Monthly Archives: Marzec 2009

Jeden, dwa, trzy, cztery

Jest jeden Bóg.

Każdy, kto przygotowywał się kiedyś do Pierwszej Komunii pamięta. Tak brzmi pierwsza z „głównych prawd wiary”, najważniejsza z nich wszystkich. Choć ostatnio zdarzyło mi się słyszeć z ust pewnego księdza, że jedna z „prawd wiary” jest nieuzasadniona i błędna teologicznie. Niestety, umknęło mojej uwadze to, o którą prawdę wiary chodzi, nic więcej na ten temat nie mogę więc powiedzieć.

Każdy z nas wie, że jest jeden Bóg. I wydawać by się mogło, że ten fakt znany był już od początków istnienia Narodu Wybranego. Że wiara w Jahwe była tam zawsze wyłączna i prawdziwa. Nic bardziej mylnego. Dzieje Izraela (i tego wszystkiego, co dotyczyło jego przodków przed powstaniem Izraela) opisane w Starym Testamencie ukazują nam długą, żmudną drogę do poznania całej prawdy. Pierwotnie bowiem, co bardzo ciekawe, słowa „nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” nie oznaczały „Ja jestem jedyny”, lecz coś w rodzaju „Ja będę dla ciebie Bogiem najważniejszym”. Każdy naród miał bowiem swojego głównego Boga – Babilon miał Marduka, Egipt miał Ra, a Izrael miał Jahwe. Sporo czasu minęło, nim Izraelici zrozumieli, że ich Bóg jest jedynym Bogiem, że inni nie istnieją. Tak, jak długo dochodzili do konieczności jednożeństwa na przykład. Dlatego dzieje Izraela (a następnie dalsze dzieje, gdy Jezus już się narodził, a religia wywodząca się z Judaizmu – chrześcijaństwo – opuściła granice państwa i narodu Żydowskiego) zwane są Historią Zbawienia. Bo Pismo Święte, jak wierzymy w całości natchnione, ukazuje nam nie tyle całą prawdę, co drogę prowadzącą do całej prawdy. Żmudną, trudną, ale piękną drogę przez pustynię, do samej Ziemi Obiecanej. I dlatego też jedynie na podstawie tej Ziemi Obiecanej, którą jest Ewangelia Jezusa Chrystusa, możemy odczytywać i interpretować całą Biblię, całą wcześniejszą Historię Zbawienia. Żydzi bowiem nie zawsze wierzyli w Boga jedynego. A już na pewno nie zawsze wierzyli w Mesjasza, Chrystusa. Niektórzy do dziś mają z tym problemy.

Dwa to liczba pochodzeń w Bogu.

Może się to wydawać dziwne – skoro Bóg jest jeden, a do tego jest przedwieczny (o tym nie wspomniałem, ale to można już wyczytać z pierwszych wersów Księgi Rodzaju, gdzie „na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” – oznacza, że przed początkiem Bóg już był), to jak mogą istnieć w Nim jakiekolwiek pochodzenia? A jednak, dziwna sprawa, istnieją – dwa. Otóż po pierwsze Syn pochodzi od Ojca. Zrodzony, a nie stworzony. I nie jest w tym miejscu mowa o zrodzeniu z matki – Maryi – Syna jako człowieka, lecz o wiecznym, odwiecznym i przedwiecznym zrodzeniu z Ojca. Syn Boży, rzec by można, zrodzony jest dwukrotnie. Drugi raz z kobiety, w przestrzeni i czasie. Pierwszy zaś – z Ojca, Bóg z Boga, Światłość ze Światłości. Bóg rodzi Boga, choć wcale się nie dzieli. Nie tworzy drugiego Boga, lecz wciąż jest jeden: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Jest, zawsze, nim świat powstał, Jednym Bogiem, odwiecznym zrodzeniem i niezrodzeniem zarazem. A poza tym jest jeszcze drugim pochodzeniem – czyli tchnieniem. Bo oto Bóg zrodzony i niezrodzony, Syn i Ojciec, wydają tchnienie ku sobie, a tym tchnieniem jest Duch Święty. Duch pochodzi od Ojca i Syna zarazem, choć tu uwidacznia się rozdźwięk między chrześcijaństwem zachodnim a wschodnim. Na wschodzie bowiem uważają, że można najwyżej powiedzieć „Od Ojca przez Syna”. Że to Ojciec tchnął, a Syn był jedynie pośrednikiem. Wbrew pozorom rozdźwięk jest dość poważny, a spór trwa długie lata…

Pozostańmy jednak przy zachodnim rozumieniu. „Od Ojca i Syna pochodzi, z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Najbardziej podoba mi się interpretacja mówiąca o tym, że Niezrodzony tchnął ku Zrodzonemu, a Zrodzony ku Niezrodzonemu, a tym tchnieniem była miłość. Miłość tak ogromna i potężna, tak wszechobecna i nieskończona, że aż miłość osobowa. Duch Święty jest więc ową nieskończoną Bożą Miłością. Jest Duchem Pana i Tchnieniem. Pochodzi od Ojca i Syna zarazem.

Są trzy Osoby Boskie – Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.

Trzecia główna prawda wiary. Trzy Osoby Boskie, czyli Trójca. Kiedy Historia Zbawienia zapisana w Starym Testamencie dobiegła końca, kiedy Jezus Chrystus przyszedł na świat, Izraelici wiedzieli już i rozumieli, że jest jeden Bóg. Między innymi dlatego nie przyjęli Mesjasza jako swojego. Bo Mesjasz, chyba trochę niespodziewanie, zupełnie wyraźnie podawał się za Boga i nigdy nie starał się temu zaprzeczyć. A to, zdaniem Żydów, oznaczało, że kłamał – bo Bóg jest jeden, a jest nim Jahwe. Nie byli jeszcze na tyle dojrzali, by dojść do prawdy o Dwóch osobach – które w rzeczywistości są Trójcą. Wszak ledwie dali sobie radę z politeizmem! Ale Jezus nigdy nie mówił, że jest innym Bogiem, niż Ojciec. Co więcej – nigdy nie mówił też o Duchu Świętym w żaden inny sposób niż o sobie i o Ojcu. Po dłuższym przemyśleniu tematu musiało się wydać jasne, że Jezus nie rości sobie praw do boskości. Że nie pragnie stać się bogiem nowym, lepszym. Że w rzeczywistości jest Ich trzech – choć jest jeden Bóg.

Liczba relacji między Osobami wynosi cztery.

Relacje między Nimi wynikają z ich pochodzeń. Relacja Ojca do Syna to, oczywiście, ojcostwo. Relacja Syna do Ojca to, rzecz jasna, synostwo. Relacja Ojca i Syna do Ducha nazywa się tchnieniem czynnym, zaś Ducha do Ojca i Syna – tchnieniem biernym. Co jest w tym wszystkim najciekawsze, tak naprawdę nie ma żadnych relacji wewnątrz Trójcy, wewnątrz Boga. Otóż Bóg cały, sam w sobie i w swojej istocie, jest relacją. Relacją Ojca do Syna, Syna do Ojca, Ich Obu do Ducha i Ducha do Obydwu. Tak jak w swej istocie jest też pochodzeniem. Dlatego słowo „pochodzi” w zdaniu „Syn pochodzi od Ojca” nie oznacza, że został zrodzony wieki temu, lecz że wciąż jest rodzony, czy może inaczej, wciąż jest zrodzony, tak jak zrodzony był zawsze. Bóg, przy całym tym poplątaniu nielogicznym dla ludzkiej głowy, jest bowiem również doskonale niezłożony, doskonale prosty. I to wcale nie jest obelga. To jest właśnie Bóg.

Trudne? Oj tak! Żebyście wiedzieli, jak trudne! Głupie. Nie, mówcie sobie co chcecie, ale to wcale nie jest głupie. Może raczej niezrozumiałe. Niby, jakby się nad tym zastanowić, dosyć logiczne. A w swej logiczności – dosyć niezrozumiałe. Nie ma się co dziwić.

Kiedy profesor zapytał nas pewnego dnia na wykładzie: „Rozumiecie to?”, a my nieśmiało przytaknęliśmy, podniósł głos: „Nieprawda. Wcale nie rozumiecie. Ale nie martwcie się, ja też nie rozumiem. Gdybyśmy to wszystko naprawdę zrozumieli, umarlibyśmy z rozkoszy!”

Tak sobie myślę, że jak zrobię już wszystko to, co Bóg względem mnie zaplanował, jak osiągnę już wszystko co mam osiągnąć, jak przeżyje tyle, ile mam przeżyć, wtedy właśnie, chciałbym to wszystko zrozumieć.

Jeden, dwa, trzy. Cztery…

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

O blogu i o Bogu

Witajcie serdecznie na moim blogu!

Jestem Maurycy – i tak możecie się do mnie zwracać, będzie mi bardzo miło. Drugi człon – Teo – to nie moje nazwisko, lecz skrót od „teologia ogólna”. Jestem bowiem studentem Teologii Ogólnej. Nie jest to chyba mój pomysł na przyszłość, bo nie wiem jeszcze co mogę robić po jej ukończeniu. Jest to raczej moje hobby, moje wielkie zamiłowanie, moje ogromne spełnione marzenie. W tej chwili studiuję na trzecim roku, mam nadzieję, że wytrwam do końca. Hobbystycznie piszę, choć dopiero od niedawna mam pewne możliwości współpracy z jakimś medium pisanym tak trochę bardziej na poważnie. Założenie tego bloga ma również związek z moim pisarskim hobby. Ogólnie przypuszczam, że może się zdarzyć, iż właśnie z pisaniem (przy czym widzę ogromny związek z teologią) zwiążę swoją przyszłość. Lub, w ostateczności, zostanę katechetą :).

Prywatnie jestem żonaty, a już wkrótce spodziewam się wyjścia na świat naszego pierwszego dziecka. Weekendami pracuję, by utrzymać rodzinę na jakimkolwiek poziomie, w ciągu tygodnia zaś się uczę. Moje życie niewątpliwie dąży do ogromnej szczęśliwości, której przedsmak mam możliwość czuć już tu, na ziemi. Tą szczęśliwością jest, rzecz jasna, życie wieczne, w co mocno wierzę.

Jestem katolikiem. Jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to robię to teraz. Całym moim życiem kieruje Bóg – a ja w życiu kieruję się Bogiem. Jego słowami, czynami, nauką. Raduję się ogromnie, ponieważ wiem, że Bóg stworzył świat – w tym także człowieka, który stał się koroną stworzenia, uczyniony na obraz i podobieństwo Boga. Wiem też, że człowiek zgrzeszył, poddał się złej woli i dał się skusić przez szatana. Tym większa jest moja radość gdy przypomnę sobie, że Bóg zesłał swego jedynego Syna, Jezusa Chrystusa, na ziemię, by odkupił nas od grzechu i wyrwał spod władzy szatana poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Pomyślcie, czy to nie jest niesamowite, że Ktoś umarł za nasze grzechy, po to, by pokonać szatana, a gdy wszyscy myśleli już, że odszedł na zawsze, On trzeciego dnia zmartwychwstał, pokonując śmierć! Kiedy na przykład mówię o tym dzieciom na lekcji religii w drugiej klasie, nie mogę pokonać swoich emocji…

Tak, Bóg jest dla mnie na pierwszym miejscu. Nikt ani nic nie zajmuje Jego miejsca – ani moja żona, ani moje dziecko, mój dom czy moje studia. Są ludzie, którzy mogą się temu dziwić. Jak to – zapytają – to Ty chyba nic nie robisz, tylko się modlisz i latasz do kościoła? Nie! Zawsze powtarzam za świętym Augustynem te słowa: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. To naprawdę niesamowite, ale kiedy ustawi się Boga jako priorytet, to wszystkie inne wartości nabierają tego boskiego charakteru. Jeśli kochasz żonę z myślą o wieczystej miłości Boga do nas – to kochasz ją po tysiąckroć bardziej i umiesz to okazywać po tysiąckroć lepiej. To autentyczna prawda!

Jak już napisałem, jestem katolikiem. A to oznacza, że nie tylko wierzę w Boga i w Biblię, ale również w Kościół katolicki, założony przez samego Mesjasza, Jezusa Chrystusa. Wierzę też w nauczanie Kościoła. A oprócz tego, że w nie wierzę, to jeszcze je rozumiem. Tak na zwykłą, ludzką logikę. I uznaję (chyba) wszystko to, o czym naucza Kościół. Tego bloga założyłem zaś z myślą o Was – którzy szukacie, błądzicie, nie potraficie zrozumieć – aby spróbować rozwiać Wasze wątpliwości i odnaleźć drogę. I o Was również – którzy nie zgadzacie się i oburzacie – by zachęcić do mądrej i twórczej polemiki. Oraz o Was – którzy myślicie tak jak ja i rozumiecie to wszystko, może czasem troszkę w inny sposób – abyśmy się nawzajem wspierali dobrym słowem i radą, napominali się kiedy potrzeba i pomagali sobie nawzajem.

Mam szczerą nadzieję, że misja, którą sobie założyłem, powiedzie się choć w stopniu minimalnym. Serdecznie zapraszam do lektury i zostawiania swoich komentarzy, myśli i spostrzeżeń. Niech Pan będzie z Wami!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Wakacje

wakacjePora na dobranoc, bo już księżyc świeci!
Dzieci lubią misie.
Misie lubią dzieci.

Czas na wakacje. Do zobaczenia kiedyś, gdzieś. Może.

Mimo wielu różnych nieporozumień – miło było Was u siebie gościć.

A jeśli kogoś w czymś uraziłem – najmocniej przepraszam.

No to narta!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Ukochane dziecko Tatusia

Przeczytałem całkiem niedawno książkę pana Christophera Hitchensa zatytułowaną „Bóg nie jest wielki” (przy czym w tytule „bóg” pisane jest z małej litery – ale nie wiem czy prawidłowo zapisałbym, rozpoczynając tytuł z małej). Książka pod wieloma względami zaniepokoiła mnie lub oburzyła. Tu chciałbym się jednak skupić na jednym małym akcencie. Autor stwierdza w jednym miejscu, że religia „jest w stanie łączyć w sobie niewyczerpane pokłady służalczości i solipsyzmu”. Dalej tłumaczy coś, co wydaje mu się niedorzeczną sprzecznością: że ludzie religijni jednocześnie kajają się i tarzają w prochu, mówiąc o tym, że są niczym robaki, nic nie znaczące śmieci, a jednocześnie noszą w sobie nieprzebrane zasoby egoizmu i samouwielbienia – uważając się za wybrańców i namaszczeńców Bożych.

Oczywiście po pierwsze pan Hitchens nieco przesadza jeśli chodzi o jaskrawość używanych przezeń określeń. Ale nie da się zaprzeczyć, że ludzie religijni, a już z pewnością chrześcijanie (a już z pewnością z pewnością katolicy) są jednocześnie pokorni i uniżeni, jak małe drobinki, a jednocześnie pełni radości i nadziei, uważają się bowiem rzeczywiście za wybranych i jedynych w oczach Boga. I nam, nie tylko czytelnikom tej książki, lecz również czytelnikom tego bloga, mogłoby się z pewnością to zestawienie wydawać absurdem. I mnie wydawało się ono takie. Aż do momentu, gdy uświadomiłem sobie pewną podstawową prawdę głoszoną przez uczniów Chrystusa: Bóg jest Ojcem.

Ta krótka refleksja sprawia, że absurd przestaje być absurdem, a argument Hitchensa przestaje być argumentem. Oto bowiem mamy nas, jako małe dzieci, i Boga – jako naszego kochającego Ojca, jako kochającego Tatusia. Jak wyglądają więc prawidłowe, pełne miłości relacje między ojcem, a jego dziećmi? Otóż synek czy córka jest malutkim, bezbronnym i nic nie znaczącym robaczkiem, zdanym tylko na łaskę i niełaskę ojca. A jednocześnie jest kimś niezwykłym, jedynym i wspaniałym – świętym – bo ojciec go albo ją kocha tak, jak nikogo nigdy nie kochał. Pomyślmy sobie, że Bóg jest tak naprawdę kimś więcej niż ojciec. Zwykły, codzienny, ziemski tata posiada bowiem wiele wad. Bóg tych wad nie posiada. Tata posiada też zalety, które w Bogu są nieskończenie wyższe i lepsze. Bóg jest Ojcem wszystkich ojców, najwyższy z najwyższych. Jest wielokroć idealniejszy niż najidealniejszy tatuś.

Dlatego też Bóg darzy nas nieskończenie większą miłością niż jakikolwiek ziemski ojciec. I dlatego każdy z nas, mimo że sam malutki i kompletnie bezbronny, również nic nieznaczący, zyskuje niezwykłą, boską godność przez to, że jest dzieckiem Boga. I może do Niego wołać: Abba, Ojcze. Abba, Tatusiu.

Jednak nie zapominajmy o tym, że Bóg jest też Panem wymagającym. Hitchens pisze o tym w ten sposób: „patrząc z mojej perspektywy, jest to jak pragnienie koszmarnej formy dyktatury, choćby i dobrotliwej, lecz nie dającej się zreformować”. Tutaj jednak znowu zapominamy o tej podstawie: Bóg to Ojciec. Każdy tata, każdy rodzic, zwłaszcza rodzic kochający naprawdę, stawia swoim dzieciom wymagania. Po to, by się rozwijały, po to, by zdobywały wiedzę i doświadczenie, po to zaś zwłaszcza, by same uczyły się kochać naprawdę. Żadne małe dziecko nie ma zamiaru reformować „dyktatury”, wcale i absolutnie nie dobrotliwej, lecz dobrej, którą nakłada na niego jego tatuś. Bo w rzeczywistości nie jest to dyktatura – tylko zasady i wymagania. A najważniejsza z nich: kochaj tak, jak ja ciebie umiłowałem.

Bóg jest najlepszym i najmądrzejszym ze wszystkich Ojców. Jest też jednak Bogiem zazdrosnym (co wiemy jeszcze ze Starego Testamentu). Wydaje nam się to sprzeczne z ideą Boga – przecież „zazdrość też jest grzechem”, jak mówił Gordon. A jednak niesamowicie trafnie wytłumaczył mi to w zeszłym roku o. Salij, wykładowca od dogmatycznej. „Dlaczego moja żona jest zazdrosna? Przecież zazdrość jest złem – a chyba mam prawo pójść czasem do domu publicznego i kochać się z innymi kobietami”. Przykład wydał mi się trafny – i przytaczam go, choć tu Bóg przyjmuje raczej postać męża, niż ojca. Ale sądzę, że każdy mężczyzna świata jest jednocześnie i ojcem, i mężem na wzór Boga Najwyższego.

To nie jest więc tak, że jesteśmy kimś niesamowitym, jedynym w swoim rodzaju i potrafimy sami z siebie osiągnąć ogromne sukcesy. Nie jest też tak, że jesteśmy marnością świata i prochem na butach. Jest raczej tak, że jesteśmy małymi, niewiele znaczącymi sami przez się dzieciaczkami, którzy w Bogu zyskują nadprzyrodzoną, nieziemską godność, dzięki której możemy czuć się jedynymi, dokładnie tak samo, jak każdy inny człowiek.

Nie zrozumiemy tego jednak, jeśli nie zrozumiemy, że Bóg jest naszym Tatusiem. Że kocha nas bardziej niż najlepszy tatuś. I że należy mu się miłość większa niż najlepszemu tatusiowi.

Categories: Bóg i miłość | 14 Komentarzy