Monthly Archives: Luty 2009

Interpretacja tekstu z trafieniem w klucz

Zacznę od krótkiego podsumowania czasów ostatnich. Nie będzie tego dużo, tylko trochę statystyki. Chciałem bowiem powiedzieć, że notka o Afryce, która w krótkim czasie zmieniła się w pole bardzo dziwnej „bitwy”, zdobyła zainteresowanie, które pobiło moje oczekiwania. Komentarze odbijały się w niej na zasadzie ping-ponga („Do you know what it feels like” i tak dalej) i szybko zaczęły zbliżać się do niebezpiecznego limitu – bo nigdy jeszcze w żadnej notce nie miałem tylu komentarzy, co w notce o moim usunięciu z seminarium. Tam znalazło ich się 45, i to na przestrzeni kilku lat. Nie chciałem, by ta magiczna liczba została przebita z taką łatwością, postanowiłem więc odwrócić Waszą uwagę jakimś kontrowersyjnym tematem. Zarzuciłem notkę o celibacie – ale jakoś nawet Łajt Flałer nie przyszedł… Notka zakończyła swój żywot jako zachęta do proponowania treści notek. Kiedy więc nadal Afryka rulowała, złapałem za 44 komentarz i napisałem na jego podstawie notkę. No i wtedy się zaczęło!

Pakiet lojalnościowy nie zdobył aż tylu komentarzy, ping-pong („Do you know what it feels like”) trwał tam tylko dwa dni, ale oglądalność bloga przez te dwa dni szczytowała niespodziewanie, pobijając poprzednie rekordy o setkę. Afryka była bezpieczna.

A potem Makota niespodziewanie bardzo głośno się zaśmiała. No i przelałem czarę. By dołożyć swe trzy grosze, Masq napisał komentarz nr 47 – i oto mamy nowy rekord :). Gratuluję. Zaznaczę tylko, że oglądalność w Pakiecie dziś przebiła tą afrykańską. Też gratuluję :).

Dziś nie będzie kontrowersji, przynajmniej nie takie. Po tym przydługim wstępie przejdę do napisania o czym miałem napisać. Ponieważ 47 komentarz był prośbą o tłustoczwartkową notkę, chciałem się uporać w czwartek – ale zabrakło mi sił. Piszę więc dopiero teraz. A ta notka będzie odpowiedzią na prośbę Wioli (Maggie, wciąż mam za małą wiedzę na temat kapłaństwa kobiet, ale ją pogłębiam). Wiola poprosiła mnie w swym komentarzu m.in. o odniesienie się do kwestii czystości przedmałżeńskiej na podstawie tekstu pana Tomasza Piątka, który znajduje się tu. Pomyślałem wprawdzie, że o czystości przedmałżeńskiej to już sporo bywało, ale można zawiesić oko i klawiaturę jeszcze raz na tym aspekcie, patrząc od trochę innej strony. A oprócz tego, w czasie lektury, wynurzył mi się jeszcze inny problem, który też postaram się poruszyć.

Zacznę może od tego, że autor artykułu opiera się na słowach Lutra, który mówił, że „pożądanie seksualne dane jest człowiekowi tak samo jak pragnienie jedzenia, napoju i snu. Ten, kto próbuje powstrzymać się od seksu, jest jak ktoś, kto próbuje powstrzymać się od sikania (autentyczne słowa Lutra).” I już tu, absolutnie, nie mogę się z Piątkiem, ani z Lutrem, zgodzić. Zresztą, jak zaznaczałem, o czymś podobnym kiedyś pisałem, odpowiadając na Malińskiego. Pożądanie seksualne bowiem nie jest tak samo dane, jak pragnienie jedzenia, napoju i snu. Wręcz przeciwnie. Człowiek umiera po kilku dniach niepicia, po tygodniu niejedzenia, a nie śpiąc kilkanaście godzin, zwykł słaniać się na nogach (jak ja w tej chwili) i też z pewnością długo nie przeżyje bez snu – choć to się raczej samo o siebie upomni. Człowiek, który nie uprawia seksu, żyje i rozwija się zupełnie normalnie. Mężczyźni (ani kobiety) nie mają żadnych buraczanych potrzeb seksualnych, co zdawał się sugerować Maliński (z którego podobno zrobiłem idiotę – ale nie otrzymałem odporu :). Ponieważ seks nie jest potrzebą. Luter mówi, że powstrzymywać się od seksu to jak powstrzymywać się od sikania? Stwierdzę, że to kiepskie porównanie. Myślę, że niejedno z Was to potwierdzi. Bo, w sumie, kiedy następuje ten moment, gdy seks staje się tak naglącą potrzebą? W wieku 13 lat, czy w wieku 18, czy w momencie znalezienia sobie tego konkretnego partnera? A co wcześniej? Tak, wiem, pan Piątek również mówi o wstrzemięźliwości – że Bóg chce, byśmy tę palącą potrzebę zaspokajali w monogamicznym związku. Porównuje to też do jedzenia z panem Kowalskim: „Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: nagle okazuje się, że mogę jeść tylko w towarzystwie pana Jana Kowalskiego. Muszę spotykać tego człowieka kilka razy dziennie, poznając go coraz bardziej. Siłą rzeczy, potrzebuję go jak samego siebie.” No dobrze, a co wcześniej? Mam nie jeść, dopóki nie spotkam tego odpowiedniego pana Kowalskiego? Może się mylę, ale tak mi to wygląda. Tak więc zaznaczę jeszcze raz – seks jest czymś pięknym, wspaniałym, wzniosłym. Ale nie jest potrzebą.

Sam kiedyś napisałem notkę o moich kłopotach z czystością. Potem udało mi się z tymi kłopotami uporać. Uskuteczniałem wstrzemięźliwość dopóki nie wziąłem ślubu – przez sześć lat! Czy umarłem? Nie, jeszcze żyję. Co więcej – mieszkałem i spałem ze swoją narzeczoną przed ślubem przez rok (nie piszę tego by ukazać jako coś godnego naśladowania), a mimo tego uskuteczniałem wstrzemięźliwość – nie miałem żadnych problemów z wytrzymaniem – i do tego nie umarłem. Niektórzy naówczas podejrzewali mnie o aseksualność. Inni mówili, że to moje bagienko mnie tak skrzywiło. Cóż, zauważmy, że moja żona jest w ciąży. Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak do tego doszło. Seks jest więc popędem. Jest atrakcyjną, kuszącą sprawą. Ale nie jest potrzebą. I nie porównywałbym go z sikaniem.

„Nie chodzi więc o to (…) że chrześcijanin ma dusić w sobie pragnienia. Odwrotnie: chrześcijanin ma pragnąć totalnie: całym sobą i na całe życie.” – I tu muszę się zgodzić, bo właśnie o to chodzi! Chodzi o to, by chcieć ten swój popęd oddawać tej jednej, jedynej osobie, by pragnąć na całe życie być całym dla tej jednej osoby. Spójrzmy jednak na ten fragment, który wyciąłem: „jak chcą katoliccy chwalcy celibatu”. Hmmm… Czyżby? Hej, przecież ja jestem katolickim chwalcą celibatu! No właśnie o to chodzi! Człowiek ma pragnąć całym sobą, ale JAK ma to zrobić, jeśli uznamy, że seks JEST potrzebą?

Skupmy się przez sekundę chociaż na naturze ludzkiej. Wiemy, że człowiek jest istotą rozumną i wolną. Jako jedyna istota świata. Wierzymy (choć nie wszyscy), że to dzięki Bożej woli. Jako chrześcijanie chyba właśnie w to wierzymy. Wiemy też, że Bóg chce, abyśmy łączyli się w jedno ciało tylko ze swoją żoną (Rdz 2, 24; Mt 19, 5-6). Jest to spowodowane tym właśnie, że człowiek jest na tyle rozumny i na tyle wolny, by nie odpowiadać zawsze „tak” na swoje popędy. Że nie działa bezwolnie w celu poczynania wielkiej liczby potomstwa. Gdyby tak było, pomyślcie logicznie, gdyby musiał odpowiedzieć pozytywnie na swój popęd (który w naturze wiąże się bezpośrednio z prokreacją), to po co wymyślałby antykoncepcję? A poza tym, być może (nie, nie być może, z pewnością) wstrzemięźliwość seksualna nie jest rzeczą prostą. Ale Jezus sam mówił: dla Boga nie ma nic niemożliwego. Dlatego my, chrześcijanie, mamy za zadanie z miłości prosić Boga o pomoc w dochowaniu czystości dla naszego męża, naszej żony. A Bóg nam pomoże, gwarantowane.

„Seks nie jest potrzebą a popędem. Czy słyszeliśmy o tym, by ktoś umarł od abstynencji seksualnej, tak jak można umrzeć np. z głodu lub pragnienia? Niektórzy wprawdzie robią takie wrażenie, ale nie trzeba się o nich lękać. W każdej społeczności są ludzie, którzy żyją, zachowując pełną wstrzemięźliwość” – jak mówi Jan Bilewicz.

Pozostaje kwestia tego, co jest, jeśli dojdzie do współżycia przed ślubem. Autor felietonu powołuje się na fragment Wj 22, 16. Fragment ten, czytany w szerszym kontekście, zawiera szereg praw starotestamentalnych, których, Bogu dzięki, chrześcijaństwo już nie przestrzega. Wersety 17 i 18 głoszą na przykład: „Nie pozwolisz żyć czarownicy. Ktokolwiek by obcował ze zwierzęciem, winien być ukarany śmiercią”. Tych czarownic to kiedyś, zdaje się, nie oszczędzano. Nie wiem, jak było z zoofilami. Pamiętamy dobrze, że Jezus przyszedł i nauczał, że nie człowiek dla prawa, lecz prawo dla człowieka, że On jest panem prawa, etc. O prawie miłości nauczał zwłaszcza. I być może niektórzy nadal uważają, że prawo jest do przestrzegania w 100%. Ale oni mają jeden swój cytat z Ewangelii, no i jeszcze ten o sądzeniu, a reszta ich już nie bardzo obchodzi.

Pan Piątek pisze, w związku z wymienionym przez niego cytatem, że „Hania (zresztą buddystka) i ja byliśmy właśnie w takiej sytuacji. Pastor Michał Jabłoński z mojego Zboru Ewangelicko-Reformowanego, powiedział mi: Bóg już pobłogosławił, skoro jest miłość, teraz czas na to, żeby pobłogosławił Kościół. Pastor Włodzimierz Tasak ze Zboru Chrześcijan Baptystów dodał: poślubić niezwłocznie.” Kiedy dyskutowaliśmy w oparciu o ten fragment z dwiema znajomymi, Gosią i Martą, rzuciły one hasło, że „ssaki leśne nader często uzyskują takie błogosławieństwo”. Jeśli ktoś nie rozumie pojęcia „ssaki leśne” to dodam, że są to takie stworzenia, które wychodzą do szosy, najczęściej gdy jest ciepło. Marta, jako twórca tego słowotworu, lepiej by to wyjaśniła.

Może to dość drastyczny przykład, ale nieźle mi tu pasuje. Dlatego, że każdy może popełnić błąd. Każdy może popełnić ten błąd wiele razy. I z niejedną osobą. Z taką koleżanką na dyskotece na przykład. Nie pytam – czy ma wziąć z nią ślub. Pytam: czy Bóg już pobłogosławił ich związek, na wieki wieków uff? Nie, nie przypuszczam. Bóg bowiem błogosławi związek w momencie przyjęcia sakramentu ślubu. I wówczas błogosławi go również pod kątem współżycia. Nie błogosławi związku jak małżeństwa w momencie współżycia. Można by rzec – dzięki Bogu. Bo pomyślmy, ile złych, nieszczęśliwych małżeństw tworzyłoby się tą udziwnioną metodą?

Rozumowanie pana Piątka jest, moim zdaniem, czymś w rodzaju samousprawiedliwienia. „Tak, owszem, nie dochowałem czystości przedślubnej, ale Bóg pobłogosławił mój związek, wziąłem więc ślub z moją obecną żoną”. Nie musiałem dochowywać czystości – bo Bóg pobłogosławił w momencie współżycia. Zamiast rozwijania cnoty z miłością i z miłości – mamy kiepski sposób na usprawiedliwienie się. A, co ciekawe, spotykamy go często nie tylko wśród ewangelików (którym to jest autor tekstu), lecz również u poważnie podchodzących do wiary katolików…

A pierścienie czystości? Zależy jakie mają dla kogo znaczenie. Porównywałbym je do krucjaty. Jestem absolutnym przeciwnikiem kupowania ich przez babcie i ciocie na Pierwszą Komunię, czy nawet na bierzmowanie. Ale jeśli spotykamy dziewczynę, która ma na palcu pierścień czystości, to przychodzi nam do głowy, że może to być np. ktoś myślący podobnie do nas. Ten pierścień nie musi pomagać nam w utrzymywaniu czystości. Może, tak jak KWC, być dla nas zwieńczeniem jakiejś trudnej, ale już podjętej, decyzji. I w tej sytuacji jestem jak najbardziej przychylny. Choć cena chyba trochę za duża…

I jest jeszcze ten drugi aspekt tekstu, którego prawie udało mi się jakoś nie zahaczać dotychczas (co było trudne). „Wokół pokwitających młodych ludzi skaczą przekwitający starzy faceci, rzekomo uprawiający czystość, którzy straszą grzechem śmiertelnym, żądają czegoś fizjologicznie bardzo trudnego” lub „Straszenie młodych zakochanych ludzi grzechem śmiertelnym jest takim samym szantażem, jak wciskanie im nowego telewizora” – co to oznacza? „Ach wy źli katoliccy księża! Straszycie dzieci piekłem i zmuszacie do przestrzegania waszych wymysłów!”

„A wy, źli ewangelicy, nie dość, że nie macie księży, to jeszcze pozwalacie na seks przed ślubem!”

„A wy, katole, to nie pozwalacie kobietom być kapłanami!”

„A u was, ewangelików, to gejów żenicie!”

„A wy mordujecie gejów!”

„A wy zabijacie dzieci nienarodzone!”

„A wy hodujecie smoki!”

„Ale wy większe!”

I tak w koło Macieju. Tak, to nie tylko tak między katolikami a protestantami. To zdarza się też tu, wśród nas, na tym blogu. Może słusznie powiedziała Makota, że powinniśmy się czasem zastanowić, na spokojnie, i przemyśleć, a dopiero mówić. Tak, to dotyczy wszystkich.

Cóż, pani profesor, sądzę, że nie trafiłem w klucz?

Categories: Duchowość i moralność | 90 komentarzy

Pakiet lojalnościowy

„Żyje mi się dobrze, ha! Hipokryzja!
Otula mnie życie pedał i miłość dziwka.
Muszę dziś to przyznać, jak żyć jest ciężko,
dla jednych życie życiem, innym prawdziwe piekło.”

Kawon i Gibon – To zbyt pospolite

Hipokryzja – jakie to ostatnimi czasy popularne słowo jest. To już nie pierwszy raz w ciągu ostatnich dni, gdy ktoś określa mnie używając tego słowa. Ta notka miała powstać za pierwszym razem – i miała się zaczynać od dokładnie tego samego cytatu z Gibona. Nie napisałem jej, bo pomyślałem, że może nie jest to najlepszy pomysł. Miałem zamiast tego napisać maila, ale również zrezygnowałem. Teraz, być może zupełnie niespecjalnie, dotknę tego wydarzenia. Ale chciałbym skupić się raczej na drugim.

Szanowna/Szanowny Ktoś (bo przecież używanie przez Ciebie rodzaju żeńskiego może być równie dobrą zmyłą jak wszystko inne). Nie obchodzi mnie, kim jesteś, choć od początku mam pewne przypuszczenia. No dobrze, źle się wyraziłem. Oczywiście, że obchodzi mnie, kim jesteś – ale nie widzę powodu, byś miała jakikolwiek obowiązek z ujawnianiem tego. Anonimowość jest, w jakiś sposób, przywilejem ludzi, którzy z jakichś powodów nie chcą ujawniać w sieci swojej tożsamości. I być może jest IP, być może – jak mówi Wiola – nikt nie jest do końca anonimowy, ale też dokładnego adresu nikt nie wyśledzi. Przeszkadza mi, owszem, Twoje zwracanie się do mnie (i mojej żony) po imieniu, kiedy sama nam swego nie ujawniasz, ale oznacza to raczej „nie zwracaj się do nas po imieniu”, niż „podaj nam swoje imię”. Nie zamierzam iść za Tobą, szukać Cię z policją, strzelać do Ciebie z kałacha itp. Chciałbym zwyczajnie, byśmy potrafili rozmawiać/kłócić się ze sobą jak równy z równym, a nie na zasadzie „ja wiem kim jesteś, a ty o mnie nie wiesz nic, mam więc nad Tobą przewagę i będę ją wykorzystywać”. A wykorzystujesz ją, także w ostatnim komentarzu, pisząc o jakichś prywatnych sprawach, nie poruszanych raczej na blogu. Oczywiście masz prawo to robić, jak i masz prawo wchodzić mimo drzwi zamkniętych, panoszyć się jak u siebie i zachowywać odrobinę brutalnie – bo ja nie usuwam komentarzy, nie blokuję IP i ogólnie tak naprawdę żadnych drzwi nie zamykam. Jak widzimy jednak, każdy ma swoje poczucie dobrego smaku, każdy ma też swoje podejście do różnych zasad – i każdy ma prawo wykorzystać dobro drugiego człowieka, jak mu się podoba.

Pada tylko pytanie, czym, Twoim zdaniem, różni się moje wyrzucanie Ci grzechów, „bo nie wiem kim jesteś”, od Twojego panoszenia się i grubiaństwa „bo nie wiesz kim jestem”. Podejrzewam niestety, że gdybyś nie skorzystała od początku ze swojego przywileju anonimowości, to być może ja byłbym wobec Ciebie łagodniejszy, ale Ty nie odważyłabyś się również posuwać do tego, do czego się posuwasz. To samo zresztą tyczy się Szefa McElroya, którego tożsamości domyślam się w jakichś 85 procentach…

Z tym, z czym spotykam się w tym momencie, spotkałem się również w notce „Perypetie przedślubne”, której jeszcze nie przerzuciłem na tego bloga. Wówczas również wszystkie Słonie i Ktosie (może to ten sam ktoś co teraz?) czuli się cudownie, mogąc mi tu i tam przyłożyć – choć pewnie nie odważyliby się tego zrobić, gdyby nie mogli zachować anonimowości. Zdarzyło mi się też zresztą dużo dawniej, w początkach blogowania, gdy mój dobry kumpel z liceum starał się być nieznajomym. To powtarza się raz po raz. Zdążyłem się już przyzwyczaić. I, być może, nie zaprzecza mojej hipokryzji. Ale z pewnością uśmiecha się też do Waszej.

Tu też wchodzimy na teren „zawsze broniłam” i „wyśmiewany za plecami”. Biorę pod uwagę dwie sytuacje. Jedno „zawsze” mogło zacząć się w okresie przedślubnych perypetii, ew. nieco dawniej (choć mogło być i o wiele dawniej, bo to wtedy to nie był jedyny raz, gdy miałem „rodzinne” problemy związane z blogiem, a ktoś już od dawna donosił moim rodzicom, że oto właśnie na blogu było napisane „moi rodzice” – ojej, znowu możecie donieść!). Wówczas byłabyś kimś z mojej familii, choć nie wiem, kto mieszka w Wawie (chyba że IP Cię przerzuca do Warszawy) i zna mnie na tyle dobrze, by „zawsze bronić” przed wyśmiewaniem za plecami. Drugie „zawsze” dotyczy natomiast „wszyscy się zastanawiali gdzie Ola ma oczy”. Czyli można by stwierdzić, że jesteś bardziej związana z Olą, niż z Mateuszem – to by potwierdziło zarówno wyśmiewanie za plecami, którego w jakiś sposób byłem świadom, jak i zaślepienie Oli przy patrzeniu na mnie – co dotyczyło chyba bardziej jej znajomych, niźli moich (nie licząc, ewentualnie i być może, kilku osób). A wówczas byłabyś… No, chyba że naprawdę jesteś Basią, co też w jakiś sposób jest prawdopodobne.

Mniejsza o to, uznajmy, że jesteś zwykłym pospolitym ktosiem, kto wie o nas bardzo wiele i zna nas osobiście na tyle, by bronić nas gdy się śmieją (tj. bronić mnie gdy się śmieją), a o którym wiemy tylko tyle, że miał kiedyś świnkę morską o imieniu Tosia. Ktoś ten twierdzi, że jestem człowiekiem, dla którego „zasady są ale nie dotyczą wszystkich”, który „potrafi rozgrzeszyć czy zrozumieć swoich przyjaciół, bronić ich ponad wszystko. jednak w stosunku do osób mu obcych jest radykałem.” Intryguje mnie o czym tak dokładnie piszesz, tj. do czego pijesz?

Bo na przykład nie tak dawno napisałem notkę odnoszącą się do kogoś (a i ta pierwotnie miała być skierowana w tę samą stronę) kto nie do końca w odniesieniu do swojej „drugiej połówki” zachowuje się tak, jak sądzę, że wypadałoby się zachowywać.

Z drugiej strony zaś owej „drugiej połówce” podsyłam materiały dotyczące „tych spraw”, gdyż można by w jakiś sposób odnieść wrażenie, że nie zamierza zwracać uwagi na to, że jego otoczenie wytrwale walczy o czystość przedślubną i jest dumny z tego, że myśli inaczej, niż oni.

Mojego brata, którego zaliczam do grona najlepszych przyjaciół, ostro pojechałem jakiś czas temu za to, co zrobił w związku ze związkiem. Dziś już mi trochę przeszło, ale byłem nieźle wkurzony.

Jednej osobie, której przyjaźni nie mogę być już chyba dziś taki pewien, przez lata wyrzucałem niezdecydowanie i wykorzystywanie naiwności innej osoby.

Owej innej osobie przez lata wyrzucałem naiwność i bycie wykorzystywanym.

Maggie zaraz po skończeniu liceum wielokrotnie wyrzucałem coś, co odczytałem jako porzucenie własnych marzeń i ideałów. Czyż nie tak, Maggie droga? :)

Michalina podjęła decyzję, która moim zdaniem była, jest i będzie decyzją niewłaściwą. To, że szanuję jej wybór, którego się trzyma, jednocześnie świadomie rezygnując z tego, co najpiękniejsze oferuje jej Kościół, nie znaczy, że ją popieram. To, co wywnioskowałem z „obcowania” z moim „ałtorytetem” w ostatnich czasach skwitowałem słowami „I wszystko jasne”. To dopiero otworzyło skrytkę, w której można było wywnioskować, że jednak nie wszystko takie całkiem jasne.

Mojemu kuzynowi zaś, którego niezmiernie szanuję, a którego przedstawiam notorycznie jako przykład ateisty-przyjaciela, podesłałem niegdyś na urodziny książkę św. Augustyna. On zaś dał mi w prezencie ślubnym książkę „Bóg urojony”. Taka wiele znacząca wymiana lektur, panie. Nie popieram jego ateizmu. Nie wiem, czy coś wskóram, próbuję ile mogę. Ale nie potępiam.

Nie wiem którego przyjaciela/nieomalprzyjaciela/kolegę czy koleżankę masz na myśli pisząc o równych i równiejszych.

Może piszesz o Wioli (i jej mężu, Karolu)? Z całym szacunkiem pragnę podkreślić, że przyjaciółmi moimi nie nazwałbym ich (przynajmniej na tym etapie „związku”). Nie użyłbym też słowa „koledzy”. Myślę, że Wiola, używając niegdyś słowa „znajomi” mogła mieć na myśli także i mnie – bo właśnie znajomymi jesteśmy. Ale przypuśćmy, że pisząc o przyjaciołach miałaś na myśli Wiolę. Być może nie pamiętasz moich bardzo niebezpośrednich notek pisanych w Szkocji, takich o małżeństwie i o odpowiedzialności? Tak, to było takie delikatne mrugnięcie w stronę Wioli i Karola (podejrzewam, że mieli wówczas możliwość się zorientować). Możesz też nie pamiętać wielkiej Burzy, która wydarzyła się później, a która dotyczyła czegoś, czego nie będę już przytaczał. Która to Burza w konsekwencji nic nie dała – bo niedługo potem napisałem kolejną notkę, absolutnie negującą zachowanie, które doprowadza do zachodzenia w ciążę przed ślubem. Negującą też zachowanie, które świadczy o tym, że mimo gniewu i dobrych rad, dalej dąży się do tego, co jest ze swojej natury złe.

Dziś już nie czepiam się tego – choć nadal podkreślam, że nie ma się co gniewać, jeśli ktoś komuś wypomni przedślubne dziecko. „Będą rzucać kamieniami” pisałem – a niektóre cierpienie JEST karą za grzech, którą to karę sami na siebie ściągamy. Nie czepiam się, bo minęło dużo czasu, dziecko jest już duże, a jego rodzice nie odeszli od Kościoła na tyle daleko, by mieli większy problem z powrotem w całej pełni. Staję w obronie Wioli kiedy ktoś (nie koniecznie TEN ktoś – taka zbieżność nazwisk po prostu) następuje jej na odcisk – choć sądzę, że ostatnia krzycząca reakcja i grożenie numerami IP była zbyt ostra. Staję w jej obronie pewnie po części dlatego tak ostro, że nie wiem kim jesteś. Ale Ty ponosisz za to część winy – bo nie chcesz się ujawnić. Sądzę jednak, że gdybyś podpisała się jako Stasia Katapulta, a ja znałbym dobrze Stasię Katapultę, to i tak reagowałbym na niepotrzebne czepianie się kwestii niedotyczących kwestii.

Dodam jeszcze, że nie potrafię nikogo rozgrzeszyć. Potrafię zrozumieć – jeśli komuś zależy na byciu zrozumianym. Nie potrafię zaakceptować wszystkiego – zwłaszcza strusiów (chowania głowy w piasek) i niedzielnych katolików. A to dotyczy zarówno obcych mi ludzi, jak i moich przyjaciół. Owszem, rodziny również.

Jestem radykałem. Nie dzielę ludzi na równych i równiejszych. Jeśli tak uważasz – udowodnij.

Wiolu, wiem, że celowo dałaś ten odnośnik. Komentarz z mojej strony to była taka ironia. Udawanie Białych Kwiatków, rozumiesz?

A reakcję jaką otrzymujesz sprowadzasz sama na siebie. Mówiłem Ci kilka razy, żebyś najlepiej się nie odzywała. A raz błagałem, dodając, że wystarczy. Oczywiście, masz prawo w dalszym ciągu pisać i się wypowiadać, nawet gdy proszę (dla naszego wspólnego dobra) inaczej. Ale zobacz – ostatnio ja się kłóciłem, a Tobie się dostało po odciskach. Tym razem Ty się kłóciłaś, a mnie się oberwało. Zabawna sprawa :).

Notka o celibacie jak widać przeszła bez echa, a Afryka szczytuje w rankingach. Napiszę notkę o kapłaństwie kobiet, napiszę wkrótce. Tylko nie wiem czy kogokolwiek prócz Ciebie, Maggie, jeszcze obchodzą takie kontrowersje…

Niezła walentynkowa notka mi wyszła, nie powiem…

Categories: O mnie | 37 komentarzy

Znacie się, czy się nie znacie?

Przerzucając notki prehistoryczne natknąłem się na komentarz Piętusia, w którym zawarł prośbę o napisanie notki na temat celibatu – i różnic w tych kwestiach między Kościołem rzymskim, a Kościołem greckim. Kiedyś, dawno temu, mój blog opierał się między innymi właśnie na takiej zasadzie: ktoś, kogo interesował jakiś teologiczno-moralno-eklezjalny temat pisał w komentarzach prośbę o napisanie notki na ten temat. Wówczas, dość często, zdarzało mi się właśnie na tym opierać swoją notkę. Tak powstała m.in. pierwsza notka o antykoncepcji na prośbę Tikuli czy notka o myślach erotycznych, napisana jako odpowiedź na pytanie Braka. Tym bardziej zdziwiło mnie, że Piętuś poprosił mnie kiedyś o napisanie czegoś, czego ostatecznie nie napisałem. Być może wówczas nie czułem się ku temu za bardzo kompetentny, albo zwyczajnie zapomniałem? Dziś, trafiwszy na to, stwierdziłem, że mógłbym jednak spróbować… Cieszysz się, Piętuniu? :)

W tej samej notce, w której ujrzała światło dzienne prośba Piętusia, pojawił się też komentarz Kamila (wówczas często zdarzało mu się komentować moje notki), w którym przytaczał znany fragment z piosenki Kazika „O kuchwa” – „Aby dzieci biskupów nie mogły dziedziczyć zabroniono tym biskupom się żenić.
Nie ma słowa w Biblii o celibacie…” W dalszym ciągu tej piosenki, który już nie został przez Kamila przytoczony, pada pytanie: „Znacie się, czy się nie znacie?” Myślę, że jednak się znamy. A prawdopodobnie lepiej, niż rzeczony Kazik.

Oczywiście głównym argumentem osób, które są za zniesieniem celibatu, jest następujący cytat z Pisma Świętego (z Biblii – jak wolałby usłyszeć Zgredzik): „Nauka ta zasługuje na wiarę. Jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania. Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nieprzebierający miary w piciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rządzący własnym domem, trzymający dzieci w uległości, z całą godnością. Jeśli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży?” (1 Tm 3, 1-5) i następujący po nim: „Diakoni niech będą mężami jednej żony, rządzący dobrze dziećmi i własnymi domami” (1 Tm 3, 12). I ja, absolutnie, nie zamierzam zaprzeczać. Jednak można to interpretować na kilka sposobów, a jednym z nich, wcale nie gorszym, jest stwierdzenie, że JEŚLI kapłan ma żonę, to niech żona ta będzie jedna, tzn. niech nie żyje w poligamii. „Trzymający dzieci w uległości” zaś może oznaczać – jeśli ma dzieci, niech trzyma je w uległości. Bo jeśli nie umie tego zrobić – nie poradzi sobie przecież i z Kościołem Bożym.

Interpretacja tego fragmentu z użyciem „jeśli” bierze się stąd, że sam św. Paweł, domniemany autor listu do Tymoteusza, był celibatariuszem. Czyli nie posiadał żony. Co więcej, doradzał uczniom, co następuje: „Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja, lecz każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki” (1 Kor 7, 7) – co, jeśli spojrzymy w szerszym kontekście, odnosi się właśnie do pawłowego celibatu. Czy w dalszym ciągu: „Jesteś związany z żoną? Nie usiłuj odłączać się od niej! Jesteś wolny? Nie szukaj żony. Ale jeżeli się ożenisz, nie grzeszysz. Podobnie i dziewica, jeśli wychodzi za mąż, nie grzeszy. Tacy jednak cierpieć będą udręki w ciele, a ja chciałbym ich wam oszczędzić” (1 Kor 7, 27-28). Jak widzimy, Paweł, sam służący Bogu również poprzez celibat, proponuje braciom życie w celibacie, choć podkreśla, że nie ma grzechu ten, kto chce się ożenić. Dalej zaś dodaje: „Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień. Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie. I doznaje rozterki. Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem i duchem. Ta zaś, która wyszła za mąż, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać mężowi” (1 Kor 7, 32-34). Paweł jest tu niczym Judym (może Judym jest niczym Paweł?), przypuszczając – jak sam się przekonałem na przykładzie swego pierwszego narzeczeństwa – wielokroć słusznie, że ten, kto się ożeni, skupi się raczej na żonie, niż na sprawach Bożych. W praktyce jednak, jak wiemy, bywa inaczej (choć RZECZYWIŚCIE zdarza się to stosunkowo rzadko) – czego potwierdzeniem jest np. małżeństwo towarzyszy św. Pawła, Pryska i jej mąż Akwila: „Pozdrówcie współpracowników moich w Chrystusie Jezusie, Pryskę i Akwilę, którzy za moje życie nadstawili swe głowy i którym winienem wdzięczność nie tylko ja sam, ale i wszystkie Kościoły [nawróconych] pogan. Pozdrówcie także Kościół, który się zbiera w ich domu” (Rz 16,3-5a). Nie znaczy to, że nie jest często łatwiej pozostać bezżennym, by oddać się chwale Bożej.

Bardzo ważny jest również fragment Ewangelii wg. św. Mateusza, w którym przytoczone są słowa Jezusa: „Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!” (Mt 19, 12). W szerszym kontekście mamy dyskusję właśnie na temat listów rozwodowych, które anuluje Jezus, i pozostawania w małżeństwie z jedną kobietą do końca życia. I tu właśnie Jezus mówi również o tych, którzy zdecydowali pozostać bezżennymi dla królestwa niebieskiego – czyli dla Wyższej chwały Boga. Ująłem to kiedyś, choć pisząc nie o celibacie, lecz o alkoholu, że należy czasem „Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze„.

Jak więc widzimy, już Jezus, sam będący bezżennym (choć są ludzie, którzy twierdzą, że to nieprawda), jak i św. Paweł, również będący bezżennym, nauczali i dawali rady dotyczące celibatu. Stwierdzenie więc, że „nie ma słowa w Biblii o celibacie” jest spowodowane albo ironią, albo nieznajomością treści przytaczanej księgi. To, czy synod w Elwirze z 306 roku (zakaz współżycia ożenionym księżom – dziś mogący wydawać się oburzającym), sobór w Nicei z 325 roku (nakaz celibatu dla kapłanów, którzy nie ożenili się przed święceniami) czy papież Grzegorz VII w XI wieku (całkowity nakaz celibatu) kierowały/li się bardziej radami ewangelicznymi i tradycją bezżenności trwającą wśród licznych kapłanów (oczywiście nie wszystkich) od czasów samego Jezusa Chrystusa (ku tej teorii zawsze się skłaniam), czy też chęcią zagarnięcia majątku, który w przypadku dzietności biskupów należałoby rozdawać (ku tej teorii skłania się Kazik) chyba na zawsze pozostanie sprawą dyskusji i kontrowersji – bo w zależności od nastawienia i mądrości celibatariusza – oba te cele w jakiś sposób były i są wypełniane (Gdybym sam został księdzem, byłbym celibatariuszem na chwałę Królestwa. Jaki jest cel innych osób – nie wiem). Prawdą jest jednak to, że cokolwiek by nimi nie kierowało, ma swoje oparcie w Biblii, a oparcie to jest niezwykle piękne i szlachetne w swojej istocie.

Celibat nie jest i nigdy nie był jednak żadnym dogmatem wiary. Jak wszyscy już widzimy, mamy w Ewangelii i listach Pawła zarówno fragmenty chwalące bezżenność, jak i małżeństwo. Zarówno zalecające celibat, jak i proponujące kapłanom jednożeństwo. Dlatego też, kiedy Kościół katolicki i Kościół prawosławny rozchodziły się w pewnym momencie, rozeszły się też dwie tradycje, których losy potoczyły się w różnych kierunkach. Dziś więc, podczas gdy w katolicyzmie obowiązuje celibat, prawosławie rozumie fragment mówiący o mężu jednej żony tak dosłownie, że kapłan, któremu umrze żona, nie może się ponownie ożenić. Z tego właśnie wynika fakt, że prawosławny mężczyzna może wziąć ślub, a następnie przyjąć święcenia. Po tych święceniach może natomiast pogrzebać żonę, ale nowej wziąć nie może. Jest u nich również tak, że jeśli ktoś decyduje się na kapłaństwo żony nie mając, przyjmuje święcenia zanim weźmie ślub, to już się ożenić nie może.

Jak wiemy – Kościół katolicki jest Kościołem zachodnim, prawosławny zaś – Kościołem wschodnim. Nie jest jednak katolicki. A miałem powiedzieć coś o katolickich Kościołach wschodnich. Otóż, jak się okazuje i jak głosi Wikipedia, ta nazwa obejmuje 22 spośród 23 partykularnych Kościołów współzależnych od biskupa Rzymu (23 to, rzecz jasna, Kościół łaciński, czyli rzymskokatolicki). Większość z tych Kościołów jest katolicka na zasadzie oderwania się od Kościoła prawosławnego i przyłączenia się do katolickiego poprzez uznanie zwierzchności papieża (i ew. zmianę niektórych wewnętrznych sprzeczności). Przedstawiciele niektórych z nich twierdzą jednak, że nigdy nie odłączali się w rzeczywistości od Kościoła rzymskiego, lecz pozostawali przez jakiś czas w pewnego rodzaju oddaleniu. Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że wstępując ponownie do Kościoła katolickiego, Kościoły wschodnie (m.in. Kościół greckokatolicki, wł. Kościół katolicki obrządku bizantyjsko-ukraińskiego) wniosły ze sobą w posagu wielowiekową prawosławną tradycję – między innymi tradycję celibatu, inną niż tradycja zachodnia. Papież, uznawszy wschodnie Kościoły, uznał także ich tradycję związaną z celibatem – ponieważ kwestia celibatu, jak już wspomniałem, nie jest kwestią w żadnym razie dogmatyczną. I tak to właśnie jest z tymi Kościołami wschodnimi. Dodajmy też, dla sprawiedliwości, że biskupami w Kościołach wschodnich mogą zostać tylko ci, którzy w momencie przyjęcia święceń pozostawali celibatariuszami.

Może jeszcze wspomnę o zniesieniu celibatu. Po pierwsze – od Soboru Watykańskiego II mamy w naszym Kościele, znane już z pism Nowego Testamentu, święcenia stałego diakonatu. U nas również można więc najpierw się ożenić, później natomiast przyjąć święcenia (diakonatu jedynie), choć naprawdę niewiele osób o tym wie, a pierwszy stały diakon-Polak został wyświęcony zaledwie w 2007 roku. Po drugie zaś – jeśli chodzi o tych, którzy mówią, że należy wprowadzić wolność wyboru – by osoba, która chce przyjąć święcenia kapłańskie, mogła sama zdecydować, czy chce się ożenić, czy nie: przecież to jest kwestia wolnego wyboru. Ktoś, kto chce przyjąć święcenia, dobrowolnie decyduje się na pewne wyrzeczenia dla Bożej służby. Przyjmując święcenia, w wieku 25 lat, jest w pełni świadomy na co się decyduje – i (znów o tym samym…) podejmuje wolną decyzję. Jeśli chce się żenić – nie musi przecież być księdzem. Co oczywiście nie znaczy nadal, że celibat jest dogmatem – i że pewnego dnia jego obowiązek nie zostanie zniesiony. Wprawdzie sam jestem zwolennikiem celibatu, jak i był nim św. Paweł, „ale jeżeli się ożenisz, nie grzeszysz”. Wystarczy :).

Na koniec dodam, że z miłą chęcią wrócę do tej formy pisania notek, która opierała się na prośbach czytelników o poruszenie danego tematu. Zapraszam więc do zagadywania w interesujących Was sprawach.

Categories: Świat i Kościół | 7 komentarzy

Sekta Walentynian – nasi tu byli…

Kilka dni temu na pocztę mojego rocznika teologii kolega Sławomir podesłał maila (o tytule „konkurs walentynian [jakaś sekta;) ]”) następującej treści:

„Yo
Jest taki konkurs organizowany przez MILKĘ na plakat walentynkowy. Kto wygra to jego plakat będzie wywieszony w danym miejscu gdzieś na mieście. Z tego powodu jest organizowana nietypowa ewangelizacja. Sprawdź sam i dołącz się.

Linki do głosowania:
http://www.ilovemilka.pl/vE9E49
http://www.ilovemilka.pl/v8D1FE (od ks. Jarosiewicza)
http://www.ilovemilka.pl/vD6082

Jest szansa aby te plakaty wygrały trzeba jednak zagłosować. A można to robić chyba tylko raz dziennie i tylko do jutra włącznie.”

Po kliknięciu na link dostałem się na stronę rzeczonego konkursu rzeczonej firmy, w miejsce gdzie ukazana była propozycja plakatu. Umieszczony na czerwonym tle napis głosił: „Bóg Cię kocha”. W kolejnym linku napisano „Kocham Cię. Ja też. I Ja. Ojciec, Syn i Duch Święty”. Zaintrygował mnie i rozbawił pomysł na takie opowiadanie o miłości Boga do ludzi. A jednak Walentynki to przecież właśnie moment na miłosne wynurzenia – a kogo mogą miłosne wynurzenia dotyczyć bardziej, niż Boga? Przyznam się szczerze – nie logowałem się w serwisie i nie oddałem głosu. Widziałem jednak, że wtedy, na dzień przed końcem konkursu, przynajmniej druga propozycja zajmowała drugie miejsce w rankingu. Miała szansę wygrać przy wzmożonej ilości głosów w ostatnich dniach.

Zapomniałem o całej akcji aż do momentu, gdy zaintrygował mnie opis jednego ze znajomych na gadu: „http://www.rp.pl/artykul/259958_Komu_przeszkadza_Duch_Swiety.html„. Link do strony o kontrowersyjnym tytule. Zacząłem więc czytać. Żona tylko potwierdziła, mówiąc, że na Pardonie pisali o tym samym (po raz drugi odeślę Was więc do artykułu Daniela Nogala; coraz bardziej lubię tego gościa – i jestem ciekaw, co on TAM robi?), więc już czytała i wie o co chodzi. Postanowiłem więc pokazać jej maila od Sławka, by zobaczyła, że nie do końca wie. „A więc to nasi?” A no nasi. Nasi tu byli…

Prawdę mówiąc gdy dowiedziałem się o tym nietypowym sposobie ewangelizacji, sam zadałem sobie pytanie: co zrobi Milka, jeśli te propozycje wygrają? Czy, w pewnym sensie, będzie musiała poddać się i przyznać do jakiejś porażki (bo chyba nie do końca o to im w konkursach chodziło?), czy może wymyśli coś innego, co spowoduje anulowanie zwycięskich prac. Ostatecznie można było się spodziewać, że nastąpi jakaś reakcja. Reakcja nastąpiła – co, mimo spodziewania się, lekko mnie zdenerwowało. Bo oto zdjęto propozycje tuż przed końcem konkursu, być może z powodu skarg uczestników kochających Łosiaczka, którzy mieli przez nie szansę na niewygranie, być może z powodu czyichś uczuć religijnych (czy areligijnych?), prawdopodobnie dlatego, że wygrałyby konkurs wbrew poprawności politycznej twórców konkursu. Którzy, jak dobrze wiemy, pierwotnie dopuścili propozycje, pewnie nie spodziewając się tak dużego nimi zainteresowania.

Plakaty mówiące o miłości Boga nie zawisną. Pojawią się hasła w stylu „I love You” i „Dlaczemu Łosiaczku”. Może to i miłe, tylko nawet dla mnie trochę za bardzo słitaśne. Jakaś reakcja w mediach nastąpiła. Ale i tak tylko nieliczni dowiedzą się, że Łukanio (do którego prywatnie nic nie mam) wygrał z Panem Bogiem chyba tylko dlatego, że „sędziowie” woleli jego niż Boga.

Nie będę się dłużej rozpisywał. Brak mi słów. Nie do końca rozumiem dlaczego dla niektórych poprawność polityczna więcej znaczy nie tylko od wolności słowa, ale też od zasad uczciwej rozgrywki…

PS. Tych linków z maila nie ma co klikać. Nic tam nie ma…

Ten za to działa, tu można klikać: KLIK

Categories: Świat i Kościół | 4 komentarze

Afryka – w drodze od hormonów do sztucznego zapłodnienia

Ta notka składać się będzie z dwóch części. Po krótkiej przerwie wpisuję ją na nowo w odłożony na chwilę cykl notek, w komentarzach do których omówione niżej kwestie zostały poruszone. Mam nadzieję, że Wiola, która do przynajmniej jednej z tych kwestii podchodzi od strony stricte-naukowej (biologicznej) zechce mi odrobinkę pomóc.

Zacznijmy od pytania: co łączy antykoncepcję hormonalną z krzykiem o państwowe dotacje do zapłodnienia in-vitro? Pytanie może wydać się śmieszne i oburzające, a pierwszą odpowiedzią, jaką spodziewałbym się usłyszeć, jest „nic”. Przecież antykoncepcja ma za zadanie zapobiec niechcianej ciąży, in-vitro ma natomiast pomóc wielu tysiącom bezpłodnych par, które w ciążę zajść nie mogą. A co za tym idzie – nie potrzebują żadnej antykoncepcji, bo „świetnie” sobie radzą bez niej.

Pewnie nie przychodzi nam do głowy skąd tak wiele tysięcy współczesnych par ma problemy z płodnością? Czy zawsze tak było? Nie sądzę. Część tych osób oczywiście ma jakieś kłopoty medyczne, niezależne od nich. Część mogła ulec jakiemuś wypadkowi. I tak dalej. Tylko czy to akurat załatwia cały problem? Nie, sądzę, że nie załatwia.

Skupmy się więc na działaniu tabletek antykoncepcyjnych. Na czym ono polega? Kobieta, która nie chce zajść w ciążę, z różnych powodów, w które nie będę się zagłębiał, postanawia zażywać tabletki, by zapobiec niechcianemu. Nie ma żadnych problemów, cykle się pięknie regulują, w ciążę się nie zajdzie. Wprawdzie czasem się przytyje nieco. Ale tym też nie trzeba się przejmować, bo np. świetny portal Pigułka.pl dementuje społeczne przekonanie o tym zjawisku, zauważając, że winę swojej otyłości zwyczajnie zrzuca się na tabletki. A potem, po latach brania tabletek, czasem dopiero okazuje się, że kobieta jest bezpłodna. Czyli niepotrzebnie wydawała te wszystkie pieniądze na leki…

Błąd polega na wyszukiwaniu pozornego dobra (zapobieganie niechcianej ciąży), przy jednoczesnej negacji zła. Nie chodzi o to, że widzi się zło i dąży się do dobra jego kosztem, ale o to, że udaje się, jakby zło w ogóle nie istniało.

Po pierwsze – Wiola już nam cudownie wytłumaczyła, że przez tabletki hormonalne rzeczywiście można przytyć. Powtórzę za Wiolą, jeśli pozwolicie: „Pomijam już, że 90% tyje, bo organizm myśli, że jest w ciąży (nadmiar progesteronu i progestagenu oraz brak owulacji)”.

Po drugie, co można wnioskować już z przytoczonego cytatu, cykle wcale się nie regulują. To, że trwają 21 dni (czas brania tabletek), kończą się siedmiodniowym okresem, a potem znów bierze się tabletki, jest złudzeniem. Nie wiem czy wiecie (choć domyślać się mogą te kobiety, które postępują zgodnie z poradami „Jeśli okres przypada ci na czas trudnych egzaminów, albo wzmożonego wysiłku, możesz sobie pomóc i zażyć kolejną serię tabletek, bez siedmiodniowej przerwy”. Jak dla mnie to już brzmi podejrzanie), ale w początkach działalności hormonalno-antykoncepcyjnej tabletki, oczywiście prawidłowo stosowane, miały stuprocentową skuteczność. Działo się to dlatego, że nie było siedmiodniowego okresu odstawienia. Tabletki brało się dzień w dzień. A dlaczego wprowadzono jednak odstawienie? Ze względów medycznych, powiecie, przecież krew musi kiedyś uchodzić. To samo mówiły pierwsze kobiety zażywające środki hormonalne. Czuły się bowiem źle, niekobieco i przede wszystkim niezdrowo z tym, że nie miały okresu przez trzy, cztery miesiące, pół roku. Lekarze postanowili więc, ze względów psychologicznych, obserwując kobiety, które zaczynały zapadać w depresję, dać im ten okres. Okres, który biologicznie nigdy okresem nie był. Ponieważ hormony powodują właśnie, że organizm czuje się, jakby był w ciągłej, nieustającej ciąży, której to ciąży nie poprzedziło jajeczkowanie. Czyli owulacja. A okres jest to wydalenie z organizmu przede wszystkim jajeczka, które, niezapłodnione, umarło. Jak łatwo więc zauważyć – po odstawieniu tabletek na siedem dni dostaje się nie okres, bo nie ma żadnego jajeczka, lecz tzw. krwawienie z odstawienia, wywołane przez zaprzestanie dostarczania organizmowi zwiększonych dawek hormonów. Dlatego też żaden cykl się nie reguluje, bo żadnego cyklu nie ma. Tak długo, jak długo zażywa się tabletki. Można wręcz nie robić żadnych przerw na krwawienie – i nie spowoduje to żadnych skutków ubocznych więcej, niż gdy tabletki się na tydzień odstawia. Tak czy inaczej – nie dochodzi ani do jajeczkowania, ani w efekcie do okresu.

Nie znaczy to jednak, że nie spowoduje to żadnych skutków ubocznych w ogóle. Jeden ksiądz-wykładowca opowiadał nam niedawno, jak to był po kolędzie u katolickiej pary mieszkającej ze sobą 5 lat bez ślubu, i absolutnie nie żyjącej jak brat z siostrą (do czego się przyznali). Ksiądz ten powiedział do nich, że identyfikują się z Kościołem, jednocześnie żyjąc tak, jak żyją. Nie planując ślubu w ciągu najbliższych lat, dajmy na to, kolejnych pięciu. A potem, wciąż będąc katolikami, po tych dziesięciu latach będą ubiegać się o dotacje z ministerstwa na refundację in-vitro i kłócić się z Kościołem, do którego sami należą, dlaczego to niby zabrania normalnym małżeństwom posiadania własnych dzieci.

A z czego wynika to rozumowanie? Wiemy już, że antykoncepcja hormonalna zapobiega ciąży przez zapobieganie owulacji. Co za tym idzie – w czasie działania środków hormonalnych jajniki wstrzymują swoją pracę. Przestają działać. Spróbujmy przypomnieć sobie, bo być może niektórzy z nas przez to przechodzili, jak mieliśmy nogę lub rękę w gipsie. Trwało to miesiąc? Dwa miesiące? Ja leżałem w gipsie 2 i pół miesiąca. Jak zachowywała się Wasza naprawiona kończyna po wydobyciu jej z więzienia? Czy możemy powiedzieć, że natychmiast działała pełnią sił? Mogliśmy w momencie grać w piłkę albo pisać długopisem? Wątpię. Ja, po tych 2,5 miesiącach, przechodziłem skomplikowaną rehabilitację trwającą pół roku, a i tak do dziś prawa noga wyjeżdża mi na zewnątrz i chodzę jak Wiktor Krumm. Stało się tak dlatego, że przez 2,5 miesiąca noga była nieużywana. Nie mogłem poruszyć mięśniami na więcej niż pół centymetra. Przez długi czas zresztą dotykając nogi czułem silny ból. Nie próbowałem nawet na niej stawać – dobrze, że miałem kule.

Co każe nam przypuszczać, że jajniki, które nie działają nie przez 2,5 miesiąca, lecz przez rok, dwa lata, czasem i dziesięć lat, zachowają się inaczej niż nasza złamana kończyna? Że wrócą do normalnej pracy natychmiast po odstawieniu tabletek? Powiem sam, że nic. I z ogromnym prawdopodobieństwem po wieloletnim zażywaniu hormonków trzeba będzie wiele miesięcy poczekać, zanim płodność wróci. O ile wróci w ogóle…

Nie jest więc tak, że każda kobieta zażywająca tabletki zawsze była bezpłodna, tylko nie miała okazji się o tym przekonać. Kiedyś była ona prawdopodobnie zupełnie zdrową kobietą. Bezpłodności nabawiła się przez swą wiarę w dobro hormonalnych środków antykoncepcyjnych.

Dodam jeszcze, że walka o refundację in-vitro jako sposobu leczenia bezpłodności jest dokładnie tak samo podstawna jak walka o refundację środków antykoncepcyjnych jako leków. Bo dokładnie tak samo ma się in-vitro do leczenia bezpłodności, jak antykoncepcja hormonalna do leczenia czegokolwiek.

Przejdźmy do drugiego zagadnienia, poruszonego niedawno przez Łajt Flałera. Afryka.

„O gumkach i Afryce nie wspomnę, bo znowu usłyszę wykład o duszy zygoty czy świętych plemnikach”. A jednak wspomniałeś… A co ciekawe, nie usłyszysz wykładu ani o duszy zygoty, ani o świętych plemnikach. Usłyszysz wykład o czym innym. Kto ma uszy, niechaj słucha.

Ludzie różnej maści i płci denerwują się, ponieważ Kościół nie chce dać przyzwolenia na używanie i propagowanie prezerwatyw w biednych krajach Afryki. A przecież właśnie przez to jeszcze bardziej rozprzestrzenia się wirus HIV, przez to jeszcze więcej spotyka się niechcianych ciąż w wielodzietnych rodzinach, które umierają z głodu. Gdyby dać im gumkę, to byłoby lepiej.

Pierwsza kwestia to twierdzenie, że przez brak dostępu do antykoncepcji mamy więcej zarażonych i więcej zapłodnionych. Twierdzenie takie jest bzdurne z założenia. Do zarażenia i zapłodnienia dochodzi bowiem nie poprzez brak antykoncepcji, lecz poprzez seks. To wiedzą chyba nawet najstarsi górale. Antykoncepcja, owszem, w jakiś sposób zapobiega roznoszeniu się chorób, lecz to uprawianie seksu z tym albo owym, tam albo siam, powoduje plagę wirusa (nie tylko tego jednego) i plagę niechcianych ciąż w Afryce (i np. Wielkiej Brytanii). Wydaje mi się więc raczej logiczne, że należałoby propagować wstrzemięźliwość seksualną, ew. seks z jednym, stałym partnerem, a nie używanie prezerwatyw.

Druga kwestia to skuteczność prezerwatywy. Wszyscy pamiętamy chyba akcję zapobiegania zarażeniom wirusem HIV: ABC – Abstynencja seksualna – Bycie wiernym – zabezpieCzenie prezerwatywą. Sami propagatorzy programu podkreślali, że tylko dwie pierwsze metody dają stuprocentową skuteczność – trzecia jest znacznie mniej pewna. Możemy sprawdzić na różnych stronach, że skuteczność prezerwatywy jeśli chodzi o zapobieganie ciąży wynosi ok. 93-97%. Oczywiście przy prawidłowym stosowaniu, co należy często i dosadnie podkreślać. Brak 100% skuteczności wynika z mikroskopijnych porów w prezerwatywie, od których plemniki są mniejsze. Wiemy też, że wirus HIV jest jeszcze mniejszy od plemnika, dlatego jego przeniknięcie przez pory jest bardziej prawdopodobne.

Ale, powiecie, będziemy mieli jakieś 85% szans, że się nie zarazimy, a nie, jak bez prezerwatywy, może 5%. Ja Wam odpowiem – macie rację. Z małym „ale”. Ale bierze się z psychologii człowieka. Ludzie, którzy mieli wolniejsze samochody bez poduszek powietrznych i abeesów z reguły jeździli raczej wolniej i ostrożniej. Gdy pojawiły się poduszki i wspomaganie hamowania, brawura u wielu kierowców znacznie wzrosła. Pomyślcie, jak to działa wśród ludzi obawiających się zachorowania na AIDS, albo zajścia w ciążę. Dasz im prezerwatywę, mówiąc, że skutecznie zabezpieczy ich przed chorobą. Zobaczmy, jak to się dzieje w Wielkiej Brytanii. Tam podobno edukacja seksualna jest na najwyższym poziomie. Coraz młodsze dzieci mają dostęp do darmowej antykoncepcji. I co? I właśnie tam z roku na rok rośnie liczba niechcianych ciąż i aborcji wśród nieletnich. Czy myślicie, że nie używają prezerwatyw? Sądzę, że czasem rzeczywiście. Jestem natomiast pewien, że słysząc hasła „możesz uprawiać seks, tylko się zabezpiecz” zwiększają ilość współżycia, często kilkakrotnie. I dalej – im wcześniej słyszą, że „możesz, ale”, tym wcześniej zaczynają to robić.

Wróćmy do Afryki, gdzie wiele stosunków seksualnych wciąż nie wynika z miłości obu osób. Co więcej – wielokrotnie nie wynika nawet z wolnej decyzji wielu. Rytualne obrzędy, gwałty ludzi z jednego plemienia na ludziach z drugiego, etc. Po pierwsze – jak przekonać pana wojownika, żeby przed gwałtem zakładał prezerwatywę? A po drugie jaką mamy pewność, że wśród uświadomionych Murzynów liczba stosunków, także z zastosowaniem prezerwatywy i obopólnej zgody partnerów (zazwyczaj innych za każdym razem), nie wzrośnie wprostproporcjonalnie do liczby rozdawanych wśród nich prezerwatyw, tak, jak ma to miejsce w wyżej omówionej Wielkiej Brytanii? A co za tym idzie – przy dziesięciokrotnym zwiększeniu liczby stosunków taki uświadomiony człowiek ma może 90% szans (nie bawiłem się w matematykę), że zarazi lub zapłodni jedną ze swoich 10 partnerek – lub sam zarazi się od jednej z nich.

Dlatego jestem pewien, że propagowanie antykoncepcji wśród Afrykańczyków, zamiast uczenia ich wstrzemięźliwości seksualnej, jest czymś w rodzaju dążenia do pyrrusowego zwycięstwa. Rzekłbym nawet – do pyrrusowej przegranej.

Nie powiedziałem ani o duszy zygoty, ani o świętych plemnikach. Powiedziałem tylko o biologii i psychologii. Mam nadzieję, że odezwą się jakieś głosy, bo ciekaw jestem Waszego zdania na ten temat. Zapraszam serdecznie.

I jeszcze jedno. Zauważyłem ostatnio, że niektórzy wciąż wchodzą na SacrumProfanum.mylog, nie wiedząc, że zmieniłem adres. Nie zaglądają też do komentarzy, by przeczytać, że się przeniosłem. Uprzejmie zwracam się więc do ktosiów (tych poprzednich) i słoni, by czynili swoją powinność. Dziękuję serdecznie.

Categories: Duchowość i moralność | 47 komentarzy

Najpierw, a nie od razu

Przeanalizowałem kilka moich dawniejszych notek, by sprawdzić, czy aby na pewno ta kwestia nie była dość dobrze dotychczas wyjaśniona. Czy nie dało się z przytaczanych myśli wydobyć sedna mojej filozofii. Wydaje się, że dało się. Wydaje się też, że nie wszyscy potrafili – albo nie wszyscy chcieli. No to ryzyk fizyk, jeszcze raz do tematu.

Poniższa kwestia będzie omówiona w oparciu o moją wiarę, moje przemyślenia i zawierała będzie moje prywatne zdanie. To oznacza, że nie popiera go żaden autorytet Kościoła, oraz że nie przemawiam tak, jakbym posiadł wiedzę tajemną. To jest tylko moje zdanie. Aczkolwiek ja się z nim zgadzam.

Ola wydobyła ten problem ostatnio, pisząc któryś z komentarzy. Coś, w czym z częścią moich znajomych nie do końca się rozumiemy. Bo ja mówię „kochać najpierw”. A oni twierdzą, że mówię „od razu”.

Przede wszystkim spójrzmy na Jezusa. Jezus nauczał o miłości, wydając dotyczące jej autorytatywne nakazy. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13,34). Nie mówi „uczcie się miłować”, albo „podejmujcie decyzję kilka lat” czy coś takiego. Mówi „miłujcie się”. Ale oczywiście przyczepicie się – i macie do tego prawo, ja też bym się przyczepił. Bo Jezus, w rzeczy samej, mówił o miłości braterskiej czy siostrzanej. A większość moich notek, co już nawet mnie zaczyna denerwować, dotyczących miłości mówi o miłości damsko-męskiej (czy tak zwanej oblubieńczej). I chyba właśnie tutaj wchodzi różnica między „najpierw”, a „od razu”.

Jezus kazał kochać „od razu”. Już, teraz, nie myśl, nie zastanawiaj się, kochaj, bo Ja cię kocham. Na początku. Bo na początku było Słowo – a to Słowo jest miłością. Bo od razu nas ukochało, choć jeszcze nie istnieliśmy. Bo przewidziało swoje zejście na świat i swoje zmartwychwstanie, wychodząc od miłości. I to samo powiedziało nam: „Miłujcie się wzajemnie”. Od razu, bo to jest Moje nowe przykazanie. Miłujcie się nie tylko jak brat i siostra, ale tak, jak sam Bóg, sam Mesjasz was umiłował. Niewykonalne? Bóg jest z wami, aż do skończenia świata. A dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Widzimy więc, że winniśmy kochać od początku tą podstawową, braterską miłością. Podchodzimy z nakazu Pańskiego do każdego człowieka z najmniejszą dawką egoizmu, a z największą dawką tego wszystkiego, co składa się na miłość: troski, empatii, poświęcenia, mądrości, inteligentnego upominania, i innych, nieopisanych, będących częścią naszej ludzkiej-bożej decyzji.

A teraz pojawia się inna sytuacja. Bo spotykamy kogoś, kto się nam podoba, my podobamy się jemu, albo podobamy się sobie nawzajem. Myślimy „a może by tak spróbować być razem?” W tym miejscu właśnie pragnę wykazać różnicę między „od razu” a „najpierw”. Bo oczywiście – możemy postanowić, że „będziemy ze sobą chodzić”, tak wiesz, bez zobowiązań. Być blisko, przytulać się, chodzić może nawet trochę za rękę (choć mnie byłoby już głupio, ale ja to tylko ja). Kim dla siebie jesteśmy? Ty – moja dziewczyna. Ja – twój chłopak. Jest nam razem dobrze, albo trochę gorzej. Dogadujemy się, bardziej lub mniej. Jesteśmy dla siebie mili, albo mniej mili. I pewnego dnia postanawiamy, że chcemy coś zbudować. Że chcemy „coś więcej”. Nikt nie zabroni nam wcześniej chodzić ze sobą na randki, spotykać się, „być” ze sobą – choćby i przez parę lat. Ale pewnego dnia postanawiamy, że chcemy zrobić coś większego, dać z siebie więcej. Dać tyle, ile się da. Wówczas, najpierw, musimy pokochać. Pokochać, właśnie, tą miłością oblubieńczą, damsko-męską. Tu jest to „najpierw”. Najpierw, które może nastąpić sobie po kilku tygodniach, miesiącach, latach. Najpierw, na które jedno z nas może czekać, już tę decyzję wcześniej podjąwszy. Ale najpierw, zanim zaczniemy coś więcej budować, zanim zaczniemy się do czegoś więcej posuwać, powinniśmy podjąć decyzję. Najpierw, a nie od razu.

Z zaznaczeniem, że „od razu” też już jedną podjęliśmy. Że patrzymy na kogoś, do kogo pragniemy się bardziej zbliżyć, z tą pierwotną, braterską, Jezusową miłością. Podchodzimy do niego wiedząc, że nie kochamy go jeszcze tak, jak kocha się męża/żonę. Że możemy nigdy go tak nie zechcieć pokochać. Ale wiedząc też, że jest człowiekiem, któremu od razu należy się nasza miłość braterska. A ta miłość zabrania nam sprawdzania się, posuwania za daleko, tego, co Lolinka (może trochę niefortunnie – przynajmniej moim zdaniem) nazwała byciem w związku. Bo miłość, także ta braterska, zakłada troskę o drugiego człowieka. A troska ta wymaga od nas tego, byśmy nie dawali nikomu złudnych nadziei, nie wykorzystywali, żeby „się sprawdzić”, nie zabierali tego, co należy się osobom kochającym się. Spotkałem się ze zdaniem, że nawet całowanie należy odłożyć do ślubu. Nie zgadzam się z nim. Ale jestem pewien, że takie całowanie należy odłożyć do momentu podjęcia decyzji, prawdziwej decyzji, o miłości „coś więcej”.

Miłość „od razu” przy jednoczesnym braku miłości „najpierw” wymaga od nas, moim zdaniem, stwierdzenia, że „Jesteśmy ze sobą, chodzimy ze sobą, ale jeszcze cię nie kocham [miłością oblubieńczą]. Nie wiem, czy kiedykolwiek zechcę cię pokochać, nie wiem, czy kiedykolwiek będę cię kochać. Dlatego możemy być ze sobą, ale na zasadzie raczej przyjacielskiej. Możemy się przytulać, możemy nawet chodzić za rękę [choć mówię – tu już miałbym pewne obiekcje], możemy chodzić razem do kina czy kawiarni. Ale powinniśmy pamiętać, że brak miłości wynika nie tylko z niezdecydowania – bo mamy prawo się zastanowić – ale również z innej miłości – tej braterskiej. Dlatego jesteś dla mnie ważny, i dlatego nie chcę zabierać ci tego, co należy się jedynie osobie, którą pokochasz z wzajemnością. Jeszcze cię nie kocham – i dlatego chodźmy na randki, ale nie chodźmy za daleko”.

Może to jest naiwne, może to jest śmieszne. Ja też nie chciałem całować się z Olą dopóki nie zdecyduje o pokochaniu mnie. Ola tego nie rozumiała. Zrozumiała niedawno – i dziś zgadza się ze mną.

Nie musicie zgadzać się ze mną. Ale chciałbym, byście chociaż spróbowali zrozumieć. Najpierw, a nie od razu.

Categories: Bóg i miłość | 18 komentarzy