Zwykłe pisanie pani Ha przez całą noc

Obiecałem jakiś czas temu, że podejmę się interpretacji (czy może lepiej nazwać to polemiką) jednego z nowszych tekstów pani Magdy Hartman. Do niedawna czytywałem jej artykuły na moim ulubionym portalu Pardon.pl ale ku memu zaskoczeniu z jakichś powodów odeszła z tamtego miejsca. Wkrótce potem przeczytałem jednak na blogu Azraela, że teraz pani Hartman tworzy w „Studiu Opinii”. Przy okazji natknąłem się na jeden z jej tekstów, w tym samym wpisie przez Azraela zamieszczony. Przeczytawszy tekst zapałałem, jak zazwyczaj w zderzeniu z tą autorką, lekką złością i postanowiłem zripostować.

Tutaj znajdziecie tekst, do którego postanowiłem się odnieść.

Aby uprzedzić ewentualne pytania dodam, że być może Azrael jest tym samym Azraelem, który wypłynął ostatnio na fali Kataryny, ale ja chciałem ten tekst zinterpretować zanim mieliśmy możność zderzenia ze sprawą Kataryny i nie usiłuję wypłynąć na fali Azraela :). Przejdźmy do meritum – sedna.

Swój artykuł zatytułowany „Knotz przez całą noc” pani Magda Hartman zaczyna, jak zazwyczaj zdarza się w takich przypadkach, od podkreślenia, że skoro ktoś żyje w celibacie, czyli teoretycznie nie ma praktyki w uprawianiu seksu, to na temat seksu nie powinien się wypowiadać. Porównuje zakonnika-seksuologa z niewidomym krytykiem malarstwa. Już tutaj mogę zwrócić uwagę na pewne błędy wynikające z tej teorii. Jeśli chodzi o seksuologów niepraktyków, to wolę porównanie ich do lekarzy, którzy nie musieli łamać nogi, żeby umieli ją złożyć. Ludziom pokroju Knotza wystarczy obserwacja i rozmowa z ludźmi, z małżeństwami, przecież także ze świeckimi seksuologami, by móc wyciągnąć z tych rozmów, z tych sytuacji logiczne, mądre wnioski – których nie sprawdzi w praktyce, ale w praktyce sprawdzą je rzeczone małżeństwa, chcące żyć w prawdziwej miłości, to znaczy również: w zgodzie z Ewangelią (tudzież nauczaniem Kościoła). By mówić o tym, jak wygląda obraz, trzeba go najpierw zobaczyć. By mówić o tym jak wygląda stosunek seksualny, wystarczy pójść na lekcję biologii. By wiedzieć jak doradzić ludziom potrzebującym porady – wystarczy mądrze myśleć. Sam znam ludzi (mogę nawet powiedzieć, że należę do takich), którzy żyjąc jeszcze samotnie mówili mnóstwo ciekawych, przemyślanych rzeczy na temat seksu, choć nie byli praktykami, następnie wcielając to w swoje małżeńskie życie z dobrym skutkiem. Nie trzeba więc uprawiać seksu, by o nim mówić – i to mówić dobrze.

Powyższa kwestia nie jest zresztą w tym wszystkim najważniejsza. Przytoczony argument tradycyjnie już umieszcza się na początku tekstu czy w rozlicznych komentarzach, by ośmieszyć autorytet, który zamierzamy krytykować. Przejdźmy więc do dalszych, może nieco logiczniejszych rozważań pani Magdy. I nie będę się skupiał na porównywaniu „Przewodnika Katolickiego” (którego zresztą nie czytałem) do tabloidów – w końcu Pardon, na którym pani Hartman tak gorliwie pisywała, sam był rodzajem tabloidu, a z pewnością nadawał swoim (w tym i pani Magdy) artykułom tytuły, które pani Ha podciąga pod tabloidowe. Zwróćmy uwagę na dalsze akapity.

„Nie należy bać się swojego ciała i rozbudzenia seksualnego. Młodzi ludzie powinni poznać się nawzajem w okresie narzeczeństwa, które jest czasem odkrywania również swojej cielesności. Czułość, pieszczoty nie są czymś grzesznym” – przytacza pani Hartman słowa ojca Knotza, po czym dopowiada, co na ten temat mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, paragraf 2350: „Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości. Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa”. Po czym komentuje, że nie komentuje. A ja skomentuję. Ojciec Knotz mówi o czułościach i pieszczotach. KKK mówi o czułościach właściwych miłości małżeńskiej. Jak więc widzimy – Katechizm nie zakazuje wszelkich przejawów czułości w okrecie narzeczeńskim – zaznacza jedynie, że czułości właściwe miłości małżeńskiej powinny być zachowane na później. Oczywiście możemy się kłócić: co to znaczy „właściwe miłości małżeńskiej?” ale spróbujmy raczej pomyśleć co w związku z tym mógł mieć na myśli o. Knotz. Sądzę, że takie na przykład pocałunki, trzymanie za rękę, czy choćby gładzenie po plecach nie jest przez KKK zakazane – sądzę też, że o. Knotz też tak sądzi. Owszem, zdarzało mi się słyszeć opinię osoby konsekrowanej, że pocałunki też są już grzechem, bo pobudzają do czegoś więcej – ale nie sądzę, by samo pobudzenie już było grzechem. Pisząc, że narzeczeństwo „jest czasem odkrywania również swojej cielesności” o. Knotz może mieć na myśli (i ja to tak rozumiem) swoją cielesność, swoje popędy etc., a nie cielesność cudzą, czyli drugiej osoby. I nie sądzę, by miał tu na myśli „odkrywania swej cielesności” jako które ostatnimi czasy rozumie się zwyczajowo masturbację. Odnoszę ogólne wrażenie, że pani Hartman posuwa się tu do nadinterpretowania, by uwypuklić swoje racje.

Następnie zaś posuwa się do dyskutowania z kościelnym prawem dotyczącym małżeństwa. Przytacza słowa Knotza, który twierdzi, że Kościół nie mówi nic na temat współżycia tylko w okresie płodnym, a niewspółżycia w okresie niepłodnym. Po czym stwierdza, że „Niestety, mówi, mówi jak najbardziej”. Potem przytacza punkty z KKK, jak następuje:

1. „Osoby związane małżeństwem są wezwane do życia w czystości małżeńskiej.” (§ 2349)

2. Czystość to „osiągnięcie panowania nad sobą” (§ 2338) oraz „przeciwstawianie się pokusom” (§ 2340).

3. „Przyjemność seksualna jest moralnie nieuporządkowana, gdy szuka się jej dla niej samej w oderwaniu od nastawienia na prokreację i zjednoczenie.” (§ 2351)

4. „Przez zjednoczenie małżonków urzeczywistnia się podwójny cel małżeństwa: dobro samych małżonków i przekazywanie życia. Nie można rozdzielać tych dwóch znaczeń, czyli wartości małżeństwa.” (§ 2363)

No to ja, patrząc na przytoczone przez panią Hartman punkty, odpowiem: A jednak nie mówi.

Oficjalna nauka Kościoła mówi, że są dwa cele współżycia: dobro małżonków i przekazywanie życia. To oznacza, że gdy małżonkowie zbliżają się do siebie, mają obowiązek zjednoczyć się całkowicie, bez żadnych przeszkód stojących między nimi, bez żadnego strachu. W tej sytuacji, jak rozumiemy rzecz jasna, prezerwatywy odpadają. Mają owi jednocześnie za zadanie nastawiać się na Boży dar życia. Bo – logicznie rzecz ujmując – seks jest po to, z natury przecież, żeby coś się z niego urodziło. Kościół jednak (proponuję pani Magdzie lekturę co poniektórych dokumentów pisanych przez Jana Pawła II, który sam akredytował KKK; w samym Katechizmie zresztą jest i o tym mowa – to każdy znawca powinien wiedzieć) podkreśla nastawienie na życie związane z naturalnymi cyklami organizmu kobiety. Spójrzmy tylko jak mądrze Bóg to wymyślił, że kobieta może zajść w ciążę jedynie przez jeden dzień w ciągu cyklu! A zważywszy na żywotność plemników okres płodny trwa najwyżej tydzień! W pozostałe zaś dni nie istnieje praktycznie żadna możliwość – poza cudowną ingerencją – na zajście w ciążę. W tym czasie małżonkowie – wciąż otwarci na możliwość poczęcia, ale chcący odłożyć je z ważnych powodów na później, ew. wkładający je w ręce Opatrzności – mogą wciąż jednoczyć się w okresie niepłodnym, a uczyć się wstrzemięźliwości w okresie płodnym! Należy zaznaczyć, że po pierwsze nie stosują wówczas żadnej antykoncepcji, a jedynie stosują się do wskazówek danych im przez naturę, ale po drugie odkładają poczęcie z założenia tylko czasowo, nie ze strachu przed dzieckiem, co swego czasu napisała u siebie pani Wiater. Jak widzimy więc oficjalna nauka Kościoła nie nakazuje współżycia tylko w celu poczęcia dziecka – lecz jedynie bez sztucznego, wywołanego strachem odgradzania się od czegoś, co z natury ze współżycia wypływa.

I wreszcie pani Hartman sięga do słów ojca Knotza, który twierdzi, że Kościół nie zabrania przyjemności w czasie współżycia. Po czym odwołuje się do przytoczonego punktu 2351 twierdząc, że punkt ten przekazuje nam coś „drastycznie innego”. Ale przecież, drodzy Państwo, ten punkt właśnie mówi, że przyjemność nie jest niczym złym! On właśnie mówi, że sama przyjemność jest czymś wspaniałym, jeśli towarzyszy jej nastawienie na prokreację i zjednoczenie! Owszem – seks dla przyjemności jest moralnie nieodpowiedni – ale przyjemność z seksu jest wspaniałym, cudownym przeżyciem! O ile wspanialszym, gdy jednocześnie „kochamy się” z miłością, z całkowitym, nieblokowanym oddaniem i z otwarciem na nowe życie! Nie wiem gdzie pani Hartman wyczytała, że Kościół zabrania przyjemności…

Oczywiście na koniec pani Magda wysnuwa prawdopodobnie błędne wnioski, jakoby nauczanie o. Knotza miało być przygotowaniem gruntu pod zniesienie celibatu – nie wiem na jakiej podstawie. A niechże sobie wysnuwa, wolno jej. Tylko niech się nie dziwi, że jej teksty czytać będą tylko ci „katolicy”, którzy na temat nauczania Kościoła nie mają zielonego pojęcia.

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 5 komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Zwykłe pisanie pani Ha przez całą noc

  1. „(…) w oderwaniu od nastawienia na prokreację i zjednoczenie.”

    „(…) dobro samych małżonków i przekazywanie życia (…)”

    Ale tu są koniunkcje. Ergo: seks bez nastawienia na prokreację jest zły. Gdyby nie było „i” tylko „lub”, to rozumowanie byłoby w porządku. Ewentualnie można przyjąć, że twórcy tego dokumentu nie znali się na logice zdaniowej i daje nam to prawo do swobodniejszego interpretowania takich niuansów.

  2. Owszem, ale nastawienie na prokreację nie oznacza dążenia do poczęcia, lecz brak zapobiegania ew. poczęciu. Tj. uprawianie seksu w taki sposób, by mogło dojść do poczęcia gdyby organizm kobiety na chwilę obecną do tego poczęcia zmierzał. Nastawienie na prokreację oznacza współżycie bez nakładania sobie sztucznych barier i strachu przed możliwością poczęcia, a nie za każdym razem dążenie do poczęcia dziecka. Si? :)

  3. Wydawałoby mi się raczej, że nastawienie na prokreację to jest właśnie inaczej mówiąc dążenie do poczęcia (tak wg mnie wynika z syntaktyki obu stwierdzeń).

    No ale jeśli nie, to okej.. Chociaż skąd masz pewność że Twoja definicja „nastawienia na prokreację” jest słuszna?

  4. Jak powiedziałem bowiem już w artykule, JPII częstokroć podkreślał wielkość Naturalnych metod planowania rodziny, polegających m.in. na uprawianiu seksu w okresie niepłodnym, a wstrzemięźliwości w okresie płodności (za każdym razem z nastawieniem na prokreację wynikającą z natury organizmu kobiety). Sam KKK zresztą też o tym mówi – postaram się czem prędzej odnaleźć odpowiednie punkty.

  5. Nie będę edytował. Wrzucam tutaj. Wyjątki z Katechizmu Kościoła Katolickiego, na który powołuje się p. Hartman:

    2368 Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. Poza tym, dostosują swoje postępowanie do obiektywnych kryteriów moralności:

    Kiedy… chodzi o pogodzenie miłości małżeńskiej z odpowiedzialnym przekazywaniem życia, wówczas moralny charakter sposobu postępowania nie zależy wyłącznie od samej szczerej intencji i oceny motywów, lecz musi być określony w świetle obiektywnych kryteriów, uwzględniających naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia; a to jest niemożliwe bez kultywowania szczerym sercem cnoty czystości małżeńskiej.

    2369 „Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne aspekty stosunku małżeńskiego, jednoczący i prokreacyjny, to wtedy zachowuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego powołania do rodzicielstwa”.

    2370 Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcają do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. Jest natomiast wewnętrznie złe „wszelkie działanie, które – czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”.

    Naturalnej „mowie”, która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca „mowę” obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru… Różnica antropologiczna, a zarazem moralna, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi a odwołaniem się do rytmów okresowych… w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s