Samochód i inne opowieści

Pewnego dnia był sobie kierowca. Kierowca nawet dawno temu zrobił prawo jazdy. Tego dnia stanął przed swoim samochodem w towarzystwie sąsiada. I oto, co powiedział: „To mój samochód. Tak, no faktycznie, lakier się trochę zdarł tu, z boku. Nie, świateł nie mam już od paru tygodni. Żarówki się przepaliły. Hmmm… Flak w tylnym kole? Tak, to normalka. W dwóch tylnych? Okej, może. No. Tak, wycieka mi paliwo. Zabawne, czasem wydaje mi się, że szybciej wycieka, niż nadążam z tankowaniem. Zabawne… Jasne, szybę w drzwiach po prawej wybili mi jacyś wandale. A, chodzi ci o tę z przodu? No, to jest reklama mojej firmy. Tak, sam ją tam przykleiłem. Co się będzie taka fajna powierzchnia marnować. No, to jadę do pracy. Co? Że niby nie mogę tym jeździć? A kto mi zabroni?”

Tego samego dnia sekretarka wypełniała dokumenty swojemu szefowi. Co jakiś czas pojawiały się w nich słowa typu „wogóle” i „poprostu”. Szef podszedł do biurka swojej sekretarki. Zwrócił jej uwagę na popełniane błędy (które przecież tak wielu z nas nieraz robi). Niestety, sekretarka nadal pisała dokładnie tak samo. Nie zważała na słowa swojego przełożonego. W pewnym momencie szef podszedł jeszcze raz, jeszcze raz zwrócił jej uwagę. Wtedy ona odezwała się: „Ale ja tak właśnie piszę. Być może nie ma to wiele wspólnego z ortografią jako taką. Ale to jest właśnie moja ortografia, mój znak rozpoznawalny. I ja będę tak pisać. Nikt mi nie zabroni pracy w tej firmie.”

Gdzieś, na dachu tego samego wieżowca, w którym mieściło się biuro, stało dwóch kumpli. Jeden z nich głośno przekonywał o czymś drugiego. „Tak, jasne. Nie, oczywiście, że nic się nie stanie. Co? Przyciąganie? Nie, stary, ja nie wierzę w przyciąganie! Chłopie, nie przekonasz mnie o jakiejś tam fizyce. Ja mam swoją własną fizykę. I pewnie, nie oznacza to, że coś tam jest nie tak. Zobaczysz, skoczę i polecę.” W tym momencie ruszył z miejsca i skoczył z dachu wieżowca. Zniknął za krawędzią.

„Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu rzekł: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. On Mu rzekł: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.” (Mk 10, 17-22)

Pana z samochodem za chwilę zatrzymał policjant. Nie do końca wiedział, ile mu punktów dać, więc zabrał mu prawo jazdy. Pani sekretarka kupiła słownik języka polskiego w pobliskiej księgarni, kilka minut po tym, jak została wyrzucona z pracy. A chłopak, który skoczył z wieżowca? Oczywiście w ostatniej chwili złapał się krawężnika.

Co się zaś tyczy młodzieńca, to nikt nie wie, co się później zdarzyło. Jest tradycja, która twierdzi, że młodzieniec ów zdecydował się jednak sprzedać wszystko i pójść za Jezusem. Ja jednak nie posuwałbym się do tak daleko idących wniosków. Wiemy tylko tyle, że nie pasował do Jezusa. Bo nie zgadzał się na to, co Jezus mu proponował.

Przynależność do Jezusa jest wolną decyzją człowieka. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24). Jezus nie mówi, że ktoś musi. Nikt nie musi. To wszystko jest aktem wolnej woli. ALE jeśli decydujemy się już pójść za Jezusem, MUSIMY, na zasadzie naszej własnej, wolnej decyzji, którą podjęliśmy, wziąć swój krzyż i Go naśladować. Tudzież sprzedać wszystko co posiadamy, rozdać ubogim i iść za Nim.

Zapytałem kiedyś jednego kapłana, czy nie uważa, że celibat powinien być wolną decyzją, kwestią wyboru. Odpowiedział mi prostymi słowami: „Ale przecież jest. Nikt mnie nigdy nie zmuszał do przyjmowania święceń. A decydując się na przyjęcie święceń byłem świadom tego, że za święceniami idzie przysięga celibatu”.

Pójście za Chrystusem jest kwestią wolnego wyboru. Obowiązek przestrzegania Jego zasad wpisuje się w ten wybór. Przyjęcie święceń kapłańskich jest kwestią wyboru. Obowiązek celibatu wpisuje się w ten wybór.

Wczoraj (ta notka pewnie trafi na stronę po północy, więc już przedwczoraj) podobna kwestia została, o dziwo, poruszona na dwóch wykładach. Na katechetyce ksiądz poruszył temat osobistych wynurzeń katechetów: „Kościół to naucza tak a tak, a moje zdanie jest takie a takie. No i świetnie! A kogo za przeproszeniem obchodzi twoje zdanie? Ty jesteś katolickim katechetą!” Na pastoralnej zaś inny rzekł: „Nie można sobie wybierać, że to mi pasuje, a tamto nie. Że in-vitro dobre, że antykoncepcja dobra. Nikt nikogo nie zmusza do bycia katolikiem. Przynależność do Kościoła katolickiego jest kwestią wolnego wyboru. Jeśli jednak zdecydujemy się już na przynależność, to nie możemy sobie wybierać, czy coś nam pasuje, czy nie”.

O to właśnie chodzi. Że podjęliśmy wybór o przynależności do Kościoła. Ten Kościół, który nas zaprasza, działa na pewnych, wyraźnie określonych zasadach. Kto się nie zgadza z tymi zasadami, ten ma drogę wolną. Może sobie powiedzieć „Dziękuję, postoję”. Może wyjść – i nikt go na siłę nie trzyma. Wolność rządzi! I absolutnie nie mogę powiedzieć, że z całą pewnością ten, kto się zabezpiecza, nie będzie przez Boga uznany za swego sługę. Nie będę się też w tej chwili wypowiadał na temat „dobra” płynącego z życia na kocią łapę. Natomiast z pełną świadomością katolika muszę podkreślić, że owszem, nie tyle sam seks przedmałżeński, co podejście na zasadzie „uważam że to jest dobre” pozbawia Cię miana katolika. Co więcej – sam/a się tego miana pozbawiasz. Bo decydując się na przynależność do Kościoła katolickiego, decydujesz się na próbę zrozumienia i na zaakceptowanie jego zasad (nie: zakazów i nakazów). I tak, podkreślę, ważna jest próba zrozumienia. Bo nie ma czegoś takiego jak „religia nakazuje” – bez żadnych argumentów. Poza tym to Ty sam/a sobie nakazujesz – decydując się na przynależność do tej, a nie do innej religii.

Wsiadając do samochodu nie możesz sobie zdecydować, których przepisów będziesz przestrzegać, a których nie. Siadając za biurkiem nie możesz decydować, które błędy ortograficzne będziesz popełniać, a których nie. Włażąc na dach wieżowca i skacząc z niego nie możesz podejmować decyzji, które zasady fizyki cię dotyczą, a które nie. Idąc za Chrystusem nie możesz sobie wybrać, czy będziesz Go słuchać, czy nie. Wstępując do Kościoła nie masz prawa zastanawiać się, czy Jego zasady Ci pasują, czy nie. Bo zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia za kierownicę, znalezienia się w firmie, skoku z dachu czy pójścia za Chrystusem. Zdecydowałeś/aś się na „tak” w momencie wejścia do świątyni na tę niedzielną mszę świętą, i to nie raz na dwa tygodnie, tylko co niedzielę, bo na to też się zdecydowałeś/aś. Nie? To nie staraj się przekonać kogokolwiek, że jesteś katolikiem. Bo nie jesteś.

Są bowiem jedne przepisy drogowe. Jedne zasady ortografii. Jedne prawa fizyki. I jedna moralność katolicka.

I na przyszłość pamiętaj, że masz do czynienia ze studentem teologii. Dlatego następnym razem lepiej odrób pracę domową.

„Więc baw się grzecznie”.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | 18 komentarzy

Zobacz wpisy

18 thoughts on “Samochód i inne opowieści

  1. No tak, student teologii, który jeszcze niedawno zapierał się, że DLA NIEGO picie alkoholu przed 18 rokiem życia nie jest grzechem, i który przez rok mieszkał ze swoją jeszcze nie żoną :D

    Oj Baryła, Baryła ;)

    Ale na serio – historie prawdziwe i niestety wszyscy wpadamy w tę pułapkę. Też tak robię i nie umiem z tym walczyć.
    Ba, gorzej. Ostatnio nawet nie chce mi się z tym walczyć.

    No, a Mateusz zostanie przypowieściopisarzem współczesnym :P

  2. cóż, Makoto, picie alkoholu przed 18 rokiem życia NIE JEST grzechem… nie tylko według Mateusza, ale ogólnie. co do mieszkania, którego możesz się słusznie przyczepiać – mimo usilnych prób nie udało nam się nigdy znaleźć oficjalnej nauki Kościoła na ten temat. co do mnie osobiście to nigdy bym tego nikomu nie poleciła, bo nie mogę ręczyć, że jest to ogólnie dobre i każdemu na dobre wyjdzie. nam też w pewnych kwestiach na dobre nie wyszło. w pewnych jednak wyszło i w gruncie rzeczy więcej z tego wypłynęło dobrego niż złego. jeśli kiedyś Kościół oficjalnie tego zakaże, to oficjalnie przyznam przed moimi dziećmi, że owszem, nie bardzo świadomie, ale jednak popełniliśmy ten błąd. przez pewien czas zresztą, jak być może wiesz, byliśmy z tego powodu wykluczeni z Kościoła. i nie zamierzam mówić, że nie, bo nikt nie ma prawa itd.
    są rzeczy, które i mnie się w Kościele nie podobają, natomiast z całą pewnością nie odważyłabym się kłócić z oficjalną nauką na jakiś temat. mogę zrozumieć decyzję o świadomym wyłączeniu się z Kościoła [czasowo czy na stałe] z powodu tej niezgodności, natomiast nie toleruję stwierdzeń ‚jestem katolikiem i nie masz prawa mi zabronić’. oczywiście, że nie mam prawa ci zabronić. tylko że niezależnie od twojego widzimisię nie jesteś katolikiem i mogę cię poinformować o mojej jakiejś wiedzy w tym zakresie. [to oczywiście było ogólnie a nie bezpośrednio do Makoty:)]
    a że wszyscy wpadamy w tę pułapkę to prawda. byle tylko mieć siłę z tym walczyć. czego sobie i Tobie życzę:P

  3. Masq

    Poraz kolejny udowodniłeś mi, że nie jestem katolikiem. Nie, żebym płakał z tego powodu, ale Twoi czytelnicy muszą Cię mieć trochę dość, nie sądzisz? :P
    A tak na serio – podoba mi się, że swoje notki odnosisz do czytelników, czyli osób do których bezpośrednio piszesz, a nie rzucasz to w eter moralizując osoby trzecie. To by dawało Twoim czytelnikom pewność, że są jak święte krowy i zawsze postępują dobrze, ale wtedy te notki nie miałyby większego sensu. :P

  4. Jerome "Chef" McElroy

    Czytając znienawidzoną przez wszystkich wyborczą musisz zgadzać sie ze wszystkim co tam pisza, ogladajac tvn 24 musisz zgadzać sie z ich interpretacja wydarzeń politycznych, należąc do partii X musisz zgadzać się ze wszystkimi punktami programu… ale bulllshit.
    Po to Bóg wyposażył nas w sumienie, wolna wole ,rozum i tego typu żeczy żebyśmy sami mogli podejmować decyzja (niekoniecznie musi ona polegać wyłącznie na tak kościół ma zawsze rację nie kościół nie ma racji). Kościół powinien ingerować w jak najmniejsza ilość aspektów naszego życia. Jeżeli ktoś oczekuje że wszystkie jego problemy moralne sa uwzglednione w jakims dokumenci kościelnym i z faktu że coś nie jest zakazane przez kościół wynika że można to robić, to jest w dużym błędzie. Sam zdecyduj czy to co robisz jest słuszne, no chyba że nie bardzo potrafisz sam podejmowac decyzje i łatwiej ci powiedziec jestem katolikiem wiec postepuje wedlog tego co mowi kosciol. Proponuje więcej samodzielnego myślenia…
    Pozdro dla wszystkich „uzurpatorów miana katolik”

  5. Gazeta Wyborcza, TVN24 czy jakakolwiek inna prasa, stacja telewizyjna, portal internetowy (chyba nie licząc tej pornograficznej) to zupełnie inna kategoria. Są to media opiniotwórcze, z którymi nie musisz się zgadzać, jeśli pragniesz poznać ich opinię na taki, a taki temat. Kościół katolicki (czy jakiekolwiek inne ugrupowanie religijne) może być również takim medium opiniotwórczym dla osób, które są z Kościołem niezwiązane. Co się zaś tyczy partii politycznych, uważam, że rzeczywiście – należąc do jednej z nich, powinienem się zgadzać z jej programem. I obawiam się, że z radością wystąpiłbym z takowej, z której programem mam problemy w akceptacji.

    „Kościół powinien ingerować w jak najmniejszą ilość aspektów naszego życia”? Tak, najlepiej by było, gdybym mógł sobie należeć, robić co mi się podoba, księża by przybiegali na każde moje zawołanie, przytakiwali każdemu mojemu działaniu. Jakbym mógł pójść sobie ochrzcić dziecko czy przyjąć sakrament małżeństwa, za darmo najlepiej, i żeby mi się nie kazali przed tym spowiadać (a już broń Boże o cokolwiek wypytywali). Na całe szczęście Kościół nie jest taką instytucją. Nigdy nie był i nigdy nie będzie.

    Większość problemów moralnych jest sformułowanych w dokumentach kościelnych, których nauka opiera się głównie na nauce Jezusa Chrystusa. I ten, kto należy do Kościoła, powinien przynajmniej to wiedzieć (bo zgaduję, że to, co napisałeś, nie jest objawem Twojej wiedzy?).

    I podkreślę jeszcze raz – masz rację, sam zdecyduj co masz robić. I czy jest to słuszne. „Róbta co chceta”, że tak powiem brzydko. Tylko nie zapominaj, że idąc za Chrystusem czy wstępując do Kościoła wybrałeś konkretną drogę moralną. Nie wybrałeś? To do widzenia! I nie zapomnij zamknąć drzwi :).

  6. magda

    mieszkanie razem przed slubem to zycie w nieustannej okazji do popelnienia grzechu:P katolikom chyba nie przystoi;P

    niezbyt mi sie podoba, ze roscisz sobie prawo do mowienia kto jest katolikiem a kto nie. wydaje mi sie,ze kazdy takie sprawy powienien rozstrzygac w swoim sumieniu.

  7. Magda: nie trzeba mieszkać razem przed ślubem żeby mieć nieustanną okazję do popełnienia grzechu. jak się chce to okazja się zawsze znajdzie [wiem co mówię]. a my akurat nie chcieliśmy i nie widzieliśmy okazji do grzechu w tym, że jesteśmy sami w pokoju i mamy do dyspozycji łóżko. grzech – a właściwie nazwijmy rzeczy po imieniu – współżycie przed ślubem – to kwestia woli, decyzji [wybacz, ale przypadkiem to się tego nie da zrobić], a nie tego czy się mieszka razem. a księdza Malińskiego, który mówił o tym właśnie, co Ty, słuchaliśmy i cóż, wybacz ale do mnie to nie trafia. nie zamierzam robić z siebie ogłupionego zwierzaczka [nie obrażając nikogo, nie piszę konkretnie], który jak tylko widzi osobnika płci przeciwnej to czuje nieodpartą potrzebę seksu.
    a poza tym błagam, odrobina zrozumienia tekstu czytanego i jeszcze paru innych rzeczy – Mateusz nie rości sobie prawa do mówienia kto jest a kto nie jest katolikiem. ale nie jest to też sprawa czyjegoś sumienia. jesteś, albo nie jesteś katolikiem – a powiedzmy, że rozsądzi to Bóg, bo On jeden ma pełny wgląd w nasze sumienia i życie – niezależnie od tego, co TY sobie wymyślisz. czy jak ja stanę i powiem ‚jestem murzynem. tak uważam, rozsądziłam to w swoim sumieniu i tak jest. co z tego, że nie mam czarnej skóry’, to co, będę murzynem? nie bałdzo jak sądzę. albo jak powiem ‚okej, od dzisiaj jestem buddystką. nie mam pojęcia co oni tam wyznają, mało mnie to obchodzi i nie zamierzam tego przestrzegać, ale chcę być buddystką’ to co, jestem buddystką? czy naprawdę tak ciężko to zrozumieć?

  8. Sam Cooke i Vikki Blows

    Mam nadzieje ze w przyszłości nie wygonisz z lekcji religii wszystkich swoich podopiecznych.
    Zycze dużo satysfakcji zarówna w zyciu religijnym jak i rodzinnym. Trzask.

  9. Lolinka napisała: „nie trzeba mieszkać razem przed ślubem żeby mieć nieustanną okazję do popełnienia grzechu. jak się chce to okazja się zawsze znajdzie [wiem co mówię]. a my akurat nie chcieliśmy i nie widzieliśmy okazji do grzechu w tym, że jesteśmy sami w pokoju i mamy do dyspozycji łóżko.”

    I tu śmiem się nie zgodzić. To co innego spotykać się w nie swoim mieszkaniu raz na jakiś czas, a co innego codziennie kłaść się obok siebie. Nie jestem zbyt doświadczona w tych sprawach, ale wydaje mi się, że czasami chęć bliskości jest tak duża, że postępuje się nie do końca racjonalnie. Gdyby to dałoby się idealnie zaplanować, to ludzie nigdy nie żałowaliby, że współżyli.

    Rozumiem, że decydując się na określoną wiarę musimy przyjąć wszystkie związane z tym zasady, ale cóż… człowiek jest człowiekiem, grzeszną istotą. Nie wszystko jest takie proste. Oprócz czarnego i białego jest jeszcze masa innych kolorów.

  10. dobra, to ja może jeszcze odpowiem Serafince, chociaż robi się jakaś wielka dygresja czy coś.
    naprawdę wydaje Ci się że jak się ma siebie na co dzień to jest gorzej, niż gdy się spotyka raz na jakiś czas w obcym mieszkaniu? bo ja mam zupełnie odwrotne doświadczenia. z całą pewnością najwięcej zależy od człowieka i prawda jest taka, że potrzebna jest po prostu silna wola i prawdziwe postanowienie, że chce się żyć w czystości. gdy tego nie ma – wierz mi nie trzeba naprawdę wiele, żeby sobie stworzyć okazję. jednak odnosząc się jeszcze bezpośrednio do tej kwestii, że ‚co innego codziennie kłaść się obok siebie’. weź jeszcze pod uwagę taki mechanizm: kiedy widujesz kogoś raz na jakiś czas, wyczekujesz tego spotkania i wiesz co się często dzieje? masz potrzebę jakby ‚wykorzystania’ tego czasu. skoro już się widzicie, to nie będziesz przecież czytać książki, a Twój facet obok Ciebie grał w grę komputerową. w takiej sytuacji chce się raczej zachowywać się jak para. wierz mi, przetestowałam to na własnej skórze:) i – nie będę tu paluchem pokazywała, ale przychodzi mi na myśl kilka par, które nie mieszkały razem, a mimo to nie udało im się – z różnych powodów – wytrwać w czystości.
    mimo to podkreślam jeszcze raz – nie poleciłabym nikomu wspólnego mieszkania, bo wiem, że ciężko o pewność własnych intencji i intencji drugiej strony. ale wciąż nie uważam aby argument o ciągłym narażaniu się na okazje był dobry. Mateusz zdaje się pisał już kiedyś o tym notkę, ale pozwolę sobie napisać to i tutaj – nie chodzi o to, żeby ludzie nie dopuszczali do takich okazji, chronili się przed nimi – bo wtedy jest sukces, nie współżyli. chodzi o to, żeby nauczyli się panować nad sobą, w sytuacji gdy okazja się zdarzy – bo prędzej czy później tak się stanie [w małżeństwie choćby]. chodzi o kontrolę nad sobą, o to żeby nie podążać za instynktem seksualnym, tak jakbyśmy byli bezmyślnymi zwierzaczkami.
    a co do tego, że człowiek jest istotą grzeszną – owszem jest i nie ma w tym nic złego. nie chodzi o to, żeby nie grzeszyć. że jak grzeszysz to nie jesteś katolikiem. możesz grzeszyć, pod warunkiem, że okazujesz skruchę, przepraszasz i szczerze chcesz poprawy. stwierdzenie ‚ja nie uważam, żeby aborcja/antykoncepcja/cudzołóstwo/cokolwiek było złe. nie uważam tego za grzech i będę to robił’ jest po prostu przyjęciem postawy zamkniętej na Boga, świadomym odwróceniem się od Niego. to całkiem co innego niż po prostu grzech.
    to oczywiste, że nie wszystko jest takie proste:) ale też wcale nie jest takie trudne, jak się trwa w Nim:)

    Sam Cooke i Vikki Blows: tak się składa, że nie trzeba być katolikiem, żeby chodzić na lekcje religii. więc śmiem twierdzić, że nikt nikogo nie będzie wyganiał.

  11. magda

    wydaje mi sie po prostu,ze gdybyscie przed Waszym slubem poznali jakiegos innego mocno zaangazowanego studenta teologii,to powiedzilaby,ze mieszkajac razem i sypiajac w jednym lozku „pozbawiacie sie miana katolika

    Poza tym wydaje mi sie nadal,po przeczytaniu notki po raz kolejny,ze Autor jednak stawia sie w sztuacji kogos kto wie najlepiej kto jest katolikiem a kto nie.

  12. Magdo, moja żona już Ci napisała, ale ja jeszcze dodam od siebie. Mówienie o tym, kto jest a kto nie jest katolikiem to nie jest kwestia roszczenia sobie do czegokolwiek praw. Nie jest to też kwestia sumienia. Oczywiście wierzę w to, że sumienie jest głosem Boga w nas. Napisałem kiedyś nawet NOTKĘ na ten temat. Co nie znaczy, że sumienie jest największym i najważniejszym kryterium naszej oceny czegokolwiek. Oprócz sumienia jest w katolicyzmie jeszcze Objawienie Boże, jest Tradycja i jest nauczanie Kościoła. Trzy filary. I jeśli jesteś katolikiem, a Twoje sumienie jest zgodne z tymi trzema filarami, to „kazdy takie sprawy powienien rozstrzygac w swoim sumieniu”.

    Bycie czy nie bycie katolikiem to nie kwestia rozstrzygania czy sumienia. Bycie katolikiem to kwestia definicji. Podaj mi definicję katolicyzmu i katolika, a zobaczysz, że nie do końca jest tak, jak mówisz.

    Do Twojego ostatniego komentarza dodam jeszcze to, że przystępując do spowiedzi i nie dostając rozgrzeszenia podczas gdy mieszkaliśmy razem bez ślubu, zostaliśmy poniekąd wykluczeni (tymczasowo) z Kościoła. Nie było nam z tym za dobrze. Ale mieszkaliśmy ze sobą z pełną świadomością tego, że decydując się na to rezygnujemy w pełni z uczestnictwa w Kościele Chrystusa. To, że nie do końca to rozumiem, nie znaczy, że nie przykładam do siebie tej samej miary, co do innych.

    Kucharzu z South Parka vel. dwie niezłe panie z rozkładówki kalendarza z gołymi paniami:

    Nie zamierzam nikogo wyrzucać z lekcji religii, bo lekcja religii to miejsce, które „przyciąga” ku sobie nie tylko ortodoksyjnych katolików. Co więcej – w rzeczy samej nie tylko katolików. Zadaniem katechety jest przekazać im wiedzę i podstawy wiary w związku z Jezusem i Jego Kościołem. Katecheza jest poszukiwaniem i próbą odnalezienia. Co innego jeśli tyczy się to np. bierzmowania. Uczestnictwo w kursie przygotowującym do bierzmowania jest etapem podejmowania decyzji, a podchodzenie do przyjęcia sakramentu jest już decyzją wolnego, dojrzałego chrześcijanina. Kiedyś sam byłem świadkiem do bierzmowania u jednego znajomego. Tuż przed przyjęciem sakramentu zapytałem go, czy wie, co to oznacza i jakiej postawy od niego wymaga. Dlatego, że uczestnictwo w tym sakramencie wymaga właśnie dojrzałej wiary i niesienia Bożej nauki (i miłości) ludziom. On wówczas odpowiedział, że wie. Chyba jednak do końca nie wiedział…

    Tak więc nie, nie będę wyrzucał uczniów z lekcji religii. Natomiast, jeśli tylko ksiądz proboszcz nie stanie mi w poprzek, nie zamierzam dopuszczać do bierzmowania seryjnie każdego, kto się nadarzy. I nie będę konsultował tego z rodzicami. Bo dojrzała wiara to jednak powinna być dojrzała wiara.

    Mam nadzieję, że nie poszedłeś daleko. Wcale nie jesteś tu niemiłym gościem i jestem Ci wdzięczny za głos w ciekawej dyskusji.

    Serafince teraz nie odpowiem, bo muszę gnać do pracy na 13… Lolince dziękuję serdecznie za wsparcie.

    PS. W takich sytuacjach przypomina mi się pewna anegdota, nie mojego autorstwa, którą wyczytałem na jakimś forum w burzliwej dyskusji nt. nakazu, zakazu czy refinansowania antykoncepcji. Człowiek ów napisał: „O co te kłótnie? Po co się tak denerwować? Przecież 98% polskiego społeczeństwa to katolicy – a ich temat antykoncepcji nie dotyczy. Pozostałe 2% to tak marginalna kwestia, że można udać, jakby nie istnieli. No, chyba, że polscy katolicy są zakłamani…”

  13. Michalina

    … „I na przyszłość pamiętaj, że masz do czynienia ze studentem teologii. Dlatego następnym razem lepiej odrób pracę domową.”
    „I na przyszłość pamiętaj, że masz do czynienia ze studentem teologii.”

    i na przyszłość pamiętaj, że w Kościele Katolickim bywali heretycy z wiele lepszym wykształceniem niż jakikolwiek student teologii…

    jaka by nie była moralność katolicka, ilu by nie było wyznawców Boga, ile prywatnych opinii opartych o wygodę własną, doświadczenie, bunt itp itd…

    słowa słowa słowa. nie twierdzę, że one nie są potrzebne. tylko coraz częściej zastanawiam się nad tym, ile razy słowa zebrane w zdania, zdania złożone w całe teorie – ile razy w ciągu życia osoby wypowiadającej takowe – ulegną zmianie. raz na „gorsze” raz na „lepsze”. może po prostu… inne.

    coraz częściej zastanawiam się nad tym dlaczego zapominamy o tym, że nikt z nas nie jest doskonały. i coś mi świta – również w oparciu o pewne elementy wiedzy teologicznej, że… coś to ma wspólnego z Boskim PLANEM. zgodzisz się ze mną? Mateuszu…?

    wymiana zdań, pokazywanie argumentów. to tak, tamto nie. bo. każdy z nas ma coś do powiedzenia. i dobrze. byle na poziomie. byle nie wkraczać za bardzo na terytorium czyjejś wolności. bo kimże jesteśmy?

    „człowiek rodzi się głupi i głupi umiera”. nie obrażając nikogo – cholernie trafne stwierdzenie. bo chyba najczęściej… tylko nam się wydaje, np że wiemy. cośkolwiek na ten przykład.

    dziecko, żeby zacząć chodzić – musi do tego dojrzeć.
    człowiek, żeby być gotowym na mienie dziecka – jak podają źródła np psychologiczne – musi do tego dojrzeć – co ciekawe – na 4 płaszczyznach.

    przykłady można mnożyć.

    chodzi mi tylko o to, że w wierze człowiek… też… musi… dojrzeć.

    i nieważne ile razy się potknie itp itd.
    i nieważne co o tym SĄDZĄ inni.

    ważny jest finał.

    pozdrawiam!

    M, teolog

  14. Masq

    Co do bierzmowań – większość młodych ludzi to robi, żeby nie być wyśmianym przez otoczenie. Nic ich nie obchodzi, co to znaczy.
    Poza tym – jak nazywa się ten, który przestrzega Pisma Świętego, Tradycji, a nie lubi tego, co robi Kościół?

  15. Michalina

    :)
    jedyny uśmiech do komentarza powyżej
    przekupy na rynku czasem zachowuja się logiczniej.

  16. „człowiek, żeby być gotowym na mienie dziecka – jak podają źródła np psychologiczne – musi do tego dojrzeć – co ciekawe – na 4 płaszczyznach.” – Mogę zapytać na jakich 4 płaszczyznach? Masz li coś do mnie? :P

    Co do studentów teologii, miałem raczej na myśli to, że ja mam takie rzeczy poruszane na wykładach – i z tych wykładów czerpię sobie wiedzę. Nie, że jestem oto wszechwiedzącym teologiem, którego trzeba słuchać. Rozumiesz?

    Masq: Nie lubi czy nie wierzy? Można być katolikiem nie lubiąc niektórych zachowań niektórych członków Kościoła, jak sądzę. Sam nie lubię pedofilii, homoseksualizmu wśród księży etc. Ale po pierwsze – potępiając to, musielibyśmy uznać się za świętych (albowiem również często nie lubię niektórych własnych zachowań), po drugie zaś – zachowania pojedynczych osób (czy całych grup) nie świadczą o Kościele jako takim.

    Jeśli chodzi Ci o „nie wierzy w Kościół” to ja Ci powiem, że nie wierzy również ani w Pismo Święte (w którym mowa o założeniu Kościoła, którego mury piekielne nie pochłoną, i o początkach tego Kościoła), ani w Tradycję (która ujawniła się w dziejach pierwszych pisarzy Kościoła). Czyli w rzeczy samej – taki ktoś nie nazywa się, gdyż nie istnieje. I to jest właśnie ten sławetny katolik wierzący, acz niepraktykujący.

    PS. To nie do Masq’a: Chciałbym jeszcze dodać, że bardzo miło Cię widzieć, ałtorytecie :).

  17. Michalina

    1.hmmm…. to mam klina, bo pamiętam tylko 3 z czterech płaszczyzn, a nie chce mi się doszukiwać brakującego elementu dojrzałościowej układanki. 3 które pamiętam: psychicznie, fizycznie, społecznie… i…

    2. rozumim
    3. też się cieszę, że Cię „widzę” ;P

  18. Ania

    Widze ze nadal wszystko co piszesz w jakis sposob jest skierowane w strone Boga, Jezusa.. Itd. Nie czytalam wszystkiego, bo jest duzo do przeczytania ( Ty zawsze lubiales DUZO pisac ).. Ale dojde do tego w swoim czasie.
    Gratuluje za sukces, nie kazdy umie utrzymac czytelnikow na swoim blogu.
    Zaczne tu zagladac czesciej.. Ale musimy jeszcze sie zgadac na gg czy cos w tym stylu…
    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s