To niech będzie o miłości jeszcze raz

Ile razy już pisałem notki o miłości? Właśnie zresztą przed chwilą przerzuciłem jedną taką, dokładnie na ten temat: ZERK. Ale pomyślałem, że może jeszcze raz, choćbym nigdy do końca nie wiedział, o czym piszę, mógłbym zająć się tym tematem. Taka lekka odskocznia.

Miłość jest wyborem.

Takiej definicji nauczył mnie najwspanialszy z księży i najwspanialszy z psychologów, jakiego w życiu spotkałem. Miłość jest wyborem, decyzją, której, raz podjąwszy, nie da się cofnąć. Ponieważ jest decyzją, a nie uczuciem, nie można powiedzieć „już mi miłość minęła” albo „już nie czuję miłości”, albo „coś się chyba zmieniło”. Bo nic nie mija – i niczego nie musisz czuć. I nic się tak samo z siebie nie zmienia. Nie w tej materii. Miłość jest decyzją o której nie musimy mówić światu. Musimy jednak pamiętać, że gdy już światu (czy chociażby osobie kochanej) powiemy, że kochamy – to nie jesteśmy jedynymi, którzy o naszej decyzji wiedzą. I już nie możemy powiedzieć (sobie czy komukolwiek), że nam się pomyliło. Albo że w rzeczy samej nigdy nie kochaliśmy. Bo to zwyczajnie nieprawda. I takie ewidentne negowanie prawdy, nawet w najlepszych intencjach, zawsze przyprawiało mnie o rozstrój nerwowy. I zaznaczam, że nie mówię o umiejętności kochania. Nikt prócz Boga, na dobrą sprawę, nie umie tak naprawdę kochać. Pewnie właśnie dlatego potrzebujemy pomocy Boga po to, by kochać, i po to, by pokochać.

Miłość to wybór kogoś przed sobą.

I to w całości. Nie znaczy to, że decydując się na bycie z kimś, musimy wyrzec się samych siebie, swoich poglądów i marzeń. Pamiętajmy, że będąc z kimś, ale tak na serio, kochamy się wzajemnie. I owszem – nie powinniśmy pytać, co ty jeszcze możesz zrobić dla mnie, ale co ja mogę zrobić dla ciebie. Co znaczy mniej-więcej tyle, że z pomocą Ducha Świętego będziemy najszczęśliwszą parą na świecie, w ogóle nie myśląc o samych sobie. To oczywiście ideał. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Znaczy to raczej tyle – że właśnie wybieramy dobro drugiej osoby. I dążymy do tego dobra, nawet, gdy wydaje się ono złem dla nas samych. Ale pamiętajmy – chodzi o dobro obiektywne. Nie o jakieś urojone dobro, albo o jego substytuty. Dajmy na to, druga osoba lubi wypić raz w tygodniu do nieprzytomności na imprezie, potem zwyzywa kogoś, zdewastuje lokal i wraca do domu, waląc się na łóżko. On twierdzi, że to jest dla niego dobre, bo sprawia mu przyjemność, a i musi się wyszumieć, bo lata młode. Zwróćmy uwagę na pozorność tego dobra – i oceniajmy zdrowym rozumem, czy to rzeczywiście dla kochanej osoby jest dobre. Jednak jeśli ta osoba (powiedzmy, że planujemy z nią ślub) mieszka na przykład w Warszawie, tu ma dobrą pracę i jakie takie perspektywy na wychowanie dzieci, a ja wychowałem się w Wyszkowie, tu mieszka moja rodzina (czyli dajmy na to rodzice i siostra), bez której JA nie wyobrażam sobie spędzić reszty życia, to powinienem się zastanowić, czy rzeczywiście wybrałem dobro mojej przyszłej drugiej połówki (i mojej przyszłej, prawdziwej rodziny) przed dobrem własnym.

Ale tak, jak pisałem – nie bierzmy pod uwagę dobra pozornego. Uczmy się oceniać prawdziwość dobra. Powiedzmy, że mam jakieś zasady. Wiem dobrze, że są słuszne i prawdziwe. Powiedzmy, że czasami mogę użyć sformułowania „wierzę, że są słuszne i prawdziwe”. Dajmy na to, jestem katolikiem. Najważniejsza dla mnie na świecie jest miłość do Boga i od Boga. To znaczy, że podjąłem decyzję związaną z najważniejszą Osobą mojego życia. Pojawia się w moim życiu inna osoba, która miłości do Boga na pierwszym miejscu nie uznaje. Owszem są osoby, które właśnie na związek z kimś takim się decydują. Nie pytam ich o motywy – być może im to nie przeszkadza, być może myślą, że nie będzie im to przeszkadzać, a być może zamierzają jakoś to zmienić. W takiej sytuacji pamiętajmy, że dla osoby, dla której Bóg nie jest największą miłością, coś lub ktoś musi się tą miłością stać. Może będziemy to my? Może będą to studia albo praca? Może jakieś hobby? Cokolwiek by to nie było – będzie to dla tej osoby bogiem właśnie. I pod tego boga ta osoba będzie ustawiać swoje wszelkie wartości. I, co gorsza, może nas próbować do tych wartości przekonywać. Naszym zadaniem jest starać się trwać przy naszych wartościach, jednocześnie nie ingerując agresywnie w system wartości tej drugiej osoby. Jeśli jesteśmy pewni, że to jest ta osoba, z którą chcemy spędzić życie, możemy jedynie ukazywać jej, że żyjąc zgodnie z tymi zasadami, żyjemy najlepiej jak się da.

To był akurat przykład. Mogę się przyczepić do czegoś innego, o czym już niedawno pisałem. Do dziewczynek z Oazy, które opowiadają się za czystością przedmałżeńską. Pokochują chłopaka, któremu obce są te zasady. Notka ”Szkoła uwodzenia” ładnie obrazuje, co się często potem dzieje. Ale to nie na tym polega szukanie dobra drugiej osoby. W tej sytuacji powinniśmy pamiętać, że dobro płynące z zachowania czystości przedmałżeńskiej dotyczy nie tylko nas, bo takie mamy zasady, nie tylko naszego przyszłego (często jawiącego się jako wirtualny) męża, ale w tej sytuacji chyba przede wszystkim tej naszej drugiej połówki. Bo nie tylko będziemy mogli mu/jej oddać wszystko w momencie naszego sakramentalnego „tak”, ale również zachowamy go/ją od zniszczenia i zbrakowania na wypadek, gdybyśmy się jednak rozstali. Dlatego powinniśmy się bronić przed namowami w stylu „jak mnie kochasz, to mi się oddaj”. Nie, właśnie dlatego, że cię kocham, chcę poczekać.

I to znów tylko przykład.

Miłość jest wyborem prawdy przed kłamstwem.

I na tym aspekcie chciałem się szczególnie skupić w niniejszej notce. Bo czasem coś się psuje. Nie mogę powiedzieć, że w naszym związku nie. Ja i moja żona też nie do końca mamy w sobie i między nami to, co mieliśmy na początku naszego związku. Czasem ja coś głupiego powiem, czasem Ola ma doła albo depresję zimową. Czasem mamy jakieś dzikie wymagania, którym nie umiemy sprostać. Nie w tym rzecz, że nie będzie kryzysów.

Ola kiedyś gdzieś wyczytała, że po trzech miesiącach coś się kończy w związku. W związku z tym związkiem, kiedy ja przebywałem akurat w Skarżysku, a Ola w Bełchatowie, napisała mi pewnego wieczoru, że chyba właśnie się coś skończyło. To dla mnie był duży szok. Wymieniliśmy kilka maili. Doszliśmy do wniosku w czym rzecz. Nigdy nie zaprzeczyłem, że się nie skończyło.

Związki charakteryzuje częstokroć to, że rozpoczynają się wielką euforią. Czasem jest to zakochanie, czasem jest to fascynacja sytuacją towarzyszącą początkom. Są wielkie emocje, radosne emocje. Mija jakiś czas i widzimy coraz więcej i więcej rzeczy. Uczucia mijają, pozostaje trzeźwe myślenie, postrzeganie. Nie zapominajmy, że na początku, może i w tej wielkiej euforii, powiedzieliśmy sobie „kocham cię”. Ja powiedziałem wtedy „za trzy lata też ci to powiem”. Trzy lata nie minęły, minęła za to pierwsza euforia, minęły pierwsze magiczne wakacje w Szkocji, minęły nasze początki. A ja, najsampierw, podjąłem decyzję. I wiem, z każdą chwilą bardziej, że za trzy lata powiem to samo. No, dziś to już za 1,5 roku.

Ale ja o prawdzie miałem pisać. No właśnie. Bo oliwa sprawiedliwa, i tak dalej, i tak dalej. No i po tych miesiącach bycia ze sobą może się okazać, że widzimy więcej. Więcej nas martwi i niepokoi. Że może uczucia radosne zostały zastąpione przez jakieś bolesne. Że już nie czujemy się tak świetnie, jak na początku. Problem polega na tym, że w kontakcie z drugą osobą częstokroć udajemy, że wszystko jest w porządku, że jest jak dawniej. Nic nie mówimy. Nie rozmawiamy. Błąd! Nie tego uczy nas miłość, którą przecież postanowiliśmy. Nie próbuję powiedzieć, że szczerość jest najważniejsza. Ale najważniejsza jest prawda. Bardzo ważna jest rozmowa. Druga osoba, z którą jesteśmy, ma prawo wiedzieć, znać prawdę. Ma prawo nie być oszukiwana. Mnie samemu przytrafiło się to, że czekałem na ślub, kiedy okazało się, że moja narzeczona nie jest jeszcze gotowa. Że kisi się to w niej od miesięcy. I że nie chciała mi o tym powiedzieć. Owszem, poczułem się oszukany. Bo nie było rozmowy, nie było dialogu. Nie było prawdy. Bo byłem oszukiwany.

I w tym rzecz. Widzimy problem. Kochamy drugą osobę. Przychodzimy do niej z tym problemem. „Posłuchaj, mam problem, zakochałam się w koledze z uczelni”. „Posłuchaj, mam problem, nie czuję się gotowy do ślubu”. „Posłuchaj, mam problem, nie czuję się dobrze z tym, co robimy. Myślę, że to, co robimy, jest złe”. Przychodzimy do niej z zaufaniem. Bo jest dla nas najważniejszą osobą – najlepiej by było, gdyby najważniejszą po Bogu. Przychodzimy, bo kochamy. Bo zdecydowaliśmy.

To oczywiście nie gwarantuje, że całe życie będziemy ze sobą. Seria takich rozmów, w których wychodzi nasza niedojrzałość, niezdecydowanie, częstokroć konflikt interesów, konflikt zasad (np. jestem przeciwko antykoncepcji, a ty jesteś za, ja nie ustąpię, ty również nie chcesz), może doprowadzić do rozstania. Najlepiej by było, gdyby nie w atmosferze gniewu czy zawodu. Zwyczajnie w atmosferze dialogu. Wówczas, kto wie, może uda nam się znaleźć kogoś innego, lepszego? Ale może da się wszystko zbudować. Tylko kochając, decydując się na bycie ze sobą, musimy budować razem. Pomagać sobie nawzajem. Musimy ze sobą rozmawiać. Musimy sobie mówić.

Oczywiście to, co powyżej opisałem, jest sprawdzalne jedynie wtedy, gdy kochamy. Bez miłości to wszystko nie ma jakiegokolwiek sensu.

Ale oczywiście założyliśmy też na początku, że kochasz. I nie mów, że nie wiesz, albo nie jesteś pewien/pewna.

Przecież wszyscy słyszeliśmy.

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | 19 komentarzy

Zobacz wpisy

19 thoughts on “To niech będzie o miłości jeszcze raz

  1. Tak, znów w większości się z Tobą zgadzam, bo ja też nie mam „nowoczesnego” poglądu na miłość (tak, tak, mimo mojej wszem i wobec znanej oschłości, mam poglądy na ten temat).
    Ale po raz kolejny trochę rozśmiesza mnie Twoje podejście do kwestii samej decyzji. Owszem, ja też jestem zdania, że miłość to jest decyzja i broń Boże nie nazywam zakochania miłością (może dlatego, że nie doświadczyłam, ale cóż…).
    Również uważam, że to jest bardziej świadoma decyzja, niż całe te hormony, które niewątpliwie jednak biorą w tym udział. Nawet w świadomej decyzji.

    Niemniej jednak z moich obserwacji wynika, że dla Ciebie ta niezwykle ważna decyzja to jest zwykłe „hop siup, słuchaj od dziś Cię kocham, będę się dla Ciebie poświęcał, a za kilka miesięcy weźmiemy ślub”.
    Może nie jestem na studiach teologicznych, może jestem w tym przypadku tylko marnym studentem architektury, ale nie zawaham się tego powiedzieć – nie, to nie tak. Na tę decyzję trzeba poczekać. Z hormonami i zakochaniem, czy bez tego. Ta decyzja sama rośnie w człowieku, on podejmuje tylko czynność „zaakceptuj” lub „odrzuć”. I to właśnie wciśnięcie jednego z przycisków według mnie jest tą decyzją, o której mówił Twój ulubiony ksiądz.
    Musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy tylko ludźmi, i choć powinniśmy się starać – nie umiemy pokochać od tak. Po wypowiedzeniu jednej formułki. Musisz to przyjąć do wiadomości.
    Na to czeka się latami. Pielęgnuje się tę małą rosnącą decyzję, dba o nią, lub zawzięcie z nią walczy, whatever. Człowiek oswaja się z myślą, że chce podjąć tę decyzję. Że jest gotów, lub nie.
    Czas, czas, czas.

    Niektórym jednak trochę brak cierpliwości.

  2. Ach, i jeszcze jedna rzecz.
    Odnośnie „pomyłek”.
    Tak, co prawda nie jestem romantyczką i nie lubię roztkliwiać się nad takimi scenami, ale przyznam, że mnie również denerwują i to bardzo, stwierdzenia typu „Już Cię nie kocham” (och, och). Tak, wyprowadzają mnie z równowagi, bo jak już pisałeś, nie da się przestać kochać.

    Niemniej jednak, jak to zwykle bywa, nie oznacza to, że się z Tobą zgadzam. Piszesz, że pomyłki w tych sprawach również Cię irytują. Dla mnie jednak niektóre sytuacje da się wytłumaczyć. Jesteśmy tylko ludźmi, ktoś może palnąć pusty, nic nie znaczący tekst (czyli wg. Ciebie podejmuje decyzję). Robi to nieświadomie, bo tak naprawdę potem okazuje się, że jego decyzja wcale nie urosła, ba! W ogóle nie istnieje. Zwyczajnie dał się ponieść emocjom. Zrobił głupio owszem. Być może zrani tym drugą osobę, ale nie jest to nieodwracalny błąd. Rozmowa może wyjaśnić takie błędne „decyzje” i ich powody.
    Natomiast według Twojej teorii, taka osoba powinna już do końca życia tkwić przy drugiej, której „obiecała” miłość i męczyć się, bo tak naprawdę może nigdy nie podjąć Prawdziwej Decyzji.

    A coś mi świta w głowie, że kiedyś, dokładniej po rozstaniu z M., powiedziałeś, że musiałeś to skończyć, bo nie możesz męczyć się w związku. A teraz bronisz się stwierdzeniem, że nadal kochasz wszystkie swoje niedoszłe żony. To jest tylko wymówka. Tak naprawdę nigdy ich nie kochałeś. Jeśli już, to tylko braterską, czy siostrzaną miłością. Zwał jak zwał.

    Widzę pewne zgrzyty w całej tej teorii.

  3. Lolinka

    droga Makoto! pozwolę sobie odpowiedzieć, gdyż muszę stwierdzić, że owszem ja też widzę zgrzyty w tej teorii. w tej Twojej. oraz jeszcze parę innych kwestii, które mnie, przyznam szczerze – nieco denerwują.
    zacznę może od fragmentu: hop siup, słuchaj od dziś Cię kocham, będę się dla Ciebie poświęcał, a za kilka miesięcy weźmiemy ślub. słowami ‚hop siup’ zwykło się w języku polskim określać coś błahego i pochopnego, więc nie używaj ich może w odniesieniu do decyzji, nawet jeśli w nią nie wierzysz. a kolejny zabawny moment w tym zdaniu to wnioskowanie, że ‚kocham cię’ jest równoznaczne z ‚będę się dla ciebie poświęcał’. to znaczy owszem, będę się dla ciebie poświęcał. ale nie na zasadzie uniżenia i bycia czyimś podnóżkiem, lub znoszenia cierpień nieziemskich w imię egoizmu tej drugiej osoby. bo poświęcanie się w imię czyjegoś dobra faktycznie jest elementem miłości. natomiast nie poświęcanie się w imię widzimisia osoby, która sobie z nas korzysta.
    po drugie nie bardzo podoba mi się Twoje autorytarne stwierdzenie ‚nie, to nie tak’. albo ‚musisz to przyjąć do wiadomości’. bo Makota tak mówi? skąd wzięło Ci się przekonanie, że masz prawo dyktować komuś czy umie kochać, czy też nie? przekonanie, że masz prawo powiedzieć Mateuszowi, czy mnie kocha, czy może kolejny raz się myli? wybacz, ale może jednak trochę pokory czy czegoś tam. gdyż jak tu było, w poprzedniej notce, możesz osądzać czyny, ale nie możesz osądzać wnętrza. bo nie masz do niego wglądu. pewnie mi zaraz powiesz, że czyny Mateusza świadczą właśnie o tym, że nie kocha, tudzież nie kocha(ł) żadnej swojej poprzedniej dziewczyny. a więc jak już tak powiesz, to ja Ci wtedy powiem dlaczego się z Tobą nie zgadzam:)
    a poza tym mała uwaga techniczna na temat dróg poznania. uprawiasz coś co się w filozofii nazywa dedukcją. co prawda z tego egzaminu dostałam zaledwie 3, ale dedukcja i indukcja bardzo mi się spodobały:P dedukcja więc została rozpropagowana przez pana Kanta, podobnie jak parę innych, w mojej opinii bardzo krzywdzących dla świata rzeczy. i polega to, najprościej mówiąc na dochodzeniu do prawdy od ogółu do szczegółu. czyli tak jak pan Szerlok Holms, rozumiesz, znajdujesz trupa, a później po włosku i ślinie wsadzasz mordercę. i wszystko super, tylko że coś takiego sprawdza się jak się jest detektywem, ale niekoniecznie w innych sprawach. bo to jest założenie teorii, a później udowodnienie jej. co jest bardzo nieprawidłowe, bo zawsze znajdziesz coś, co potwierdzi Twoją teorię, a resztę przesłanek, które jej zaprzeczają – odrzucisz. to jest dopasowywanie rzeczywistości do tego, co o niej sądzisz.
    z kolei stwierdzenie ‚jesteśmy tylko ludźmi’, jest znowu strasznym banałem i błędem filozoficzno – psychologicznym, za pomocą którego można sobie wszystko ładnie usprawiedliwić. to, że jesteśmy ludźmi, to prawda, nie wiem jednak czy stwierdziłabym, że tylko, bo jednak jesteśmy koroną stworzenia, obrazem na podobieństwo Boga. to chyba nie bardzo jest ‚tylko’. to, że jesteśmy ludźmi obliguje nas do zachowań godnych ludzi – dojrzałych, inteligentnych, i przede wszystkim – odpowiedzialnych. jeśli wyjmiesz element odpowiedzialności z miłości to koniec – zamiast miłości do drugiej osoby zostaje Ci miłość własna. czyli egoizm. czyli hedonizm. czyli przeciwieństwo odpowiedzialności. a Ty – przepraszam bardzo, ale takie odnoszę wrażenie – właśnie wyjmujesz odpowiedzialność z miłości. bo stwierdzasz sobie, że decyzja to jest coś, co się samo zrobi, samo przyjdzie, a Twoją rolą jest tylko przyjęcie albo odrzucenie. tymczasem decyzja jest czymś, co się podejmuje, a nie co przychodzi. bo jeśli przychodzi – niezależnie od Ciebie, po prostu na Ciebie spada i koniec, to konsekwencją byłoby chyba przyjęcie, że może też odejść w taki sam sposób – bez udziału Twojej woli. a w tym momencie dochodzimy już do usprawiedliwienia rozwodów, odchodzenia do kochanek, porzucania dzieci itp, co się zresztą dziś ochoczo robi. bo oto zrzucono na mnie decyzję – o tym, że kocham tę dwudziestoletnią piękność – no i koniec, cóż ja mogę poradzić. a to że mam żonę i dzieci? cóż… decyzja, Makoto, to jest Twój własny wysiłek, odpowiedzialność, dojrzałość, Twoje własne podjęcie takiego a nie innego wyboru. jeśli Ty sama to zrobisz, to nikt Ci tego nie będzie mógł odebrać, bo Ty jesteś panią tej decyzji. i wtedy możesz pewnie iść przez życie.
    i powiem Ci, że mogę się nawet z Tobą zgodzić, że decyzję trzeba wypracować. ja tylko nie uważam, żeby jedynym warunkiem wypracowania decyzji był czas, a już na pewno nie w tym założeniu – że trzeba poczekać, aż ta decyzja przyjdzie. można się zastanowić, ok, bardzo fajnie. ale to i tak Ty musisz podjąć tę decyzję, nawet jeśli po zastanowieniu. jedni będą się zastanawiać kilka godzin, inni kilka dni, jeszcze inni kilka lat – to ma małe znaczenie. Tobie może się wydaje, że trzeba poznać tę drugą osobę i tak dalej. nie mówię, że masz kochać w sposób w jaki się kocha współmałżonka pierwszą lepszą osobę spotkaną na ulicy. ale poznanie nie oznacza sprawdzania się. więc jak sądzę Mateuszowi wystarczyło kilka przesłanek na mój temat, które miał z różnych źródeł [byliśmy razem na uczelni, więc mógł obserwować to, jak się zachowuję, mógł wywnioskować wiele na temat mojej osobowości i przekonań, zwłaszcza, że sama mu podsyłałam materiały:)], by stwierdzić, że można zaryzykować pokochanie mnie w sensie oblubieńczym. naprawdę nie wydaje mi się, żeby konieczna była wiedza o tym, czy ten człowiek akurat lubi lody waniliowe czy czekoladowe, albo czy woli PiS czy PO. jestem zupełnie gotowa uznać, że mnie też wystarczyłaby wiedza o tym, jaką ma hierarchię wartości i czy postępuje w zgodzie z taką hierarchią wartości jaką ja uznaję za konieczną. a takie wyczekiwanie na decyzję, będąc w związku, ale nie mówiąc jeszcze o miłości kojarzy mi się tylko z jednym – ze sprawdzaniem właśnie, a sprawdzanie niestety jest podejściem niegodnym człowieka, i absolutnie jest działaniem niewynikającym z miłości, a tym samym krzywdzącym. jeśli nie jesteś w stanie podjąć decyzji, że kochasz, z jakichś powodów, to uznaj, że zachowujesz się na miarę swoich decyzji – czyli nie bierzesz tego, co przynależne osobom, które się kochają. nie pozostajesz w związku – możesz traktować drugą stronę jak przyjaciela, jeśli podjęłaś decyzję o przyjaźni. po prostu potwierdzasz swoje decyzje swoimi czynami.
    huh, zmęczyłam się…
    odnośnie pomyłek, to nie mówię, że się pomylić nie można. to znaczy nie, zasadniczo nie można. nie można się pomylić, że podjąłem decyzję. może ci się wydawać, że ją podjąłeś, bo na przykład nie jesteś w stanie jej podjąć, gdyż nie rozumiesz dokładnie o co chodzi. w tej sytuacji, kiedy stwierdzasz, że nie pojąłeś decyzji, musisz jak sądzę uznać, że wynikało to z Twojej niedojrzałości i Twojego błędu, i albo podjąć decyzję na tak – i kochać w pełnym znaczeniu, albo stwierdzić, że nie, i zrezygnować z przywilejów należnych osobie, która kocha. uznawszy, że Twoje postępowanie i sądzenie było błędne. i że należy je zmienić.
    a bywa i tak, że ludzie się rozstają dlatego, bo jest to właśnie działanie ku dobru drugiej osoby i działanie w miłości do niej. ale to już inna historia.
    zaznaczę jeszcze jedno: uważam, że jeśli już doszło do sakramentu, to nawet jeśli decyzja była niedojrzała, to koniec. a w zasadzie nawet jeśli sakramentu nie było, ale konsekwencje są dalekosiężne, jak na przykład dzieci. wtedy jedynym dobrym wyjściem z sytuacji jest pokochanie – czyli podjęcie odpowiedzialności.
    nie jestem pewna czy mi się to udało dobrze wyjaśnić, a zresztą nawet jeśli, to i tak pewnie z radością podejmiesz polemikę:P

  4. Masq

    Flaki z olejem.

  5. Widzę Olu, że niestety, ale w ogóle nie rozumiesz o czym ja piszę. Nie twierdzę, że decyzja spada na nas sama jak grom z jasnego nieba i nagle okazuje się, że kocham szczupłą dwudziestolatkę, dlatego MUSZĘ zostawić żonę i dzieci. Broń Boże. Nie do końca jest dla mnie teraz jasna kwestia – czy my mówimy o związkach „niezatwierdzonych”, czy o małżeństwie?
    Jeśli o małżeństwie to owszem, podjęcie decyzji, że chce się być czyimś małżonkiem jest ostatecznym, świadomym i całkowicie dobrowolnym opowiedzeniem się za miłością do drugiej osoby. Od tej decyzji nie ma odwrotu, bo to jest decyzja o prawdziwej miłości.
    Ale jeśli mówicie tak o „zwykłych” związkach, gdzie ludzie nierzadko nieświadomie popełniają błędy, mimo, że często chcą by było jak najlepiej, to wybaczcie, ale wypadałoby w takim razie wziąć ślub z pierwszą dziewczyną z przedszkola czy podstawówki.

    „Byłeś z kimś w związku? Jesli tak to musiałeś podjąć decyzję o tym, że tego kogoś kochasz. Nie? Nie podjąłeś tej decyzji od razu? Ty niewdzięczniku, oszukiwałeś ją! Jak mogłeś tak strasznie ją oszukiwać! Po co w ogóle z nią byłeś!? Skoro wszedłeś w ten związek, to znaczy że podjąłeś decyzję i powinieneś teraz wziąć z tą osobą ślub! Bo ta decyzja jest nieodwracalna!”

    Słuchajcie przy takim założeniu „waszej” teorii, wszystko jest bez sensu. Ludzie nie mogą spróbować z kimś być, bo jeśli od razu nie pokochają, zyją w kłamstwie. Jeśli natomiast, aby ustrzec się kłamstwa mówią komuś o miłości, bądź podejmują decyzję od tak, niewykluczone, że przez całe życie będą się męczyć. Nie mówię, że tak musi być, ale to niestety wielce prawdopodobne.

    I nie wyobrażajcie sobie, że jesteście jedynymi na świecie geniuszami, którzy rozmawiają na takie tematy z duchownymi i tym samym wiedzą wszystko. Ja, Kabaczek, Adam….też rozmawialiśmy na ten temat z ojcem, czy choćby księdzem (a nawet kilkoma) na religii. Owszem, każdy twierdzi, że miłość to decyzja, ja również. Ale również każdy zgodnie powtarza, że ludzie się mylą, że dostaliśmy od Boga całe te hormony, zakochania i inne, by zbliżyć się do decyzji o pokochaniu kogoś. Każdy twierdzi, że to normalne, że młodzi ludzie schodzą się i rozchodzą. Zwyczajnie – nie są dla siebie. Ale jeśli chcą, mogą zbudować miłość. I podjąć tę decyzję naprawdę.

    A co do monopolu na prawdę – zaznaczyłam, że być może nie studiuję teologii, ani nie jestem duchownym, ale moim zdaniem, niektóre rzeczy są po prostu śmieszne.
    I wybacz, ale to nie ja od kilku lat głoszę kazania na forum publicznym i twierdzę, że to ja mam rację, a moja niewiarygodna zdolność do kochania i zły los sprawił, że naprawdę się na tym znam.
    Trochę obiektywizmu.

    I wcale nie podejmuję tej polemiki z radością.

  6. A skoro porównujemy to do przyjaźni – nie, nie z każdym można się zaprzyjaźnić.
    Można sobie tak wmawiać, tak jak Mateusz twierdzi, że jest przyjacielem Kabaczka. Guzik prawda. Nigdy nie byliście i nie będziecie przyjaciółmi.
    Tu tkwi różnica między naszymi poglądami – my z Kabaczkiem zanim nazwałyśmy się przyjaciółkami, czekałyśmy na to chyba ponad 10 lat. Ale zbudowałyśmy tę przyjaźń i wiem, że mimo tego, że często drażnimy się nawzajem, bo mamy różne charaktery, będziemy przyjaciółkami już zawsze.
    Ty pewnego pięknego dnia stwierdziłeś szlachetnie, że jesteś jej przyjacielem.

    I co?
    Gówno za przeproszeniem z tego wyszło.
    Nic poza pustymi słowami.

  7. nie no błagam… znowu to samo. Makota prawdę ci powie. ty sam absolutnie nie masz pojęcia o tym, co przeżywasz, czego doświadczasz, jak się czujesz ani co w życiu robisz. wie to tylko Makota.
    jak możesz w ogóle stwierdzić: nigdy nie byliście przyjaciółmi? skąd Ty to możesz wiedzieć? ja też mam w życiu osoby, które wciąż nazywam przyjaciółmi, choć teraz z niektórymi nawet nie mam kontaktu. zwyczajnie nie odważyłabym się nazwać ich inaczej, ze względu na szacunek dla nich, jakąś niezwykłą rolę, jaką odegrali w moim życiu. ze względu na to, że choć może teraz coś się popsuło, to kiedyś z całą pewnością łączyła nas przyjaźń. a od drugiej strony biorąc są i tacy, z którymi mam doskonały kontakt od lat, a waham się przed nazwaniem ich przyjaciółmi.
    i myślę też, że nawet jeśli Kabaczek nie znosi Mateusza i w życiu nie nazwałby go przyjacielem, to i tak w drugą stronę – Mateusz ma prawo nazywać ją przyjaciółką. i z całą pewnością nie masz prawa dyktować mu jak ją traktuje.
    to, że traktujesz miłość jako decyzję, i to, że wobec kogoś tę decyzję podejmujesz nie oznacza, że musicie być razem do końca życia. bo czasem okazuje się, że najlepszym wyrazem tej miłości będzie rozstanie. chodzi o to, żeby kierować się miłością a nie egoizmem, zabawą czy czymś tam. i nie oznacza to, że musisz wziąć ślub z dziewczyną z przedszkola – po pierwsze dlatego, że wtedy raczej na pewno nie wiedziałeś jaką wagę mają słowa ‚kocham cię’, a po drugie i najważniejsze, czego uparcie nie chcesz do siebie dopuścić – dlatego, że do miłości oblubieńczej, czyli tej prowadzącej do małżeństwa, potrzebne są dwie osoby. i nie może być inaczej. nie może być tak że budujemy małżeństwo na jednostronnym fundamencie miłości. to nie ma żadnego sensu. jeśli więc my kochamy ale ta druga osoba nie chce przyjąć tej miłości, to wbrew temu co próbujesz udowodnić od lat, nie ma obowiązku latania za nią do końca życia. przykre ale prawdziwe. i na tym może faktycznie polegać ‚szukanie odpowiedniego człowieka’. oferujesz swoją miłość, szukając osoby, która ją odwzajemni.
    dalej… tak uważam, że jeśli wchodzisz z kimś w związek, w takim rozumieniu jakie jak sądzę obie mamy na myśli. to powinieneś najpierw pokochać. niekoniecznie od razu. ale najpierw, co oznacza tyle, że póki nie odważysz się podjąć decyzji, nie bądź w związku. bo owszem, wtedy oszukujesz drugiego człowieka. bądź z nim w przyjaźni. poznawaj go nawet. ale zachowuj się jak przyjaciel, a nie jak ‚ten/ta jedyny/a’. w przeciwnym razie uważam, że wyrządzasz tej drugiej osobie zło, okłamując ją.
    jeśli już kogoś okłamałeś, albo podjąłeś decyzję ot tak [nie ‚od’, tak na marginesie:P] i doszedłeś do wniosku, że tak właśnie się stało, to jak na mój gust, masz dwa wyjścia. w momencie zdania sobie sprawy z tego faktu albo podejmujesz dojrzałą decyzję na tak, i dalej w związku z tą osobą postępujesz z miłością, albo decydujesz na nie, odchodzisz, uznawszy swój błąd – i to obliguje cię również do dojrzalszego postępowania w przyszłości, skoro już raz uświadomiłeś sobie swój błąd i zrozumiałeś na czym faktycznie powinna polegać miłość.
    powiem Ci też tak… uleganie autorytetowi, nawet księdza, też może być błędem. jeśli ksiądz głupio mówi. nie twierdzę, że księża, o których mówisz – mówili głupio, bo nie słyszałam i nie wiem co dokładnie powiedzieli. nie chcę osądzać na podstawie takich przesłanek. ale tak czy siak, nie zgodziłabym się nawet z księdzem, gdyby mi powiedział, że to normalne, zakochanie i hormony, i trzeba się wypróbowywać. bo taki ksiądz, jak dla mnie, ewidentnie głosi własne subiektywne poglądy oparte na własnych doświadczeniach.
    zakochanie i hormony owszem są normalne. ale nie łączmy ich ze sprawdzaniem się, bo to już może prowadzić do katastrofalnych skutków, chyba sobie zdajesz z tego sprawę. hormony i zakochanie – wszystko super, pod warunkiem, że je kontrolujesz i nie działasz pod ich wpływem.
    być może źle zrozumiałam to, co powiedzieli Wam ci księża. jeśli tak to przepraszam.
    i owszem, młodzi ludzie się schodzą i rozchodzą, poznawanie się, wszystko ekstra. tylko ja to sobie wyobrażam raczej tak, że poznajesz chłopaka, umawiacie się na randki, i wszystko tam inne… a później nadchodzi dzień, w którym on ci mówi: słuchaj, podjąłem decyzję, że chcę z Tobą być, na poważnie [niekoniecznie musi używać słów ‚kocham cię’, bo może faktycznie ktoś się boi tych słów, tak jak ja się przestraszyłam, gdy Mateusz mi to powiedział pierwszy raz], więc jeśli się zgadzasz, od tej pory jesteśmy parą. on w swoim jakimś tam wnętrzu podchodzi do niej z miłością – poważnie, dążąc ku jej dobru, starając się unikać własnego egoizmu. ale inny scenariusz jest moim zdaniem błędem: chodzą sobie na randki, poznają się, pewnego dnia on ją całuje, bo tak mu się podoba, i od tej pory traktują się jak para, ze szczególnym uwzględnieniem tych najprzyjemniejszych rzeczy, pocałunków i przytulania, a może nawet brną dalej, ale żadne z nich nie podjęło nie tylko publicznie, ale nawet we własnym sercu decyzji o tym, że poważnie traktuje tę osobę – z należną jej godnością, z dążeniem ku jej dobru i bla bla bla. i są w związku – traktują się jak para – ale dopiero dążą do pokochania się. moim zdaniem jest to błąd. nie życzyłabym takiego faceta mojej córce.
    tak serio: chciałabyś, żeby Cię ktoś sprawdzał? bo ja bym się czuła jak przedmiot.
    i nie sądzę żeby Mateusz uważał, że go zły los doświadczył.
    przepraszam za ten dziko długi komentarz, jakoś nie umiem krótko pisać, co ogólnie rzecz biorąc może być również zaletą.

  8. Tak, lekarz kazał przytakiwać.

  9. Ubiegłego roku mielismy 25 lat.
    Oczywiście po ślubie.
    W tym wieku, to juz pamięć zawodzi, ale chcialem powiedzieć – nie pędź na tym rowerku, bo jak te dodatkowe koła Ci odpadną, to możesz się wyłożyć na wirażu, ale jakby co to zawsze służę tym co najlepsze jest dla innych…

  10. Czytałeś może „Sto lat samotności”? Fernanda…

  11. Heh, Makoto, lubię to ja Cię strasznie, ale ile my się powykłócamy o tej miłości, to mała głowa :).

    Skuszę się wreszcie o odpowiedź, mam nadzieję, że uda mi się spokojnie i bez nerwów. Zacznę od kwestii rosnącej decyzji. Wiesz, pisałem już o tym kiedyś, jak to jest z tą decyzją. TU pisałem. Wytłumaczę to jeszcze raz, może na przykładzie ciasta, bo ono też rośnie. Chcemy upiec ciasto. Ale nie chce nam się wstać z łóżka, nie chce nam się wyjść do sklepu, itp. Wreszcie decydujemy: tak, upieczmy ciasto! Wstajemy i pieczemy. Podejmowanie decyzji może nam zająć 3 minuty albo 3 lata. Ale ciasto nie zacznie rosnąć, zanim nie postanowimy go upiec.

    Tak też jest z miłością. Możemy się wahać przez 3 minuty albo 3 lata. Możemy. Tylko na samym wahaniu się, zastanawianiu, poszukiwaniu tylko własnych korzyści, nic nie zbudujemy. Decyzja, którą sobie chcemy w sobie wyhodować, wymaga tylko krótkiego wysiłku woli. Nie twierdzę, że podjęta po 5 latach nie jest prawdziwa. Nie twierdzę też, że jest prawdziwsza niż ta podjęta po 5 dniach.

    No, chyba że przez 3 lata mleko się zsiadło. Czasem może być już za późno na upieczenie ciasta…

    Decyzja ogólnie polega na wciskaniu wirtualnych przycisków „zaakceptuj” lub „odrzuć” (z całą pewnością nie przycisku „nie wiem”). Każda. To nie znaczy, że wartość na przyciskach zmienia się po latach przygotowywania do ich wciśnięcia. Pragnę zresztą zaznaczyć, że nigdy nie podszedłem do dziewczyny na ulicy i nie powiedziałem jej „Hej, weźmy ślub, kocham cię”. To mogłoby być dość ciekawe zjawisko, ale nie sprawdzałem. Jeśli postanawiałem pokochać dziewczynę, to miałem na jej temat pewną zgromadzoną wiedzę – co nie znaczy, że zawsze okazywała się ona wiedzą pewną i prawdziwą. Nie było decyzji „Hop siup!”

    „Musisz to przyjąć do wiadomości”. Przyjmuję. Jesteście tylko ludźmi i nie umiecie pokochać ot tak.

    Odnośnie pomyłek, to nie sposób się z Tobą nie zgodzić. Są ludzie, którzy mówią, że kochają, choć tak naprawdę działają pod wpływem emocji. Potem okazuje się, że się pomylili. Najczęściej jest tak, że tacy ludzie w ogóle nie mieli pierwotnie pojęcia, że miłość to jest decyzja, nieodwołalna. Mylili ją z uczuciami, hormonami itp. Osoba, której to mówiły mogła przypuszczać, że wiedzą o czym mówią. Później pomyłka wychodzi na jaw, druga osoba czuje się oszukana. Mogą trwać rozmowy. Ten, kto się pomylił zaczyna rozumieć już, że miłość to jest „tak” albo „nie”. I że dotychczas coś tam budowali na pomyłce. A teraz nic nie zbudują, bo bez miłości zbudować się nie da. Dlatego osoba, która zdaje sobie sprawę ze swojej pomyłki, tak jak mówi Ola, wie już w czym rzecz. I należałoby jej zdecydować: „Tak, kocham cię, teraz już rozumiem. Budujmy to razem”, albo „Nie, jednak cię nie kocham, a bez tego nic nie zbudujemy”. Być może są osoby, które liczą na to, że wybiorą trzecią opcję i będzie dobrze. „Nie wiem”, albo „Nie kocham cię, ale bądźmy razem, każdy ma prawo błądzić, daj mi czas, więcej czasu, jeszcze więcej czasu, nie, nic ci nie mogę obiecać”. Niestety, w takiej sytuacji nigdy nie będzie dobrze. Bo nie da się zbudować nic na czekaniu, ani na jednostronnej miłości.

    Męczenie się w związku ze względu na niedojrzałość i niezdecydowanie drugiej osoby nie oznacza braku miłości. Jeśli rozstajesz się z taką osobą, która z jednej strony nie może się na nic zdecydować i każe tylko czekać i czekać, a z drugiej czuje się tak przytulnie i bezpiecznie w związku, w którym nic nie musi robić, trzymając drugą osobę w wiecznym szachu, to robisz to, czego właśnie miłość do tej drugiej osoby od ciebie wymaga. Nie wiem, czy bierzesz pod uwagę to, że miłość to nie jest tylko czekanie, cierpliwe stanie w gotowości, ze wszystkimi mięśniami napiętymi, ew. głaskanie po główce. Miłość czasem wymaga wstrząśnięcia drugą osobą. Pokazania, że ten, kto kocha, nie jest marionetką w jej dłoniach. To może sprawić, że ta druga osoba zastanowi się nad swoją niedojrzałością. Może, choć nie musi. Tego nikt nie gwarantuje.

    I nie ogłaszaj autorytatywnie, że nigdy nie kochałem swoich narzeczonych, tak, jakbyś podjęła tę decyzję za mnie. Kochanie kogoś to jedno. A odwzajemnienie tej miłości to drugie. Nie da się budować na jednostronnym fundamencie. I nie ma obowiązku próbowania. Myślę, że nie powinniśmy wymagać od kogoś, kto marzy o założeniu rodziny i ułożeniu sobie życia, tkwienia w związku z założenia niedojrzałym i złudnym. Wyjście z takiego związku również zakłada miłość do drugiej osoby.

    Piszesz o małżeństwie jako o ostatecznym podjęciu decyzji i opowiedzeniu się po stronie miłości. A ja znam ludzi którzy się rozwiedli i odeszli do młodszej. Zaprzeczenie niezaprzeczalnego? Podejrzewam, że niejeden człowiek pochopnie i niedojrzale złożył przysięgę małżeńską.

    Jak już powiedziałem – nie twierdzę, że miłość należy deklarować (z pełną świadomością) na samym początku. Sądzę, że każdy ma prawo (ale nie obowiązek, jak próbujesz nam tu wmówić) z tą decyzją poczekać. Ale wówczas powinien opierać związek na chodzeniu do parku, na pizzę albo do kina. Bez obściskiwania się, bez całowania, bez dalszych ceregieli. „Ponieważ jeszcze cię nie kocham, nie działam z miłością, wszelkie moje działanie tak, jakbym cię kochał/a jest dla ciebie złe i nie będę tego robił, póki cię nie pokocham”. Owszem – by pokochać miłością oblubieńczą, powinieneś tą osobę w jakimś stopniu poznać. Znać jej system wartości, czy choćby to, co myśli o miłości jako takiej. Nie musisz natomiast wiedzieć jak całuje, jaki/a jest w łóżku, co lubi zjeść na śniadanie, etc. etc. Ty potrzebujesz na to kilku lat, ja kilku tygodni. Tylko ja bez tego nie buduję, bo zbudować się nie da. Nie ma większego sensu.

    Używasz słów „każdy” – to znaczy „każdy” ksiądz czy „każdy” oprócz was? Bo ja jednak sądzę, że nie każdy. Twierdzę zaś, że hormony i zakochanie mogą nie mieć z decydowaniem o miłości nic wspólnego. To, że często od tego się właśnie zaczyna, nie znaczy, że hormony w czymkolwiek pomagają. Hormony to jakieś tam substancje niezależne od nas. Decyzja to decyzja. Ukierunkowana czymś, nastawiona na coś. Ale decyzja wolnego człowieka.

    Nie spotkałem żadnego losu. A zdolność do kochania mylisz z kochaniem. Kochanie, pokochanie, to decyzja. Bo chcę. Zdolność do kochania wypracowuje się latami. A tak naprawdę, na dobrą sprawę, to nigdy nie będziemy do miłości ostatecznie zdolni. Nie mam żadnej wyjątkowej zdolności do kochania. Potrafię tylko postanowić, że chcę coś budować. To wszystko.

    Nie do końca zgodzę się natomiast z Lolinką, że mogę sobie mówić „przyjaciel” o kim chcę. Bo przyjaźń zakłada działanie z dwóch stron. Nie dziwię się więc, że gówno, za przeproszeniem, z tego wyszło.

    A Albin stał się moim przyjacielem, najlepszym przyjacielem, po jakimś miesiącu znajomości. Nie ma reguł w kwestiach czasu. Pozdrawiam Albina! :)

    Zastanawiam się jeszcze dlaczego nie potrafisz pomyśleć, że moja teoria nie tyle jest błędna, co jakoś do niedawna nie spotkałem zwyczajnie osoby, która zechciałaby ze mną współpracować? Wiesz, może kiedyś sam uznałbym tą teorię za fałszywą, gdyby nie jej sprawdzalność w autopsji.

    I odczep się od mojej żony. Nie życzę sobie ŻADNYCH komentarzy znaczących tyle, co „skoro się ze mną nie zgadzasz, to musisz być chora psychicznie”. Cieszę się, że z Tobą wszystko w porządku.

    Masq – Może i flaki z olejem, ale za to jakie smaczne! :)

    Zgredziku, nie przepadam za podejściem na zasadzie „Jesteś młody i głupi, jak już będziesz miał tyle lat co ja, to zmądrzejesz, bo nabierzesz doświadczenia”. A nie, zapomniałem, że wtedy i Ty będziesz o kolejne 25 lat starszy i bardziej doświadczony, a ja to będę taki gnojek jeszcze. Z tym rowerkiem to takie trochę „nie szarżuj, bo się przewrócisz”. A ja już się parę razy przewróciłem, co wspominam nieco boleśnie, ale w gruncie rzeczy dość pozytywnie. I zamierzam się przewracać dalej, skoro tyle dobrego z tego wychodzi :).

    Książki nie czytałem. A o czym to?

  12. Och, otóż Mateusz wreszcie napisał coś z czym się zgadzam.

    Nigdy nie twierdziłam, że czas jest niezbędny. Można zdecydować od razu, dlaczego nie? Ale nie zgadzam się z Tobą, że należy to zrobić od razu, bo do tej pory tak właśnie twierdziłeś.

    „To, że często od tego się właśnie zaczyna, nie znaczy, że hormony w czymkolwiek pomagają. Hormony to jakieś tam substancje niezależne od nas. Decyzja to decyzja. Ukierunkowana czymś, nastawiona na coś. Ale decyzja wolnego człowieka.” – cały czas mówię dokładnie to samo, co właśnie napisałeś Ty. Czytajcie ze zrozumieniem.

    I nie uważam Oli za nienormalną, broń Boże. Ale denerwuje mnie, że mnie obwiniacie za posiadanie monopolu na prawdę, kiedy to jest po prostu apogeum mojego poirytowania tym, że to Ty Mateuszu od kilku lat prawisz wszystkim morały.
    Obiektywizm.

  13. magda

    czy tak ciezko zaakceptowac, ze ktos moze miec inne zdanie na jakis temat? rany, przeciez nie macie sie wszyscy wzajemnie przekonywac do jedynych slusznych prawd. i wydaje mi sie, ze troche naskoczyliscie na Makote…

  14. Magda ma rację. Każdy ma prawo do swojego zdania – Polska wolny kraj. Ba, w małżeństwie też nie można się zgadzać bezkrytycznie z każdym zdaniem małżonka…
    Chciałabym napisać jeszcze coś, co mam na końcu paluszków, ale się powstrzymam. Może się domyślicie? W każdym razie, nie mam czasu na głupkowate spory, a Twoje zdanie Mateuszu szanuję i w jakiś sposób cenię :)
    Może to śmiesznie zabrzmi, ale u Was to chyba Lolinka jest tym „rycerzem w srebrnej zbroi i na białym rumaku”, oczywiście tylko w pewnym sensie… :)

  15. Lolinka

    hm, przyznaję, że poczułam się trochę dziwnie. ja rozumiem, że możecie się z nami wszyscy nie zgadzać, ale cóż wydaje mi się, że naskakiwanie na kogoś wygląda jednak trochę inaczej, nie? to że piszemy gigantycznie długie komentarze w odpowiedzi? oboje tak już mamy i w zasadzie nie wiem czy to źle… natomiast prawdę powiedziawszy dziwi mnie lekko… cóż, to wszystko… ale chyba tłumaczyć się nie będę, bo podobnie jak mojemu mężowi – zwyczajnie mi się już z lekka nie chce.
    raczej nie wiemy, co Fiolka ma na końcu paluszków.
    zaś co do bycia rycerzem w srebrnej zbroi – domyślam się, że chodzi o to, że piszę komentarze w obronie Mateusza i w ogóle? nie wynika to z mojej chęci bronienia go, po prostu po pierwsze – zazwyczaj ja wszystko pierwsza czytam, bo siedzę w domu, a jego prawie ciągle nie ma. a po drugie to ja się dużo bardziej denerwuję i nie mogę się wprost powstrzymać często od komentowania. jak na przykład w tej chwili.

  16. Masq

    „chodzi o to, że piszę komentarze w obronie Mateusza i w ogóle?”
    Tak. Też to zauważyłem. Mam nadzieję, że broni Cię równie silnie.
    „piszemy gigantycznie długie komentarze w odpowiedzi? oboje tak już mamy i w zasadzie nie wiem czy to źle…”
    To jest tak:
    długa forma wypowiedzi – wymaganie więcej od czytelnika
    krótka forma wypowiedzi – wymaganie więcej od autora.
    Sztuką jest ująć obszerną treść w zwięzłą i łatwą do przyswojenia formę.

  17. Rzeczywiście, już mi się trochę nie chce.

    Po pierwsze o czym ta notka, a o czym komentarze. Otóż notka została może i rzucona w eter, do różnych czytelników. Jednak w rzeczywistości, co daje się chyba odczytać z jej treści („Czytajcie ze zrozumieniem.”), zwróciłem się do osób, które JUŻ podjęły świadomą decyzję dotyczącą pokochania (naprawdę nie ważne, czy po roku, czy po sześciu), a później zaczęły przeżywać jakieś kryzysy, ze względu na które mogą na przykład teraz próbować się wykręcać, że się pomyliły. Nie było mowy o konieczności podejmowania żadnej decyzji NA POCZĄTKU, lecz o konsekwencjach decyzji, którą już – z pełną świadomością – się podjęło.

    Zacznijmy więc od tego, że Makota skomentowała swoje wirtualne, oparte na wyimaginowanej znajomości mojej osoby, wyobrażenie o notce, której nigdy nie napisałem.

    Komentarze pojawiające się pod notką nie mają z jej rzeczywistą treścią niemal nic wspólnego. Więcej mają wspólnego z uprzedzeniami, których nabawiła się w moim kierunku Makota (istnieniu których uprzedzeń zwykła solennie zaprzeczać), spowodowanymi moim – jej zdaniem niewłaściwym – podejściem do miłości (wypróbowanym przez nie tyle nią samą w autopsji).

    Śmiem przypuszczać, że Wasze „naskoczyliście na Makotę” może mieć związek z tym, że Wy same zgadzacie się z jej teorią (Ty też, Fiolku, co nieco mnie dziwi – biorąc pod uwagę wszystkie konsekwencje takiego myślenia – pod pewnym kątem może nawet i dobre). Bo, być może, wypowiedzi takie jak „Makota prawdę ci powie. ty sam absolutnie nie masz pojęcia o tym, co przeżywasz, czego doświadczasz, jak się czujesz ani co w życiu robisz. wie to tylko Makota” można uznać za coś w rodzaju naskakiwania, to była to jedynie odpowiedź na wcześniej zaistniałe komentarze.

    Jestem pewien, że mogłyście nie zauważyć ton jadu sączącego się z wypowiedzi powyższej. Zwróćmy uwagę na wypowiedzi typu: „Ale po raz kolejny trochę rozśmiesza mnie Twoje podejście do kwestii samej decyzji”, „z moich obserwacji wynika, że dla Ciebie ta niezwykle ważna decyzja to jest zwykłe “hop siup, słuchaj od dziś Cię kocham, będę się dla Ciebie poświęcał, a za kilka miesięcy weźmiemy ślub””, czy chociażby „Może nie jestem na studiach teologicznych, może jestem w tym przypadku tylko marnym studentem architektury”. A już zwłaszcza „I nie wyobrażajcie sobie, że jesteście jedynymi na świecie geniuszami, którzy rozmawiają na takie tematy z duchownymi i tym samym wiedzą wszystko”. Czy tego akurat nie nazwałybyście trochę naskakiwaniem? Wrzutów w stylu „nie jestem romantyczką” nikt nie zrozumie, jeśli nie zna Makoty i relacji panujących między nami.

    Dalsza kwestia to wyrzucanie mi wszechwiedzy i nieomylności, przy jednoczesnym użyciu słów: „Musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy tylko ludźmi, i choć powinniśmy się starać – nie umiemy pokochać od tak. Po wypowiedzeniu jednej formułki. Musisz to przyjąć do wiadomości”, czy nawet stwierdzaniu, że „To jest tylko wymówka. Tak naprawdę nigdy ich nie kochałeś”, albo choćby futurystyczna wizja „Nigdy nie byliście i nie będziecie przyjaciółmi”. Każdy ma prawo do własnego zdania. Ale czy każdy ma prawo do wglądu w ludzką duszę i do przepowiadania przyszłości?

    W ostateczności pozostaje jeszcze kwitowanie długiego tłumaczenia „jak krowie na granicy” słowami: „Tak, lekarz kazał przytakiwać.”

    Mam swoją teorię miłości, której nie opisywałem w tej notce. Trzymam się jej, bo układa mi się w życie, gdy spotkam osobę, która rozumie co mam na myśli – i kocha z wzajemnością. Makota nie zgadza się z tą teorią, czemu się nijak nie dziwię. I choć w jednym miejscu pisze: „Musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy tylko ludźmi, i choć powinniśmy się starać – nie umiemy pokochać od tak. Po wypowiedzeniu jednej formułki. Musisz to przyjąć do wiadomości. Na to czeka się latami. Pielęgnuje się tę małą rosnącą decyzję, dba o nią, lub zawzięcie z nią walczy, whatever. Człowiek oswaja się z myślą, że chce podjąć tę decyzję. Że jest gotów, lub nie. Czas, czas, czas”, w drugim zaś: „Nigdy nie twierdziłam, że czas jest niezbędny. Można zdecydować od razu, dlaczego nie?”, to jednak w dalszym ciągu rozumiem, że może mieć inną teorię. Dlaczego jednak uparcie wciska tę swoją teorię, publicznie mówiąc, że moja jest śmieszna (tj. że ją śmieszy), w notce, która mówi o kompletnie innym aspekcie? I dlaczego twierdzicie, że to MY naskoczyliśmy na Makotę…?

    Co do rycerzowania – doszliśmy zwyczajnie do wniosku, że Ola może napisać komentarz broniący nie tyle mnie, co samą teorię, bo co dwie głowy (teraz nawet trzy) to nie jedna. Zwłaszcza po burzliwej dyskusji z Makotą na gg, której nie byliście i raczej nie będziecie świadkami.

    Masq bardzo się cieszę, że jesteś w stanie wytłumaczyć tak skomplikowane kwestie w kilku zdaniach. Chętnie zajrzę na Twojego bloga, o ile taki posiadasz. Ja lubię pisać długo, moja żona też. A zazwyczaj mamy tu czytelników, którzy dają radę jakoś przez to przebrnąć. Może nawet jeśli dużo od nich wymagamy.

    Fiolku, nie wiemy, co masz na końcach paluszków i nie obrazimy się, jeśli zechcesz, lub nie zechcesz, to z nich zrzucić.

    Pozdro! :)

  18. To jest tak, że specyfiką Mateuszowego bloga jest to, że notki są długie treściwe, ale i „łopatologiczne” w pewnym sensie. Ciężko się to czyta, jak się czasu nie ma. Ale można czytać na raty.

    Co miałam na końcu paluchów…? Hmmm.. szczerze powiedziawszy to już zapomniałam, bo to było przed 13.

    Jeśli o Makotę chodzi, to myślę, ze trzeba to wyjaśnić kanałem prywatnym, bo się pożrecie publicznie, chociaż jak tam chcecie.. Jeśli lubicie na siebie NAWZAJEM naskakiwać.

    Nie zgadzam się jednak z tym, że decyzję o miłości trzeba podjąć od razu. Zresztą ten temat to już chyba z mężem wyczerpaliśmy na swoich blogach. Ale najprawdziwszą prawdą jest to, że jak się ją już podejmie, to należy być konsekwentnym.

    Olu, Ty to się tak nie denerwuj, co? Ja się chyba w ciąży za dużo denerwowałam, bo z jasia mały złośnik jest. A, że jesteś dla męża niczym Danusia dla Maćka z Bogdańca (ta scena ze sławetnym „mój ci on”), to Ci się chwali. Kochasz Go, więc to najnormalniejsze na świecie. Kochajcie się dalej :)

  19. Chodzi tylko o dystans i doświadczenie. Nie zamierzam żyć kolejnych 25 lat. Zresztą Firma ma podobno 2000 lat i tez z tego nic nie wynika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s