Monthly Archives: Maj 2009

Zwykłe pisanie pani Ha przez całą noc

Obiecałem jakiś czas temu, że podejmę się interpretacji (czy może lepiej nazwać to polemiką) jednego z nowszych tekstów pani Magdy Hartman. Do niedawna czytywałem jej artykuły na moim ulubionym portalu Pardon.pl ale ku memu zaskoczeniu z jakichś powodów odeszła z tamtego miejsca. Wkrótce potem przeczytałem jednak na blogu Azraela, że teraz pani Hartman tworzy w „Studiu Opinii”. Przy okazji natknąłem się na jeden z jej tekstów, w tym samym wpisie przez Azraela zamieszczony. Przeczytawszy tekst zapałałem, jak zazwyczaj w zderzeniu z tą autorką, lekką złością i postanowiłem zripostować.

Tutaj znajdziecie tekst, do którego postanowiłem się odnieść.

Aby uprzedzić ewentualne pytania dodam, że być może Azrael jest tym samym Azraelem, który wypłynął ostatnio na fali Kataryny, ale ja chciałem ten tekst zinterpretować zanim mieliśmy możność zderzenia ze sprawą Kataryny i nie usiłuję wypłynąć na fali Azraela :). Przejdźmy do meritum – sedna.

Swój artykuł zatytułowany „Knotz przez całą noc” pani Magda Hartman zaczyna, jak zazwyczaj zdarza się w takich przypadkach, od podkreślenia, że skoro ktoś żyje w celibacie, czyli teoretycznie nie ma praktyki w uprawianiu seksu, to na temat seksu nie powinien się wypowiadać. Porównuje zakonnika-seksuologa z niewidomym krytykiem malarstwa. Już tutaj mogę zwrócić uwagę na pewne błędy wynikające z tej teorii. Jeśli chodzi o seksuologów niepraktyków, to wolę porównanie ich do lekarzy, którzy nie musieli łamać nogi, żeby umieli ją złożyć. Ludziom pokroju Knotza wystarczy obserwacja i rozmowa z ludźmi, z małżeństwami, przecież także ze świeckimi seksuologami, by móc wyciągnąć z tych rozmów, z tych sytuacji logiczne, mądre wnioski – których nie sprawdzi w praktyce, ale w praktyce sprawdzą je rzeczone małżeństwa, chcące żyć w prawdziwej miłości, to znaczy również: w zgodzie z Ewangelią (tudzież nauczaniem Kościoła). By mówić o tym, jak wygląda obraz, trzeba go najpierw zobaczyć. By mówić o tym jak wygląda stosunek seksualny, wystarczy pójść na lekcję biologii. By wiedzieć jak doradzić ludziom potrzebującym porady – wystarczy mądrze myśleć. Sam znam ludzi (mogę nawet powiedzieć, że należę do takich), którzy żyjąc jeszcze samotnie mówili mnóstwo ciekawych, przemyślanych rzeczy na temat seksu, choć nie byli praktykami, następnie wcielając to w swoje małżeńskie życie z dobrym skutkiem. Nie trzeba więc uprawiać seksu, by o nim mówić – i to mówić dobrze.

Powyższa kwestia nie jest zresztą w tym wszystkim najważniejsza. Przytoczony argument tradycyjnie już umieszcza się na początku tekstu czy w rozlicznych komentarzach, by ośmieszyć autorytet, który zamierzamy krytykować. Przejdźmy więc do dalszych, może nieco logiczniejszych rozważań pani Magdy. I nie będę się skupiał na porównywaniu „Przewodnika Katolickiego” (którego zresztą nie czytałem) do tabloidów – w końcu Pardon, na którym pani Hartman tak gorliwie pisywała, sam był rodzajem tabloidu, a z pewnością nadawał swoim (w tym i pani Magdy) artykułom tytuły, które pani Ha podciąga pod tabloidowe. Zwróćmy uwagę na dalsze akapity.

„Nie należy bać się swojego ciała i rozbudzenia seksualnego. Młodzi ludzie powinni poznać się nawzajem w okresie narzeczeństwa, które jest czasem odkrywania również swojej cielesności. Czułość, pieszczoty nie są czymś grzesznym” – przytacza pani Hartman słowa ojca Knotza, po czym dopowiada, co na ten temat mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, paragraf 2350: „Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości. Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa”. Po czym komentuje, że nie komentuje. A ja skomentuję. Ojciec Knotz mówi o czułościach i pieszczotach. KKK mówi o czułościach właściwych miłości małżeńskiej. Jak więc widzimy – Katechizm nie zakazuje wszelkich przejawów czułości w okrecie narzeczeńskim – zaznacza jedynie, że czułości właściwe miłości małżeńskiej powinny być zachowane na później. Oczywiście możemy się kłócić: co to znaczy „właściwe miłości małżeńskiej?” ale spróbujmy raczej pomyśleć co w związku z tym mógł mieć na myśli o. Knotz. Sądzę, że takie na przykład pocałunki, trzymanie za rękę, czy choćby gładzenie po plecach nie jest przez KKK zakazane – sądzę też, że o. Knotz też tak sądzi. Owszem, zdarzało mi się słyszeć opinię osoby konsekrowanej, że pocałunki też są już grzechem, bo pobudzają do czegoś więcej – ale nie sądzę, by samo pobudzenie już było grzechem. Pisząc, że narzeczeństwo „jest czasem odkrywania również swojej cielesności” o. Knotz może mieć na myśli (i ja to tak rozumiem) swoją cielesność, swoje popędy etc., a nie cielesność cudzą, czyli drugiej osoby. I nie sądzę, by miał tu na myśli „odkrywania swej cielesności” jako które ostatnimi czasy rozumie się zwyczajowo masturbację. Odnoszę ogólne wrażenie, że pani Hartman posuwa się tu do nadinterpretowania, by uwypuklić swoje racje.

Następnie zaś posuwa się do dyskutowania z kościelnym prawem dotyczącym małżeństwa. Przytacza słowa Knotza, który twierdzi, że Kościół nie mówi nic na temat współżycia tylko w okresie płodnym, a niewspółżycia w okresie niepłodnym. Po czym stwierdza, że „Niestety, mówi, mówi jak najbardziej”. Potem przytacza punkty z KKK, jak następuje:

1. „Osoby związane małżeństwem są wezwane do życia w czystości małżeńskiej.” (§ 2349)

2. Czystość to „osiągnięcie panowania nad sobą” (§ 2338) oraz „przeciwstawianie się pokusom” (§ 2340).

3. „Przyjemność seksualna jest moralnie nieuporządkowana, gdy szuka się jej dla niej samej w oderwaniu od nastawienia na prokreację i zjednoczenie.” (§ 2351)

4. „Przez zjednoczenie małżonków urzeczywistnia się podwójny cel małżeństwa: dobro samych małżonków i przekazywanie życia. Nie można rozdzielać tych dwóch znaczeń, czyli wartości małżeństwa.” (§ 2363)

No to ja, patrząc na przytoczone przez panią Hartman punkty, odpowiem: A jednak nie mówi.

Oficjalna nauka Kościoła mówi, że są dwa cele współżycia: dobro małżonków i przekazywanie życia. To oznacza, że gdy małżonkowie zbliżają się do siebie, mają obowiązek zjednoczyć się całkowicie, bez żadnych przeszkód stojących między nimi, bez żadnego strachu. W tej sytuacji, jak rozumiemy rzecz jasna, prezerwatywy odpadają. Mają owi jednocześnie za zadanie nastawiać się na Boży dar życia. Bo – logicznie rzecz ujmując – seks jest po to, z natury przecież, żeby coś się z niego urodziło. Kościół jednak (proponuję pani Magdzie lekturę co poniektórych dokumentów pisanych przez Jana Pawła II, który sam akredytował KKK; w samym Katechizmie zresztą jest i o tym mowa – to każdy znawca powinien wiedzieć) podkreśla nastawienie na życie związane z naturalnymi cyklami organizmu kobiety. Spójrzmy tylko jak mądrze Bóg to wymyślił, że kobieta może zajść w ciążę jedynie przez jeden dzień w ciągu cyklu! A zważywszy na żywotność plemników okres płodny trwa najwyżej tydzień! W pozostałe zaś dni nie istnieje praktycznie żadna możliwość – poza cudowną ingerencją – na zajście w ciążę. W tym czasie małżonkowie – wciąż otwarci na możliwość poczęcia, ale chcący odłożyć je z ważnych powodów na później, ew. wkładający je w ręce Opatrzności – mogą wciąż jednoczyć się w okresie niepłodnym, a uczyć się wstrzemięźliwości w okresie płodnym! Należy zaznaczyć, że po pierwsze nie stosują wówczas żadnej antykoncepcji, a jedynie stosują się do wskazówek danych im przez naturę, ale po drugie odkładają poczęcie z założenia tylko czasowo, nie ze strachu przed dzieckiem, co swego czasu napisała u siebie pani Wiater. Jak widzimy więc oficjalna nauka Kościoła nie nakazuje współżycia tylko w celu poczęcia dziecka – lecz jedynie bez sztucznego, wywołanego strachem odgradzania się od czegoś, co z natury ze współżycia wypływa.

I wreszcie pani Hartman sięga do słów ojca Knotza, który twierdzi, że Kościół nie zabrania przyjemności w czasie współżycia. Po czym odwołuje się do przytoczonego punktu 2351 twierdząc, że punkt ten przekazuje nam coś „drastycznie innego”. Ale przecież, drodzy Państwo, ten punkt właśnie mówi, że przyjemność nie jest niczym złym! On właśnie mówi, że sama przyjemność jest czymś wspaniałym, jeśli towarzyszy jej nastawienie na prokreację i zjednoczenie! Owszem – seks dla przyjemności jest moralnie nieodpowiedni – ale przyjemność z seksu jest wspaniałym, cudownym przeżyciem! O ile wspanialszym, gdy jednocześnie „kochamy się” z miłością, z całkowitym, nieblokowanym oddaniem i z otwarciem na nowe życie! Nie wiem gdzie pani Hartman wyczytała, że Kościół zabrania przyjemności…

Oczywiście na koniec pani Magda wysnuwa prawdopodobnie błędne wnioski, jakoby nauczanie o. Knotza miało być przygotowaniem gruntu pod zniesienie celibatu – nie wiem na jakiej podstawie. A niechże sobie wysnuwa, wolno jej. Tylko niech się nie dziwi, że jej teksty czytać będą tylko ci „katolicy”, którzy na temat nauczania Kościoła nie mają zielonego pojęcia.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 komentarzy

Czyściec po benedyktyńsku

Sprawa czyśćca jest tematem, który od dłuższego czasu zaprząta moje myśli. Ponieważ jestem zwolennikiem starej średniowiecznej nauki „fides quaerens intellectum” – starałem sobie w głowie to wszystko poukładać. Jak mają się stany przejściowe do sądu ostatecznego (czy w związku ze stanami przejściowymi są dwa sądy?), jak długo trwa – i czy rzeczywiście trwa – taki stan przejściowy, skoro dla Boga czas nie istnieje? Czy męki czyśćcowe są czymś realnym, skoro człowiek biorący w nich udział nie ma ciała? I czy rzeczywiście mamy jakiekolwiek prawo uważać, że człowiek, który jest jednością ciała i duszy może istnieć w jakiś sposób bez ciała, a jednak w czasie i przestrzeni (którymi byłby czyściec) – i w tychże cierpieć? Te wszystkie wątpliwości pewnego dnia doprowadziły mnie do negacji czyśćca, oraz do wypracowania zdania: „Jeśli chcesz, możesz wierzyć w istnienie czyśćca, ale nie licz na to, że wszystkie twoje grzechy zostaną ci odpuszczone po śmierci. Żyj tak, jakby czyśćca nie było”. Miałem nawet napisać notkę, którą puentowałbym w ten sposób. Postanowiłem jeszcze zaczekać…

Pozwólcie, że skupię się przez sekundę na kilku teoriach czyśćca, które utkwiły mi w pamięci, a które postaram się przytoczyć zanim zwrócę się w stronę meritum.

Pierwsza opierała się na pewnym opowiadaniu, w którym chłopiec zachowywał się źle, ale chciał zmienić swoje zachowanie. Tatuś zaproponował mu więc, żeby za każdym razem gdy zrobi coś złego, wbijał w płot jeden gwóźdź, gdy zaś zrobi coś dobrego – by jeden gwóźdź z płota wyciągnął. Chłopiec robił więc to, co tata mu kazał. Po pewnym czasie płot był naszpikowany gwoźdźmi – chłopiec postanowił więc zmienić taktykę. Zaczął spełniać dobre uczynki, wyjmując potem po jednym gwoździu. Ostatecznie przyszedł do taty, by pokazać, że w płocie nie ma już żadnego gwoździa. „Ale spójrz” – rzekł tata – „Płot jest teraz pełen dziur”. Ot i całe opowiadanie. Osobiście wykorzystałem je by opowiedzieć drugoklasistom o sakramencie pojednania – że tylko Boże miłosierdzie jest w stanie załatać te dziury. Słyszałem jednak i inne interpretacje – że dziury łata czyściec, lub jeszcze docześnie – odpust zupełny. Nie podobała mi się ta interpretacja.

Druga zaś wypłynęła z ust mojego znajomego ojca franciszkanina. Powiedział on, że czyściec to takie miejsce i czas, gdzie my przygotowujemy się do spotkania z Panem. Stajemy w prawdzie przed samymi sobą i zauważamy, jak bardzo jesteśmy niegotowi. Pan przychodzi już po nas i zaprasza do siebie, ale my jesteśmy jak taka dziewczyna wybierająca się z chłopakiem na randkę. On już na nas czeka, bo on chce nas zobaczyć, chce mieć nas dla siebie, ale to my jesteśmy jeszcze niegotowi – i prosimy go, żeby na nas zaczekał. On to w tym wypadku oczywiście Bóg, a my – szykujący się – nie chcemy wyjść, bo nie czujemy się gotowi. Ta interpretacja również mi się nie podobała.

Osobiście bowiem byłem zwolennikiem teorii, że człowiek zmartwychwstaje zaraz po śmierci. Wynikało mi to z faktu, że ponieważ jest jednością duszy i ciała – nie może istnieć jako sama dusza. Choć nie czytałem wciąż Sumy świętego Tomasza (pokornie się przyznaję, Elu), rozumiem, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, ponieważ posiada właściwości które są tylko duchowe, niezależne od ciała (to dowodzenie filozoficzne, nie teologiczne). Zdaje mi się jednak również, że dusza nie może istnieć bez ciała, ponieważ jest jedynie formą, a nie całą substancją (którą nota bene jest człowiek) – i tym samym nie może istnieć bez materii. Dlatego dusza ludzka jednocześnie ma istnienie poza ciałem i nie ma istnienia poza ciałem. I dlatego też korzystając ze swej nieśmiertelności (czyli istnienia poza ciałem) jest zmobilizowana do znalezienia sobie nowego ciała w tym samym momencie, w którym poprzednie umiera (ze względu na niemożność istnienia poza ciałem). To bardzo skomplikowane rozumowanie doprowadziło mnie do wniosku, że człowiek mający możność istnienia tylko w ciele nie istnieje poza czasem (sama dusza może i istnieje – dlatego też mowa o zmartwychwstawaniu w momencie śmierci nie wyklucza istnienia „pozaczasu” tylko dla duszy), lecz jedynie w czasie przed śmiercią i w czasie po zmartwychwstaniu. A więc czas czyśćcowy nie istnieje.

Ufff… skomplikowane. Taka była moja teoria do niedawna – i nie miałem pojęcia, gdzie ja mogę ten czyściec wcisnąć. Stąd właśnie moja negacja czyśćca. Ale właśnie wtedy z pomocą przyszedł mi Benedykt XVI! Czytając na zaliczenie jego encyklikę „Spe salvi” natknąłem się na fragment dotyczący czyśćca, który z łatwością zapełnił dziury w moim rozumowaniu.

Benedykt XVI rozpoczyna od ukazania nauki chrześcijańskiej, która mówi, że ludzie na wskroś źli trafiają do piekła, a ci na wskroś dobrzy – do nieba. Wiemy jednak, że żaden z tych stanów nie jest normalnym stanem ludzkiej egzystencji – że człowiek z natury jest dobry, lecz tą dobroć pokrywa zazwyczaj pewna warstwa brudu, pewna warstwa zła. „Co dzieje się z takimi ludźmi, kiedy pojawiają się przed Sędzią?” pyta. „Czy wszystkie brudy, jakie nagromadzili w ciągu życia, staną się od razu bez znaczenia? Albo co jeszcze nastąpi?” (Spe salvi 46). Dalej powołuje się na słowa św. Pawła zapisane w Pierwszym Liście do Koryntian: „I tak ktoś na tym fundamencie [czyli na Chrystusie] buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drewna, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego budowla wzniesiona na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień” (1 Kor 3, 12-15).

No dobrze, to już wiemy. Właśnie to jest ten fragment, na którym przez wieki opierały się najróżniejsze nauki o czyśćcu. Co nowego mówi więc Benedykt XVI? Otóż powołuje się on na niektórych współczesnych teologów, którzy „uważają, że ogniem, który spala a równocześnie zbawia jest sam Chrystus” (Spe salvi 47). Cierpieniem, które jest tym ogniem, to, które spala nasz źle wybudowany przybytek, jest „Sędzia i Zbawiciel”. Nie tyle czas, nie tyle miejsce, co Osoba. „Ból miłości staje się naszym zbawieniem i naszą radością”. Co więcej jednak, papież kontynuuje w słowach, które niezwykle mnie ucieszyły: „Jest jasne, że nie możemy mierzyć ‚trwania’ tego przemieniającego wypalania miarami czasu naszego świata. Przemieniający ‚moment’ tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu – jest czasem serca, czasem ‚przejścia’ do komunii z Bogiem w Ciele Chrystusa” (Spe salvi 47).

Jak możemy więc rozumieć, oczyszczający ogień zwany czyśćcem wcale nie jest (lub może – nie musi być) czasem przygotowania, miejscem pokuty, lecz pozaczasowym spotkaniem ze Zbawicielem w palącym ogniu Jego miłości. I przez ten ogień wypaleni – zmartwychwstajemy do nowego, lepszego życia. Bez pośrednich między doczesnością a życiem wiecznym łon Abrahama czy Pól Elizejskich. Albo czyśćców. Bez „trochę zbawieni” czy „tak jakby zbawieni”. Bez czekania duszy na ciało uwielbione.

Kiedy na wykładzie z dogmatyki o. Salij (którego naukę cenię niepomiernie) wspomniał o młodych teologach, z którymi nie do końca się zgadzał, a którzy twierdzili, że zmartwychwstajemy w momencie śmierci, wystawiał pewien poważny problem: Jeśli jest tak, jak mówisz, to na cóż zdać by się miała moja modlitwa za zmarłych, lub twoja modlitwa za mnie, gdy ja umrę? Benedykt XVI znakomicie radzi sobie i z tym problemem. Z Drugiej Księgi Machabejskiej wiemy, że modlitwa za zmarłych była praktykowana i że ma sens. „To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem” – zaznacza papież w numerze 48, dodaje jednak: „Można (…) zapytać: jeżeli ‚czyściec’ oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?” Zaraz jednak odpowiada: „Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami (…). Nieustannie w moje życie wkracza życie innych (…). I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych (…). Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci. W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony. Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne” (Spe salvi 48). Ja dodałbym jeszcze: nigdy nie jest za wcześnie. Jeśli nasza modlitwa ma wpływ na oczyszczenie, na zbawienie człowieka, który umarł przed nami, to ma ona również wpływ na zbawienie człowieka, który po nas się narodzi. Na zbawienie naszego wnuka, wnuka naszego wnuka, i tak dalej, i tak dalej.

Tak więc wolno nam, jak sądzę, rozumieć oczyszczenie, czyli tradycyjny czyściec, jako ‚moment’ sądu (śmiem wnioskować to z przytoczonego fragmentu encykliki). Czyściec to nie miejsce i czas oczekiwania, lecz etap (jak trudno dobrać ludzkie, czasoprzestrzenne sformułowanie) na drodze ze śmierci do życia, z grobu do zmartwychwstania. Stąd też moje przypuszczenia, że dzień sądu przyjdzie za naszego życia (dobrze kombinował św. Paweł) – a dokładniej – w dniu naszej śmierci. „A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9, 27). Sąd – czyli czyściec?

Ten przydługaśny monolog (przepraszam stokrotnie) nie rozwiązuje jednak wszystkich jeszcze problemów. Ostatnio na dogmatyce z innym z kolei wykładowcą, o. Bartosikiem, poruszony został ten sam problem – problem zmartwychwstania w momencie śmierci wobec zmartwychwstania i wniebowzięcia Matki Boskiej. Skoro bowiem wszyscy umieramy i zmartwychwstajemy w chwili śmierci – to w czym lepsze było od naszego zmartwychwstanie (pierwszej wśród ludzi nie będących Bogiem) Maryi? Problem jest realny – i chętnie zadałbym to pytanie Benedyktowi XVI. Zanim odpowiem – przemyślę. Może coś ciekawego przejdzie mi jeszcze przez myśl?

I jest jeszcze problem odpustów. Na teologii odpustowej nie znam się jednak wcale. Na dzień dzisiejszy jestem na etapie negacji odpustów. Poczekajmy, z pewnością mi się jeszcze odmieni :).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 8 komentarzy

Sprawozdanie z sympozjum

Chciałbym się skupić na przebiegu sympozjum pt. „Homoseksualizm z naukowego i religijnego punktu widzenia” w którym wraz z żoną braliśmy udział. Jak wiemy, wrzawa medialna wokół niego rozpoczęła się na dzień przed sympozjum, trwała w jego trakcie, jak również trwa do chwili obecnej i nie wiemy, jak długo jeszcze będzie trwała.

Chciałbym się skupić na treściach przekazywanych przez prelegentów i pewnie to zrobię, ale trudno byłoby oddać się temu procederowi w pełni. Mógłbym to zrobić (i być może bym to zrobił) gdyby nie cała ta medialna akcja i wielkie zainteresowanie. Bo wybieraliśmy się na sympozjum już wcześniej, zanim prorektor UKSW je odwołał, a koło naukowe musiało szukać nowego miejsca by mogło się odbyć. W tej sytuacji jednak należy podkreślić, że to, co na sympozjum zostało powiedziane, nie miało wcale aż tak wielkiego znaczenia.

Po artykule Gazety jakieś siły sprawiły, że prorektor musiał odwołać sympozjum. Przeniesiono je więc do budynku znajdującego się przy uczelni (ale nie podlegającego pod uczelnię), czyli do domu rekolekcyjnego. Przybyliśmy przed 11 i sala była jeszcze dość pusta, ale wkrótce zaczęła się zapełniać dziennikarzami (rozpoczynano bowiem od konferencji prasowej). Wraz z nimi wbiła się na salę spora grupa (lub kilka grup) ludzi, których nazwałem bojówkarzami gejowskimi. Ludzie, którzy wnoszą na konferencję naukową flagi (mniejsze i większe) koloru kolorowego nie mogą chyba zwać się inaczej. Niefortunnie ktoś (podobno organizatorzy w czarnych kurtkach i dresach – jak jeszcze w czasie trwania konferencji głosiły ekrany w metrze) postanowił nie wpuścić dziennikarzy Gazety Wyborczej, jak również przedstawicieli Kampanii Przeciw Homofobii. W końcu chyba udało się im wejść… Jednak kiedy tylko rozpoczęła się konferencja prasowa i przedstawiciel GW postanowił zadać pytanie, zdecydowano się nie udzielić mu głosu. Jak powiedziała przedstawicielka Studenckiego Komitetu Wolności Słowa (zawiązanego naprędce dnia poprzedniego) Katarzyna Stępkowska, ponieważ Gazeta chciała zamknąć im usta, to teraz oni zamkną usta Gazecie. Ciekawy pomysł i interesująca polityka – choć osobiście nie popieram. Po pierwsze sądzę, że skoro walczymy o wolność słowa, to może najpierw sami dawajmy przykład? A po drugie sądzę również, że Gazecie i tak ust się nie zamknie (muszę pognać do kiosku i skazić swą nieskalaną naturę kupując dzisiejszy numer). Redaktor portalu Multikulti i tak zabrała głos w tej samej sprawie, w której starał się zabrać głos pan z GW, a mianowicie: dlaczego próbowano nie wpuścić niektórych gości na salę (sam tego nie rozumiem). Ale mniejsza o to.

Wyszedł pan doktor Paul Cameron. Tak, ten, o którego rozegrała się cała chryja. Przedstawił kilka przeprowadzonych nie tylko przezeń, ale również przez rząd amerykański oraz badaczy homoseksualnych statystyk, z których wynikało, że ok. 1/3 przypadków pedofilii jest spowodowana przez homoseksualistów. Nie byłoby w tym nic dziwnego (przecież w tej sytuacji aż 2/3 to sprawka heteryków), gdyby nie to, że homoseksualiści to jakieś 1-5% społeczeństwa. Więc ukazuje to, że więcej pedofilii jest wśród osób homo- niż heteroseksualnych. Wyniki tych badań doktor przedstawił spokojnie, beznamiętnie, zaznaczając, że większość przypadków pedofilii nie wynikała z gwałtów czy wymuszeń, lecz z woli „partnerów”. I że mało kto nazwałby osoby te pedofilami, bo wśród wielu ich partnerów tylko mniej (często o wiele mniej) niż połowę stanowili nieletni chłopcy. Statystyka potwierdziła się wśród nauczycieli i uczniów, wśród dzieci z rodzin zastępczych, a także wśród prywatnych dzieci osób homoseksualnych. Przy tym wszystkim doktor Cameron obalał także mit o istnieniu jakoby trzeciej orientacji seksualnej – tj. pedofilskiej (co twierdził choćby prof. Lew-Starowicz, próbując obalić tezę Camerona: „Nie znam Camerona ani wiarygodnych badań mówiących o tym, że sprawcami jednej trzeciej przypadków molestowania dzieci są homoseksualiści. Sprawcami są pedofile – podkreśla prof. Zbigniew Lew-Starowicz, krajowy konsultant w dziedzinie seksuologii.”). Zaznaczał bowiem, że naprawdę niewiele jest takich osób, które uprawiają seks wyłącznie z dziećmi, a osoby uprawiające seks z dziećmi danej płci uprawiają również seks z dorosłymi tej samej płci. Nie spodobało się to pani Multikulti, która stwierdziła, że zgodnie z badaniami, które ona zna, pedofilom jest wszystko jedno, czy uprawiają oni seks z małymi chłopcami, czy z dziewczynkami. Cameron odpowiedział, że ktoś taki, jak czysty pedofil to fikcja, więc badania na kimś takim nie są możliwe – a badania, na których on się opiera, przeprowadza się na próbce homoseksualistów i heteroseksualistów – i sprawdza się ich skłonność do pedofilii.

Po zakończonej prelekcji i serii pytań i odpowiedzi pan Cameron musiał opuścić aulę Domu Rekolekcyjnego. Jedna z siedzących przed nami pań przynależnych do jakiegoś wolnościowego ugrupowania z oburzeniem podsumowała wykład doktora: „To bez sensu. Przecież on nie wyraził żadnych poglądów! Tylko przedstawił statystyki!” Ale, cóż w tym oburzającego? Przecież o to właśnie chodziło! Przecież to właśnie jest konferencja naukowa! Pan Cameron spisał się świetnie – naprawdę nie było się do czego przyczepić.

Innego zdania była pani Multikulti. Udzielając wywiadu przy wyjściu z sali stwierdziła, że „pan Cameron twierdzi, że homoseksualizm jest szkodliwy społecznie i nawołuje do likwidowania homoseksualistów”. Problem jedynie w tym – jak napisałby pan Terlikowski – że Cameron słowem nie odezwał się na temat likwidowania kogokolwiek – przynajmniej nie w czasie tego wykładu. Powiedziawszy to przy wyjściu pani Multikulti wyszła z sali, a wraz z nią podążyli dziennikarze (także Gazety Wyborczej) oraz niemal wszyscy zgromadzeni skamingałtowani homoseksualiści. Kolejne wykłady (jeden na temat homoseksualizmu w starożytnej Grecji, trzy na temat terapii homoseksualistów) odbyły się w spokoju, przy sali wypełnionej w 1/3 przez fanatycznych katoli z Uniwersytetu (i ja też tam byłem, coca-colę piłem, a co tam widziałem, tutaj opisałem).

Panie prelegentki mogły się wysilać – nikt im już nie zadał złośliwego pytania. Ksiądz wykładający jako ostatni mógł się wywnętrzać na Gazetę Wyborczą – Gazeta w dalszym ciągu pozostawała nieobecna. Niezwykle rzeczowe, mądre wykłady wchłonięte z rozkoszą przez nas, studentów, ominęły uszy tych, którzy powinni ich wysłuchać najbardziej. Ale przecież oni nie chcieli. Nie po to tu przyszli. Oni przyszli zrobić pikietę. Przyszli zaprotestować. Pod koniec konferencji miałem ochotę zadać pytanie: „Gdzie jest Gazeta Wyborcza? Gdzie są bojówkarze gejowscy? Gdzie jest pani Multikulti?” Ale byłoby to pytanie retoryczne. Oni przyszli tylko protestować przeciw wykładom bardzo złego, antygejowskiego doktora, którego Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne wykreśliło z listy (niewielu zaznacza, że na jego własną prośbę), i który nie powinien wykładać w takim miejscu jak uczelnia państwowa. Ba! Nie powinien wykładać w ogóle!

Myślę, że wyszli także dlatego, że poczuli lekki zawód. Wszak Cameron przedstawił tylko statystyki…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Podstęp po szwedzku

Do niedawna sądziłem, że najgorszy przykład współczesnego życia płynie z Holandii. Wszak właśnie tam zaczęła się legalizacja związków homoseksualnych i włączono program wykańczania osób starszych (tj. legalizacji eutanazji). Ewentualnie z Wielkiej Brytanii – ilość ciąż wśród nastolatek wynikająca (to jest dość prawdopodobna teoria) z nacisku na wychowanie seksualne (i idący za tym wszystkim odsetek aborcji). Skandynawia jawiła mi się jako wspaniały świat, gdzie nie ma przestępców, a wyjeżdżając na wczasy możesz zostawić otwarte drzwi bez obawy, że ktokolwiek Cię okradnie. Sam się dziwię jak można się było tak bardzo pomylić…

Kiedy w czasie seminarium z fundamentalnej ksiądz doktorant wyświetlił film przygotowany przez Frondę, nie byłem w stanie wyjść z zadziwienia. Nie, nie będę się rozwodził na ten temat. Zwyczajnie zamieszczę film tak, byście mogli sami go sobie obejrzeć:

Link do filmu

Najbardziej przeraża mnie młoda dziewczyna z komunistycznej partii, posiadająca niezliczone ilości rodzeństwa z najróżniejszych małżeństw swoich rodziców oraz ich pozostałych małżonków. I dwójka duchownych (pan i pani), którzy radują się z powodu możliwości błogosławienia ich homoseksualnych związków przez ich własny Kościół.

A mniej-więcej w tym czasie, w którym odbyła się projekcja przytaczanego przeze mnie filmu trafiłem na artykuł na moim „ulubionym” portalu Pardon.pl. Ten artykuł przeraził mnie jeszcze bardziej.

W skrócie: Norweżki mają termin dokonywania aborcji do 12 tygodnia i do tego czasu nie mogą dowiadywać się jakiej płci jest ich dziecko. Przeszkadza to mieszkającym w Norwegii Arabkom, które nie chcą mieć córek. Po 12 tygodniu sprawdzają więc płeć i gdy dowiedzą się, że to dziewczynka, jadą do Szwecji, gdzie można przerywać ciążę dłużej. Szwedzi mają więc problem – bo to, co się usuwa z łona wyzwolonych kobiet, jest z całą pewnością płci żeńskiej, a więc jest również kobietą. I tu pada pytanie: której kobiety praw należy bronić?

Pytanie jest tak samo zasadne jak to zadane przez panią Magdę Hartman (której jeden z nowszych artykułów być może postaram się zrecenzować w najbliższym czasie) na końcu wywodu: „Kiepsko sprawdza się zarówno polski religijny zakaz, jak i szwedzki ultraliberalizm. Dlaczego w żaden sposób nie udaje się uzyskać czegoś pośredniego, co wyeliminowałoby przynajmniej większość patologii?” Jest tak samo zasadne, bo nikt nie zastanawia się dlaczego niby polski „religijny” zakaz kiepsko się sprawdza. I co to znaczy „kiepsko”?

Tytuł ukazanego filmu celowo dostosowałem do potrzeb notki. Bo ten „postęp” jawi mi się jako „podstęp”. Podstęp pewnych środowisk, liberalnych i wyzwolonych, podstęp zbuntowanych mas. Podstęp wolnościowych tolerancyjnych ludzi, którzy tolerują wszystko, byleby było zgodne z ich myślą.

Podstęp po szwedzku, po brytyjsku, po holendersku, ostatnio i w Kościele niemieckim po niemiecku…

Polska nie jest i nie będzie nigdy ostoją. Nie wiem, czy kiedykolwiek była. To, co stało się z dzieckiem Agaty rok temu i to, co stało się z konferencją dotyczącą homoseksualizmu (która na szczęście jednak się odbędzie, bo zamierzałem się na nią wybrać), pod wpływem jednego, jedynego potężnego polskiego medium znakomicie o tym świadczy. Więc przestańmy czuć się wreszcie ostoją katolicyzmu, jeśli nadal się nią czujemy, i zacznijmy coś robić! Odpowiedzmy na ten dziwny postęp-podstęp. Zróbmy to już dzisiaj!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze