Monthly Archives: Czerwiec 2009

The truth is out there

Taka dziwna ostatnio moda, choć początki swe ma bardzo dawno temu, że obiektywna prawda nie istnieje. Usłyszałem tę opinię między innymi od pewnego bliskiego znajomego gdy starałem mu się wytłumaczyć, że to, co ja mówię, jest prawdą. „Prawda jest subiektywna” rzekł wówczas, a gdy starałem się wykłócać, że wcale nie, on tylko odpowiedział uśmiechem. Względność prawdy była zresztą jego głównym argumentem by nie wtrącać się w sprzeczkę, którą prowadziłem równolegle z inną osobą. Ta sytuacja spowodowała, że przeprowadziłem w swej głowie dowodzenie sokratejskie, a potem zaatakowałem nim znajomego. „A więc twierdzisz, że prawda jest subiektywna” – zagadnąłem. „Owszem” – odpowiedział. „A więc twoją prawdą jest, że prawda jest subiektywna?” – kontynuowałem. „Zgadza się” – odparł. „A moją prawdą jest, że jest obiektywna?” – „Oczywiście”. „Skoro jednak twierdzisz, że prawda jest subiektywna i każdy ma swoją prawdę, musisz się więc ze mną zgodzić, że przy twoich założeniach ja mam rację, tak jak ma ją każdy” – „Zgadza się”. „Przyznasz mi więc rację, że skoro prawda jest subiektywna, to ten, kto twierdzi, że jest obiektywna ma rację?” – „Jasne, że tak”. Na co ja odpowiedziałem, że ja nie mogę przyznać jemu racji, że prawda jest subiektywna – a to oznacza, że on przyznał mi rację co do bezwzględności prawdy, a ja jemu nie. Znajomy nie zrozumiał logiczności mojego wywodu i uznał, że to nie umniejsza jego poglądów co do względności prawdy. Dodał na koniec, że „twój punkt widzenia nie powinien ci przesłaniać innych poglądów”. Jeśli chcesz się z kimś sprzeczać, musisz uznać, że twoje poglądy (a nie „stwierdzenia o faktach”) są równe wszelkim poglądom i nie możesz starać się komukolwiek czegokolwiek przekazać, bo to zakładałoby że znasz jakąś prawdę, której ten ktoś nie zna. A przecież prawda nie istnieje, istnieją tylko poglądy. Taka moda.

Tymczasem moje dowodzenie było logiczne aż do bólu. Prawda jest. I sama się obroni. Genialnie ujął to Peter Kreeft w przeczytanej przeze mnie ostatnio książce „Aborcja? Trzy punkty widzenia”. Napisał on, że sceptycyzm, choć jest poglądem niezwykle popularnym, jest też poglądem niezwykle nielogicznym – wykluczającym nawet sam siebie. Pisał tak: „Wszystkie formy ogólnego sceptycyzmu są sprzeczne same w sobie, jakkolwiek by się wykręcać, lawirować i uchylać. Czy wiesz, że nie wiesz? Czy jesteś pewien, że nie można być pewnym? Czy to fakt obiektywny, że nie ma faktów obiektywnych? Czy to tylko pozór, że poznajemy tylko pozory? Czy jest prawdą absolutną, że nie możemy poznać prawdy absolutnej? Czy jest prawdą uniwersalną, że nie możemy znać prawdy uniwersalnej? Czy to niezmienna prawda, że prawda jest zmienna? Czy to tylko twoja prywatna opinia, że nikt nie może nic wiedzieć, można mieć tylko prywatne opinie? Czy to tylko prawdopodobne, że wszystko jest tylko prawdopodobne? Czy fakt, że prawda jest uwarunkowana kulturowo, jest uwarunkowany kulturowo? Czy powinniśmy uznać za dogmat, że nie można być dogmatycznym? Czy powinniśmy pouczać: ‘Ojczulku, nie pouczaj’? Ile czasu musi upłynąć, nim niedorostki udające filozofów znudzą się tą zabawą?”

Tyle powinno wystarczyć. Z tym, że sceptycy mówiący o względności prawdy książki Kreefta do ręki nie wezmą, a jak wezmą – to wyśmieją i wyrzucą. Dalej pokazując, że każdy, kto twierdzi że istnieje prawda, jest głupi, egoistyczny i „wszechwiedzący”. I jasne wydaje mi się, że istnieje coś takiego jak własna opinia, albo subiektywne spojrzenie. Dwie osoby inaczej ocenią jasność pomieszczenia, albo w zupełnie inny sposób spojrzą na coś, co się zdarzyło. Na jakąś obiektywną prawdę spojrzą w subiektywny sposób. Ale to nie wyklucza, że jest ogólnie znane co znaczy słowo „opinia”, słowo „subiektywny” również posiada obiektywne znaczenie i przełożenie na rzeczywistość, a metafizyka świata sprawia, że możemy się spierać na temat jasności pomieszczenia, a nie mówić niezrozumiałych słów o czymś, co każdy z nas ma za coś innego. Możemy wierzyć lub nie, że to świat Boga, że Bóg Prawdziwy nadał mu prawdziwość. Ale musimy stwierdzić, że człowiek w obiektywny sposób jest człowiekiem, dom domem, a pomieszczenie pomieszczeniem. I że zdarzenie, które miało miejsce, zdarzyło się w jeden sposób, który być może każdy z nas widział trochę inaczej. Prawdą jest, że prawda istnieje – jestem sceptyczny wobec sceptycyzmu. Szkoda, że dziś tak wielu nie potrafi tego pojąć…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nowe dziecię już na świecie – Home edition

Obawy się pojawiały, ja nie mówię. Było ich całkiem sporo – ale świetnie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić. Mówią, że chodzi o nastawienie. I o to, czy dziecko jest chciane, czy niechciane. To było bardzo chciane, niezwykle ukochane do istnienia. Kiedyś polemizowałem z doktorantem teologii, którego teoria mówi, że dzieci się biorą z pożądania, a nie z miłości – i że jego córka tylko dlatego jest ukochana, że Bóg przebił się ze swoją miłością przez jego i żony pożądanie. Spoko, ładna teoria. Na szczęście sprawdzalność w praktyce nie jest stuprocentowa. Gdy pytano mnie na egzaminie z laikatu w duszpasterstwie skąd się biorą dzieci, automatycznie wiedziałem jak odpowiedzieć – z miłości. Tak, to dziecko było niezwykle ukochane, choć Bóg znając życie i tak musiał się z własną miłością przebijać przez ogromne warstwy grzechów i egoizmu.

Poród wyglądał tak, jakby go nie było. Baliśmy się, że będzie trudno urodzić – bo te skurcze jakieś bezbolesne, to pewnie jakaś ściema. Żona wspierała się na mnie, ale mnie też nie było ciężko (nie tak, jak mojemu koledze, którego żona rodziła miesiąc wcześniej). W czasie skurczu normalnie oddychała, a jak się skupiała na rozmowie, to nawet zapominała o skurczach. O 16, tj. nieco wcześniej, weszliśmy na porodówkę, bo silniejsze skurcze zaczęły się nad ranem, ale pani położna zbadała i wysłała do domu, żeby wywoływać poród domowymi sposobami. Zabrałem się za to z ochotą :). Wróciliśmy o 1 w nocy – skurcze były nieco silniejsze, ale baliśmy się, że nic nie zdziałaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu mieliśmy już 5 centymetrów. Trochę chodzenia po sali, trochę kręcenia na piłce, trochę podpierania drabinek – i badanko. 8 centymetrów. „To gdzie jest ten kryzys przy siedmiu?” spytała moja żona. Przy siedmiu podobno zazwyczaj już nie podają znieczulenia, już jest za późno. „Jakiego znieczulenia?” – spytała moja żona. Potem próbowaliśmy wejść do wody – było całkiem miło. Tylko po półgodzinie wciąż było 8. KTG, a potem położna postanowiła przebić worek. Był naprawdę twardy. I okazało się, że blokował poród, bo natychmiast po jego przebiciu zaczęły się parte. Dwa, silne, bolesne. Ale to trwało chwilkę. Potem już były słabsze, kontrolowalne. Żonka pociągnęła, główka się wychyliła. Raz dwa – i już Bobek był na wierzchu.

Przyznam, że bardziej się upociłem z nerwów niż Ona. Potem mieliśmy jeszcze małą skrobankę – bo worek owodniowy rzeczywiście nam się twardy uprodukował i nie chciał zejść. A potem to już było wszystko dobrze.

Ostatecznie poród dokończyliśmy w pozycji leżącej, ale to nie miało większego znaczenia. I ja, jako tatuś i mąż, muszę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie (jak i nigdy sobie nie wyobrażałem), bym nie mógł być przy nich w tym momencie. Zaszliśmy w ciążę razem, byliśmy więc w ciąży razem – rodziliśmy też razem. I to ja, jeszcze w okresie przednarzeczeńskim, optowałem za tą formą. Żona szybko dała się przekonać. I słusznie. Nie zemdlałem. Nie było mi nawet słabo. Nie umierałem ze strachu. Nie nabrałem obrzydzenia. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. I pamiętajcie, naiwne kobiety, które mówicie „Jak chce być przy porodzie, to dlaczego ma nie być, przecież i tak stoi przy głowie i patrzy ci w oczy”: bardzo się mylicie. Chyba, że tak jest we wszystkich szpitalach poza św. Zofią. W Zofii jest zupełnie inaczej. I wbrew pozorom – jeśli oczywiście kochacie swoich mężów tak bardzo, że potraficie być na nich do końca otwarte – dużo lepiej.

Po co ja to wszystko piszę? Tak, wiem, rodzinne porody to świetny pomysł na napisanie notki. Ale może skupię się na tym kiedy indziej. Teraz czas zakończyć newsa.

Nasz pierworodny Syn G.M. urodził się w Uroczystość Świętej Trójcy, w dniu wyborów do Parlamentu Europejskiego, w niedzielę 7 czerwca 2009 roku, o godzinie 4.55. Jest piękny i zdrowy.

Dziękuję wszystkim za modlitwę! :)

A, i proszę o wyrozumiałość, bo mam zawalenie głowy. Ale ja to wszystko napiszę, obiecuję ;).

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Czego się boimy?

Aborcja jest jednym z głównych obszarów mego zainteresowania – jak pewnie zainteresowania niemal każdego katolickiego ortodoksa. Siedzę, rozmyślam, czytam i zastanawiam się jakich argumentów użyć, jak kogokolwiek przekonać. I przy tym wszystkim dochodzę do wniosku, że ktoś, kto chce zabić i tak zabije. Bo nie dotrą logiczne argumenty. Temu komuś nie chodzi o zrozumienie. Temu komuś chodzi o pozbycie się problemu.

Pewnego dnia argumentowałem, za Rosą Alberoni, że dla tych samych ludzi to samo będzie dwiema różnymi rzeczami w dwóch różnych sytuacjach – bo jeśli chcą się „cieszyć życiem”, korzystać, to ciąża będzie dla nich zlepkiem komórek, które trzeba wyskrobać, jeśli jednak akurat zechcą mieć dziecko, to od momentu poczęcia będą je dzieckiem nazywać, troszcząc się o nie, a jeśliby samoistnie zmarło, pociągnęłoby za sobą rozpacz rodziców. Odpowiedziano mi wówczas w zadziwiający sposób: „Ty zakładasz, że istnieje Bóg, a ja zakładam, że nie istnieje. Nie ma szans na porozumienie między nami”. Jak zauważyliście – powołałem się tylko na argument z relatywizmu, a nie na Boga. Ale dla tej osoby to naprawdę nie miało znaczenia.

Zlepek komórek, którego się można pozbyć. Bo to jeszcze nie człowiek, jeszcze nie ma a) rączek i nóżek (nie wygląda jak człowiek), b) rozwiniętego układu nerwowego (nie czuje jak człowiek), czy może c) świadomości (nie myśli jak człowiek). Zalegalizujmy aborcję na życzenie, dajmy ludziom wolny wybór, kobietom oddajmy władzę nad swoim ciałem. Wszak nie zabijamy człowieka – usuwamy tylko kilka komórek, zygotę, embrion, zarodek. W kilku źródłach już czytałem, że w sumie te kilka komórek może się zmienić w człowieka, albo i nie – bo może też obumrzeć, nie ma więc zła moralnego w ich usunięciu. Ja pytam w takiej sytuacji: Skoro mają obumrzeć, to po co je usuwać? W końcu same zemrą śmiercią naturalną. A jeśli nie obumrą, to co usuwamy?

Odpowiedzą mi: usuwamy kilka komórek, zlepek, embrion. Coś, co jeszcze nie jest człowiekiem. A ja kilka dni temu rozmawiałem z koleżanką. I ta koleżanka powiedziała mi, co na ten temat pisała Półtawska. Zapytała: Czego się boimy? Boimy się kilku komórek? Czegoś, co jeszcze nie jest człowiekiem? Skoro nie jest człowiekiem, a nie wiadomo zresztą, czy kiedykolwiek się człowiekiem stanie, to czemu to usuwamy? Po co chcemy to zabić? Nie! Tak naprawdę my wiemy doskonale, że to jest człowiek, nawet jeśli tylko potencjalny (oczywiście potencjalny człowiek to komórka jajowa i plemnik, nie połączone ze sobą, ale niektórzy lubią zacierać pojęcia). Doskonale wiemy, że zabijamy człowieka, dziecko, którym prawdopodobnie ten zlepek już jest, a być może dopiero się w niego „przeistoczy”. Ale nie zabijamy żyjącego i rozwijającego się, ale nie myślącego (a czasem, bardzo wcześnie, jeszcze nie czującego) zlepka komórek. Bo zlepek komórek, który nie jest człowiekiem w żaden sposób nam nie zagraża. Nie jest nowotworem, który się w nas rozwija, lecz czymś co znalazło się tam w zupełnie naturalny sposób. Zagraża nam dziecko. Zabijamy odpowiedzialność, zabijamy człowieka, który kiedyś by się urodził, który zrobiłby pierwszy krok, który poszedłby do szkoły, kiedyś może by się ożenił, sam miałby dzieci i dylematy moralne. Niestety.

Niestety, nie boimy się zlepka komórek. Nie boimy się embrionów, które „jeszcze nie”. Bo skoro „jeszcze nie”, to „po co”? Boimy się dzieci. I właśnie dzieci zabijamy.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy