Daily Archives: 18 stycznia 2009

O Kościele powszechnym

Kiedy w czasie mszy świętej odmawiamy Skład Apostolski, mówimy między innymi: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Chciałbym poruszyć temat jednego z tych zawołań, nie bez pewnych odniesień do poprzednich notek (które zbiły się w jakąś dziwną serię, to się chyba jeszcze na blogu nie zdarzało).

Powszechny – to znaczy mniej-więcej tyle, co ogólny. Mniej-więcej tyle, co dla wszystkich. To znaczy tyle, że każdy, kto tylko chce, kto czuje że powinien, może do niego należeć. Powszechny, bo Jezus, który go założył, powiedział do swoich uczniów: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Jezus, który go założył mówił, że jeśli zginie jedna owca, to należy pozostawić 99 i szukać tej jednej, zagubionej, aż się jej nie znajdzie. Dlatego do Kościoła należeć może każdy, ba, to Kościół powinien robić wszystko, by jak najwięcej osób do niego należało.

Z tym, że w tej całej powszechności Kościoła jest kilka „ale” i to nie takich znowu małych.

Bo robienie „wszystkiego” po to, by ściągnąć jak najwięcej osób nie może oznaczać chodzenia na ustępstwa. Z tej strony, i z tamtej. Nie oznacza robienia tego, czego ludzie akurat by chcieli, żeby robił. Oznacza to tyle, by ukazać to, jaki jest w taki sposób, by wszyscy mieli możliwość zrozumienia, że jest dobry.

I nie w tym rzecz, że Kościół się nie zmienia. Bo się zmienia, z wieku na wiek i z roku na rok. Nie w tym rzecz, że nie dostosowuje się, w pewien sposób, umiejętnie odczytując znaki czasu. Bo często się dostosowuje do panującej aktualnie sytuacji. W tym rzecz natomiast, że nie zawsze zmienia się i nie zawsze się dostosowuje tak, jak każdy pojedynczy człowiek, czy może większość człowieków, by tego chciała. Tak, Sobór Watykański II przyniósł ze sobą ogromne zmiany liturgiczne, dzięki którym mamy dziś mszę po polsku, a ksiądz stoi przodem do wiernych. Benedykt XVI natomiast odpowiada pozytywnie na postulaty ludzi, którzy pragną jednak celebrować w obrządku trydenckim, czyli po łacinie. A więc są kwestie, które Kościół układa pod ludzi. Tak było zawsze – przecież już św. Paweł kłócił się ze św. Piotrem, czy dostosowywać pogan do wymogów judeochrześcijan (obrzezanie, etc.), czy raczej dostosować część obrządków pod pogan, rezygnując z niepotrzebnych judaistycznych rytuałów. Wygrał święty Paweł, na co dowodem jest to, że symbolem inicjacji chrześcijańskiej w naszej pięknej Polandzie jest tylko chrzest.

Ale Kościół nie jest liberalny. W tym właśnie rzecz, że nie kieruje się tym, co modne, popularne, intrygujące. Nie kieruje się ludzkimi żądaniami dotyczącymi akceptacji aborcji czy małżeństw homoseksualnych. Kościół kieruje się ludzkim dobrem. Tym współczesnym, ale i tym przyszłym. Wiecznym. Niektórym wydaje się to śmieszne, ale Kościół nie zgodzi się na coś, co jest moralnie złe tylko dlatego, że tak chce większość (w domyśle: wierzących). I nie mówię o tym, co działo się kiedyś. Tak, również i Kościół jako instytucja przeżywał swe gorsze chwile. Wliczając w to kupnych papieży siedzących na szczycie. Ale te gorsze czasy już są za nami. I choć nie da się wynagrodzić wszystkich krzywd, można za nie przynajmniej przeprosić. Dziś Kościół wychodzi na prostą. Staje się lepszy. Tak, być może dlatego, że jest mniej straszny, mniej ludzi postanawia w nim pozostać…

Kościół kieruje się nauką Jezusa Chrystusa. I na podstawie tej nauki stara się wyciągać wnioski dotyczące współczesnego świata. Nie wszystkie one muszą się nam podobać. Ale trzeba nam wierzyć, że wszystkie one są dobre. Że to, co dzieje się poprzez nauczanie Kościoła, przynosi nam dobro. I jeśli Kościół wychodzi na wprost nas i mówi o zbawieniu, które przyniósł nam Pan, zachęca nas do przynależności, otwiera nam drzwi na oścież, to zanim wejdziemy do środka, mówi nam: „To, co tu widzisz, jest dobre. To, co tu widzisz, to skarby niewyobrażalne, choć mogą ci się wydawać trudne do przyjęcia. Mogą wyglądać ci na stos nakazów i zakazów, ale ja ci to wszystko wytłumaczę. Musisz tylko zechcieć słuchać”. Oczywiście, często jesteśmy już w środku, gdy dopiero się o tym orientujemy. Dzieje się tak wówczas, gdy rodzice od małego prowadzają nas do kościoła, zaczynając od naszego chrztu świętego. Ale wtedy, często (cóż, jako znajdujący się w środku, mają taki obowiązek) od samego początku tłumaczą nam to, co tu widać. A drzwi zawsze są szeroko otwarte. Choćby Jerome vel. Cooke nimi trzasnął, na wyraźną moją prośbę. Nic to nie da, bo Kościół jest powszechny. I drzwi są otwarte, zawsze. W jedną i w drugą stronę.

I on mówi: wejdź. On to Kościół. Choć tak naprawdę On to żyjący w Kościele Chrystus. Więc On mówi: wejdź, jeśli tylko chcesz. Jeśli tylko chcesz, weź swój krzyż i mnie naśladuj. Wejdź, jeśli zgadzasz się na to wszystko. A ja dam Ci w tym wszystkim o wiele więcej. I jeszcze więcej i więcej. Ja dam ci w tym wszystkim Królestwo Niebieskie. Tylko musisz chcieć.

Nie tylko chcieć wejść. Bo nie wejdziesz, jeśli nie będziesz chciał wziąć tego wszystkiego. I nawet jeśli jesteś już w środku, a przestaje ci się to podobać, to możesz wyjść. Bo drzwi są otwarte. Wrócisz, gdy tylko zechcesz.

To, że Kościół jest powszechny, oznacza również to, że jest otwarty na ludzkie problemy. Stąd coraz częściej spotykane dyskusje dotyczące apostolatu rozwiedzionych, apostolatu homoseksualistów, i tak dalej, i tak dalej. I rzeczywiście, my sami decydujemy o tym, czy znajdziemy się za drzwiami, czy przed nimi. Możemy też stanąć w progu. Bo np. żyjemy z kimś, kogo kochamy, choć on/a ma sakramentalną żonę/męża. Albo choćby dlatego, że mieszkamy ze sobą przed ślubem, co my sami swego czasu zrobiliśmy. Nie, Kościół nie mówi takim ludziom: wara! Nie mówi: żegnajcie! On raczej otwiera się jeszcze szerzej i czeka. Daje nam czas. Na tym polega jego powszechność.

Musimy przy tym pamiętać, że „nie znacie dnia ani godziny”.

I myślę, że wierzący niepraktykujący katolik nie do końca oznacza to, że nie praktykuję, bo nie mogę. Nie praktykuję, bo podjąłem/am decyzję, która sprawiła, że nie mam możliwości. Chociaż chcę. Bo wydaje mi się, że na takich ludzi, którzy przychodzą i płaczą, patrząc na Jezusa w Eucharystii, którzy mają swego rodzaju wewnętrzne rozdarcie w tych kwestiach, Kościół jest otwarty tym bardziej. Choć oni sami nałożyli na siebie ekskomunikę. Powtórzę – wydaje mi się. Choć wydaje mi się, że wydaje mi się słusznie.

Przepraszam. Byłem niemiły. Dosyć. Kazałem zamykać drzwi. I może rzeczywiście wyglądało to, jakbym oceniał i potępiał. Nie do końca mnie zrozumiano, jak często bywa. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Nie cofnę jednak tego wszystkiego, co powiedziałem. Bo Kościół Jezusa Chrystusa, pełen darów, piękna i dobra, które mogą wydać się nam głupstwem, jest Kościołem powszechnym nie na takiej zasadzie, na jakiej by(śmy?) tego chcieli. Nie wpuszcza drzwiami i oknami wszystkich, którzy chcieliby wydrzeć sobie z niego kawałek dla siebie. Wpuszcza tylko tych, którzy mają ochotę włożyć do tego skarbca wszystko, co posiadają. Wszystko. Po to tylko, by otrzymać z niego po tysiąckroć więcej.

Ale pozostałym pozwala stanąć w progu.

I jak rzadko zgadzam się z tekstami zamieszczonymi na Pardonie, tak dziś spuentuję jednym takim, przeczytanym w artykule jakiś czas temu:

„Bo jest przecież zwolennikiem „Kościoła otwartego”. Takiego, który podąża za wiernymi, akceptując ich zachowania i ich samych. Takich, jakimi są – a nie, jakimi powinni się stać.

Tylko pojawia się pytanie, czy ktokolwiek potrzebuje takiego Kościoła?

Czy czasem ten „Kościół otwarty” nie będzie Kościołem, z którego wszyscy sobie pójdą.

Bo wyruszywszy na poszukiwanie morskiej latarni, stojącej niewzruszenie w tym samym miejscu i zawsze wskazującej dobry kierunek, znajdą jezuitę biegającego za nimi z latarką. Żeby, cokolwiek robią, mogli robić to z akceptacją Kościoła.”

Daniel Nogal

Categories: Świat i Kościół | 27 Komentarzy