otwartego”. Takiego, który podąża za wiernymi, akceptując ich zachowania i ich samych. Takich, jakimi są – a nie, jakimi powinni się stać.

Tylko pojawia się pytanie, czy ktokolwiek potrzebuje takiego Kościoła?

Czy czasem ten „Kościół otwarty” nie będzie Kościołem, z którego wszyscy sobie pójdą.

Bo wyruszywszy na poszukiwanie morskiej latarni, stojącej niewzruszenie w tym samym miejscu i zawsze wskazującej dobry kierunek, znajdą jezuitę biegającego za nimi z latarką. Żeby, cokolwiek robią, mogli robić to z akceptacją Kościoła.”

Daniel Nogal

Categories: Świat i Kościół | 27 komentarzy

Samochód i inne opowieści

Pewnego dnia był sobie kierowca. Kierowca nawet dawno temu zrobił prawo jazdy. Tego dnia stanął przed swoim samochodem w towarzystwie sąsiada. I oto, co powiedział: „To mój samochód. Tak, no faktycznie, lakier się trochę zdarł tu, z boku. Nie, świateł nie mam już od paru tygodni. Żarówki się przepaliły. Hmmm… Flak w tylnym kole? Tak, to normalka. W dwóch tylnych? Okej, może. No. Tak, wycieka mi paliwo. Zabawne, czasem wydaje mi się, że szybciej wycieka, niż nadążam z tankowaniem. Zabawne… Jasne, szybę w drzwiach po prawej wybili mi jacyś wandale. A, chodzi ci o tę z przodu? No, to jest reklama mojej firmy. Tak, sam ją tam przykleiłem. Co się będzie taka fajna powierzchnia marnować. No, to jadę do pracy. Co? Że niby nie mogę tym jeździć? A kto mi zabroni?”

Tego samego dnia sekretarka wypełniała dokumenty swojemu szefowi. Co jakiś czas pojawiały się w nich słowa typu „wogóle” i „poprostu”. Szef podszedł do biurka swojej sekretarki. Zwrócił jej uwagę na popełniane błędy (które przecież tak wielu z nas nieraz robi). Niestety, sekretarka nadal pisała dokładnie tak samo. Nie zważała na słowa swojego przełożonego. W pewnym momencie szef podszedł jeszcze raz, jeszcze raz zwrócił jej uwagę. Wtedy ona odezwała się: „Ale ja tak właśnie piszę. Być może nie ma to wiele wspólnego z ortografią jako taką. Ale to jest właśnie moja ortografia, mój znak rozpoznawalny. I ja będę tak pisać. Nikt mi nie zabroni pracy w tej firmie.”

Gdzieś, na dachu tego samego wieżowca, w którym mieściło się biuro, stało dwóch kumpli. Jeden z nich głośno przekonywał o czymś drugiego. „Tak, jasne. Nie, oczywiście, że nic się nie stanie. Co? Przyciąganie? Nie, stary, ja nie wierzę w przyciąganie! Chłopie, nie przekonasz mnie o jakiejś tam fizyce. Ja mam swoją własną fizykę. I pewnie, nie oznacza to, że coś tam jest nie tak. Zobaczysz, skoczę i polecę.” W tym momencie ruszył z miejsca i skoczył z dachu wieżowca. Zniknął za krawędzią.

„Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu rzekł: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. On Mu rzekł: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.” (Mk 10, 17-22)

Pana z samochodem za chwilę zatrzymał policjant. Nie do końca wiedział, ile mu punktów dać, więc zabrał mu prawo jazdy. Pani sekretarka kupiła słownik języka polskiego w pobliskiej księgarni, kilka minut po tym, jak została wyrzucona z pracy. A chłopak, który skoczył z wieżowca? Oczywiście w ostatniej chwili złapał się krawężnika.

Co się zaś tyczy młodzieńca, to nikt nie wie, co się później zdarzyło. Jest tradycja, która twierdzi, że młodzieniec ów zdecydował się jednak sprzedać wszystko i pójść za Jezusem. Ja jednak nie posuwałbym się do tak daleko idących wniosków. Wiemy tylko tyle, że nie pasował do Jezusa. Bo nie zgadzał się na to, co Jezus mu proponował.

Przynależność do Jezusa jest wolną decyzją człowieka. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24). Jezus nie mówi, że ktoś musi. Nikt nie musi. To wszystko jest aktem wolnej woli. ALE jeśli decydujemy się już pójść za Jezusem, MUSIMY, na zasadzie naszej własnej, wolnej decyzji, którą podjęliśmy, wziąć swój krzyż i Go naśladować. Tudzież sprzedać wszystko co posiadamy, rozdać ubogim i iść za Nim.

Zapytałem kiedyś jednego kapłana, czy nie uważa, że celibat powinien być wolną decyzją, kwestią wyboru. Odpowiedział mi prostymi słowami: „Ale przecież jest. Nikt mnie nigdy nie zmuszał do przyjmowania święceń. A decydując się na przyjęcie święceń byłem świadom tego, że za święceniami idzie przysięga celibatu”.

Pójście za Chrystusem jest kwestią wolnego wyboru. Obowiązek przestrzegania Jego zasad wpisuje się w ten wybór. Przyjęcie święceń kapłańskich jest kwestią wyboru. Obowiązek celibatu wpisuje się w ten wybór.

Wczoraj (ta notka pewnie trafi na stronę po północy, więc już przedwczoraj) podobna kwestia została, o dziwo, poruszona na dwóch wykładach. Na katechetyce ksiądz poruszył temat osobistych wynurzeń katechetów: „Kościół to naucza tak a tak, a moje zdanie jest takie a takie. No i świetnie! A kogo za przeproszeniem obchodzi twoje zdanie? Ty jesteś katolickim katechetą!” Na pastoralnej zaś inny rzekł: „Nie można sobie wybierać, że to mi pasuje, a tamto nie. Że in-vitro dobre, że antykoncepcja dobra. Nikt nikogo nie zmusza do bycia katolikiem. Przynależność do Kościoła katolickiego jest kwestią wolnego wyboru. Jeśli jednak zdecydujemy się już na przynależność, to nie możemy sobie wybierać, czy coś nam pasuje, czy nie”.

O to właśnie chodzi. Że podjęliśmy wybór o przynależności do Kościoła. Ten Kościół, który nas zaprasza, działa na pewnych, wyraźnie określonych zasadach. Kto się nie zgadza z tymi zasadami, ten ma drogę wolną. Może sobie powiedzieć „Dziękuję, postoję”. Może wyjść – i nikt go na siłę nie trzyma. Wolność rządzi! I absolutnie nie mogę powiedzieć, że z całą pewnością ten, kto się zabezpiecza, nie będzie przez Boga uznany za swego sługę. Nie będę się też w tej chwili wypowiadał na temat „dobra” płynącego z życia na kocią łapę. Natomiast z pełną świadomością katolika muszę podkreślić, że owszem, nie tyle sam seks przedmałżeński, co podejście na zasadzie „uważam że to jest dobre” pozbawia Cię miana katolika. Co więcej – sam/a się tego miana pozbawiasz. Bo decydując się na przynależność do Kościoła katolickiego, decydujesz się na próbę zrozumienia i na zaakceptowanie jego zasad (nie: zakazów i nakazów). I tak, podkreślę, ważna jest próba zrozumienia. Bo nie ma czegoś takiego jak „religia nakazuje” – bez żadnych argumentów. Poza tym to Ty sam/a sobie nakazujesz – decydując się na przynależność do tej, a nie do innej religii.

Wsiadając do samochodu nie możesz sobie zdecydować, których przepisów będziesz przestrzegać, a których nie. Siadając za biurkiem nie możesz decydować, które błędy ortograficzne będziesz popełniać, a których nie. Włażąc na dach wieżowca i skacząc z niego nie możesz podejmować decyzji, które zasady fizyki cię dotyczą, a które nie. Idąc za Chrystusem nie możesz sobie wybrać, czy będziesz Go słuchać, czy nie. Wstępując do Kościoła nie masz prawa zastanawiać się, czy Jego zasady Ci pasują, czy nie. Bo zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia za kierownicę, znalezienia się w firmie, skoku z dachu czy pójścia za Chrystusem. Zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia do świątyni na tę niedzielną mszę świętą, i to nie raz na dwa tygodnie, tylko co niedzielę, bo na to też się zdecydowałeś/aś. Nie? To nie staraj się przekonać kogokolwiek, że jesteś katolikiem. Bo nie jesteś.

Są bowiem jedne przepisy drogowe. Jedne zasady ortografii. Jedne prawa fizyki. I jedna moralność katolicka.

I na przyszłość pamiętaj, że masz do czynienia ze studentem teologii. Dlatego następnym razem lepiej odrób pracę domową.

„Więc baw się grzecznie”.

Categories: Duchowość i moralność | 18 komentarzy

Jezus nie jest modny

„Poza tym seks po ślubie jest już nie modny” – napisała Notme w komentarzu pod moją ostatnią notką, dając mi powód do przemyśleń i do pisania (a myślałem, że Ty tylko gotujesz :P). Nie mogę się nie zgodzić, choć nie do końca wiem, czy niestety.

Seks po ślubie, czy ujmując to inaczej – czystość przedmałżeńska – nie jest dziś modny. Nie wiem czy już, nie wiem, czy był kiedykolwiek. Czy kiedykolwiek ktokolwiek uważał coś takiego za modę. Czy to było popularne i pożądane. Zresztą – nie tylko czystość przecież. Mogę mówić o wielu, wielu rzeczach, które nie są dziś modne. Samo małżeństwo, o którym Notme napisała, że jest zwykłym „papierkiem”, staje się czymś przestarzałym. Dużo lepiej żyje się często na kocią łapę, bo – jak twierdzą zwolennicy tego zjawiska – nie czujesz się związany przysięgami, tylko czystą miłością. Niemodne jest negowanie antykoncepcji, niemodne jest stwierdzenie, że człowiek zaczyna się w chwili poczęcia, niemodne jest noszenie krzyżyka na szyi. Zupełnie inne mody wypierają z życia publicznego to, co opisałem chwilę wcześniej.

Dziś modne są pentagramy czy pierścienie atlantów. Modne są hormonalne pigułki antykoncepcyjne. Co jeszcze ciekawsze, modne jest nawet ujawnianie się z tym, że raz, dwa razy, trzy razy usunęło się ciążę. Moda na „dobre” dzieci z in-vitro zastąpiła zainteresowanie „gorszymi” dziećmi z adopcji. Niemodna wierność małżeńska zastępowana jest przez wszelkiego rodzaju doggingi czy swingowanie. Albo zwyczajne zdrady małżeńskie – co przecież od lat pozostaje w modzie. Niemodne, zupełnie niemodne są związki sakramentalne (coraz więcej ludzi bierze cywilny ślub – bo wówczas można go łatwiej anulować), ba, niemodne są nawet związki heteroseksualne! Dziś, jeśli ktoś jest tzw. heterykiem, to jest kimś zupełnie normalnym. A ta normalność staje się kwestią wstydliwą wręcz. Bo przecież to Raczek i Szczygielski zostają parą roku miesięcznika Gala (i dostają nagrody w wielu innych pozycjach), a o szczyty popularności walczą Piróg i Jacyków, zostawiając kolegę Piaska trochę w tyle (bo mnóstwo nastolatek, czy może już dziś dwudziestokilkulatek, dość mocno zawiodło się jego comming outem). Tak, homoseksualizm, feminizm, prosemityzm – to są szczyty mody dzisiejszych czasów. Jeszcze New Age i neopogaństwo.

Kościół dawno temu został na uboczu. Parafie pustoszeją, kazania i listy biskupów dotyczące in-vitro są wyśmiewane przez modną stację informacyjną TVN 24, a żeby mówiło się o życiu katolików, to musi wydarzyć się w nim coś bardzo oburzającego. Słowo „miłość” z dnia na dzień zyskuje coraz to bardziej infantylne znaczenie – łącznie z twierdzeniem, że „już cię nie kocham”. Modne jest tylko nastawienie jak najbardziej egoistyczne. I bardzo modny jest antyklerykalizm.

Faktycznie, dzieją się rzeczy, które sprawiają, że moda na Kościół, czystość przedmałżeńską, etc, wkrada się gdzieś, bocznymi drzwiami. A to Grzegorczyk napisze Grossera, a to Jan Góra zwoła młodzież na Lednicę, a to Edycja wyda „Magazyn Familia”, a to znowu sanktuarium bł. Karolinki wybije pierścienie czystości. Ale to są często tylko kolejne powody, by jakieś 80% społeczeństwa pokazywało, jaka ta instytucja beznadziejna i jaki z tej Polski katoland.

Owszem, to wszystko, co z Kościołem, miłością, Bogiem związane, nie jest modne. I być może kiedyś chrześcijaństwo było czymś w rodzaju mody. Bo stało się pewnego dnia religią obowiązującą w całym Cesarstwie, a potem w prawie całym znanym świecie. Przeszło z elitarnej wspólnoty we wspólnotę niedzielnych katolików. I w pewnym sensie tak właśnie trwa do dziś.

To, że coś jest modne nie znaczy, że jest dobre. Często jest właśnie odwrotnie. Dziś „już” nie jest modne to wszystko. Ludzie odchodzą z Kościoła. Szukają innych dróg. Szkoda. Być może. Ale może niedługo będzie tak, że Kościół stanie się wreszcie wspólnotą wierzących-praktykujących? Że większy nacisk położy się na ewangelizację tych, którzy zgubili drogę, niż położony jest w tej chwili? Może…

A może Kościół Jezusa Chrystusa zostanie wspólnotą garstki prześladowanych chrześcijan, tak jak w samych początkach?

Bo przecież Jezus nie był modny. Jego zabili, bo nie pasował im do kompozycji coolowskiego świata. I nie jest modny do dziś. Dlatego tak niewielu idzie za Nim.

Nie rzuca się pereł między wieprze?

Categories: Świat i Kościół | 19 komentarzy

Szkoła uwodzenia

Śliczna blondyneczka, dwa warkoczyki, anielski uśmiech. Córka dyrektora. Historia iście bajkowa, bo spotyka kogoś, kogo uważa za księcia z bajki. Ten, miły i słodki, choć czasem trochę oschły chłopiec zabiera ją na wycieczki, kupuje prezenty, robi z niej księżniczkę. Ona nie wie, że on założył się ze swoją przyrodnią siostrą, że ją poderwie. To zresztą nie ma znaczenia, bo on, nie bacząc na zakład, zakochuje się w niej. Tworzą naprawdę piękną parę. Przy okazji, ona ma silne zasady moralne. Zachowa czystość do ślubu. Wszyscy o tym wiedzą…

Brunetka, chyba jeszcze śliczniejsza. Czapka z daszkiem, anioł z tytułu, choć zbuntowany. Katoliczka, przyjaźni się z księżmi, z zakonnicami. Oczywiście, również ma silne zasady moralne. Dobrze wie, że zachowa czystość do ślubu. Wreszcie spotyka przystojniaka. O tak, to naprawdę wspaniały facet…

Kolejna wcale nie brzydka. Włosy koloru różnego, w zależności od okresu w życiu i humoru. Anielski głos. Później trudne przejścia, ale w końcu wychodzi na prostą. Jakoś sobie radzi w życiu. Rzecz jasna jest kolejną osobą, która z całą pewnością zachowa czystość do ślubu. I wszyscy o tym wiedzą. Wreszcie pojawia się ten przystojniak, o którym wszyscy mówią… Cóż za facet…

„Szkołę uwodzenia” oglądałem raz i dopuściłem się głośnego komentowania, za co zostałem lekko pojechany. Ale potem, gdy doszło do uspokojenia nerwów, wyszedł temat „Zbuntowanego anioła”, którego osobiście nigdy nie oglądałem. Potem przyplątała się jeszcze historia Britney Spears. Nie, nigdy nie uwielbiałem jej muzyki, ale z całą pewnością podobała mi się bardziej, niż te współczesne odskocznie w stylu „Łomanajza” i „Amarejda”…

Co jednak łączy Annette Hargrove, Milagros Esposito i Britney Spears? Jedno już wiemy – mają silne zasady, dzięki którym (co wiedzą nie tylko one, lecz również wszyscy wokół) zachowają swą cnotę aż do ślubu. Sądzę jednak, że musimy przyjrzeć się ich historii nieco dokładniej…

Annette spotyka się z Sebastianem. Stają się sobie bardzo bliscy. On jest niezwykle romantyczny, uwodzicielski i tak bardzo jej się podoba. Nie oszukujmy się, wszyscy wiedzą, że chłopak jest grzechu warty. Annette wie już, że to właśnie jest jej największa życiowa miłość. Nikogo innego nie będzie. Pojawia się scena ze schodami ruchomymi – genialny wyciskacz łez. I tak, jak w ciągu trwania filmu mamy do czynienia z wieloma infantylnymi i obleśnymi scenami erotycznymi, tak teraz Annette idzie z Sebastianem do łóżka i kochają się bardzo namiętnie i delikatnie zarazem. Można rzec, że ten motyw napawa optymizmem. „Też bym tak chciała” – może pomyśleć sobie młoda dziewczyna, która marzy o prawdziwej, romantycznej miłości… Oczywiście zaraz potem blondyneczka dowiaduje się, że była tylko ofiarą głupiego zakładu. Ale on nie chce tak łatwo jej wypuścić, więc biegnie do niej, ona zaczyna go gonić, on spotyka dawnego wroga, on ma dziewczynę, ona z nim spała, on dostaje od niego w szczękę i wpada pod samochód. Ona dobiega, żeby mu powiedzieć, że bardzo go kocha, ale jest już za późno. On umiera. Bardzo smutny koniec, muszę przyznać. Choć puenta nieco optymistyczniejsza, gdyż obie one… no cóż. Jak ktoś nie oglądał, to nie będę zabierał dobrej zabawy.

Zbuntowanego anioła nie znam, tak jak mówiłem. Wiem tylko, że Milagros kocha się w Ivo, u którego w domu sprząta. A on ma coraz to nową dziewczynę. Okazuje się, że ona mieszka u swojego biologicznego ojca, a opiekuje się nią babcia. Tylko ojciec nie chce się do niej przyznać, bo mu się kariera polityczna szykuje. Cóż więcej… No tak. Ostatecznie udaje jej się zdobyć miłość swojego życia. I robi to, co porządna katolicka dziewczyna powinna zrobić, zdobywając miłość swojego życia. Czyli idzie z nim do łóżka. Co jest nie lada gratką dla większości nastolatek wpatrzonych w Mili jak w obrazek. Potem zresztą chyba biorą ślub nawet…

Britney to trochę taka współczesna Marylin. Oczywiście nie chcę obrazić fanów Marylin (ani Britney). Słodka, milutka dziewczyna, która wie, czego chce. Ooops, no i znowu to zrobiłam. Wszyscy wiedzą. Wiedzą też, że znana była właśnie nie tylko z tego, że śpiewała. Znaliśmy ją też dlatego, że wyjątkowo jak na gwiazdę zamierzała zachować to, co już pisałem. Może też niektórzy pamiętają od czego zaczął się upadek jej kariery, którą teraz tak zgrabnie, jak twierdzą niektórzy, odbudowuje? Tak, owszem. Justin Timberlake zrobił comming out i ogłosił, że spał z Britney. Zrobił to chyba po to, by zniszczyć jej karierę – no i mu się to udało. Ale powiedzcie mi, czy żadnej dziewczynie nie poszła gula, że Britney spała z Justinem? Przecież niejedna, przysięgam że niejedna nastolatka w owym czasie zazdrościła pannie Spears jak się patrzy, i to nie koniecznie w negatywnym znaczeniu. „Farciara”.

I prawda taka, że blondyna straciła cnotę w sposób niezwykle romantyczny i w dość tragicznych okolicznościach, brunetka niedługo przed ślubem ze swoją życiową miłością, i tylko u piosenkarki wyglądało to nieco mniej ekstraśno. Ale tysiące nastolatek śledzących bieg „Szkoły uwodzenia”, „Zbuntowanego anioła” czy życia Britney Spears w tym konkretnym momencie przełknęło ślinkę, marząc o prawdziwej, przystojnej miłości, a wtedy, wtedy może…

Każde zdarzenie nas czegoś uczy. Z każdego filmu wyciągamy jakieś wnioski. Jeśli oglądamy po raz pierwszy losy córki dyrektora, latami wpatrujemy się w wychowaną przez zakonnice sierotę czy szalejemy na punkcie B.S., to musimy, chcemy, czy nie chcemy, wyciągnąć z tego wszystkiego jakieś wnioski.

A więc co wspólnego mają ze sobą wyżej wymienione trzy panie? Owszem, mają silne zasady i są absolutnie przekonane, że zachowają czystość do ślubu. Aż do momentu, w którym spotykają kogoś niesamowitego, wspaniałego, cudownego, jedyną taką osobę na świecie. Wtedy wszystko jest takie piękne i magiczne. I ten pierwszy raz, z tą właśnie osobą. I wszyscy się wzruszają. I naprawdę, naprawdę nikomu, no, prawie nikomu nie przeszkadza, że przecież miały z tym poczekać do ślubu. A jeśli jednak komuś przeszkadza, to mu się obrywa, że psuje taką piękną romantyczną scenę (która, moim zdaniem, była w rzeczy samej najbardziej obleśna z nich wszystkich, bo deptała podstawy, a nie tylko pokazywała wizualną ohydę).

Bo przecież to takie wspaniałe – kiedy pojawia się ten jeden, wymarzony i sprawia, że nie ma już żadnych zasad. Że to wszystko nieważne. Że przecież nie można mu odmówić. Tak, nie oszukujmy się, te filmy też pomagają nam w to uwierzyć. Owszem. Bo ona tak bardzo, bardzo czekała, ale on sprawił, że już nie musiała dłużej czekać. I to było takie piękne, i „o mamo, ja też tak chcę”. Tak, niestety tak to wygląda.

No powiedzcie mi, dziewczyny, powiedzcie, tak, Wy, no no, do Was mówię. Tak, Ty z tyłu też. Czy nie podobała Wam się ta scena w „Szkole uwodzenia”? Ta prawdziwa piękna miłość, która sprawia, że zasady, wszelkie zasady, idą do kąta?

No powiedzcie mi, dziewczyny, ile z Was zrobi dokładnie to samo?

Ile z Was ma to już za sobą…?

Categories: Duchowość i moralność | 10 komentarzy