Daily Archives: 4 lutego 2009

Afryka – w drodze od hormonów do sztucznego zapłodnienia

Ta notka składać się będzie z dwóch części. Po krótkiej przerwie wpisuję ją na nowo w odłożony na chwilę cykl notek, w komentarzach do których omówione niżej kwestie zostały poruszone. Mam nadzieję, że Wiola, która do przynajmniej jednej z tych kwestii podchodzi od strony stricte-naukowej (biologicznej) zechce mi odrobinkę pomóc.

Zacznijmy od pytania: co łączy antykoncepcję hormonalną z krzykiem o państwowe dotacje do zapłodnienia in-vitro? Pytanie może wydać się śmieszne i oburzające, a pierwszą odpowiedzią, jaką spodziewałbym się usłyszeć, jest „nic”. Przecież antykoncepcja ma za zadanie zapobiec niechcianej ciąży, in-vitro ma natomiast pomóc wielu tysiącom bezpłodnych par, które w ciążę zajść nie mogą. A co za tym idzie – nie potrzebują żadnej antykoncepcji, bo „świetnie” sobie radzą bez niej.

Pewnie nie przychodzi nam do głowy skąd tak wiele tysięcy współczesnych par ma problemy z płodnością? Czy zawsze tak było? Nie sądzę. Część tych osób oczywiście ma jakieś kłopoty medyczne, niezależne od nich. Część mogła ulec jakiemuś wypadkowi. I tak dalej. Tylko czy to akurat załatwia cały problem? Nie, sądzę, że nie załatwia.

Skupmy się więc na działaniu tabletek antykoncepcyjnych. Na czym ono polega? Kobieta, która nie chce zajść w ciążę, z różnych powodów, w które nie będę się zagłębiał, postanawia zażywać tabletki, by zapobiec niechcianemu. Nie ma żadnych problemów, cykle się pięknie regulują, w ciążę się nie zajdzie. Wprawdzie czasem się przytyje nieco. Ale tym też nie trzeba się przejmować, bo np. świetny portal Pigułka.pl dementuje społeczne przekonanie o tym zjawisku, zauważając, że winę swojej otyłości zwyczajnie zrzuca się na tabletki. A potem, po latach brania tabletek, czasem dopiero okazuje się, że kobieta jest bezpłodna. Czyli niepotrzebnie wydawała te wszystkie pieniądze na leki…

Błąd polega na wyszukiwaniu pozornego dobra (zapobieganie niechcianej ciąży), przy jednoczesnej negacji zła. Nie chodzi o to, że widzi się zło i dąży się do dobra jego kosztem, ale o to, że udaje się, jakby zło w ogóle nie istniało.

Po pierwsze – Wiola już nam cudownie wytłumaczyła, że przez tabletki hormonalne rzeczywiście można przytyć. Powtórzę za Wiolą, jeśli pozwolicie: „Pomijam już, że 90% tyje, bo organizm myśli, że jest w ciąży (nadmiar progesteronu i progestagenu oraz brak owulacji)”.

Po drugie, co można wnioskować już z przytoczonego cytatu, cykle wcale się nie regulują. To, że trwają 21 dni (czas brania tabletek), kończą się siedmiodniowym okresem, a potem znów bierze się tabletki, jest złudzeniem. Nie wiem czy wiecie (choć domyślać się mogą te kobiety, które postępują zgodnie z poradami „Jeśli okres przypada ci na czas trudnych egzaminów, albo wzmożonego wysiłku, możesz sobie pomóc i zażyć kolejną serię tabletek, bez siedmiodniowej przerwy”. Jak dla mnie to już brzmi podejrzanie), ale w początkach działalności hormonalno-antykoncepcyjnej tabletki, oczywiście prawidłowo stosowane, miały stuprocentową skuteczność. Działo się to dlatego, że nie było siedmiodniowego okresu odstawienia. Tabletki brało się dzień w dzień. A dlaczego wprowadzono jednak odstawienie? Ze względów medycznych, powiecie, przecież krew musi kiedyś uchodzić. To samo mówiły pierwsze kobiety zażywające środki hormonalne. Czuły się bowiem źle, niekobieco i przede wszystkim niezdrowo z tym, że nie miały okresu przez trzy, cztery miesiące, pół roku. Lekarze postanowili więc, ze względów psychologicznych, obserwując kobiety, które zaczynały zapadać w depresję, dać im ten okres. Okres, który biologicznie nigdy okresem nie był. Ponieważ hormony powodują właśnie, że organizm czuje się, jakby był w ciągłej, nieustającej ciąży, której to ciąży nie poprzedziło jajeczkowanie. Czyli owulacja. A okres jest to wydalenie z organizmu przede wszystkim jajeczka, które, niezapłodnione, umarło. Jak łatwo więc zauważyć – po odstawieniu tabletek na siedem dni dostaje się nie okres, bo nie ma żadnego jajeczka, lecz tzw. krwawienie z odstawienia, wywołane przez zaprzestanie dostarczania organizmowi zwiększonych dawek hormonów. Dlatego też żaden cykl się nie reguluje, bo żadnego cyklu nie ma. Tak długo, jak długo zażywa się tabletki. Można wręcz nie robić żadnych przerw na krwawienie – i nie spowoduje to żadnych skutków ubocznych więcej, niż gdy tabletki się na tydzień odstawia. Tak czy inaczej – nie dochodzi ani do jajeczkowania, ani w efekcie do okresu.

Nie znaczy to jednak, że nie spowoduje to żadnych skutków ubocznych w ogóle. Jeden ksiądz-wykładowca opowiadał nam niedawno, jak to był po kolędzie u katolickiej pary mieszkającej ze sobą 5 lat bez ślubu, i absolutnie nie żyjącej jak brat z siostrą (do czego się przyznali). Ksiądz ten powiedział do nich, że identyfikują się z Kościołem, jednocześnie żyjąc tak, jak żyją. Nie planując ślubu w ciągu najbliższych lat, dajmy na to, kolejnych pięciu. A potem, wciąż będąc katolikami, po tych dziesięciu latach będą ubiegać się o dotacje z ministerstwa na refundację in-vitro i kłócić się z Kościołem, do którego sami należą, dlaczego to niby zabrania normalnym małżeństwom posiadania własnych dzieci.

A z czego wynika to rozumowanie? Wiemy już, że antykoncepcja hormonalna zapobiega ciąży przez zapobieganie owulacji. Co za tym idzie – w czasie działania środków hormonalnych jajniki wstrzymują swoją pracę. Przestają działać. Spróbujmy przypomnieć sobie, bo być może niektórzy z nas przez to przechodzili, jak mieliśmy nogę lub rękę w gipsie. Trwało to miesiąc? Dwa miesiące? Ja leżałem w gipsie 2 i pół miesiąca. Jak zachowywała się Wasza naprawiona kończyna po wydobyciu jej z więzienia? Czy możemy powiedzieć, że natychmiast działała pełnią sił? Mogliśmy w momencie grać w piłkę albo pisać długopisem? Wątpię. Ja, po tych 2,5 miesiącach, przechodziłem skomplikowaną rehabilitację trwającą pół roku, a i tak do dziś prawa noga wyjeżdża mi na zewnątrz i chodzę jak Wiktor Krumm. Stało się tak dlatego, że przez 2,5 miesiąca noga była nieużywana. Nie mogłem poruszyć mięśniami na więcej niż pół centymetra. Przez długi czas zresztą dotykając nogi czułem silny ból. Nie próbowałem nawet na niej stawać – dobrze, że miałem kule.

Co każe nam przypuszczać, że jajniki, które nie działają nie przez 2,5 miesiąca, lecz przez rok, dwa lata, czasem i dziesięć lat, zachowają się inaczej niż nasza złamana kończyna? Że wrócą do normalnej pracy natychmiast po odstawieniu tabletek? Powiem sam, że nic. I z ogromnym prawdopodobieństwem po wieloletnim zażywaniu hormonków trzeba będzie wiele miesięcy poczekać, zanim płodność wróci. O ile wróci w ogóle…

Nie jest więc tak, że każda kobieta zażywająca tabletki zawsze była bezpłodna, tylko nie miała okazji się o tym przekonać. Kiedyś była ona prawdopodobnie zupełnie zdrową kobietą. Bezpłodności nabawiła się przez swą wiarę w dobro hormonalnych środków antykoncepcyjnych.

Dodam jeszcze, że walka o refundację in-vitro jako sposobu leczenia bezpłodności jest dokładnie tak samo podstawna jak walka o refundację środków antykoncepcyjnych jako leków. Bo dokładnie tak samo ma się in-vitro do leczenia bezpłodności, jak antykoncepcja hormonalna do leczenia czegokolwiek.

Przejdźmy do drugiego zagadnienia, poruszonego niedawno przez Łajt Flałera. Afryka.

„O gumkach i Afryce nie wspomnę, bo znowu usłyszę wykład o duszy zygoty czy świętych plemnikach”. A jednak wspomniałeś… A co ciekawe, nie usłyszysz wykładu ani o duszy zygoty, ani o świętych plemnikach. Usłyszysz wykład o czym innym. Kto ma uszy, niechaj słucha.

Ludzie różnej maści i płci denerwują się, ponieważ Kościół nie chce dać przyzwolenia na używanie i propagowanie prezerwatyw w biednych krajach Afryki. A przecież właśnie przez to jeszcze bardziej rozprzestrzenia się wirus HIV, przez to jeszcze więcej spotyka się niechcianych ciąż w wielodzietnych rodzinach, które umierają z głodu. Gdyby dać im gumkę, to byłoby lepiej.

Pierwsza kwestia to twierdzenie, że przez brak dostępu do antykoncepcji mamy więcej zarażonych i więcej zapłodnionych. Twierdzenie takie jest bzdurne z założenia. Do zarażenia i zapłodnienia dochodzi bowiem nie poprzez brak antykoncepcji, lecz poprzez seks. To wiedzą chyba nawet najstarsi górale. Antykoncepcja, owszem, w jakiś sposób zapobiega roznoszeniu się chorób, lecz to uprawianie seksu z tym albo owym, tam albo siam, powoduje plagę wirusa (nie tylko tego jednego) i plagę niechcianych ciąż w Afryce (i np. Wielkiej Brytanii). Wydaje mi się więc raczej logiczne, że należałoby propagować wstrzemięźliwość seksualną, ew. seks z jednym, stałym partnerem, a nie używanie prezerwatyw.

Druga kwestia to skuteczność prezerwatywy. Wszyscy pamiętamy chyba akcję zapobiegania zarażeniom wirusem HIV: ABC – Abstynencja seksualna – Bycie wiernym – zabezpieCzenie prezerwatywą. Sami propagatorzy programu podkreślali, że tylko dwie pierwsze metody dają stuprocentową skuteczność – trzecia jest znacznie mniej pewna. Możemy sprawdzić na różnych stronach, że skuteczność prezerwatywy jeśli chodzi o zapobieganie ciąży wynosi ok. 93-97%. Oczywiście przy prawidłowym stosowaniu, co należy często i dosadnie podkreślać. Brak 100% skuteczności wynika z mikroskopijnych porów w prezerwatywie, od których plemniki są mniejsze. Wiemy też, że wirus HIV jest jeszcze mniejszy od plemnika, dlatego jego przeniknięcie przez pory jest bardziej prawdopodobne.

Ale, powiecie, będziemy mieli jakieś 85% szans, że się nie zarazimy, a nie, jak bez prezerwatywy, może 5%. Ja Wam odpowiem – macie rację. Z małym „ale”. Ale bierze się z psychologii człowieka. Ludzie, którzy mieli wolniejsze samochody bez poduszek powietrznych i abeesów z reguły jeździli raczej wolniej i ostrożniej. Gdy pojawiły się poduszki i wspomaganie hamowania, brawura u wielu kierowców znacznie wzrosła. Pomyślcie, jak to działa wśród ludzi obawiających się zachorowania na AIDS, albo zajścia w ciążę. Dasz im prezerwatywę, mówiąc, że skutecznie zabezpieczy ich przed chorobą. Zobaczmy, jak to się dzieje w Wielkiej Brytanii. Tam podobno edukacja seksualna jest na najwyższym poziomie. Coraz młodsze dzieci mają dostęp do darmowej antykoncepcji. I co? I właśnie tam z roku na rok rośnie liczba niechcianych ciąż i aborcji wśród nieletnich. Czy myślicie, że nie używają prezerwatyw? Sądzę, że czasem rzeczywiście. Jestem natomiast pewien, że słysząc hasła „możesz uprawiać seks, tylko się zabezpiecz” zwiększają ilość współżycia, często kilkakrotnie. I dalej – im wcześniej słyszą, że „możesz, ale”, tym wcześniej zaczynają to robić.

Wróćmy do Afryki, gdzie wiele stosunków seksualnych wciąż nie wynika z miłości obu osób. Co więcej – wielokrotnie nie wynika nawet z wolnej decyzji wielu. Rytualne obrzędy, gwałty ludzi z jednego plemienia na ludziach z drugiego, etc. Po pierwsze – jak przekonać pana wojownika, żeby przed gwałtem zakładał prezerwatywę? A po drugie jaką mamy pewność, że wśród uświadomionych Murzynów liczba stosunków, także z zastosowaniem prezerwatywy i obopólnej zgody partnerów (zazwyczaj innych za każdym razem), nie wzrośnie wprostproporcjonalnie do liczby rozdawanych wśród nich prezerwatyw, tak, jak ma to miejsce w wyżej omówionej Wielkiej Brytanii? A co za tym idzie – przy dziesięciokrotnym zwiększeniu liczby stosunków taki uświadomiony człowiek ma może 90% szans (nie bawiłem się w matematykę), że zarazi lub zapłodni jedną ze swoich 10 partnerek – lub sam zarazi się od jednej z nich.

Dlatego jestem pewien, że propagowanie antykoncepcji wśród Afrykańczyków, zamiast uczenia ich wstrzemięźliwości seksualnej, jest czymś w rodzaju dążenia do pyrrusowego zwycięstwa. Rzekłbym nawet – do pyrrusowej przegranej.

Nie powiedziałem ani o duszy zygoty, ani o świętych plemnikach. Powiedziałem tylko o biologii i psychologii. Mam nadzieję, że odezwą się jakieś głosy, bo ciekaw jestem Waszego zdania na ten temat. Zapraszam serdecznie.

I jeszcze jedno. Zauważyłem ostatnio, że niektórzy wciąż wchodzą na SacrumProfanum.mylog, nie wiedząc, że zmieniłem adres. Nie zaglądają też do komentarzy, by przeczytać, że się przeniosłem. Uprzejmie zwracam się więc do ktosiów (tych poprzednich) i słoni, by czynili swoją powinność. Dziękuję serdecznie.

Categories: Duchowość i moralność | 47 Komentarzy