Daily Archives: 16 stycznia 2009

Samochód i inne opowieści

Pewnego dnia był sobie kierowca. Kierowca nawet dawno temu zrobił prawo jazdy. Tego dnia stanął przed swoim samochodem w towarzystwie sąsiada. I oto, co powiedział: „To mój samochód. Tak, no faktycznie, lakier się trochę zdarł tu, z boku. Nie, świateł nie mam już od paru tygodni. Żarówki się przepaliły. Hmmm… Flak w tylnym kole? Tak, to normalka. W dwóch tylnych? Okej, może. No. Tak, wycieka mi paliwo. Zabawne, czasem wydaje mi się, że szybciej wycieka, niż nadążam z tankowaniem. Zabawne… Jasne, szybę w drzwiach po prawej wybili mi jacyś wandale. A, chodzi ci o tę z przodu? No, to jest reklama mojej firmy. Tak, sam ją tam przykleiłem. Co się będzie taka fajna powierzchnia marnować. No, to jadę do pracy. Co? Że niby nie mogę tym jeździć? A kto mi zabroni?”

Tego samego dnia sekretarka wypełniała dokumenty swojemu szefowi. Co jakiś czas pojawiały się w nich słowa typu „wogóle” i „poprostu”. Szef podszedł do biurka swojej sekretarki. Zwrócił jej uwagę na popełniane błędy (które przecież tak wielu z nas nieraz robi). Niestety, sekretarka nadal pisała dokładnie tak samo. Nie zważała na słowa swojego przełożonego. W pewnym momencie szef podszedł jeszcze raz, jeszcze raz zwrócił jej uwagę. Wtedy ona odezwała się: „Ale ja tak właśnie piszę. Być może nie ma to wiele wspólnego z ortografią jako taką. Ale to jest właśnie moja ortografia, mój znak rozpoznawalny. I ja będę tak pisać. Nikt mi nie zabroni pracy w tej firmie.”

Gdzieś, na dachu tego samego wieżowca, w którym mieściło się biuro, stało dwóch kumpli. Jeden z nich głośno przekonywał o czymś drugiego. „Tak, jasne. Nie, oczywiście, że nic się nie stanie. Co? Przyciąganie? Nie, stary, ja nie wierzę w przyciąganie! Chłopie, nie przekonasz mnie o jakiejś tam fizyce. Ja mam swoją własną fizykę. I pewnie, nie oznacza to, że coś tam jest nie tak. Zobaczysz, skoczę i polecę.” W tym momencie ruszył z miejsca i skoczył z dachu wieżowca. Zniknął za krawędzią.

„Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu rzekł: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. On Mu rzekł: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.” (Mk 10, 17-22)

Pana z samochodem za chwilę zatrzymał policjant. Nie do końca wiedział, ile mu punktów dać, więc zabrał mu prawo jazdy. Pani sekretarka kupiła słownik języka polskiego w pobliskiej księgarni, kilka minut po tym, jak została wyrzucona z pracy. A chłopak, który skoczył z wieżowca? Oczywiście w ostatniej chwili złapał się krawężnika.

Co się zaś tyczy młodzieńca, to nikt nie wie, co się później zdarzyło. Jest tradycja, która twierdzi, że młodzieniec ów zdecydował się jednak sprzedać wszystko i pójść za Jezusem. Ja jednak nie posuwałbym się do tak daleko idących wniosków. Wiemy tylko tyle, że nie pasował do Jezusa. Bo nie zgadzał się na to, co Jezus mu proponował.

Przynależność do Jezusa jest wolną decyzją człowieka. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24). Jezus nie mówi, że ktoś musi. Nikt nie musi. To wszystko jest aktem wolnej woli. ALE jeśli decydujemy się już pójść za Jezusem, MUSIMY, na zasadzie naszej własnej, wolnej decyzji, którą podjęliśmy, wziąć swój krzyż i Go naśladować. Tudzież sprzedać wszystko co posiadamy, rozdać ubogim i iść za Nim.

Zapytałem kiedyś jednego kapłana, czy nie uważa, że celibat powinien być wolną decyzją, kwestią wyboru. Odpowiedział mi prostymi słowami: „Ale przecież jest. Nikt mnie nigdy nie zmuszał do przyjmowania święceń. A decydując się na przyjęcie święceń byłem świadom tego, że za święceniami idzie przysięga celibatu”.

Pójście za Chrystusem jest kwestią wolnego wyboru. Obowiązek przestrzegania Jego zasad wpisuje się w ten wybór. Przyjęcie święceń kapłańskich jest kwestią wyboru. Obowiązek celibatu wpisuje się w ten wybór.

Wczoraj (ta notka pewnie trafi na stronę po północy, więc już przedwczoraj) podobna kwestia została, o dziwo, poruszona na dwóch wykładach. Na katechetyce ksiądz poruszył temat osobistych wynurzeń katechetów: „Kościół to naucza tak a tak, a moje zdanie jest takie a takie. No i świetnie! A kogo za przeproszeniem obchodzi twoje zdanie? Ty jesteś katolickim katechetą!” Na pastoralnej zaś inny rzekł: „Nie można sobie wybierać, że to mi pasuje, a tamto nie. Że in-vitro dobre, że antykoncepcja dobra. Nikt nikogo nie zmusza do bycia katolikiem. Przynależność do Kościoła katolickiego jest kwestią wolnego wyboru. Jeśli jednak zdecydujemy się już na przynależność, to nie możemy sobie wybierać, czy coś nam pasuje, czy nie”.

O to właśnie chodzi. Że podjęliśmy wybór o przynależności do Kościoła. Ten Kościół, który nas zaprasza, działa na pewnych, wyraźnie określonych zasadach. Kto się nie zgadza z tymi zasadami, ten ma drogę wolną. Może sobie powiedzieć „Dziękuję, postoję”. Może wyjść – i nikt go na siłę nie trzyma. Wolność rządzi! I absolutnie nie mogę powiedzieć, że z całą pewnością ten, kto się zabezpiecza, nie będzie przez Boga uznany za swego sługę. Nie będę się też w tej chwili wypowiadał na temat „dobra” płynącego z życia na kocią łapę. Natomiast z pełną świadomością katolika muszę podkreślić, że owszem, nie tyle sam seks przedmałżeński, co podejście na zasadzie „uważam że to jest dobre” pozbawia Cię miana katolika. Co więcej – sam/a się tego miana pozbawiasz. Bo decydując się na przynależność do Kościoła katolickiego, decydujesz się na próbę zrozumienia i na zaakceptowanie jego zasad (nie: zakazów i nakazów). I tak, podkreślę, ważna jest próba zrozumienia. Bo nie ma czegoś takiego jak „religia nakazuje” – bez żadnych argumentów. Poza tym to Ty sam/a sobie nakazujesz – decydując się na przynależność do tej, a nie do innej religii.

Wsiadając do samochodu nie możesz sobie zdecydować, których przepisów będziesz przestrzegać, a których nie. Siadając za biurkiem nie możesz decydować, które błędy ortograficzne będziesz popełniać, a których nie. Włażąc na dach wieżowca i skacząc z niego nie możesz podejmować decyzji, które zasady fizyki cię dotyczą, a które nie. Idąc za Chrystusem nie możesz sobie wybrać, czy będziesz Go słuchać, czy nie. Wstępując do Kościoła nie masz prawa zastanawiać się, czy Jego zasady Ci pasują, czy nie. Bo zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia za kierownicę, znalezienia się w firmie, skoku z dachu czy pójścia za Chrystusem. Zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia do świątyni na tę niedzielną mszę świętą, i to nie raz na dwa tygodnie, tylko co niedzielę, bo na to też się zdecydowałeś/aś. Nie? To nie staraj się przekonać kogokolwiek, że jesteś katolikiem. Bo nie jesteś.

Są bowiem jedne przepisy drogowe. Jedne zasady ortografii. Jedne prawa fizyki. I jedna moralność katolicka.

I na przyszłość pamiętaj, że masz do czynienia ze studentem teologii. Dlatego następnym razem lepiej odrób pracę domową.

„Więc baw się grzecznie”.

Categories: Duchowość i moralność | 18 Komentarzy