Monthly Archives: Kwiecień 2009

Bądźcie płodni i rozmnażajcie się

Jakiś czas temu niezwykle zaintrygowana i intrygująca znajoma podesłała mi link do wywiadu z o. Marcinem Lisakiem, w którym to duchowny argumentuje za in vitro a przeciw nauce Kościoła (wywiad macie tutaj). Nie chcę rozwodzić się dziś nad całym tym artykułem, bo długo by trzeba pisać, chciałbym zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt. Tym aspektem jest powoływanie się autora na 28 werset z 1 rozdziału księgi rodzaju, którego fragment brzmi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”.

Dochodzi do tego, że przedstawiciele Kościoła językiem biblijnym posługują się w sposób ideologiczny, np. rodziców decydujących się na in vitro porównuje się do Heroda, który dokonał rzezi niewiniątek. Z drugiej strony, może lepiej odwołać się do Biblii niż do Frankensteina. Wtedy znajdziemy np. takie słowa: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”. Można w tym świetle zastanowić się nad pozytywnym rozwojem medycyny. W końcu Kościół zaakceptował m.in. transplantacje.

Tak mówi ojciec Lisak, starając się pierwszy, tak ważny nakaz skierowany przez Boga ku ludziom odwrócić na korzyść sztucznego zapłodnienia. W końcu Bóg nakazał ludziom rozmnażanie się – a dziś Kościół stara się zabronić im wykorzystywania nowoczesnych sposobów służących do tych celów. Wielu może wydać się mądre to, co mówi – a dla wierzących powoływanie się na Biblię znaczy wiele. Zwróćmy jednak uwagę na całość przytaczanego tekstu.

Choć nie znam się na hebrajskim i nie posiadam oryginalnego tekstu, przypuszczam, że polskie tłumaczenie jest wierne. W takim razie pierwszymi słowami skierowanymi do ludzi nie były tylko słowa „Rozmnażajcie się”, lecz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Można by postawić Bogu takie pytanie: „A co, jeśli nie jesteśmy płodni?” Wnioskując z przytoczonego zdania, moglibyśmy się chyba spodziewać odpowiedzi: „Jeśli nie jesteście płodni, nie rozmnażajcie się”. Z dodatkowym, być może, dopowiedzeniem: „Przede wszystkim postarajcie się być płodni”.

Na czym polega bycie płodnym? To dość oczywiste – polega ono na możliwości zajścia w ciążę na drodze aktu seksualnego. Niepłodność zaś, co cytuję za Wikipedią, jest to „stan, w którym występuje niemożność zajścia w ciążę pomimo rocznego regularnego współżycia seksualnego przy braku stosowania środków antykoncepcyjnych”. Bóg dał nam za zadanie bycie płodnymi i rozmnażanie się, dlatego też jeśli zdarzy nam się bycie niepłodnymi, mamy również za zadanie szukanie różnych sposobów na stanie się płodnymi. Mamy przykłady bezpłodności i w Starym (Sara, żona Abrahama) i w Nowym Testamencie (Elżbieta, matka Jana Chrzciciela), którą to bezpłodność leczy sam Bóg. Oczywiście znamy również inne sposoby na leczenie bezpłodności. W ostateczności, gdy nic już nie pomaga, postanawiamy poddać się zapłodnieniu in vitro.

Zauważmy jednak, że in vitro nie jest sposobem na leczenie bezpłodności! Odpowiedzmy sobie na proste pytanie: czy kobieta, która podda się temu sposobowi zapłodnienia, staje się płodna (czyli: zostaje wyleczona z bezpłodności)? Czy po urodzeniu tego dziecka będzie w stanie zajść w ciążę ze swoim mężem i następne dziecko spłodzić już w naturalny sposób? Odpowiedź na to pytanie brzmi „nie” – a to w prosty sposób doprowadza nas do wniosku, że in vitro nie jest sposobem leczenia niepłodności, a jedynie jednorazowym sposobem na urodzenie dziecka (niekoniecznie biologicznie własnego, a tym bardziej niekoniecznie biologicznie należącego do męża).

Nie staram się tu argumentować przeciw in vitro samemu w sobie, lecz jedynie próbuję ukazać, że powoływanie się na Boży nakaz rozmnażania się w celu podkreślenia stosowności sztucznego zapłodnienia jest bezpodstawne. Sztuczne zapłodnienie nie sprawia bowiem, że człowiek staje się płodny, a co za tym idzie, nie ma on danych przez Boga podstaw do rozmnażania się. Zastanawia mnie, jak niezwykłe jest Pismo Święte, księga pisana wiele tysięcy lat temu, że w tak bezkompromisowy sposób potrafi poradzić sobie z problemami współczesności…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Czy KUL jest cool?

W oktawie Wielkanocy nie skupię się na zmartwychwstaniu naszego Pana i Zbawiciela – choć pewnie powinienem. Napiszę natomiast o czymś, co zaintrygowało mnie i podjudziło do wypowiedzenia się. Jak zauważyliśmy, regularnie dwa razy roku, w drugi dzień każdych świąt, zamiast kazań czy homilii słyszymy odczytywany (nieraz w telegraficznym skrócie) list rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dodatkowo tego dnia taca w całym polskim Kościele zbierana jest na potrzeby tegoż uniwersytetu. Ludzie gotowi dać dużo – w końcu to niezwykle szlachetny cel. Takim się przynajmniej wydaje na pierwszy rzut oka.

Pamiętam odbywającą się w czasach ostatnich debatę nad zmianą systemu finansowania KUL przez budżet państwa. O tej zmianie, którą udało się wprowadzić, pisał zresztą rektor w swoim liście z okazji tegorocznej Wielkanocy. Jak dowiadujemy się z informacji podawanych przez kai chodziło o zwiększenie finansowania – które jak pamiętamy słusznie się należy uniwersytetowi jako placówce publicznej i państwowej. Dotychczas bowiem opłacano z budżetu tylko pensje pracowników i zaspokajano potrzeby eksploatacyjne. Od niedawna państwo współfinansuje również planowane inwestycje – w tym powstające „Centrum Transferu Wiedzy”. Jak mówiłem – KUL, jako uczelnia państwowa – ma prawo do tego typu finansowania.

Jak wiemy, Katolicki Uniwersytet Lubelski (Jana Pawła II) jest również uczelnią katolicką. Z tego tytułu należy mu się więc również finansowanie kościelne. Stąd też dwa razy do roku taca w okresie świątecznym (zauważmy – jest to okres, w którym do kościoła „wpadają” także ci, których w innych porach roku nie uświadczysz – i oni też dorzucą swoje trzy grosze) przeznaczona na potrzeby KUL. Zwróciliśmy uwagę, że państwo finansuje pensje pracownicze, opłaty eksploatacyjne, a od niedawna również część inwestycji. Taca, z pewnością dość spora, nie ma już więc za bardzo co robić. Zawsze znajdzie się jednak coś, co się nada. Dlatego podobno Katolicki Uniwersytet Lubelski pięknieje z dnia na dzień (co chyba nie zawsze jest konieczne).

Piszę „podobno”, bo sam tam nie studiuję. Osobiście jestem studentem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Na KUL studiuje jednak moje rodzeństwo. Jako swój kierunek wybrali anglistykę. Siostra jest na trzecim roku i ma za zadanie wybrać sobie specjalność. Tak naprawdę nie wahałaby się ani przez chwilę – szła na anglistykę od razu z zamiarem skończenia translatoryki. To samo zamierzał brat, który idzie już trybem dwustopniowym. W tym roku siostra dowiedziała się, że translatoryki wybrać już nie może. No, nie za darmo przynajmniej. Jeśli ktoś, kto obecnie jest na III roku, chce zostać tłumaczem, musi zainwestować 1000 złotych na semestr (czyli w sumie 4000 złotych). Podobno. Oczywiście szedł na te studia z planem ukończenia translatoryki, ale bez wiedzy o opłatach. Czyj to problem?

Tak, wiem, Katolicki Uniwersytet Lubelski rządzi się takimi prawami, jak każda placówka. Są publiczne (opłacane z budżetu państwa) uczelnie, które każą sobie płacić za poprawki na przykład. Można. Tylko nie wiem, czy katolickiej uczelni, dodatkowo opłacanej z tacy wiernych, dzięki temu pnącej się dzielnie ku górze (choć podobno akurat parking, który budują, jest podziemny), wypada robić takie rzeczy. Wypada w ten sposób oszukiwać swoich studentów. Zwłaszcza, gdy pisze się w liście do całego polskiego Kościoła słowa takie jak na przykład: „Z troską pochylamy się nad analizą potrzeb edukacyjnych młodzieży, jej zainteresowań i preferencji”.

Pomyślałem nad napisaniem jakiejś petycji czy listu, czy czegoś w tym rodzaju. Potrzebuję jednak najpierw znaleźć coś, co świadczyłoby o tym, że to wszystko nie tylko „podobno”. Jeśli to prawda – to znajdzie się prędzej czy później…

A tak przy okazji – kto mi powie, czy na UKSW albo na Papieską Akademię Teologiczną też jest zbiórka tacy w polskim Kościele? A jeśli nie – to dlaczego?

Życzę Wam wszystkim wiary w Zmartwychwstałego i zmartwychwstanie – zarówno Jego, jak i nasze. Alleluja!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Wszystkie psy idą do nieba

Taki tytuł nosi jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa. Taki smutny i ponury, o psiej mafii i psiej biedocie, a także o psiej śmierci – czyli taki prawdziwy film o ludzkim życiu włożonym w psie ramy. Tytuł, sugerujący, że wszystkie psy idą do nieba opierał się prawdopodobnie na teorii, że skoro zwierzęta nie mają duszy rozumnej, nie mogą też grzeszyć – a więc są zbawione bez wyjątków. Oczywiście w tym filmie zwierzęta zostały upersonifikowane – a więc i grzeszyły – ale uniwersalizm zbawienia obejmował je jak bezrozumne zwierzęta (co było momentami konfliktowe, zwłaszcza dla pewnej różowej psiej anielicy, która musiała ich wszystkich w niebie przyjmować).

Obawiam się, że twierdzenie zawarte w tytule jest nieteologiczne i chyba nie do końca zgodne z nauką Kościoła…

I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

All he asks from me is the food to give him strength
All he ever needs is love and that he knows he’ll get

So, I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

All the pay I need comes shining through his eyes
I don’t need no cold water to make me realize that

I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.

Cat Stevens

Zdechł mi pies.

Miał 11 lat. Dostaliśmy go z rodzeństwem kiedy byłem w piątej klasie – zdaje się, że wkrótce po wycieczce do Londynu. Wtedy był jeszcze szczeniakiem, świeżo po urodzeniu. Rodzice nagrali na kamerę to, jak się nim zachwycaliśmy i jak składaliśmy uroczystą przysięgę, że będziemy się nim zawsze opiekować. Nie zawsze szło nam świetnie wypełnianie tej przysięgi, ale staraliśmy się :). Mama w ogóle zawsze była przeciwna posiadaniu psa – w ostateczności pokochała go chyba najbardziej z nas wszystkich.

Umiał podawać łapę. Umiał się też położyć. Wytresowaliśmy go tak, że jak tylko zwęszył, że ktoś coś je, to od razu łapę podawał, nawet nieproszony, a jak mu się kazano kłaść, to już był tak podniecony tym kawałkiem mięska czy ciasteczka, które miał dostać, że leżał zaledwie pół sekundy, by zaraz rzucić się na smakołyk.

Kilka razy naszczekał na małe dziecko. Raz ugryzł babcię. Oj, ale mu się potem dostało! Sądzę, że ugryzł w afekcie, bo babcia zaatakowała go niespodziewanie, gdy zobaczyła, że się kąpie w kałuży. A jak dostał burę, to już nigdy nie działał w afekcie :). W rzeczywistości to był chyba najgorzej wytresowany i najmniej groźny pies, o jakim słyszałem…

Kiedy cała nasza trójka wyjechała na studia, rodzice musieli przejąć po nas psie obowiązki. Wychodzenie na spacery głównie, bo karmili go już wcześniej sami. Kiedy wracaliśmy na weekend, radość psiaka, w uczuciowym tego słowa znaczeniu, była ogromna. Wariował, skakał, szczekał, merdał ogonem. Lubił chyba nawet naszego (tj. mojego i żony) królika, ale królik chyba nie lubił jego, więc przywieźliśmy go tylko raz. Oczywiście królik wciąż żyje.

Ostatnio pies zachorował. Zapalenie płuc podobno. Dostał antybiotyki, ale bardzo osłabł. Nie jadł, nie pił. Kilka dni temu udało się sprawić, że coś tam zjadł. Rodzeństwo pojechało wczoraj do rodziców, żeby pomóc im w opiece nad chorowitkiem. Podobno siły wracały powoli, ale wczoraj zaczął wszystko zwracać – i pojawiły się kłopoty z oddychaniem. Dziś po 19 zdechł. Pochowali go w lasku, za cmentarzem. Tylko mnie nie było przy nim w jego ostatnich chwilach. Musiałem być w Warszawie i pracować. Miałem nadzieję, że go jeszcze zastanę przed Wielkanocą. Niestety, nie doczekał…

Niektórzy ludzie dużo mocniej przeżywają śmierć ukochanego zwierzęcia, niż ukochanej osoby. Wydaje mi się, że ja jestem wśród tych ludzi.

Nie do końca wiem dlaczego. Jedni mówią – bo pies ci nie powie, że coś go boli i może zdychać, a ty się nawet nie zorientujesz. Ja myślę, że może chodzić o duszę. Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ma duszę rozumną i udział w życiu Bożym. Ma więc zbawienie, które przyniósł mu Chrystus, ma więc życie wieczne. Zwierzęta zaś nie mają duszy rozumnej, prawdopodobnie nie mają również duszy nieśmiertelnej, więc prawdziwie umierają podczas śmierci. To mnie chyba właśnie najbardziej boli – że wcale nieprawda, jakoby wszystkie psy szły do nieba.

Z drugiej jednak strony wszelkie stworzenie chyli się ku temu, by oddawać Panu cześć swym istnieniem. Pisarz natchniony opisał w Księdze Rodzaju Raj jako miejsce pełne zwierząt. I tak, ja wiem, bo mi ksiądz od dogmatycznej mówił, że nie wolno nam mitologizować przy interpretacji Biblii. Że nie wolno nam twierdzić, jakoby świat powstał w 6 dni i tak samo nie wolno nam twierdzić, że w Raju nie było agresji wśród zwierząt, a lew jadł trawę wraz z barankiem. Ale przecież i św. Franciszek nazywał zwierzęta swoimi braćmi mniejszymi. Czy jestem jedyny na świecie, który ma nadzieję na taki, mitologiczny, Raj?

„I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. Nie będzie sądził z pozorów ni wyrokował według pogłosek; raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok. Rózgą swoich ust uderzy gwałtownika, tchnieniem swoich warg uśmierci bezbożnego. Sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze.” (Iz 11, 1-9)

Może to tylko mit, poemat, przenośnia, może… Może nie jestem jedynym, mój drogi piesku, który ma małą nadzieję, że jednak nie?

„I love my dog as much as I love you
But you may fade, my dog will always come through.”

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 64 Komentarze

Wytrych zwany sumieniem

Nareszcie zebrałem się za napisanie nowej notki… Przepraszam wszystkich, którym zdarza się czasem zajrzeć, że takie pustki, ale mam takie dziwne zasady… Nie musicie ich znać, ale są :). Dodam jeszcze, na początku, że ta notka bynajmniej nie będzie dowcipem, mimo daty 1 kwietnia.

Sumienie – wszyscy, którzy potrzebują, albo którzy chcą, wiedzą, że jest ono najwyższym i najważniejszym, jak również podstawowym kryterium ludzkiego postępowania. Tak naucza religia chrześcijańska, tak pisał święty Paweł, tak mówili wielcy mędrcy. Nie Pismo Święte, nie wiara, ale właśnie sumienie. Zresztą o to właśnie chodzi, że nikt nie musi nam tego mówić. Jeśli robimy coś, co jest złe, czujemy przecież wyrzuty sumienia – czyli jakbyśmy słyszeli głos, który nas karci. Sumienie, jak twierdził święty Paweł, jest właśnie dlatego najważniejszym kryterium moralności naszych czynów, że nie znając Biblii, nie należąc do żadnej wspólnoty religijnej, nie mając nad sobą Prawa, zawsze słyszymy w sobie głos sumienia – i dlatego powinniśmy w zgodzie z nim postępować. Stąd też znane powoływanie się na tzw. klauzulę sumienia (patrz: lekarze odmawiający dokonania aborcji na dziecku czternastoletniej „Agaty”). Co bowiem nie jest zgodne z sumieniem, a zgodne jest z prawem stanowionym, nie może być wykonane.

Skoro wszystko ładnie pięknie, to skąd taki dziwny tytuł tej notki? Odpowiedź wydaje się bardzo prosta. Otóż, jak mówiłem, wszyscy, którzy chcą, wiedzą że sumienie jest podstawową instancją. I niezmiernie często na nie się powołują. Ostatnio zdarzało mi się uczestniczyć chociażby w sporze, w którym starałem się dość ostro postawić sprawę tego, kto jest katolikiem, a kto nim nie jest (korzystając nota bene nie z czego innego, jak tylko z definicji katolika – jak choćby tej: „Katolikiem nazywamy tego, kto jest ochrzczony, uznaje papieża za głowę Kościoła, oraz wierzy w to wszystko, czego Kościół rzymsko-katolicki naucza”, zaczerpniętej podobno z Katechizmu dla dzieci z r. 1966, choć sądzę, że definicja nadal nie przestała być aktualna). Dostawałem odpowiedzi, które wskazywały, jakobyśmy nie mieli żadnego prawa do określania kto jest, a kto nie jest katolikiem, ponieważ to, czy ktoś jest czy nie jest, zależeć ma jedynie od jego własnego sumienia. Tak więc katolik ma prawo uznawać seks przedmałżeński, negować zwierzchnictwo papieża czy twierdzić, iż rozwody powinny być w Kościele dopuszczone, a jednocześnie być katolikiem, bo to wszystko zgadza się z jego sumieniem. Tak choćby jak pani minister Kopacz, która przyczyniła się do dokonania aborcji na dziecku „Agaty”, która przed tym faktem była katoliczką, a po nim, nie mając (publicznie) żadnych wątpliwości co do słuszności swego (zgodnego z prawem państwowym) działania, wciąż pozostawała katoliczką.

Sam jestem zwolennikiem twierdzenia, że wszystko rozgrywa się w twoim sumieniu. Ale to jest twierdzenie, które ludzie biorą pod uwagę – i wykorzystują do swoich własnych celów. Moje sumienie mówi mi, że mogę dokonać aborcji, moje sumienie mówi mi, że mogę nie pójść do kościoła w niedzielę, moje sumienie również mówi mi, że wciąż jestem katolikiem. Do niedawna nie miałem bladego pojęcia, jak na to odpowiedzieć…

Jednak zrządzeniem Bożym trafiłem na zaledwie dwa artykuły z książki Josepha Ratzingera pt. „Wiara – prawda – tolerancja: chrześcijaństwo a religie świata” i w jednym z nich znalazłem niesamowitą odpowiedź na moje wątpliwości. A napisano w nim tak: „Paweł (…) potępia większość praktyk religijnych tamtych czasów. Wskazuje na inne źródło – na to, co wszyscy mają zapisane w sercu, na dobroć jednego Boga. Tutaj zresztą stają naprzeciw siebie dwa sprzeczne dziś pojęcia sumienia, które najczęściej po prostu są mylone. Sumienie jest dla Pawła organem, w którym jeden Bóg objawia się wszystkim ludziom, którzy są jednym człowiekiem. Obecnie jednak sumienie jawi się jako wyraz absolutyzacji podmiotu, ponad którym nie ma już żadnej instancji moralnej. Dobra, jako takiego, nie da się dostrzec. Głos Boga nie jest słyszalny. (…) Tak więc we współczesnym rozumieniu sumienie jest kanonizacją relatywizmu, świadectwem nieistnienia wspólnych zasad obyczajowych i religijnych, podczas gdy dla Pawła i dla tradycji chrześcijańskiej było ono właśnie gwarancją ludzkiej jedności i możliwości słyszenia Boga, zjednoczenia wokół jednego i tego samego dobra”.

I olśniło mnie! Jakie to szczęście, że na świecie są ludzie mądrzejsi ode mnie, których mogę słuchać i się na nich wzorować. To rozumowanie wydaje się takie logiczne! Sumienie jest bowiem, w rozumieniu tradycyjnym, głosem wewnątrz nas, danym nam z zewnątrz. Głosem Boga, który przemawia do ludzi jak do jednego człowieka, do każdego na ten sam sposób. Dlatego raczej nie powinniśmy mówić nawet „moje sumienie”, lecz „sumienie” w ogóle. Ten, kto słucha swego sumienia, ten, kto prawidłowo je kształtuje, ten samego Boga słucha – i dlatego słuchając sumienia nie może się mylić.

Zauważmy, że tradycyjne rozumienie wykorzystania sumienia pozostało! Skoro sumienie coś mi podpowiada, to znaczy, że robiąc to, czynię dobrze. Zmienił się tylko sposób pojmowania sumienia – sumienie stało się naszą wewnętrzną, niezależną od niczego ani nikogo instancją, którą w zasadzie sami sobie kształtujemy pod nasze myślenie, nasze poglądy. Jak mówi przyszły papież: „Tak więc we współczesnym rozumieniu sumienie jest kanonizacją relatywizmu, świadectwem nieistnienia wspólnych zasad obyczajowych i religijnych”. Mam prawo robić co chcę, bo to jest moje sumienie i moja sprawa.

Dlatego też użyłem słowa „wytrych” w zestawieniu z sumieniem. Ponieważ ludzie znalazłszy sobie nową, relatywistyczną definicję sumienia, zniekształcili swe prawdziwe sumienie, zagłuszyli głos Boga w sobie, jednocześnie zatrzymując sposób wykorzystania sumienia. Wiedzą (dzięki chrześcijańskiej kulturze), że sumienie jest najwyższą instancją i podkładają pod to swoje sumienie, by działać tak, jak tylko sobie żywnie chcą, i by nikt im w tym nie przeszkadzał. To jest właśnie wytrych, jakim jest sumienie.

Z tym, że tak się nie da. Bo najwyższą instancją jest tylko (i wyłącznie) obiektywne sumienie. Jedyny, uniwersalny i z natury słyszalny głos Boga, który mówi nam, co jest złe, a co dobre. Obiektywne sumienie, nie zniekształcone przez jakiekolwiek ideologie, przez degradację społeczeństwa, przez ściąganie na klasówkach. Tylko to sumienie, które wszyscy mamy wspólne i które jest niezmienne (tak, jak niezmienny jest Bóg) może być dla nas najwyższą instancją – i tylko wówczas należy nam się to, co nazywamy klauzulą sumienia.

Subiektywne, relatywne sumienie, które jest w rzeczywistości moim myśleniem, moimi poglądami, moimi ideologiami, nie ma żadnej władzy wiążącej i nie możemy się na nie powoływać, by pokazać swoje racje, by usprawiedliwić swoje złe zachowanie. Jeśli jesteś za aborcją, a sumienie mówi ci, że wciąż jesteś katolikiem – to coś jest nie tak z twoim sumieniem. Jeśli sądzisz, że msza jest nudna, więc pójdziesz tylko raz na miesiąc, a sumienie mówi ci, że wciąż jesteś katolikiem, to nadal coś nie tak z twoim sumieniem. I tak dalej. Jakie to dziecinnie proste.

Bo to Bóg jest sumieniem, a nie my. To On nam pomaga odkrywać to, co dobre i to, co złe; my sami tego nie potrafimy. Co za szczęście, że Joseph Ratzinger na to wpadł. Dzięki Bogu ja na to wpadłem, że na to wpadł, bo sam to bym na to nie wpadł…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze