Monthly Archives: Styczeń 2010

Kobieta niebita psuje się od środka

Jak mawiał kiedyś mój bliski krewny, w żartach rzecz jasna, bo nie jest z tych, który by swą żonę uderzył. Takie żartobliwe zdanko, a przecież do niedawna wcale nie było w nim nic zabawnego. Nie tak dawno jeszcze kobieta mieszkająca pod jednym dachem z mężczyzną, który zarabiał na utrzymanie jej i dzieci, a po pracy jeszcze popijał z kumplami w karczmie, musiała być gotowa na to, że kiedy ten wróci z roboty, to będzie lał równo nie patrząc na wiek i płeć. Kobieta ta, wierna żona, nie mogła o mężu złego słowa powiedzieć, bo mogła za to oberwać jeszcze mocniej. Zresztą – komu miała mówić? Nie było psychologów, grup wsparcia, a wszystkie koleżanki obrywały od swoich ślubnych tak samo, tak samo ich zachwalając. I tak to się losy kobiety plotły – spod pasa ojca pod pas męża – wszak winna była posłuszeństwo.

O nie, bynajmniej nie tęskni mi się do tych „barbarzyńskich” czasów – jestem gorącym zwolennikiem równości płciowej jeśli chodzi o godność. Moje małżeństwo buduję na miłości, a nie na przemocy. Wspominam tylko to, co możemy dobrze znać z literatury, ponieważ właśnie dziś uważa się to za coś nienormalnego. Jeśli mężczyzna uderzy kobietę – to jest przemoc w rodzinie. Ona albo jest zahukana i nikomu nic nie powie, usprawiedliwiając męża, albo pójdzie na policję, albo zgłosi się do psychologa, poradni rodzinnej, albo zadzwoni na telefon zaufania. Wszystko dlatego, że dziś właśnie zachowanie męża polegające na biciu żony uważane jest za coś złego, moralnie niedopuszczalnego. Ja oczywiście zgadzam się z tym podejściem! Ruszyłem ten temat z zupełnie innego powodu…

Nie tak dawno moja żona napisała notkę w odpowiedzi na pewien wpis blogowy z Frondy. Autor wpisu, krótko mówiąc, argumentuje za karami cielesnymi w stosunku do dzieci. Opowiada się przeciwko bezstresowemu wychowaniu, które – jego zdaniem – jest synonimem braku bicia. Podając przykład Super Niani stara się ukazać, że zwolennicy bezstresowego wychowania stracili grunt pod nogami i muszą iść na ustępstwa, a więc wciąż nie biją, za to straszą, szantażują, terroryzują. A ja, podobnie jak moja żona, muszę krzyknąć głośne, kategoryczne „nie!”

Po pierwsze Super Niania (której wielkim fanem osobiście jestem – choć jej prywatnego życia nie popieram) nie jest, o ile mi wiadomo, zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie – dokładnie jak autor frondowego wpisu zauważył – opiera się na poglądach J.J.Rousseau, że ludzie są z natury dobrzy i trzeba pozwolić im się rozwijać swobodnie. Takie podejście prowadzi rzecz jasna do braku zasad, reguł postępowania, do ogólnego rozpasania – to już zostało udowodnione. Dziecko nie jest bowiem z natury dobre – wg. nauki chrześcijańskiej ma naturę skażoną grzechem – i nie jest w stanie samo się wychować. I dlatego też Dorota Zawadzka (Super Niania) jest i zawsze była absolutną przeciwniczką bezstresowego wychowania. Sama uczy o zasadach postępowania, o regulaminach, zakazach i nakazach, stanowczości i autorytecie rodziców. Uczy, moim zdaniem, bardzo mądrze – jednocześnie ucząc o wyciąganiu konsekwencji. Nazywa te konsekwencje tak jak się zwykło nazywać: a więc nagrody i kary. Ale zawsze używa kar adekwatnych do sytuacji. Dziecko przed popełnieniem błędu jest ostrzegane (a nie, jak twierdzi pan Autor, szantażowane), że jeśli go popełni, poniesie jego konsekwencje. Tak też jest przecież w świecie dorosłych: szef informuje pracownika, że jeśli jeszcze raz ukradnie coś z pracy, zostanie wywalony dyscyplinarnie. Nazwalibyście to szantażem? Sądzę, że szef, który po ukradnięciu czegoś przez pracownika daje mu ostrzeżenie, jest raczej zbyt pobłażliwy. Ostrzegania dziecka nie nazwałbym pobłażliwością – ale również nie szantażem.

Pani Zawadzka uczy też, że można użyć siły. Na przykład dla przytrzymania dziecka w ataku histerii. Nie po to jednak, by zrobić mu krzywdę – ale po to, by samo jej sobie nie zrobiło. Uczy też, by nie bić. Bicie nazywa aktem bezsilności. Rodzic, który nie może się opanować, podnosi rękę na istotę słabszą od siebie, wyładowując swój gniew. Dziecko jest istotą słabszą! Klaps (moim zdaniem niekoniecznie natychmiast karalny – ale można dać ostrzeżenie) jest dowodem słabości rodzica, który nie potrafi poradzić sobie ze swoimi uczuciami inaczej, niż przez wyładowanie złości na kimś słabszym (choć może rzeczywiście niegrzecznym lub złośliwym). Argumentem nie jest to, że dziecko uderzone szybciej się nauczy. Wierzę, że istnieje mnóstwo sposobów na nauczenie dziecka lepiej (nie w każdym wieku jest to tłumaczenie, ale sądzę, że prawidłowo stosowany „karny jeżyk” odniesie sukces).

Znam kilka koronnych argumentów zwolenników bicia. Jednym z nich jest to, że „moi rodzice mnie bili i jakoś mi się nic nie stało” lub nawet „i wyszło mi to na dobre”. Przytaczam TU felieton jednego księdza z (o dziwo!) katolickiego pisma „Idziemy”, w którym argumentuje, że jakoś nikt się nie skarży, iż był w dzieciństwie za mało bity – za to zdarza się, że skarżą się na słaby kontakt, brak rozmowy z rodzicami itp. Ja sam zaś mogę powiedzieć o sobie – zdarzało mi się dostać. Nie wspominam tego ani odrobinę dobrze. I tego samego nie zafunduję również swoim dzieciom.

Inny ważny argument wykorzystał mój znajomy w swojej notce dotyczącej innego tematu: „Jak można popierać aborcję, a z drugiej strony walczyć o to, żeby dziecku już narodzonemu nie można było dać nawet klapsa – wychowanie bezstresowe, prawa człowieka…” Rzeczywiście – często widzimy ludzi, którzy bronią dzieci przed biciem, a jednocześnie są za aborcją. We Frondzie (w wersji papierowej) wykorzystano w związku z tym ciekawie cykl reklam „kocham…” („Kocham, nie biję”, „Kocham, reaguję” etc.) umieszczając na zdjęciu kobietę w ciąży i napis „Kocham, nie zabiję”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że ci drudzy mają ten sam argument, tylko odwrotnie? „Dla tego Kościoła ważne jest tylko żeby to dziecko się urodziło. Potem niech się z nim dzieje co chce, niech tatuśkowie alkoholicy się nad nim znęcają fizycznie”. Bunt? Ale przecież mają rację! Opowiadając się za biciem dzieci – opowiadamy się za takim obrazem Kościoła! Za obrazem Kościoła walczącego o życie nienarodzonych – ale narodzonych już wcale niekoniecznie.

Bicie dzieci to znęcanie się nad młodszymi i słabszymi od siebie. Tak samo niedopuszczalne, jak zabijanie nienarodzonych. A od przyzwolenia na klapsa do prywatnych egzekucji („zostałeś osądzony i dostaniesz 10 pasów, klęknij przy łóżku”), a od egzekucji do regularnej przemocy domowej już naprawdę niedaleko.

Dziecko niebite psuje się od środka? Oby się Tobie kiedyś od kogoś nie dostało…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Krótki komentarz do chrześcijańskiej nadziei

Jakiś czas temu zdarzyło mi się otrzymać na uczelni zadanie skomentowania pewnego artykułu Jean’a Delumeau zatytułowanego „Chrześcijańska nadzieja”. Ponieważ z efektu mej pracy jestem dość zadowolony, zamieszczam mój komentarz jako notkę, by został zapamiętany przez przyszłe pokolenia. Artykuł możecie przeczytać w tym miejscu: LINK. Komentarz możecie przeczytać poniżej:

***

Komentarz do teksu „Chrześcijańska nadzieja” Jean’a Delumeau

Lektura tekstu Jean’a Delumeau wywołała we mnie skrajne uczucia – od zachwytu nad mądrością słów, poprzez kpiące powątpiewanie, aż po bunt i gniew. Myślę, że najlepszym komentarzem będzie analiza tekstu poprzez analizę kolejnych moich, przytoczonych powyżej, uczuć.

Najpierw był zachwyt. Autor potwierdził bowiem fakt, którego nie da się nie zauważyć, a który starają się podważać lub negować niektórzy znani mi biskupi, że chrześcijaństwo przeżywa obecnie dość poważny kryzys. Zaznaczył jednak przy tym, że kryzys nie jest na tyle poważny, by obawiać się najgorszego, tego, co nazywamy śmiercią Boga. Bo choć współcześnie różne naukowe poglądy doprowadzają wielu do zwątpienia, to jednak i one nie odnajdują (i, jak przekonuje autor, nigdy nie odnajdą) odpowiedzi na pytania ostateczne, takie jak pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem („Temu, kto przyznaje, że nie da się zobaczyć, co jest za zasłoną, nie wolno stwierdzić, że tam nic nie ma” – cytat za Hansem Küngiem). Innym pytaniem, na jakie nauka nie może znaleźć odpowiedzi, jest to, czy duch jest tylko objawem działania mózgu. I rzeczywiście, wielu stara się udowodnić, że myślenie, wolność, etc. wynikają jedynie z naturalnego działania dobrze rozwiniętego mózgu, że są efektem impulsów elektrycznych. Tymczasem Delumeau podkreśla, cytując Lichnerowicza: „Nie mylmy kabla telefonicznego z informacją, która przez niego przepływa”. Może mózg jest fizyczny, impuls elektryczny również, jednak z pewnością nie jest fizycznym słowo, a zwłaszcza treść w tym słowie zawarta.

Kpiące powątpiewanie obudziło się we mnie na kilku etapach lektury. Trochę już w tym samym momencie, kiedy odczuwałem zachwyt: gdy na przykład czytałem o tym, że nauka nie odkryje, co było przed Wielkim Wybuchem. Przypomniało mi się bowiem, że nie tak dawno czytałem książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, która napawała mnie nota bene jeszcze większym kpiącym powątpiewaniem. Otóż Dawkins, jako naukowiec-ateista, głosi teorię, że jeśli dziś nauka jest bezradna w tej czy innej kwestii, nie znaczy to, że już zawsze tak pozostanie. A co z tego wynika – twierdzi dalej – istnienie czy nieistnienie Boga jest również problemem naukowym i przyjdzie czas, kiedy nauka będzie w stanie postawić diagnozę. Rzecz jasna nie zgadzam się z Dawkinsem, ale zdaję sobie sprawę, że gdy ktoś jemu podobny przeczyta ten tekst, uśmiechnie się z politowaniem, i kręcąc głową powie: „Jak wy mało w nas wierzycie, religijni wariaci”. Wiem też, że ludzie pokroju Delumeau podobnie pomyślą o treściach głoszonych przez ateistów, ale wzajemne kpienie i kiwanie głowami nigdy nie rozwiąże sprawy. Stąd i kpiące powątpiewanie w moim przypadku – jestem w stanie wczuć się bowiem w sytuację ateisty, który w tym tekście nie znajdzie dla siebie odpowiedzi.

Lekkim powątpiewaniem owiał mnie również fragment tekstu, w którym autor skupił się na pochodzeniu zła, w pewien sposób może nie negując, lecz podważając katolicką naukę o grzechu pierworodnym. Odejmując tej nauce dużą część powagi. Jak pisze Delumeau: „Jezus nigdy nie mówił o grzechu pierworodnym i nie wypowiadał się na temat pochodzenia zła”. Owszem, może rzeczywiście na kartach Ewangelii nie zapisano żadnych słów Jezusa w tym temacie, ale po pierwsze to nie świadczy o tym, że Jezus nigdy o grzechu pierworodnym nie mówił, ani że nie znajdziemy podobnej nauki w Nowym Testamencie. Nauka o grzechu pierworodnym opiera się w dużej mierze na listach św. Pawła, a przecież my, katolicy, wierzymy, że te listy są w tym samym stopniu natchnione przez Ducha Świętego, co cała reszta Pisma Świętego.

Najmocniej jednak dały o sobie znać uczucia związane z buntem i gniewem, w pewnym sensie również z politowaniem. Mniej więcej w połowie artykułu autor daje nam poznać swoje prawdziwe oblicze. A oblicze to można określić jako katolika wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego. Choć ja określiłbym je jeszcze inaczej: wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego kogoś, kto uważa się za katolika. Już przy lekturze kwestii dotyczącej grzechu pierworodnego natknąłem się na wytłuszczony gdzie indziej, kategorycznie brzmiący tekst: „Wydaje mi się więc konieczne, by Kościoły chrześcijańskie dały tu klucz do lektury i w trzech punktach przeprowadziły w tej kwestii aggiornamento: 1) ogromu pierwszego grzechu; 2) skazania na śmierć; 3) dziedziczności winy.” W dalszym zaś ciągu autor przedstawia swoją wizję owego aggiornamento, które, można by przypuszczać, Kościół powinien przyjąć (a które w dużej mierze nie zgadza się z nauką Kościoła). Ten fragment można by było traktować wyłącznie jak wybryk autora, jednak już wkrótce napotykamy większość typowej dla liberałów, autorytarnej mowy, której w tekstach katolickiego autora być nie powinno. Mamy tu więc wypominanie papieżowi mianowania nowych biskupów i zdejmowania ekskomuniki z lefebrystów „bez konsultacji z episkopatem francuskim” (którą to konsultację, zdaniem autora, papież powinien uznać za konieczną). Mamy apel o decentralizację i demokratyzację („uważniejsze wysłuchiwanie głosu wiernych”) w Kościele. Mamy wołanie o większą kulturę dyskusji, powiązaną z odebraniem władzy hierarchii (cytat za kardynałem Danneelsem: „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja”). Mamy wreszcie propozycję głębszego, wspólnego zastanowienia się nad problemami takimi jak: celibat księży, kapłaństwo kobiet, antykoncepcja, czy status religijny osób, które po rozwodzie żyją w drugim związku małżeńskim. A wreszcie dochodzimy do fascynującej myśli autora, by ekumenizm międzyreligijny ograniczyć do ratowania planety, tj. do zapobiegania „wojnom, torturom i epidemiom (…) co nie przeszkodziłoby w niczym pogłębianiu przez każdego jego własnej religii”. W ostatniej kwestii Delumeau nie omieszkał podeprzeć się przykładem Jana Pawła II, którego nauczanie odczytuje jako dążące do wszelkiej wolności religijnej i dialogu.

Myślę, że moje oburzenie wymaga wyjaśnienia, bym nie wyszedł na katolickiego fundamentalistę. Otóż po pierwsze: nauka o dziedziczności winy za grzech pierworodny (który nie jest ani ogólną tendencją do grzeszenia, ani jakimś symbolicznym grzechem, lecz pierwszym grzechem pierwszych ludzi prawdziwie i rzeczywiście) jest potwierdzona przez Pismo Święte (może nie przez Ewangelię, ale z pewnością, jak już wspominałem, przez listy św. Pawła) i wiele wieków chrześcijańskiej tradycji. Ja sam zresztą rozumiem grzech pierworodny jako niezawinioną konsekwencję (jak obrażenia odniesione w wypadku, który spowodował ktoś inny), niż karę dziedziczną. Co się zaś tyczy ogromu pierwszego grzechu – to oczywiście był on ogromny, właśnie dlatego, że był pierwszym grzechem. A śmierć, jak rozumiemy, jest dla człowieka nie tylko biologiczną konsekwencją, lecz również jakimś końcem – a więc musi być rozumiana jako coś w rodzaju kary. Jeśli wierzymy, że Bóg da nam w Królestwie życie wieczne, to dlaczego nie wierzymy, że przed utraceniem Raju mógł nam je również dawać? Czy druga kwestia jest bardziej „mityczna” niż pierwsza? Po drugie: to, że żyjemy w czasach, gdy uznanym ogólnoświatowo ustrojem jest demokracja i że po to, by przetrwać, należy dostosowywać się do czasów, w jakich przyszło nam istnieć, nie oznacza, że Kościół ma obowiązek się zdemokratyzować. Wręcz przeciwnie – choć należy poszukiwać nowych metod ewangelizacyjnych, takich jak wykorzystanie internetu, telewizji, czasopism, należy również pozostać przy ustanowionym przez Jezusa prymacie Piotra nad całym Kościołem. Papież więc, jako głowa widocznego Kościoła na ziemi, nie ma żadnego obowiązku pytać kogokolwiek o zdanie dotyczące decyzji, które podejmuje. Czasem ma wręcz obowiązek zachować się zupełnie odwrotnie do tego, czego chcieliby wszyscy inni – to wynika z nadanej papieżowi przed wiekami władzy kluczy i nikt nie ma prawa się temu sprzeciwiać. Po trzecie: tak, jak nie wolno żądać odebrania władzy papieskiej papieżowi, tak nie wolno żądać odebrania decyzyjności hierarchii na rzecz ogółu. Cytat „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja” brzmi trochę jak skarżenie się, że w kraju, w którym mieszkamy decyzje podejmuje prezydent, premier lub rząd, kiedy akurat nie mamy wyborów albo referendum ogólnonarodowego. Naprawdę, ciężko byłoby żyć w Kościele, w którym każdy podejmowałby swoje własne, niezależne decyzje (bo zbieranie wszystkich biskupów w celu omawiania każdej sprawy z osobna byłoby niemożliwe), chyba, że założylibyśmy z góry, że dzielimy się oto na setki i tysiące małych kościółków, w których różnice nie sprawiają braku jedności – której to zresztą jedności nie konstytuuje nic, bo nie istnieje widzialna głowa Kościoła. Po czwarte: dyskusja w Kościele, dotycząca celibatu, kapłaństwa kobiet, antykoncepcji i rozwiedzionych trwa od lat, jest niezwykle burzliwa i nieprzyjemna, choć osobiście uważam, że zwolennicy zmian mogliby wreszcie uznać z pokorą kościelną hierarchię, jak również postarać się zrozumieć dlaczego są w błędzie (wyjątkiem są, moim zdaniem, zwolennicy zniesienia celibatu, choć krzycząc tak głośno, mają liche szanse na wskóranie czegokolwiek). Autor tekstu nawołuje zaś o dopuszczenie do dyskusji prawdopodobnie nie dlatego, że do dyskusji nie dopuszczono, lecz dlatego, że jest zwolennikiem radykalnych zmian (tj. radykalnej liberalizacji). A co za tym idzie – i co typowe jest dla liberalnego myślenia – nawoływanie o „dopuszczenie do dyskusji” jest tożsame z „wprowadzeniem zmian na naszą korzyść”. Ludzie tacy, jak Delumeau stwierdzą, że nareszcie pozwolono im zabrać głos dopiero wtedy, gdy celibat będzie zniesiony, kapłaństwo kobiet wprowadzone, antykoncepcja zatwierdzona, a cudzołożnicy przystąpią legalnie do stołu Pańskiego. A wtedy pewnie żachną się, że strasznie długo to trwało i każą przepraszać za „poważne błędy”. Po piąte wreszcie: to, że Kościół jest dziś zwolennikiem wolności religijnej i prawa wyboru nie oznacza, że jest również za równością wszelkich religii istniejących na świecie oraz ich współpracy dla dobra świata, bez wchodzenia we wzajemne rewiry. Należy podkreślić, że oprócz tolerancji religijnej Kościół stawia również na ewangelizację – czyli niesienie światu prawdy o Jezusie Chrystusie, o zbawieniu. Kościół ma obowiązek oddalić się od nowomodnej, new-age’owskiej doktryny „Wszyscy jesteśmy równi”, a trzymać się jak najbardziej Jezusowego nakazu „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Ekumenizm, co również przecież podkreślał Jan Paweł II (którego używa się jak afiszu tylko w kwestiach, w których jego nauka była dla nas korzystna), to nie tylko tolerancja dla wolności religijnej – lecz przede wszystkim dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w jednym, powszechnym i apostolskim, katolickim Kościele Jezusa Chrystusa.

Podsumowując – tekst miejscami robi wrażenie mądrego, lecz w głównej mierze rozjusza i denerwuje ludzi, którzy nie tylko czują się członkami Kościoła katolickiego, do czego autor tekstu również się przyznaje, ale także respektują panujące w nim zasady, czego Jean Delumeau kategorycznie odmawia. Tak czy inaczej – artykuł skłania do refleksji. Dzięki niemu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepszy Kościół niewielu wiernych Chrystusowi chrześcijan, niż „jedna owczarnia” tłumu, który z owczarnią ma często tyle wspólnego, że zje całą trawę, zostawi nienadający się do niczego nawóz i poprosi o więcej. I że papież powinien wreszcie zacząć częściej korzystać z przysługującej mu władzy ekskomuniki.

***

Dziękuję serdecznie za lekturę i bardzo proszę o wyrażanie własnych opinii. Jest to dla mnie dość ważne – i pozwala mi widzieć cel w moim pisaniu. Przy okazji dodam, że jestem w trakcie pisania kolejnej notki i mam nadzieję wkrótce ją zamieścić.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 komentarze